Nr 2 - 2.2002 r.
 
MIĘDZY MODERNIZACJĄ A MARNOTRAWSTWEM
O gospodarce PRL z historykiem Krzysztofem Madejem rozmawia Barbara Polak

B.P. - Jaką spuściznę materialną po przedwojennej i wojennej Polsce przejął komunistyczny rząd?

K.M. - Szacuje się, że straty materialne na ziemiach polskich w granicach z 1939 r. wynosiły około 50 mld ówczesnych dolarów. Podczas wojny zniszczeniu uległy przede wszystki obiekty, w tym budynki i mieszkania. Warszawa straciła 75 proc. budynków. W innych miastach nie było lepiej, na przykład Gdańsk został zniszczony w 55 proc., Grudziądz w 65 proc. Na wsi, głównie na terenach przyfrontowych, ucierpiało około 500 tys. zagród.
Po wojnie granice Polski zostały przesunięte na zachód, co wiązało się ze zmianą profilu gospodarki. W porównaniu z resztą terytorium kraju ziemie zachodnie były regionem dużo bardziej rozwiniętym, zwłaszcza pod względem infrastruktury i przemysłu, choć równie dotkliwie doświadczonym przez wojnę.

B.P. - Odbudowa gospodarki w znacznym stopniu była uzależniona od bogactw naturalnych. Jaki wpływ na zasobność Polski w surowce miała zmiana granic?

K.M. - Polska utraciła trzy czwarte złóż ropy naftowej i złoża soli potasowych, które znajdowały się na ziemiach wschodnich zajętych przez ZSRR. Natomiast na ziemiach zachodnich Polska uzyskała nowe złoża węgla kamiennego i brunatnego, jak również złoża rud cynkowo-ołowianych, miedzi i niklu. O lepszym rozwoju tych ziem świadczy następujący fakt: w latach czterdziestych na ziemiach zachodnich przejętych przez Polskę wytwarzano mniej więcej tyle energii elektrycznej, ile na całym obszarze II Rzeczypospolitej. Wraz z przejęciem tych terenów zwiększyła się też znacznie długość linii kolei żelaznych i dróg kołowych w Polsce.
Po ucieczce i wysiedleniach ludności niemieckiej w drugiej połowie lat czterdziestych zostało tam ponad milion opuszczonych mieszkań, które w dużej części zostały zasiedlone przez mieszkańców Polski centralnej, później przez tak zwanych repatriantów z utraconych przez Polskę kresów wschodnich. Pewne rezerwy mieszkaniowe, przynajmniej na niektórych obszarach ziem zachodnich, istniały zresztą jeszcze w latach pięćdziesiątych, po 1956 r. kierowano tam więc drugą falę repatriantów z ZSRR. Oczywiście, miasta na ziemiach zachodnich również były zniszczone: Wrocław w 64 proc., Kołobrzeg w 80 proc., poważnych strat doznały Szczecin i Legnica. Przyjmuje się, że z istniejących w 1939 r. 3,5 mln izb mieszkalnych na terenach poniemieckich zniszczeniu uległo około 2 mln.
Podczas przejmowania majątku na ziemiach zachodnich dochodziło do wielu zniszczeń. Armia Czerwona zabierała cenniejsze urządzenia i wywoziła je do ZSRR. Niezależnie od tego "ziemie odzyskane" były grabione przez rodzimych szabrowników, działających na własną rękę lub w sposób zorganizowany. Często w szabrze uczestniczyli, wykorzystując swoje uprawnienia, funkcjonariusze administracji państwowej. Oczywiście, podejmowano różne próby zabezpieczenia terenu (wysyłano tam cywilne komisje i oddziały MO). Skuteczność ich była jednak niewielka.

B.P. - Skąd pochodziły fundusze na odbudowę państwa?

K.M. - W 1946 r. rozpisano Premiowaną Pożyczkę Odbudowy Kraju i wypuszczono obligacje na 4,5 mld złotych. Na czele Komitetu PPOK stanął Karol Popiel, działacz opozycyjnego Stronnictwa Pracy, co miało tę pożyczkę legitymizować przed społeczeństwem. Niektóre grupy ludności (rolnicy, sektor prywatny) zmuszono do kupna obligacji pożyczkowych. Tym sposobem w pierwszych latach powojennych budżet państwa uzyskał około 12 proc. wpływów. Wpływy do budżetu osiągano również dzięki znacznym obciążeniom fiskalnym.
Polska otrzymywała także pomoc humanitarną z zagranicy. W ramach UNRRA (United Nations Refugee Emergency Fund) po 1947 r. Polska otrzymała pomoc o wartości mniej więcej 500 mln dolarów.
W przeważającej części była to żywność, ale również urządzenia przemysłowe, leki i odzież.

B.P. - Jakie były plany odbudowy kraju i jak je wdrażano?

