Rozmowy „Konspektu”

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

 

Historyk podwawelskiego grodu

Wywiad z historykiem sztuki i kultury, prof. Michałem Rożkiem

prof. Michał Rożek
 
prof. Michał Rożek

Anna Wajda: Jest Pan znawcą sztuki, historii i kultury Krakowa. Odkrywając nowe oblicza tego miasta stał się Pan autorem licznych publikacji, nie tylko książkowych. Ile ich jest? 

Michał Rożek: Dużo. Bardzo lubię swoją pracę - to czynność odprężająca. Oprócz krajowych publikacji moje artykuły ukazują się za  granicą, np.: we Włoszech („Kronika Rzymska” - lata 80/90), w Tel Awiwie, Nowym Jorku (artykuły z „Dziennika Polskiego”, drukowane od  1998 r.), ale nie tylko.

- W jaki sposób może Pan ogarnąć materiał, który został już opublikowany? Czy istnieje sposób porządkowania przez naukowca tak licznego dorobku? 

- Do roku 1994 prowadziłem ewidencję wszystkiego, co zostało napisane przeze mnie lub o mnie. Potem jednak było już tego tyle, że straciłem kontrolę. Mój osobisty dorobek spisałem na fiszkach i podzieliłem na trzy części: publikacje przed doktoratem, po doktoracie i po habilitacji. Natomiast księgozbiór, jaki posiadam, jest imponujący, lecz sporządzenie kompletnego katalogu wydaje mi się niemożliwe. Myślę, że zgromadziłem około pięciu tysięcy książek. W księgozbiorze tym orientuję się wzrokowo; kojarzę dokładnie, gdzie dany tytuł położyłem.

- Porozmawiajmy o Pańskim debiucie literackim? Jak daleko należy sięgnąć pamięcią, aby przywołać to wydarzenie? 

- Mój debiut na łamach prasy nastąpił w lutym 1964 r. (okres szkoły średniej), kiedy to  w „Życiu Literackim” ukazał się artykuł w sprawie oświetlenia Sukiennic. Poddałem w nim krytyce tzw.: „lampy mleczne”, które pojawiły się w tamtym czasie w Sukiennicach. Po tej publikacji zostałem zaproszony przez władze miasta. Pierwsze, co pamiętam, to zdziwienie ówczesnego prezydenta, Zbigniewa Skolickiego, że taki młody, „narwany chłopak” krytykuje rządzących. Wówczas przecież było to nie do pomyślenia. W rezultacie jednak usunięto te lampy.

Moją pierwszą publikacją książkową była natomiast Krakowska katedra na Wawelu: przewodnik dla zwiedzających, która ukazała się w 1976 r. W tym samym roku wydano także: Uroczystości w barokowym Krakowie. Geneza pierwszej z nich była taka: ówczesny kardynał Karol Wojtyła postanowił poszerzyć wiedzę młodych kleryków o Katedrze Wawelskiej. Obiekt znałem doskonale, podjąłem się więc zadania. I tak, od 1973 r., prowadziłem „naukowe duszpasterstwo kleryków” w Katedrze na Wawelu, potem zaś zrodził się pomysł, aby - wykorzystując doświadczenia i opracowane już informacje - wydać przewodnik. Edycji podjął się Zarząd Bazyliki Metropolitalnej na Wawelu. Książkę wydano w języku polskim, angielskim, niemieckim, a także francuskim i rosyjskim. Ilustrowały ją znakomite zdjęcia Adama Bujaka, a wstępem poprzedził kardynał Karol Wojtyła. Kolejna pozycja: Uroczystości w barokowym Krakowie, ukazała się w Wydawnictwie Literackim, w słynnej serii „Cracoviana”.

- Próby pisarskie pojawiały się już w licealnym piśmie „Celadon”. Czy dziś, po latach, istnieje możliwość dotarcia do niego? 

