AutosukcesAuto SWIATDobra GRADziewczynaKomputer ŒWIATKŒ EkspertKŒ GRYNewsweekPopcornProfitKoszyk


 
Strona główna | Europa - archiwum | Idee | Interwencje | Reklama | Prenumerata | Redakcja
 
  ANKIETA
 


Czy Polacy są Europejczykami?

Pytanie, które w XXI wieku nabrało szczególnej aktualności. Nasza tradycja narodowa na przemian podkreśla polską przynależność do Zachodu i polską odrębność. Spory wewnątrz UE podsyciły to rozdwojenie jaźni

Bronisław Łagowski
filozof, publicysta

Panowie politycy z prezydentem na czele powtarzają przy każdej okazji, że przystąpienie Polski do Unii Europejskiej jest ostatecznym przezwyciężeniem rezultatów układu jałtańskiego. Zakładają coś, co im się wydaje oczywistością, a mianowicie, że przed tą Jałtą Polska stanowiła część Europy i za taką była uznawana. W tym założeniu jest zaledwie pół prawdy.
Gdy autentyzm polskiego życia był przykryty i przytłoczony pozorami stwarzanymi przez realny socjalizm, można było sądzić, że pod tą lawą żyje naród sztucznie odłączony od Europy, której formy życia już był sobie przyswoił i natychmiast po wyzwoleniu się z porządku jałtańskiego potrafi je urzeczywistniać. Dziś już nie mamy tych złudzeń. Polacy różnią się od zachodnich Europejczyków tak, jak różnili się przed wojną i do pewnego stopnia tak jak przed zaborami. Zachodnioeuropejską hierarchię wartości pochwalamy w słowach, nie znając jej dobrze, i przyswajamy ją sobie wybiórczo.
Jeśli w mojej wypowiedzi da się wyczuć (a chyba się da) nutę krytyczną, to proszę zauważyć, że jest to nuta samokrytycyzmu, bo pewne stanowczo nieeuropejskie cechy słowiańsko-sarmackie odkrywam przede wszystkim w sobie. Nie mogę więc bezwzględnie ich potępić ani łudzić się, że można w ciągu indywidualnego żywota wyrosnąć ponad nie. Różnicy między Polakami i zachodnimi Europejczykami nie badałbym metodami psychologicznymi. Widzę ją najwyraźniej w stosunku do prawa oraz w estetycznej stronie budownictwa, w architekturze. Czy się do Europejczyków upodabniamy, najpierw będzie można zobaczyć, patrząc na budynki. Europeizację naszego stosunku do prawa będzie można odnotować, gdy znacząca część społeczeństwa w samym istnieniu reguł prawnych zauważy coś wartościowego, niezależnie od tego, czy można z nich wyciągnąć natychmiastową korzyść. Dla Polaka (podobnie jak dla Rosjanina czy Ukraińca) reguła prawna jest albo przeszkodą, albo czymś niewidocznym, nawet jeśli narysowano mu ją na drodze jako podwójną linię ciągłą.