K.M. - Najważniejszym etapem odbudowy kraju był plan trzyletni. Był to jedyny plan gospodarczy w PRL, który się powiódł. Przygotował go związany z PPS Centralny Urząd Planowania (CUP). Warto poświęcić mu trochę miejsca. Kierownictwo CUP z klucza partyjnego przypadło PPS. Szefem urzędu był Czesław Bobrowski, a inni ekonomiści związani z PPS mieli w nim silną pozycję. W lutym 1948 r. zaczęto ograniczać niezależność CUP. Hilary Minc skrytykował metody planowania gospodarczego stosowane w urzędzie, które były wzorowane na metodach zachodnich ekonomistów, a nie radzieckich. Był to oczywiście pretekst, chodziło o to, aby przejąć kontrolę nad tą instytucją, a w przyszłości nad systemem planowania gospodarczego i kształcenia ekonomicznego. Później zaczęto usuwać z katedr ekonomicznych ludzi związanych z przedwojenną lewicą, krytycznych wobec stosowania w gospodarce metod radzieckich. Katedry uniwersyteckie obejmowali ludzie z PPR, a później z PZPR, nawet jeśli nie mieli wymaganych stopni naukowych.

B.P. - Proszę zatem przedstawić założenia planu trzyletniego.

K.M. - Jego założenia były racjonalne, na przykład to, że nie będzie się odbudowywać zakładów zniszczonych w stopniu większym niż 50 proc. Zawierał pewne elementy gospodarki planowej, ale nie forsował uprzemysłowienia konkretnych dziedzin, co było charakterystyczne dla następnego planu, sześcioletniego. Plan trzyletni był mniej obciążony ideologią, a bardziej podporządkowany pragmatyce gospodarczej. Został uchwalony w lipcu 1947 r., ale jego podstawowe założenia zaczęto wdrażać wcześniej. Między innymi przewidywał równoprawne istnienie w gospodarce trzech sektorów: państwowego, spółdzielczego i prywatnego. Zaraz po 1945 r. w dziedzinach, które nie zostały objęte nacjonalizacją, zezwolono na działalność prywatną.
W pierwszych powojennych latach praktycznie cały handel znajdował się w prywatnych rękach.
Ten stan rzeczy utrzymywał się aż do czerwca 1947 r., kiedy to z inicjatywy PPR rozpoczęła się tak zwana bitwa o handel. W tym okresie sztandarowym ideologiem polskiej gospodarki był pepeerowski ekonomista Hilary Minc, przewodniczący Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów i minister przemysłu i handlu. Ostatecznie pod koniec lat czterdziestych z handlu wyeliminowano prywatny sektor, czego efektem były ciągłe kłopoty z zaopatrzeniem.

B.P. - Na czym polegała "bitwa o handel"?

K.M. - Niszczenie prywatnej inicjatywy odbywało się metodami administracyjnymi i fiskalnymi. Pod hasłem walki z "drożyzną" nakładano na osoby zajmujace się handlem różne kary. Działalność gospodarcza była koncesjonowana. Od 1948 r. przejęto także kontrolę nad spółdzielczością, "upaństwawiając" ją. Nie tylko tworzono specjalne akty normatywne, ale także odsuwano od handlu ludzi autentycznie związanych ze spółdzielczością i tworzono spółdzielnie w pełni kontrolowane przez struktury centralne.

B.P. - Jak można podsumować wyniki planu trzyletniego?

K.M. - W znacznym stopniu odbudowano gospodarkę kraju. W planie trzyletnim liczba tak zwanych twardych wskaźników dyrektywnych była o wiele mniejsza niż w następnych. W dużej mierze zawdzięczamy to właśnie autorom planu, ekonomistom związanym z CUP. Już w 1948 r. poziom produkcji przemysłowej przekroczono o 30 proc. w stosunku do wielkości produkcji sprzed 1939 r. Gorzej przedstawiały się wyniki w rolnictwie - w 1948 r. produkowano około 70 proc. tego, co przed wojną. Przede wszystkim jednak znacząco wzrosła konsumpcja - do 1949 r. płace realne ludności wzrosły o 58 proc. (ale trzeba pamiętać, że płace zaraz po wojnie były bardzo niskie).
W 1949 r. zniesiono również reglamentację żywności. Udało się tego dokonać mimo ograniczenia przez PZPR roli CUP i odsunięcia ekonomistów związanych z PPS, który w 1948 r. ostatecznie traci swój relatywnie autonomiczny byt.

 

Władysław Gomułka dekoruje zasłużonego górnika z okazji "Barbórki"

B.P. - Hilary Minc przeprowadził ideologiczną krytykę planu trzyletniego i stworzył podwaliny planu sześcioletniego.