- Istotnie, było takie pismo. Ukazywało się w czasie, kiedy chodziłem do liceum im.  Jana III Sobieskiego. Tytuł pochodził od  pseudonimu patrona szkoły, używanego przezeń w listach do Marysieńki. Edycja ograniczyła się do trzech zaledwie numerów. Co się z nim stało? Nie wiem. Przenosząc się z jednego mieszkania do innego, każdy pozbywa się części papierów, które uważa za zbędne. Tak było zapewne i w moim przypadku. Sądzę, że właśnie podczas jednej z przeprowadzek pismo zaginęło.

- Skąd u Pana ta pasja: zainteresowanie dziejami podwawelskiego grodu, jego historią, kulturą, obyczajowością? 

- Ja to po prostu lubię. Mnie to bawi, a  nie męczy. Ktoś kiedyś powiedział - „Michał, ty jesteś najlepszy przy obiekcie”. Moją prawdziwą pasją jest bowiem zwiedzanie zabytków. W  ten sposób ciągle się uczę. Szereg pytań, jakie słyszę od ludzi, inspiruje mnie do działania. Często czynią to także studenci. Posiadając inny zasób wiedzy na dany temat, mają także inny niż ja punkt widzenia.

- Czy to, że jest Pan rodowitym krakowianinem, zdeterminowało pańską przyszłość jako historyka i historyka kultury? 

- To, że się urodziłem w Krakowie, na  pewno miało wpływ na moje dalsze losy. Moja rodzina związana jest ze stolicą Małopolski już od lat trzydziestych XIX w. Na Cmentarzu Rakowickim spoczywają moi krewni.

- Jak kształtowała się Pańska znajomość z wybitnymi naukowcami, m.in. Karolem Estreicherem i Janiną Bieniarzówną, a  także z Karolem Wojtyłą? Kto był dla Pana wzorcem osobowym, autorytetem? Od kogo czerpał Pan mądrość życiową? 

- Z Karolem Estreicherem kontaktowałem się przed studiami, w ich trakcie i po zakończeniu. Nasze stosunki były bardzo serdeczne, choć dzieliło nas czterdzieści lat różnicy wieku. Karol Estreicher fascynował mnie swoją erudycją, wiedzą z zakresu historii sztuki i historii kultury. Wiele się od niego nauczyłem. Zgadzałem się na przykład z twierdzeniem, że książka w humanistyce musi być nośna oraz ze słowami jego ojca, Stanisława Estreichera, który twierdził, że „myśl jasna w zwięzłym słowie się wyraża”.

Kontakty z Janiną Bieniarzówną były inne. Pisałem pod jej kierunkiem rozprawę doktorską (Mecenat artystyczny mieszczaństwa krakowskiego w XVII wieku). Od mej promotorki nauczyłem się przede wszystkim pracy z archiwaliami, tego, jak je należy interpretować oraz jak umiejętnie sięgać po odpowiednie źródła. A i tego, że powinno się szanować słowo pisane.

Karol Wojtyła jeszcze jako młody student polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego kontaktował się z moją rodziną. Osobiście poznałem go dopiero służąc do mszy w katedrze na  Wawelu. Później pisałem pracę magisterską o krakowskim Pałacu Biskupim, więc ciągle przebywałem tam, gdzie urzędował ówczesny kardynał. Nasze kontakty były bardzo częste i przyjacielskie.

- W 1972 r. uzyskał Pan doktorat, a w 1979 habilitację z historii kultury. Zanim to nastąpiło, studiował Pan na  Uniwersytecie Jagiellońskim historię sztuki. Jak Pan wspomina ten okres z perspektywy lat 

- Bardzo dobrze. Jako studenci umieliśmy się rewelacyjnie bawić; poza tym - wiadomo - zajmowaliśmy się przyswajaniem wiedzy. Oprócz zajęć z historii sztuki, uczestniczyłem także w wykładach z filologii polskiej, prowadzonych przez profesorów Tadeusza Ulewicza i Kazimierza Wykę; z historii - przez Józefa Mitkowskiego, Józefa Gierowskiego i Henryka Wereszyckiego. W ten sposób rozszerzałem swoje horyzonty, co w późniejszym okresie na pewno zaowocowało wiedzą i wpisami do indeksu. Wówczas imponowała mi mądrość i sposób interpretowania klasycznej historii kultury przez Karola Estreichera. Warsztatu uczyłem się z kolei u Lecha Kalinowskiego i Józefa Lepiarczyka.