Drążąc samych siebie, nie dojdziemy do prawdy. Więcej nam powie spojrzenie cudzoziemców na nas, zwłaszcza gdy nie jest z góry życzliwe. Niemiec niepokoi się, gdy do przedziału wchodzi Polak lub zamieszkuje w pobliżu, i ja wiem dlaczego. "W obmowie jest więcej prawdy niż w introspekcji" - pisał Mounier.
Sądzimy, że "przed Jałtą" z Europą łączyła nas wspólna historia. Jeśli głosem Europy w tej kwestii jest historiografia, filozofia polityczna czy publicystyka, to trzeba przyjąć do wiadomości, że Europa jest innego zdania. Francuz wybrany na króla polskiego uciekł z Polski przy pierwszej okazji. Małżeństwo Ludwika XV z Marią Leszczyńską wstrząsnęło Francją jako upokarzający mezalians i omal nie wywołało rozruchów ludowych.
Dla Zachodu zbiorowe zachowania Polaków, tak w czasie pokoju jak wojny, były naznaczone prawie szaleństwem. "Pokaż Polakowi przepaść - pisał Balzac - a zaraz w nią skoczy". Do czasu rozbiorów Polska była w oczach Europy bardziej egzotyczna niż Turcja, bodajże znowu tak jest. Francuski ambasador jadący do Petersburga w 1784 roku "odczuł moment przekraczania granicy prusko-polskiej - jak pisze Andrzej Walicki - jako porzucenie Europy i cofnięcie się w czasie o dziesięć wieków wstecz". Podobną obserwację miał słynny podróżnik amerykański John Ledyard jadący ze wschodu i granicę polsko-pruską określił jako "wielką barierę oddzielającą obyczaje azjatyckie od europejskich". Głosów niemieckich nie cytuję, bo może słusznie uchodzą za stronnicze. Wśród Niemców z warstw słabiej wykształconych, a więc nie objętych reedukacją w duchu przyjaźni między narodami, jeszcze dziś podobne poglądy można usłyszeć.
Intelektualiści zachodnioeuropejscy zauważyli europejskość Polski właściwie dopiero w czasie panowania porządku jałtańskiego. Raymond Aron, który miał odczyt na Uniwersytecie Warszawskim w moich czasach studenckich (w roku chyba 1957) napisał później, że wśród intelektualistów w Warszawie czuł się jak w Paryżu i dopiero w Moskwie odczuł inny, obcy mu świat.
W tej mierze, w jakiej należy się do zbiorowości, jest się produktem historii. Jesteśmy o tyle mniej dojrzali od zachodnich Europejczyków, o ile krótszą mieliśmy historię. "Nasze ja - pisał autor >>Legendy Młodej Polski<< Stanisław Brzozowski - to nie jest coś stojącego na zewnątrz historii, lecz ona sama; i nie ma w nas włókna, które by do niej nie należało".
Polskie warstwy historyczne (arystokracja, szlachta...) rozpłynęły się w masie narodu, który w swej ogromnej większości przez wieki wegetował poza historią. Ta większość była bacznie pilnowana przez uzbrojonych w karabele, aby się nie podźwignęła ze swojej nędznej egzystencji. Nad Polakami ciąży dziś najbardziej nie ta historia, która była, lecz ta, której nie było.