K.M. - W miejsce CUP powstała Komisja Planowania Gospodarczego, na której czele stanął Minc. Plan sześcioletni zakładał przeznaczenie w dochodzie narodowym większej puli na inwestycje, czyli tworzenie środków produkcji i forsowną industrializację, rozwój przemysłu ciężkiego, metalowego. Był to sposób na rozwój cywilizacyjny kraju. Sam fakt wyboru określonych typów przemysłu świadczył z kolei o pewnych priorytetach - chodziło o stworzenie zaplecza dla przemysłu zbrojeniowego. Zwłaszcza od 1951 r. plan był modyfikowany w tym kierunku. Wiązało się to z wojną koreańską i przygotowaniami ZSRR i jego satelitów do trzeciej wojny światowej. Społecznym skutkiem planu sześcioletniego był liczbowy wzrost klasy robotniczej. Zatrudnienie ludzi w przemyśle stwarzało szansę rozwiązania problemu przeludnienia polskiej wsi.
Sztandarową budową planu sześcioletniego była Nowa Huta - kombinat metalurgiczny i powstające wokół niego miasto. Mimo krytyk jej powstanie nie było tak do końca gospodarczym absurdem. Decyzja o budowie nie miała wyłącznie charakteru politycznego (krytycy projektu podkreślali, że ma to być kara dla Krakowa, który się "źle zachował" podczas referendum). Lokalizacja ta miała na celu zapewnienie miejsc pracy dla młodzieży z małopolskich wsi, a krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza miała dać hucie dobrze wykształconych inżynierów. Dodajmy, że okoliczności powstania Nowej Huty stanowią dobrą ilustrację ewolucji sytuacji geopolitycznej Polski. Pierwotnie miała ona powstać na Śląsku. W Chicago zamówiono nawet piec hutniczy. Nie udało się zrealizować tych zamierzeń, bo Polska musiała, ze względów politycznych, odrzucić plan Marshalla. Trzeba było zbudować hutę na bazie technologii sowieckiej i bliżej granicy wschodniej. Z tych między innymi powodów zdecydowano się na Kraków.

B.P. - Tak to pragmatyka gospodarcza ściera z politycznymi interesami, na dodatek nie naszymi.

K.M. - Tak, tylko że my wówczas nie mieliśmy innych kooperantów i ze względów politycznych mieć nie mogliśmy... Oczywiście, chodziło też o stworzenie silnego środowiska robotniczego obok inteligenckiego Krakowa.

B.P. - Co oprócz Nowej Huty znalazło się w planie sześcioletnim?

K.M. - Pierwsze założenia były takie - trzeba dać dużo na inwestycje i stworzyć podstawy industrializacji. Priorytetem było więc silne państwo, a nie zamożne społeczeństwo. Inwestowano w przemysł maszynowy, metalurgiczny i chemiczny, mniejsze nakłady szły na przemysł budowlany, lekki i spożywczy. W ramach planu sześcioletniego wybudowano między innymi hutę aluminium w Skawinie, hutę żelaza w Częstochowie. Na terenie Warszawy rozwinięto przemysł motoryzacyjny - na Żeraniu powstaje Fabryka Samochodów Osobowych (FSO) - także elektrotechniczny i maszynowy. Rozpoczęto tworzenie bydgoskiego okręgu przemysłowego.

B.P. - Musiały też powstawać zakłady, które mogły obsługiwać przemysł zbrojeniowy. Przed wojną takie funkcje pełnił Centralny Okręg Przemysłowy (COP), którego budowę rozpoczęto w latach trzydziestych.

K.M. - W ramach realizacji planu rozbudowywano i modernizowano zakłady już istniejące oraz tworzono nowe. W Starachowicach powstała fabryka samochodów ciężarowych, w Skarżysku-Kamiennej zakłady przemysłu maszynowego, w Kielcach fabryka kotłów.
Silna militaryzacja przemysłu rozpoczęła się w okresie kryzysu wywołanego wojną koreańską. Różne gałęzie przemysłu zaczęły pracować na rzecz zbrojeniówki. Szacuje się, że wydatki na zbrojenia w latach 1950-1955 wyniosły około 4 mld dolarów. Pod koniec realizacji planu sześcioletniego na potrzeby wojska pracowało 166 zakładów. Liczebność armii wzrosła ze 140 tys. w 1948 r. do ponad 400 tys. w 1953 r. Wydatki na infrastrukturę pochłonęły miliard ówczesnych dolarów - wybudowano wtedy między innymi kilka linii kolejowych prowadzących do granicy wschodniej, stacje przeładunkowe, również lotniska wojskowe w Modlinie i na Bemowie. Takie zmiany dotyczyły nie tylko Polski.
W Czechosłowacji, która była w bloku głównym producentem broni, wydatki militarne wzrosły w tym czasie siedmiokrotnie.
Forsowna industrializacja miała również inny aspekt, zauważalny nie tylko podczas wprowadzania w życie planu sześcioletniego. W gospodarce komunistycznej znacznie chętniej coś budowano i tworzono od nowa, niż remontowano i modernizowano. Po części było to pochodną rywalizacji różnych grup interesów o kasę państwową. Klęska Nowej Huty w latach późniejszych polegała na tym właśnie, że w porę nie przeprowadzono jej modernizacji.

B.P. - Rozwijając przemysł ciężki, władze musiały zrezygnować z innych inwestycji. Jakie dziedziny ucierpiały w okresie intensywnej industrializacji?