- Prowadzi Pan zajęcia dydaktyczne w ramach Kursu Przewodników Miejskich po Krakowie. Oznacza to, że żywy kontakt ze studentami trwa. Jak ocenia Pan współczesnych młodych ludzi? 

- Pracuję z nimi już dość długo. Mój kontakt ze studentami jest bardzo dobry. Jestem tym, który zawsze daje „drugą szansę”. Na egzaminach nie stawiam ocen niedostatecznych. Jeżeli w danym dniu coś się studentowi nie udało, zakładam, że mogło złożyć się na to wiele czynników. O  ile wiem, jestem lubiany. Jak ich oceniam? Chyba wcale ich nie oceniam. Aktualnie jest dużo więcej studentów niż w czasach, gdy sam się uczyłem. Zauważyłem jednak, że wybierając kierunek nauki, młodzież z reguły sugeruje się modą. Poza tym, moje pokolenie miało trochę lepsze perspektywy jeśli chodzi o pracę.

Zawsze pytam „moich” studentów na  zakończenie zajęć: czy macie jakieś problemy? Jeśli się zdarzy, że czegoś nie wiem, przyznaję się do  niewiedzy, ale zapowiadam, że to sprawdzę. Prowadząc zajęcia kieruję się przekonaniem, że najlepszą metodą w historii kultury i sztuki jest bezpośrednie zetknięcie się z obiektem. Dlatego odbywam je w terenie; inaczej straciłyby sens. Na  tym właśnie polega studiowanie historii sztuki. Tej dyscypliny nie można uczyć się tylko z książek.

- W jaki sposób można pogodzić ze sobą historię i historię sztuki? 

- Pyta Pani, kim jestem? Historykiem i historykiem sztuki. Junctim między dyscyplinami sprawia, że jestem bogatszy. Łączenie jednej dyscypliny z drugą wymaga pracy, ale mogę sobie na to pozwolić, gdyż nie spoczywają na mnie żadne domowe i rodzinne obowiązki.

- Pracuje Pan od wielu lat. Czy po długim okresie twórczej aktywności nie pojawia się myśl, że wszystko już zostało napisane? 

- Nie. Wciąż jest coś do zrobienia. Mnożą się tematy, pojawiają nowe informacje, coś się przeczyta, zauważy. To inspiruje. A bywa i tak, że pomysły od lat pozostające nieziszczonymi marzeniami, nagle udaje się zrealizować.

- Biblioteka Narodowa rejestruje od 1976 r. aż 99 Pańskich książek. Czy może Pan powiedzieć, jak powstawały, jaka była ich geneza i do kogo zostały skierowane? 

- Zawsze uprawiałem tzw. dwupolówkę. Byłem albo „czystym” historykiem sztuki, albo historykiem kultury. Te dyscypliny tworzą ze sobą odpowiedni melanż. Przede wszystkim - jako autor - miałem pomysł. Przedstawiałem go osobom z danego wydawnictwa i albo był akceptowany, albo sugerowano zmiany. Potem powstawała książka i zwykle okazywało się, że bardzo dobrze się sprzedawała.

Nie postawiłem jeszcze przysłowiowej kropki nad „i”. Nie wiem, co jeszcze może zdarzyć się w mojej pracy, bo tworzy ją życie. Jeżeli chodzi o adresata czytelniczego, to nigdy nie pisałem pod publikę ani nie patrzyłem jedynie na  korzyści finansowe; to mnie nie interesowało. Zależy mi, by nie powtarzać tego, co napisali inni.

- 24 października 2004 r., podczas Ósmych Targów Książki w Krakowie, odbyła się promocja jednej z najnowszych Pana książek: Kraków: historie nieopowiedziane. Ludzie - zdarzenia - obyczaje. Powiedział Pan wtedy, że ciągłe szukanie czegoś nowego sprawia, iż to, co nie zostało jeszcze „opowiedziane”, staje się „opowiedzianym”. 