Ryszard Legutko
filozof, publicysta

Jednym z kryteriów przynależności do Europy, a szerzej do nowoczesnego świata, którego częścią jest Unia Europejska, jest zdolność budowania instytucji i poruszania się wśród tych instytucji, korzystania z nich. Otóż ja sądzę, że Polacy są bardzo sprawni, jeśli chodzi o obsługiwanie instytucji określanych mianem europejskich, i w tym wymiarze nie przewiduję jakichś szczególnych komplikacji w momencie integrowania się Polski z Unią Europejską. Sądzę nawet, że w ciągu ostatnich 15 lat okazaliśmy się ludźmi biegłymi w arkanach cywilizacyjnych, które obowiązują w świecie nowoczesnym.
Są oczywiście wyjątki, nawet dość liczne, zważywszy na nasze wcześniejsze doświadczenia, naszą historię i to, że spora część naszego społeczeństwa jeszcze nie działa w obrębie owych skomplikowanych struktur współczesnego świata. Jednak ci, którzy w nich działają, dają sobie radę. Powiedziałbym nawet, że Polacy są wyjątkowo sprawni w działaniu w obrębie instytucji nowoczesnego świata, a zatem w tym sensie są Europejczykami i nie ma takich instytucji, struktur, regulacji prawnych, w których nie umielibyśmy się znaleźć, i to dobrze.
Natomiast Polacy bez wątpienia nie odnaleźli się po roku 1989 w obszarze szeroko rozumianej twórczości. Nie jesteśmy społeczeństwem myślącym oryginalnie i twórczo. Nie będziemy w Unii Europejskiej odgrywać znaczącej roli nie z tego względu, że jesteśmy w mniejszości (liczebnie jesteśmy średnim, a nawet dużym, jak na skalę UE, narodem) czy dlatego, że mamy mniejszy potencjał. O naszym ograniczonym wpływie na kształt Europy w dużo większym stopniu przesądzą nasze cechy mentalne. Jesteśmy dobrymi funkcjonariuszami, natomiast nie jesteśmy dobrymi inżynierami czy twórcami. Obawiam się zatem, że nasza rola będzie rolą drugorzędną. Cały nasz wysiłek będzie szedł w to, co i kogo "obstawiać", w czyich grach uczestniczyć. Nie będziemy tych gier projektować, a nawet współprojektować. Będziemy mieli ogromne kłopoty ze zdefiniowaniem własnych celów w obrębie Europy.
Taka sytuacja wynika z faktu, że Polak współczesny jest ogromnie skonfundowany, nie widzi siebie jako kogoś, kto ma do odegrania jakąkolwiek rolę w dzisiejszym świecie. Ogólnie ten świat mu się podoba, chętnie w nim będzie uczestniczył, ale raczej poprzez zdyscyplinowaną realizację zaproponowanych mu zadań, niż poprzez podjęcie choćby prób zdefiniowania własnych celów, wypowiedzenia własnych oczekiwań na poziomie świadomego współuczestnictwa w tworzeniu tego nowoczesnego świata, nadawania mu kształtu. To jest tak, jakby współcześni Polacy trwale pogodzili się z tym, że są jacyś inni od nich, którzy zbudowali i budują ten świat nowoczesny, a my będziemy wedle ustalonych przez nich reguł grać dobrze, być może niekiedy nawet bardzo dobrze, ale nie będziemy mogli wnieść do tej nowoczesności wiele nowego.
Nie obawiam się, że może nam się ten nasz "powrót do Europy" nie udać, ale że będzie to proces pozbawiony jakiejkolwiek inicjatywy z naszej strony, ewentualnie wszelkie inicjatywy będą na nas wymuszane przez okoliczności. Nasza polityka, a także nasza kultura w tym się właśnie dzisiaj wyraża, w takim duchu odtwórczym.
Bardzo trudno powiedzieć, czy jest to postawa charakterystyczna tylko dla ostatnich piętnastu lat, a może głębiej, dla okresu PRL-u, czy też jest to cecha wyrażająca się już wcześniej w naszej historii. Nie chciałbym w tej wypowiedzi rozstrzygać, choć z pewnością, kiedy zagłębimy się w naszą historię, odnajdziemy tam ślady podobnych skłonności. Z pewnością jest tak jednak teraz, w taki właśnie sposób zdefiniowaliśmy swoją rolę w ciągu ostatnich 15 lat. Główny nasz wysiłek mentalny i organizacyjny zmierza dzisiaj w tym kierunku, żeby się dostosować, powielić, powtórzyć, zreprodukować... i to na każdym poziomie rzeczywistości, od rozrywki po politykę zagraniczną. Po części podobnie jest z polską nauką, z wybranym przez nas sposobem budowania jej struktur i instytucji, z tworzeniem programów nauczania.
Ale być może nie jesteśmy jedynym narodem, który sobie wyznaczył taką rolę na peryferiach nowoczesnego świata.