K.M. - W latach pięćdziesiątych bardzo zaniedbano na przykład budownictwo mieszkaniowe. W latach 1950-1955 wybudowano tylko 400 tys. mieszkań; oznacza to w przybliżeniu, że na cztery nowo zawarte małżeństwa przypadało jedno nowe mieszkanie!
Ceną za tę intensywną industrializację był również bardzo niski poziom życia, mimo że więcej wytwarzano i rósł dochód narodowy. Na poziomie konsumpcji było to bardzo mało odczuwalne, zaledwie o kilka procent wzrosły w tym okresie płace realne. W niektórych latach były one wręcz niższe niż w 1949 r. Poza tym płace były obłożone podatkiem na Narodową Pożyczkę Rozwoju Sił Zbrojnych. W 1950 r. zarządzono wymianę pieniędzy. O ile wcześniejsza wymiana w 1945 r. miała charakter porządkujący (chodziło o wyeliminowanie różnych środków płatniczych znajdujących się w obiegu), o tyle zasady wymiany w 1950 r. zostały ustalone tak, że ludzie na niej stracili. Jeśli nie mieli oszczędności w banku, to stare pieniądze wymieniano na nowe w stosunku 100 do 1. Jedynie wynagrodzenia i lokaty w banku do 100 tys. zł wymieniano w relacji 100 do 3. Bardzo ograniczony był również czas wymiany. W ten sposób stworzono możliwość ściągnięcia marży emisyjnej, co z jednej strony było zabiegiem fiskalnym, a z drugiej dawało państwu wpływy, które można było przeznaczyć na finansowanie industrializacji.
Plan sześcioletni załamał się po śmierci Stalina. Historycy gospodarki wyróżniają tak zwane cykle w rozwoju gospodarczym. Cykl zaczyna się od fazy konsumpcyjnej, kiedy gospodarka rozwija się w miarę równomiernie (w tej fazie można umieścić gospodarkę planu trzyletniego). Potem następuje faza intensywnej industrializacji (to był właśnie plan sześcioletni). Okres ten kończy się zwykle dużymi problemami społecznymi i gospodarczymi, co przesądza o konieczności zmiany polityki gospodarczej.
Znany ekonomista Stefan Kurowski tłumaczył odchodzenie od polityki intensywnej industrializacji tym, że koszty utrzymywania spokoju społecznego okazywały się zbyt wysokie. Wtedy właśnie decydowano się na zabieg zwany manewrem gospodarczym. Ta faza w planie sześcioletnim wypadła na 1954 r., kiedy przeznaczano większe limity inwestycyjne na produkcję o charakterze konsumpcyjnym. W zakładach pracy uruchamiano tak zwaną produkcję uboczną - oprócz na przykład części do lokomotyw czy czołgów produkowano wiadra. Taka produkcja cieszyła się poparciem załóg, które na tym zarabiały. Na zubożonym rynku wewnętrznym był duży popyt na te towary. Po 1956 r. odblokowano (w ograniczonym zakresie) też prywatną inicjatywę, restytuowano spółdzielczość. Zaczęto udzielać ludziom kredytów, żeby mogli budować mieszkania.

V Kongres Związków Zawodowych, Warszawa 1962

B.P. - To chyba od tego momentu zaczyna się okres gomułkowskiej "małej stabilizacji". Jak można opisać politykę gospodarczą tego okresu?

K.M. - W roku 1957 ogłoszono nową politykę mieszkaniową, polegającą na tym, że udzielano ludziom kredytów mieszkaniowych. Siłą rzeczy skierowano też znaczne środki finansowe na przemysł budowlany. Zaczęto również wspierać rzemiosło.
W czasie planu sześcioletniego zarobki realne zwiększyły się zaledwie o kilka procent, w latach 1957-1960 zaś pensje realne wzrosły o dwadzieścia parę procent. Jednak dość szybko skończył się okres względnej liberalizacji w ramach gospodarki nakazowo-rozdzielczej. W 1958 r. powstał plan intensywnego uprzemysłowienia, który miał być wdrażany od 1960 r. W praktyce oznaczało to, że znów ograniczono limity inwestycyjne, w tym na przykład właśnie nakłady przeznaczane na budownictwo. Jeśli więc na początku lat sześćdziesiątych spółdzielniom mieszkaniowym udało się zgromadzić środki, to i tak miały później problemy z realizacją inwestycji, bo nie miały wykonawców i materiałów budowlanych.
Powrót do intensywnego uprzemysławiania miał kilka przesłanek. W ramach RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej) Polska była zobligowana do rozpoczęcia pewnych inwestycji, na przykład do zwiększenia wydobycia węgla na potrzeby hutnictwa czy rozwoju przemysłu chemicznego w związku z produkcją surowców syntetycznych. Miała również współfinansować inwestycje surowcowe w ZSRR i Rumunii. Były też przesłanki wewnętrzne. W materiałach Wydziału Ekonomicznego KC PZPR z początku lat sześćdziesiątych znalazłem na przykład protokół z narady poświęconej planom inwestycyjnym w budownictwie. Instytut Gospodarki Mieszkaniowej opracował wtedy prognozę dotyczącą zapotrzebowania na nowe mieszkania w latach 1961-1965. Propozycje były takie - 700 tys., 650 tys. lub 600 tys. mieszkań. Przyjęto opcję najniższą, która według danych IGM nie rokowała nadziei na poprawę sytuacji mieszkaniowej.
Władze partyjne motywowały swe decyzje następująco - musimy przede wszystkim rozwijać przemysł ciężki, maszynowy i chemiczny, bo tego wymaga ogólna sytuacja międzynarodowa, czyli zagrożenie konfrontacją militarną. Ponadto w wiek produkcyjny wchodzi pokolenie wyżu demograficznego, trzeba mu dać pracę. Potrzeby szacowano na około półtora miliona miejsc pracy i miejsca te rzeczywiście wtedy stworzono, choć w ślad za wzrostem zatrudnienia nie szło zwiększenie wydajności pracy.