- Jeżeli mam coś do powiedzenia na dany temat, czynię to. Wspomniana książka jest realizacją kolejnego, własnego pomysłu. Ktoś, kto za pewien czas będzie szukał interesujących go treści, sięgnie do niej i zapewne znajdzie to, czego potrzebował. Pisałem w niej m.in. o Lajkoniku i Panu Twardowskim, o Sadzawce na Skałce. Książka, jak informują mnie redaktorzy wydawnictwa WAM, bardzo dobrze się sprzedaje.

- Recenzje książek pisane są zwykle przez znane osobistości, autorytety. Czy studenci też mogą wypowiadać się o wartości Pańskich publikacji? 

- Recenzje najczęściej pisuje się po to, by wykazać się erudycją. Kiedyś pisałem ich dużo, potem zrezygnowałem; doszedłem do  wniosku, że to nonsens. Krytykę traktuję bardziej prześmiewczo niż poważnie. Uważam, że każdy, kto pisze książkę, ma coś do powiedzenia. Ingerowanie w jego pomysł jest zbędne. Recenzje niczego więc nie dają. Autor-recenzent otrzymuje honorarium, ale pozostaje „za drzwiami”, nie zaprasza się go „na salony”. Zrezygnowałem przeto z krytyki, choć przed dwoma laty oceniałem jedną z prac doktorskich. Podszedłem jednak do  tego zadania inaczej niż dawniej. Oceniłem przede wszystkim wysiłek doktoranta, zresztą - z przymrużeniem oka. Natomiast nie brałem w ogóle pod uwagę cech edytorskich. Być może właśnie tak dokonują się przemiany autora i naukowca. A studenckie recenzje? Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym.

- Wydawnictwo WAM, którego nakładem ukazała się najnowsza Pana książka, nie jest jedynym, z którym Pan współpracuje. 

- Aktualnie mam jednego wydawcę - WAM. Od 1990 r. wydawnictwa chcą „zmonopolizować” autora. Uważa się zapewne, że  współpracując z WAM-em, nie będę związany z Wydawnictwem Literackim, a więc nie będę sam dla siebie konkurencją.

Przed rokiem dziewięćdziesiątym można się było wiązać z wieloma oficynami. Korzystałem z tego. Podobnie jest z czasopismami. Od 1998 r. współpracuję z „Dziennikiem Polskim”. To dla mnie swego rodzaju „mecenas”, więc nie będę publikował na przykład w „Gazecie Wyborczej”, choć dla red. Renaty Radłowskiej (krakowski oddział „Wyborczej”) jestem „dyżurnym interlokutorem” w kwestiach sztuki i zabytków Krakowa.

- Aktualnie związany jest Pan z „Dziennikiem Polskim”. Jak doszło do nawiązania współpracy z tą gazetą? 

- W 1998 r. PWN SA oraz WAM zorganizowały promocję książki pt. Krzyż. Wziął w niej udział obecny redaktor „Dziennika Polskiego” - Andrzej Kozioł. Właśnie on zaproponował mi współpracę, którą podjąłem, i którą niebywale sobie cenię. Taki był początek.

- Jakie walory powinien mieć tekst prasowy, by przyciągał i ciekawił czytelnika, zwłaszcza młodego, któremu współczesny świat oferuje różne możliwości wykorzystania wolnego czasu? Co Pan o tym sądzi jako autor ponad pięciuset tekstów zamieszczonych w polskiej i zagranicznej prasie? 

- Tekst musi posiadać przede wszystkim walory edukacyjne. Ważny jest też język: artykuł ma być napisany zrozumiale. Na łamach prasy pojawia się ostatnio coraz więcej publikacji naukowych. To znak czasów: nauka wkracza w nasze życie i zmienia je. Autor musi też mieć świadomość, jaką siłę mają współczesne media, np. internet. Dzięki niemu wiem, że  teksty z „Dziennika Polskiego” docierają za  granicę, i że są czytane. Informują mnie o tym użytkownicy sieci, mieszkańcy Brukseli, Rzymu, Paryża czy Tel Awiwu. Dzięki ich korespondencji mam świadomość swej popularności, widzę, że artykuły nie pozostają bez echa. Otrzymuję też tradycyjne listy od czytelników polskich i zagranicznych. Świadczy to o tym, że to, co piszę, „sprzedaje się”, mimo silnej konkurencji.