Tadeusz Mazowiecki
polityk, pierwszy premier III RP

Kiedy zaczęto używać sformułowania o powrocie Polski do Europy, podczas przemówienia w Radzie Europy w Strasburgu powiedziałem, że to sformułowanie jest błędne. Bo przecież my w Europie zawsze byliśmy. My tylko wracamy do pewnych struktur europejskich, tych zwłaszcza, które się w ostatnim okresie wytworzyły. Było dla mnie rzeczą zaszczytną, że Papież w swoim przemówieniu w Polsce, we Włocławku, podczas jednej z pielgrzymek, powołał się na to oświadczenie ówczesnego polskiego premiera.
Bez naszej głębokiej przynależności do Europy nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy. Nie byłoby wielkiej historii Polski okresu jagiellońskiego, wielkiej kultury. To właśnie jest dowód i świadectwo głębokiej obecności Polski w Europie, Polski jako państwa potężnego, szanowanego. Ja nigdy nie uważałem, że my powinniśmy mieć jakiś kompleks niższości. To oczywiste, że Polacy są Europejczykami, tak samo jak Europejczykami są inne europejskie narody. Oczywiście historia nasza, historia wojen wewnątrz Europy, 120 lat utraty niepodległości, czterdziestu kilku lat zaledwie półsuwerennego państwa, stworzyła pewien specjalny psychologiczny grunt. Podkreślam: nie podzielam zdania, że lata komunizmu zdecydowały o naszej odrębności. Nie tylko one. Każdy naród jest trochę inny: Francuzi, Niemcy, Anglicy czy Polacy. To cała historia sprawiła, że narody europejskie rozwijały się w różnych kierunkach, różnych konfliktach, mają różne zainteresowania i odmienne bliskości. Na przykład związki z narodami pozaeuropejskimi, jak Hiszpania z Ameryką Łacińską. Nie jesteśmy inaczej Europejczykami tylko dlatego, że przeszliśmy przez okres komunizmu.
Dziś w związku z naszymi doświadczeniami my raczej obawiamy się przynależności europejskiej, niż widzimy w niej szansę. Ale to jest punkt wyjścia niedobry. Jest co prawda wiele problemów, ale powinniśmy skupić się na szansach. Tylko naród, który ma świadomość, że jest członkiem tej rodziny europejskiej, może być w Europie szanowany, może dla siebie i dla innych coś zrobić. Tak więc moja pierwsza i zasadnicza rada to: znać swoją wartość i być otwartym wobec innych. naszą historię, odnajdziemy tam ślady podobnych skłonności. Z pewnością jest tak jednak teraz, w taki właśnie sposób zdefiniowaliśmy swoją rolę w ciągu ostatnich 15 lat. Główny nasz wysiłek mentalny i organizacyjny zmierza dzisiaj w tym kierunku, żeby się dostosować, powielić, powtórzyć, zreprodukować... i to na każdym poziomie rzeczywistości, od rozrywki po politykę zagraniczną. Po części podobnie jest z polską nauką, z wybranym przez nas sposobem budowania jej struktur i instytucji, z tworzeniem programów nauczania.
Ale być może nie jesteśmy jedynym narodem, który sobie wyznaczył taką rolę na peryferiach nowoczesnego świata.