B.P. - Zatrzymajmy się jeszcze przy sprawach mieszkaniowych. Głód mieszkań był zmorą całego okresu PRL.

K.M. - W latach czterdziestych i pięćdziesiątych potrzeby mieszkaniowe rozwiązywano metodami administracyjnymi. Wprowadzono akty normatywne ustalające, że nieruchomości mające więcej niż pięć izb będą poddane tak zwanemu przymusowemu zarządowi nieruchomości, co w praktyce oznaczało dokwaterowywanie lokatorów do mieszkań i domów prywatnych. Miało to pewne racjonalne uzasadnienie, ponieważ, jak powiedzieliśmy, zniszczenia budynków w czasie wojny były ogromne. Z upływem czasu zamiast te przepisy łagodzić, czyniono je bardziej restrykcyjnymi. Dekret w tej sprawie z 1951 r. pozwolił przejąć administracji państwowej resztki nie poddanego dotąd kontroli państwowej mienia. Ani spółdzielnie mieszkaniowe, ani indywidualni właściciele nie mieli prawa decydowania o swojej własności. W jednym mieszkaniu kwaterowano po kilka rodzin. Standard tych wielorodzinnych mieszkań był niski, domy nie były remontowane, nawet jeśli były po wojnie częściowo zniszczone. Nie było ich za co remontować, bo czynsze mieszkaniowe były bardzo niskie, wręcz symboliczne. Budownictwo mieszkaniowe, poza sztandarowymi budowami lat pięćdziesiątych, takimi jak MDM czy Nowa Huta, praktycznie nie istniało.

B.P. - Po Październiku trochę jednak poprawiło się w tej dziedzinie.

K.M. - W latach sześćdziesiątych mimo ograniczonych środków i limitów inwestycyjnych starano się budować jak najwięcej. Idée fixe Gomułki było budownictwo oszczędnościowe, co znalazło akceptację Biura Politycznego. Wiązało się to, rzecz jasna, z obniżeniem standardu. Budownictwo miało być jak najtańsze - małe, ciemne kuchnie, zmniejszanie "zbędnych" powierzchni, niskie stropy, brak tynków. Pojawił się nawet pomysł, żeby budować domy z suchymi ustępami oraz takie, w których jedna łazienka służyła lokatorom kilku mieszkań.
Inwestorzy, zwłaszcza spółdzielcy czy budownictwo zakładowe, nie chcieli tak budować, bo przecież mieszkanie było ważnym elementem przetargowym w grze o pracownika. Wtedy pojawiły się koncepcje nowych technik, chciano wprowadzić strunobetony i azbest. Próbowano również, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych, wprowadzać projekty typowe i budować z wielkiej płyty. Była to próba rozwiązania problemu mieszkaniowego. Pod koniec lat sześćdziesiątych milion rodzin czekało na mieszkanie. Budowano wtedy średnio 150 tys. mieszkań rocznie, ale i tak liczba oczekujących wciąż się zwiększała. Niedostatek mieszkań w drugiej połowie lat siedemdziesiątych szacowano na półtora miliona, mimo że lata te były rekordowe, jeśli chodzi o budownictwo - budowano około 230 tys. mieszkań rocznie.

B.P. - Powróćmy do inwestycji przemysłowych.

K.M. - W latach sześćdziesiątych inwestowano sporo w przemysł chemiczny, między innymi rozpoczęto wydobycie siarki w Tarnobrzegu, powstały zakłady azotowe w Puławach, a w Płocku zakłady petrochemiczne. Inwestowano również w przemysł wydobywczy - w Koninie powstała kopalnia węgla brunatnego, rozpoczęto eksploatację węgla w Rybnickim Okręgu Węglowym. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych uruchomiono produkcję syrenki, a w końcu lat sześćdziesiątych fiata 125p.
Problemy gospodarcze ujawniły się w drugiej połowie dekady, co jest zgodne z wcześniej omawianymi fazami gospodarki planowej. Znacznie osłabło tempo wzrostu gospodarczego i wzrostu płac realnych. Próbą wyjścia z impasu były tak zwane reformy jaszczukowskie (Bolesław Jaszczuk był członkiem Biura Politycznego KC PZPR odpowiedzialnym za gospodarkę). Była to polityka selektywnego wzrostu, popierano tylko te gałęzie, które mogły dać jakiś wzrost dochodu narodowego, a za taką uznano przemysł chemiczny. Lata sześćdziesiąte Polska zakończyła z długiem w wysokości miliarda dolarów, będącym wynikiem przede wszystkim ujemnego bilansu w wymianie handlowej z zagranicą. Masakra robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. była konsekwencją błędów w polityce gospodarczej i społecznej. Na początku swoich rządów Gomułka cieszył się zaufaniem społeczeństwa, kończył je w atmosferze wrogości. Podwyżka cen żywności wcale nie musiała zostać wprowadzona właśnie wtedy. Polska była i tak zadłużona, więc można było wziąć kolejny kredyt i kupić za granicą brakujące mięso, ale Gomułka był temu przeciwny. Być może niczego by tym nie załatwiono, ludzie mieli już dość siermiężnej "małej stabilizacji".