- Śledząc karierę pisarską Pana Profesora nie trudno zauważyć, iż nie pracuje Pan wyłącznie sam. Na czym polegała współpraca z takimi osobami jak: Jan Bujak, Leszek Mazan, Mieczysław Czuma, ks. Jan Kracik czy Michał Grychowski?

- Gdy pracuję z innymi autorami, ja robię swoje a oni swoje. W przypadku Adama Bujaka odpowiadałem za tekst, podpisy pod fotografiami i korektę. On dostawał ten materiał i wykonywał zdjęcia. Całość czytałem ponownie, potem szła do druku. Stosunki między nami określiłbym jako partnerskie. Nad powstawaniem książki Leszka Mazana i Mieczysława Czumy sprawowałem nadzór. W tym roku ukaże się nasze wspólne dzieło, Saga polskich serc, dotyczące miejsc, gdzie zostały pochowane. Podobnie było z ks. Janem Kracikiem; tu również obowiązywał podział pracy. Współdziałając z Michałem Grychowskim pilnowałem wykonania zdjęć, ułożywszy uprzednio scenariusz fotograficzny, a sam opracowałem tekst i komentarze.

- W 1984 r. był Pan współzałożycielem i redaktorem kwartalnika „Kraków”. Jak Pan wspomina tę pracę i losy pisma?

- Było to dla mnie znakomite doświadczenie. Pismo wychodziło w latach 1984-1992 jako kwartalnik. Pozostawało niezależne od  ówczesnej władzy. Miałem możliwość pracy ze znakomitymi „nazwiskami”. Do zakresu moich obowiązków należał wybór autorów i tekstów oraz konsultacja ilustracyjna. W 1992 r.  władze spowodowały, że „Kraków” przestał się ukazywać. Nowe z kolei chciały narzucić mu redaktora, co było dla mnie nie do przyjęcia. Zawsze byłem niezależny. Możliwość pozostania nim daje mi dziś „Dziennik Polski”.

- Współpracował Pan także z krakowskim ośrodkiem Telewizji Polskiej przy realizacji programów cyklicznych: Kraków mało znany, Sensacje z przeszłości, Tajemnice Starego Krakowa. Czym dla historyka sztuki było to nowe doświadczenie?

- Kontakty z telewizją miałem w latach 1971- 1981. Pracowałem ze Zbigniewem Święchem, Leszkiem Mazanem, Krzysztofem Miklaszewskim i Czesławem Kruszelnickim. Bardzo to  dobrze wspominam, choć w latach, w których ukazywały się nasze programy, nieraz mieliśmy przygody z cenzurą. Przed emisją wszystko musiało przez nią przejść i często z jakichś względów gotowy program kasowano. Tak było np. z Grobami królewskimi w katedrze, dziełem zrealizowanym przez Święcha. Dziś już dla telewizji nie pracuję. Działają tam „dziwne” osoby. Programu nie tworzą wyspecjalizowane ekipy, ale fi rmy. Niedawno zaproponowano mi wystąpienie w TVN - nie zgodziłem się, nie w tym towarzystwie.

- Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to także Pana działalność naukowa w dzisiejszej Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Jak Pan wspomina ten okres?

- Na ówczesnej WSP prowadziłem zajęcia z historii Polski; ściślej: z historii Polski na tle kulturowym. Miałem także seminarium magisterskie z dziejów sztuki i kultury. W lipcu 1989 r. kształciłem Polaków z Wileńszczyzny i Ukrainy. Najlepiej wspominam Instytut Historii. Często, zwykle w tzw. „świętą środę”, po dyżurach przeznaczonych dla studentów spotykałem się z Adamem Przybosiem. Współpracowałem i utrzymywałem kontakty z profesorami Feliksem Kirykiem, Stanisławem Grzybowskim, Stanisławem Burkotem, Leszkiem Bednarczukiem, Bolesławem Faronem, Henrykiem Żalińskim, dr Agnieszką Winiarską oraz prof. Stefanem Skowronkiem, zajmującym się ciekawą dziedziną - numizmatyką.