Zdzisław Najder
polityk, badacz literatury

Jako historyka literatury samo to pytanie zaskakuje mnie i zastanawia. Jestem bowiem przekonany, że przed rokiem 1945 nikt by go poważnie nie zadał. Jest w nim zawarte założenie, że Polak może nie być Europejczykiem. Tymczasem od Mieszka I, czyli od ponad tysiąca lat, świadomi Polacy zawsze uważali się za Europejczyków. Przynajmniej do roku 1945. Od ponad tysiąca lat uczestniczyliśmy w takim poczuciu wspólnej cywilizacji, która jest doświadczana i przeżywana przez członków konkretnych narodów. Bardzo ładnie pisał o tym zmarły niedawno znakomity humanista i znakomity Europejczyk Zygmunt Kubiak w "Brewiarzu Europejczyka": było się Europejczykiem przez bycie Hiszpanem, Polakiem czy Włochem.
Jeżeli się nie uznaje tego poczucia wspólnoty, nie można zrozumieć dziejów literatury czy kultury polskiej. Bo zawsze były one świadomą częścią kultury europejskiej. Dotyczyło to również życia politycznego. Kiedy w połowie XVI wieku Jędrzej Frycz - Modrzewski proponował reformę systemów prawnych i politycznych, proponował ją i dla Polski, i dla innych krajów Europy. Polacy nie zapominali o tym, że np. samorząd miejski jest podobny na obszarze całej Europy, a poza Europą go nie ma. To była część wspólnej świadomości cywilizacyjnej.
Tuż po 1945 roku to się zawaliło. Komuna nas - znacznie skuteczniej niż się nam zdaje - wyrwała z nurtu historii europejskiej. I dzisiejszy eurosceptycyzm, ci ludzie, którzy chcą Polaków przeciwstawić reszcie Europy, są nieświadomie produktami komuny: oni myślą w kategoriach "Europa i my". A takie kategorie byłyby trudne do zrozumienia i dla Jana Kochanowskiego, i dla Juliusza Słowackiego, i dla ludzi polskiej kultury II Rzeczypospolitej.
Zdarzyło się także coś innego, być może równie ważnego. Europejczyk tradycyjnie określał swoją tożsamość przez odwołanie się do dwóch czynników: "Jaka jest jego przeszłość rodzinna, środowiskowa?". I "Gdzie wyrósł?". Rozwijając: jakie mu śpiewano kołysanki, jakie stały domy, jakie rosły drzewa. Europejczyk określał swoją konkretną europejskość, polską, szkocką czy czeską, przez odwołanie się do czasu i miejsca. Jeżeli zauważał, że jest jakaś przerwa w ciągłości historycznej, to odczuwał to jako coś niewłaściwego, bolesnego. Jeżeli był zmuszony spędzać życie gdzie indziej niż się urodził i wychował, w innym kraju, jeżeli musiał emigrować, czuł się okaleczony. To jest zresztą stały motyw kultury europejskiej, motyw wygnania. Potężnie wyrażany przez Dantego. Albo przez naszą Wielką Emigrację po roku 1831. Tymczasem dzisiaj przeszłość i ziemia rodzinna stały się mniej ważne. W głównej mierze dlatego, że byliśmy po 1939 czy po 1945 roku przepędzani z miejsca na miejsce. Ciągłość historyczna została za mocno zerwana.
I w samoobronie, prawdopodobnie, uważamy odwołanie do czasu i miejsca za mniej ważne. Emigracja dzisiaj to nie jest już nieszczęście tak jak w XIX wieku - to bywa często marzenie. Tu się kryje nieeuropejski składnik naszej świadomości.
Ale to nie wszystko. Sowieci i komuna wyrwali nas z głównego nurtu cywilizacji europejskiej. Siedzieliśmy w zamrożonym baraku. Podczas gdy reszta Europy, wolna Europa, rozwijała się swobodnie. Tworzyła nowe formy organizacji politycznej, stworzyła zupełnie nową formę organizacji gospodarczej. Doprowadziła do tego, że po raz pierwszy w historii Europejczycy przestali się bić ze sobą. Wytworzyli także nie zapisane w żadnym kodeksie wzajemne zaufanie i poczucie wspólnoty interesów. Dziś oni współpracują, nawet już nie myśląc o tym, że współpracują. A my takiego doświadczenia nie mamy. Nasi politycy odnoszą się do wszystkich polityków, nawet w tej samej partii, z wielką podejrzliwością. A cóż dopiero do polityków innych państw. I to stwarza barierę pojęciową między nimi a nami. Musimy zdać sobie sprawę, że nasze doświadczenie jest doświadczeniem chorobowym. Musimy dokonać wielkiego skoku, aby pokonać 50 lat złych doświadczeń. Musimy poczuć się Europejczykami, bo w przeciwnym razie przestaniemy być Polakami.



Artykuł pochodzi z wydania EUROPA (1) 83/04 (07.04.2004) z działu ANKIETA ze strony 12