B.P. - Następca Gomułki, Edward Gierek, miał tego świadomość.

K.M. - Rządy Gierka były przeciwieństwem czternastoletnich rządów Gomułki. Gierek, świadomy niepowodzeń poprzednika, starał się na początku zdobyć przychylność społeczeństwa decyzjami gospodarczymi. W 1971 r. odwołano podwyżki cen. W 1972 r. zniesiono obowiązkowe dostawy produktów rolnych narzucone wsi na początku lat pięćdziesiątych. Podwyższono najniższe płace, renty i emerytury. Świadczeniami społecznymi została objęta również ludność wiejska. W latach 1971-1975 płace realne wzrosły przeciętnie o 40 proc., liczne inwestycje stworzyły około 1,1 mln nowych miejsc pracy. Trzeba jednak pamiętać, że działo się to z jednej strony na kredyt i niekorzystne zjawiska pojawiły się już w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Z drugiej strony około 30 proc. ludzi żyło wtedy poniżej progu ubóstwa (mniej więcej tyle co obecnie).

B.P. - Społeczeństwo zachowało w pamięci lata prosperity tego pierwszego okresu rządów Gierka, ale również ma świadomość zgubnej strategii zaciągania kredytów.

K.M. - W latach siedemdziesiątych znacząco zmodernizowano polską gospodarkę. Polska była skazana na zadłużanie, bo założenia gospodarcze przewidywały import inwestycyjny. Inwestowano w infrastrukturę. Powstała wtedy na przykład Centralna Magistrala Kolejowa i tak zwana "gierkówka", czyli droga szybkiego ruchu między Katowicami a Warszawą. Zbudowano Port Północny i Rafinerię Nafty w Gdańsku.
Lata siedemdziesiąte to również inwestycje w przemysł samochodowy, zakupiono licencję "malucha", który miał być samochodem dla każdego. Na licencji francuskiego Berlieta rozpoczęto w Jelczu budowę autobusów. Inwestycje te z jednej strony miały znaczenie modernizacyjne i konsumpcyjne, z drugiej strony chodziło o zwiększenie udziału Polski w wymianie międzynarodowej. W porównaniu z 1970 r. import do Polski wzrósł w 1975 r. o 104 proc., a eksport o 66 proc.
Zaciąganie pożyczek wiązało się z koncepcją samospłaty. Kupując na przykład linię produkcyjną fiata 126p, zakładano spłaty eksportem tych samochodów. Niektóre zakupy, w tym nabyta w 1974 r. licencja firmy Massey Ferguson dla Ursusa, nie były trafione. Ostatecznie musiano wprowadzić do licencji wiele przeróbek i rzeczywista produkcja została uruchomiona dopiero w 1984 r. Również Berliet jako autobus miejski okazał się za "delikatny" na polskie realia. Było to do przewidzenia, ale decyzję podjęto z powodów, nazwijmy to, niemerytorycznych - znane było frankofilstwo Gierka, a poza tym udziały w Berliecie miała francuska partia komunistyczna.
Oczywiście nie wszystkie inwestycje oparte na zasadzie samospłaty były niewypałem. Niewątpliwie hotel "Forum" w Warszawie był bardzo potrzebny. Nie można też powiedzieć, że zachodnie kredyty były wyłącznie przejadane, bo do 1976 r. udział konsumpcji wynosił w nich około 17 proc. Marnotrawstwem okazały się niektóre inwestycje. Koszt Huty Katowice oszacowano na 25 mld złotych, a jej koszt rzeczywisty był prawdopodobnie dziesięciokrotnie wyższy! Dla wszystkich tam pracujących - od dyrektorów po robotników - było to bardzo korzystne przedsięwzięcie. Ludzie zarabiali tam jak nigdy wcześniej i jak nigdy później. Rozrzutność przy jej budowie była niewiarygodna, nikt nie dbał o konserwację sprzętu. Moja teoria jest taka: poza oczywistą niegospodarnością i nadużyciami, ówczesna administracja gospodarcza nie była przygotowana do zarządzania taką liczbą inwestycji.

Stocznia gdańska

B.P. - Czy to znaczy, że mieliśmy złych ekonomistów i złe plany?