- Mówił Pan już o swych publikacjach i kontaktach z telewizją. Czy istnieją inne pola Pańskiej działalności kulturalnej, o których warto wspomnieć?

- Zdarzało mi się pracować dla teatru. Uczestniczyłem na przykład w przygotowaniach do spektaklu Z biegiem lat, z biegiem dni w krakowskim Teatrze Starym. Tam również, w 2003 r., powierzono mi opracowanie scenariusza do  cyklu poświęconego krakowskim kabaretom: Sto lat kabaretu. Składał się z trzech części, które dotyczyły kolejno: Zielonego Balonika, Jamy Michalika i Piwnicy pod Baranami. Współpracowałem także z Henrykiem Tomaszewskim we wrocławskiej „Pantominie” oraz teatrami w Tarnowie i Bielsku.

- Udzielając w tym roku wywiadu dla „Alma Mater” - miesięcznika Uniwersytetu Jagiellońskiego - wspomniał Pan, nawiązując do swych przeżyć licealnych, że Pana nauczycielem języka polskiego był Bolesław Faron. Pamięta Pan edukację „pod jego skrzydłami”?

- Pamiętam. Kształciłem się jeszcze w systemie 11-letnim (7 klas szkoły podstawowej i 4 średniej). Po ukończeniu Szkoły Podstawowej nr 21 im. Władysława Jagiełły zostałem przez rodziców wysłany do najlepszego ówcześnie liceum krakowskiego - II Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Jana III Sobieskiego. Było to  wtedy liceum męskie. Mieliśmy profesorów głównie starej generacji, dobrze pamiętających przedwojenną Polskę.

Spośród kadry nauczycielskiej wyróżniał się młody polonista, Bolesław Faron. Mój pierwszy kontakt z nim zaczął się od scysji. Nie znosiłem gramatyki, a szczególnie przerażała mnie fonetyka. W ósmej klasie, na początku roku szkolnego, pierwsze zajęcia dotyczyły właśnie fonetyki, której się nie uczyłem. Do dziś słyszę głos prof. Farona: „Rożek, do tablicy! Proszę wymienić głoski zwarto-szczelinowe”. Próbowałem głupio improwizować - nie udało się. Otrzymałem zatem ocenę niedostateczną, czyli popularną „lagę”. Musiałem potem wykuć na pamięć nieszczęsne głoski zwarto-szczelinowe i zdać je. Ale już wtedy wyczułem, że prof. Faron także „nie kocha” gramatyki, co było „wodą na mój młyn”. W końcu otrzymałem ocenę dostateczną, która mnie w pełni usatysfakcjonowała.

- Jakim nauczycielem i pedagogiem był wówczas Bolesław Faron? W jaki sposób przejawiała się jego strategia dydaktyczna i czy była skuteczna?

- Prof. Faron ujął nas nowoczesną formą prowadzenia lekcji, szczególnie z literatury. Nie były to żmudne analizy utworów literackich, ale interesujące dyskusje na temat formy i treści. Pamiętam lekcje z literatury średniowiecznej, renesansowej i barokowej, które prof. Faron osadzał w szerokim kontekście kulturowym, w tym także europejskim. Każda z nich kończyła się rodzajem streszczenia: polonista podawał nam w punktach najważniejsze informacje dotyczące omówionego dzieła. Zabierał nas do muzeów i na wystawy, co było wówczas ewenementem. Klasówek nie mieliśmy często, a jeżeli już musiał je przeprowadzić, należało pisać na temat - cenił konkrety. Jedną lekcję w miesiącu poświęcał zawsze współczesnemu życiu literackiemu. Wymagał od nas znajomości artykułów z ówczesnych czasopism kulturalnych i ich przedstawienia. Obowiązywało nas także chodzenie do teatru i omawianie na lekcjach spektakli teatralnych. To było coś niespotykanego na ówczesne czasy, bardzo nowoczesnego. Warto zaznaczyć, że w ocenianiu był niezwykle sprawiedliwy i wszystkich traktował jednakowo. Dziś, z perspektywy lat, uważam te lekcje za najlepsze. Niewątpliwie miały wpływ na wybór mojej dalszej kariery.

Imponował nam dbałością o strój. Zawsze przychodził w garniturze zróżnicowanym kolorystycznie, zależnie od pory roku. Do lekcji był świetnie przygotowany, w swoich wywodach preferował sprawdzoną faktografię. Niewątpliwie lubił młodzież. Gdy w dziesiątej klasie przestał nas uczyć języka polskiego, wszyscy przeżyliśmy to dość mocno. Nie trafił nam się drugi taki polonista.

Gdy w jedenastej klasie zbliżała się matura, nasi rodzice zwrócili się do  prof. Farona, by zechciał całą 11 „c” przygotować do  egzaminu dojrzałości. Musiał wtedy przerobić z nami romantyzm, pozytywizm, Młodą Polskę i dwudziestolecie międzywojenne. Pamiętam, że przez cały marzec 1964 r. przychodziliśmy na siódmą rano. Mogliśmy podczas tych prywatnych lekcji docenić wiedzę prof. Farona. Był bardzo nowoczesny w ujmowaniu zjawisk literackich, zwłaszcza tych trudnych dla młodego człowieka. Najbardziej skomplikowane problemy ujmował lapidarnie i sensownie. Zadał nam wówczas przekrojowe, pisemne zadanie (temat był do wyboru), ponieważ chciał się zorientować, co jesteśmy warci. Cała klasa oczywiście zdała maturę.

Gdy po maturze urządziliśmy komers, nie omieszkaliśmy zaprosić naszego nauczyciela. Do dziś w pamięci pozostał mi niuans z tej imprezy: grono profesorskie wraz z aktywem Komitetu Rodzicielskiego siedziało przy odrębnym stole, a jedynie prof. Faron ze swoimi uczniami. Tyle wspomnień szkolnych.

- Czy to oznacza, że kontakt z prof. Bolesławem Faronem zakończył się wraz z ukończeniem szkoły średniej?

- Nie. Widywałem go później w Bibliotece Jagiellońskiej. On pisał doktorat, ja uczyłem się do kolejnych egzaminów. Nieraz rozmawialiśmy w korytarzu Jagiellonki, albo „u pani Zosi”, która prowadziła w niej kafejkę.

Skończyłem studia, błyskawicznie zrobiłem doktorat, i któregoś dnia, podczas spotkania w Bibliotece Jagiellońskiej, prof. Faron, już wtedy rektor WSP, zaproponował mi pracę w swojej uczelni. Nasze kontakty na linii „zwierzchnik - pracownik” były poprawne. Ja mu się nie narzucałem, a on nie miał chyba do mnie żadnych pretensji. Bardzo szybko się habilitowałem i wtedy poczułem opiekę „mojego” prof.  Farona, który zaszczycił swoją osobą przyjęcie po  habilitacji.

Zdarzało mi się prowadzić wykłady dla polonistów, w tym na studiach podyplomowych. Na niektóre z nich przychodził rektor Faron. Przypominam sobie wykład z malarstwa średniowiecznego w Muzeum Narodowym w Kownie, gdzie zdarzyło mi się mówić o toposie „zielonej łąki”. Zacytowałem średniowieczny wiersz „Dusza z ciała wyleciała na zielonej łące stała”. Pamiętałem go jeszcze z czasów licealnych, z lekcji prof. Farona. Nasze bliższe kontakty trwały do 1980 r. W 1981 r. prof. Faron wyjechał z Krakowa, został ministrem oświaty.