K.M. - Ekonomiści, nie tylko w latach siedemdziesiątych, byli odsuwani od gospodarki. Po Październiku powołano Radę Ekonomiczną, w jej skład weszły uznane autorytety ekonomiczne - Czesław Bobrowski, Oskar Lange, Włodzimierz Brus. Na początku lat sześćdziesiątych władze przestały się jednak z ich zdaniem liczyć. Gierek oczywiście miał także swoich doradców, ale nie przyjmował uwag krytycznych. Były na przykład opinie Najwyższej Izby Kontroli (kierowanej przez Mieczysława Moczara), która przestrzegała przed rozpoczynaniem wielu inwestycji. Postanowiono więc kontynuować tylko dobrze rokujące inwestycje, które mogły przynieść korzyści eksportowe, i zacząć spłacać zaciągnięte kredyty.
W praktyce zatrzymano część inwestycji... by rozpocząć kolejne.
Plany zwiększenia eksportu były z założenia nierealne, żaden kraj wtedy nie był w stanie tak szybko zdynamizować eksportu. Pogorszyła się koniunktura międzynarodowa. Kraje zachodnie, czyli pożyczkodawcy, nie zwiększały swojego importu z krajów zadłużonych. Pod koniec lat siedemdziesiątych obciążenie spłatami było wyższe niż wpływy PRL z eksportu, tylko 40 proc. przedsiębiorstw działających w ramach samospłaty realizowało zobowiązania płatnicze.
Największym jednak problemem było to, że w niedokończonych inwestycjach pogrzebano około biliona złotych.

B.P. - Mam w oczach obraz takiej degrengolady przemysłowego krajobrazu polskiego - walające się zardzewiałe maszyny, błoto, zwaliska unieruchomionego sprzętu. To było widać nawet z okien pociągu, gołym okiem.

K.M. - Tak właśnie wyglądały efekty zamrożenia inwestycyjnego, przerywano inwestycje, bo nie było na nie środków. Wartość nieprzekazanych do użytku inwestycji w 1980 r. szacowano na około 70 proc. ich wartości kosztorysowej.
Znacznie zmniejszyło się tempo wzrostu dochodu narodowego. W latach 1970-1975 rósł on średnio o 10 proc. rocznie, a w drugiej połowie lat siedemdziesiątych o 1 proc. Pod koniec dekady, w latach 1979-1980, dochód narodowy spadł nawet o kilka procent.

B.P. - Lata siedemdziesiąte po raz kolejny pokazały, że po pięknym początku następuje smutne zakończenie.

K.M. - Pamięć o przyczynach klęski Gomułki i opinie z Moskwy, przeciwnej radykalnym podwyżkom burzącym spokój społeczny, spowodowały, że władze długo obawiały się podwyższyć ceny żywności, a po protestach w czerwcu 1976 r. ostatecznie wycofały się z podwyżek. Abstrahując już od metod dialogu społecznego stosowanych przez władze, brak podwyżek cen zaowocował ostatecznie niedoborami na rynku i reglamentacją. W lipcu 1976 r. wprowadzono przecież kartki na cukier.
Negatywne skutki gospodarki na kredyt zaczęły być odczuwalne w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Obniżył się poziom życia ludności, pojawiły się trudności w zaopatrzeniu. Rozpoczynając nowe inwestycje, zapomniano o modernizacji już istniejących. Przykładem może być Nowa Huta, która już wtedy wymagała znacznej modernizacji. Fakt, że w 1978 r. zatrudniała 35 tys. pracowników, świadczy, iż nie mogła być zakładem efektywnym.
Skutki ówczesnej polityki odczuwamy do dziś, choćby spłacając zaciągnięte wtedy długi, i tak częściowo zredukowane na początku lat dziewięćdziesiątych.

B.P. - W jakim stopniu polskie katastrofy gospodarcze były rodzimego autorstwa, a w jakim wynikały one z zależności obowiązujących w obrębie bloku?

K.M. - RWPG nigdy nie była sprawnie funkcjonującym organizmem gospodarczym. Kiedy w drugiej połowie swych rządów Gomułka chciał rozwinąć współpracę krajów socjalistycznych, okazało się to niemożliwe, ponieważ w porównaniu z zachodnimi, gospodarka socjalistyczna faktycznie nie była w stanie dobrze kooperować. Trudno powiedzieć, kto tak naprawdę w kogo inwestował. Rozliczenia w ramach RWPG były bardzo niejasne, dlatego też powszechne było przekonanie, że braki na rynku spowodowane są tym, iż towary są wywożone do ZSRR (tam zresztą analogicznie tłumaczono sobie trudności w zaopatrzeniu). Trzeba było kupować trzcinę cukrową na Kubie, żeby jej pomóc. Jest taka informacja, nie wiem, czy do końca prawdziwa, że Kuba otrzymała od krajów bloku większą pomoc niż Europa Zachodnia w ramach planu Marshalla. W ramach pomocy bloku dla krajów socjalistycznych w Trzecim Świecie na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Polska współfinansowała pomoc dla komunistów wietnamskich. Na pewno należało dla dobra bloku rozwijać przemysł ciężki, zbrojeniowy. W latach siedemdziesiątych pewne transakcje na Zachodzie były zawierane po to, żeby nowoczesne technologie mogły napływać do Związku Radzieckiego. Transakcje te były skomplikowane, kupowano za dolary, sprzedawano za ruble transferowe. Ale zbudować generalny bilans tych rozliczeń jest trudno.
Największym ograniczeniem dla gospodarki PRL było to, że musiała funkcjonować w ramach modelu gospodarczego narzuconego przez uwarunkowania polityczne. Nie istniała swoboda zawierania umów gospodarczych w wymianie międzynarodowej. Niektóre umowy z ZSRR były jawnie niekorzystne dla Polski, jak ta o sprzedaży węgla z lat pięćdziesiątych. Z kolei ZSRR subwencjonował kraje RWPG, sprzedając im rudy żelaza (słabej co prawda jakości) po niskich cenach.

B.P. - Pozostała nam ostatnia dekada PRL. Proszę ją scharakteryzować od strony gospodarczej.

K.M. - Lata osiemdziesiąte, jeśli chodzi o przyrost dochodu narodowego, to najgorszy okres w dziejach PRL. Przyjmuje się, że realnie dochód wzrósł o 3 proc., co nie wyrównało spadku z początku tej dekady. Nastąpiło ogólne obniżenie standardu życia. Reglamentacją objęto praktycznie wszystkie dziedziny życia. Odzyskanie poziomu dochodu narodowego z 1978 r. w niektórych dziedzinach nastąpiło dopiero w latach dziewięćdziesiątych.

B.P. - Ile kosztował stan wojenny?

K.M. - Danych na ten temat brakuje, ale z pewnością były to duże koszty, na przykład na paliwo do wojskowych pojazdów. W czasie stanu wojennego wprowadzono reformę gospodarczą, polegającą de facto na bardzo radykalnej podwyżce cen, w wyniku której realne dochody ludności spadły o ponad 20 proc. (według niektórych szacunków spadek ten był jescze większy).
Próbowano oczywiście jakoś uporządkować gospodarkę, ale już w drugiej połowie dekady okazało się, że jest to praktycznie niemożliwe. Pojawiła się koncepcja drugiego etapu reformy gospodarczej. Władze jednak obawiały się niezadowolenia ludności spowodowanego obniżeniem się poziomu życia, odwołały się więc do referendum, które w 1987 r. przegrały. Reformy rządu Rakowskiego w 1989 r. uruchomiły hiperinflację. Zmiany modelu gospodarczego dokonał dopiero pierwszy rząd solidarnościowy.

Huta aluminium w Skawinie

Na radykalne reformy w gospodarce władze nie miały zgody społecznej, prawdopodobnie zabrakło im również woli politycznej. Z pewnej liberalizacji gospodarki skorzystała w latach osiemdziesiątych prywatna inicjatywa, powiązana często z aparatem władzy. Zaczęły powstawać jakieś spółki joint-venture czy firmy polonijne. Tego typu aktywności sprzyjał powszechny niedobór towarów na rynku i związany z tym duży popyt. Spore znaczenie zaczyna mieć w latach osiemdziesiątych szara strefa, która z jednej strony uelastyczniała niewydolną gospodarkę, z drugiej sprzyjała powstawaniu różnych patologii w życiu gospodarczym, których skutki odczuwamy do dziś (korupcja, kapitalizm polityczny, sprzeniewierzanie publicznego majątku). Pojawiło się zjawisko dolaryzacji gospodarki. Ważną pozycję w budżecie wielu rodzin stanowiły pieniądze zarobione na Zachodzie, na tak zwanych saksach. W latach osiemdziesiątych przeciętna pensja wynosiła około 30 dolarów. Z kolei za kilka miesięcy pracy na czarno w RFN można było w Warszawie kupić mieszkanie.
Niewydolność ekonomiczna realnego socjalizmu znalazła potwierdzenie na arenie międzynarodowej. ZSRR nie był w stanie sprostać wyścigowi zbrojeń z USA, zależnemu w dużej mierze od konkurencyjności i nowoczesności gospodarki. Efektem tego był pokojowy rozpad najpierw bloku, a wkrótce samego Związku Radzieckiego.
Władysław Bieńkowski - przyjaciel Gomułki, dawny członek aparatu PPR i PZPR - napisał w 1969 r., że nie ten system wygra, który ma lepsze rakiety i sprawniejszą policję polityczną, lecz ten, który lepiej potrafi zaspokajać potrzeby życiowe i aspiracje ludzi. Wykazały to lata osiemdziesiąte - rozbudzone aspiracje życiowe poprzedniej dekady zostały skonfrontowane z nędzą i niewydolnością państwa. Z tego między innymi powodu opuściło Polskę w latach osiemdziesiątych około miliona osób. Byli to przeważnie ludzie młodzi, dobrze wykształceni.
Niezależnie od tego, że system gospodarczy był Polsce narzucony, był on po prostu niewydolny. Zbyt długo parametry rozwoju gospodarczego mierzono w sposób, od którego odchodzono w całym cywilizowanym świecie - wydobyciem węgla, wytopem surówki. W latach pięćdziesiątych były to rzeczywiście wskaźniki uprzemysłowienia czy rozwoju, ale w latach siedemdziesiątych weszły inne technologie, i nawet jeśli je sprowadzano, to nie można ich było w pełni wykorzystać. Realny socjalizm okazał się systemem niereformowalnym.

Krzysztof Madej (1974), absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego i Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Ostatnio opublikował Przeobrażenia struktur i zadań spółdzielczości mieszkaniowej w latach 1956-1965 ("Przegląd Historyczny" 2000, nr 2).


powrót