Zawsze będę go bardzo dobrze wspominał, jako nauczyciela i szefa. Odkąd pamiętam, był człowiekiem szalenie konkretnym i nowoczesnym. Imponowało mi to. Cechował go rozsądek, pragmatyzm i tolerancyjność. Zależało mu na umysłowości pracowników. Walczył o dobrych, bo wiedział, że tacy będą dobrze uczyć studentów.

- Jako historyk sztuki i krakowianin z dziada, pradziada, ma Pan zapewne w Krakowie szczególne miejsca, takie, do których chętnie się wraca i z sentymentem później wspomina.

- Wawel. Dziś także Plac Mariacki i Kazimierz - „na poły magiczny”. Poza tym Cmentarz Rakowicki, którego nie traktuję jedynie jako miejsca wiecznego spoczynku, ale jako przepiękny park. Bardzo często chodzę jego alejami. W ubiegłym roku 31 października, 1, 2 i 3 listopada odwiedzałem to miejsce codziennie, trzy razy pod rząd.

Dobrze mi się żyje w Krakowie. Gdybym nie mógł mieszkać w tym mieście, to zapewne byłbym w Rzymie; mógłbym także mieszkać w czeskiej Pradze. Moje hobby to podróżowanie. Uwielbiam długie trasy „zabytkoznawcze” pokonywane w soboty z przyjaciółmi. Kończą się one najczęściej w Domu Turysty „na piwie i śledziu”. W  tym roku przemierzyłem 7 tysięcy kilometrów (odwiedziłem np. Sulejów, Kielce, Opatów, Baranów). Lubię jeździć. Jeśli w zasięgu miałbym cały świat, chciałbym jeszcze raz znaleźć się w Indiach.Wolę zmęczyć się oglądając. Pamiętam wciąż słowa moich rodziców: „To Twoje, co zobaczysz”.

- 14 sierpnia 2004 r. zmarł Czesław Miłosz. Pamiętamy, że wokół jego pochówku na słynnej, nie tylko wśród krakowian, Skałce, rozgorzał spór. W jaki sposób historyk sztuki, autor słów: To po Wawelu najczcigodniejsze dla Polaków miejsce, ocenia to wydarzenie?

- Protesty mnie oburzyły. Zdziwiło mnie i zabolało, że w ogóle się pojawiły. Musiałem poło- żyć im kres. Typowe „polskie piekło”. W  naszym kraju rzadko zdarzają się nobliści, więc choćby ze względu na prestiżową nagrodę, jaką otrzymał, poeta winien być pochowany w miejscu szczególnym. Dlaczego nie na Skałce? Tam jest jeszcze miejsce, na co najmniej trzy trumny. Wydaje mi się, że Miłosz sobie na to zasłużył.

- Jak Pan ocenia swój dorobek naukowy i pisarski? Czy czuje Pan wewnętrzną satysfakcję z tego, co udało się stworzyć? A może jeszcze za wcześnie na sumowanie własnej twórczości?

- Gdybym powiedział, że jestem zadowolony, byłoby ze mną źle. Dziś na przykład wiem, że mógłbym coś zrobić lepiej. Uważam, że  samozadowolenie autora jest czymś najgorszym. Nad wszystkim, nad każdą sprawą należy stale pracować. Myślę, że najważniejsze dzieło jest wciąż jeszcze przede mną.

- Jakie ma Pan plany naukowe na  najbliższą przyszłość?

- Przygotowuję około 300-stronicowy tekst, dość kontrowersyjny. Najprawdopodobniej będzie gotowy w czerwcu, o dziwnym tytule Silva rerum. Ale treści jeszcze nie zdradzę. Niedawno, bo 29 września, zatelefonował do mnie ks. infułat Jerzy Bryła i poprosił o napisanie książki poświęconej zabytkom Zwierzyńca. Początkowo nie zgodziłem się, ale po kilku dniach namysłu odpowiedziałem, że może być gotowa już po Nowym Roku, w okolicach Trzech Króli. Plany pisarskie zatem mam, a ich realizacja potrwa do 2007 r.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Wajda


 
[Rozmiar: 7784 bajtów]
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka