Wcielenia kultury

Numer 1(13)/2004


Maciej Guzek

Drugi Plan

"Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię
Aby był kuszony przez diabła (...)
Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę
Pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych
I rzekł do Niego:
Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon"
4 Mt. 1, 8-9


I. Więzień

Kibitka powoli pięła się po zboczu wzgórza, drżała, podskakiwała na wybojach traktu, aż więzień który w niej siedział kulił się i przyciskał do rdzawoczarnych krat. Padał rzęsisty deszcz, na gościńcu tworzyły się kałuże, ruszały z góry rwące strumyczki. Mężczyzna jadący obok kibitki na wspaniałym, karym ogierze wzdrygnął się i mocniej jeszcze naciągnął na głowę kaptur czarnego płaszcza.
Bure chmurzyska przykryły niebo, pora była późna, robiło się szaro.
Naraz gdzieś wysoko, ponad szczytem wzgórza wykwitły ogniste obłoki - jeden, dwa, trzy i znowu. Koresh - bo tak zwał się zakapturzony - zadarł głowę i spostrzegł kilka smoków kołujących po niebie. "Bawią się" pomyślał. Uśmiechając się, otarł z brody krople deszczu:
- Cytadela blisko. Szykuj się - krzyknął do więźnia, kopiąc energicznie w klatkę. Pojmany podskoczył, spojrzał niepewnie dookoła. Koresh nachylił głowę, by lepiej przyjrzeć się schwytanemu.
Ten mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat, włosów nie obcinał od wielu miesięcy, lokowane pukle spadały mu na ramiona. Nosił krótką brodę - brązowy zarost okalał podbródek i łączył się z wyraźnie zarysowanymi wąsami. Więzień nie wyglądał na bogacza, za cały ubiór starczał mu ni to płaszcz, ni to lekka tunika - dość powiedzieć, że miało to płowy kolor a zrobione było z ocieplanego, podwójnego płótna.
Z dachu kibitki kapało obficie, ów lichy płaszcz więźnia był już cały mokry. Ten jednak, jakby na przekór swemu rozpaczliwemu położeniu, nie wyglądał bynajmniej na zmartwionego. Oczy mu dziwnie łyskały, a wyraz twarzy mówił o całkowitym pogodzeniu się z sytuacją. Jego twarz w pewnej chwili wydała się Koreshowi niemal piękna.
W rzeczywistości Koresh niewiele z rysów różnił się od więźnia - podobny kształt głowy, zarost, kolor włosów, a nawet fason ich układania. A jednak jakiś drapieżny rys, grymas twarzy czy sposób mrużenia oka - różniły więźnia i maga, ot, dzień i noc - taka między nimi przepaść.
Koresh przypomniał sobie jak doszło do pojmania więźnia.
Najpierw, jak zwykle, był meldunek z wież obserwatorium. Kilka dni później informatorzy donieśli, że w małej wiosce nieopodal starożytnego miasta Thenazar, widziano człowieka odzianego w kaftan z wielbłądziej sierści, przewiązany skórzanym pasem. Ów człowiek zwał się Yan.
Na wieści o tym Koresh wyruszył z Cytadeli. Nie szukał długo. To była spora stajnia przy olbrzymim gospodarstwie na przedmieściach Thenazar. Gdy mag wtargnął do środka zastał siedzących w wianuszku pasterzy, zasłuchanych w słowa długowłosego młodzieńca.
Koresh natychmiast zgładził pasterzy, starczył jeden mały grymas, ruch dłonią i wszyscy zginęli, nie zdążywszy nawet sięgnąć po widły. Potem mag obrócił się w stronę nauczającego. Tamten zbladł, zadrżał, wykonał gest taki, jakby chciał rzucić się do ucieczki, lecz nie, zrezygnował, pochylił tylko głowę gotów z pokorą przyjąć to, co los przynosi.
Koresh natomiast przyniósł z sobą kajdany; zakłuł w nie długowłosego niezwłocznie i nie mieszkając wpakował do kibitki.

Do Cytadeli Sheol dotarli o zmroku. Z dala srożyły się na nich wypuszczone przed linię muru, strzeliste wieże, sam mur zresztą, również niezwykle wysoki, pobrużdżony był machikułami i szczerbaty od blanek. Kopyta zastukotały o drewno mostu. Gdy przejeżdżali nad fosą Koresh popatrywał uważnie na boki; w wody fosy celowo wypuszczono dziesiątki stworów, głownie drapieżnych, które przez stulecia wyewoluowały, słabsze wymarły, silniejsze - te bardziej krwiożercze - przetrwały. Były więc tam węże, piranie, szczury wodne wielkości sporego psa, nienasycone pijawki a prócz tego - masa innych zwierząt, stanowiących wkład własny Cytadeli Sheol do teorii ewolucji. Tak czy siak od tego całego inwentarza lepiej było trzymać stosowny dystans.
Mag zatrzymał się przy drewnianych wrotach, zdjął kaptur i zakrzyknął gromko. Z wieżyc barbakanu wychyliły się dwie paskudnie brzydkie głowy orków. Chwilę rozmawiali miedzy sobą wreszcie wrota skrzypnęły, zajęczał też kołowrót podnoszący wewnętrzna kratę. Wjechali do środka. Otoczył ich tłumek orków z pochodniami, jeden chwycił Koreshowego rumaka za uzdę, drugi capnął konia ciągnącego kibitkę, pozostali czterej maszerowali obok z łuczywami. Przed nimi widać było kolejną fosę i kolejny barbakan, wchodzący w skład wewnętrznego kręgu murów. Więzień wspiął się na palce, uczepił krat rękoma i uważnie lustrował otoczenie. Rzuciło mu się w oczy, że zarówno na bramie muru zewnętrznego jak i na barbakanie wewnętrznym wymalowana jest wapnem wielgachna litera L.
- Twierdzę podzielono na sektory - wyjaśnił Koresh, zauważywszy pytające spojrzenie - A każdy znaczony jest literą. Przekonasz się... Jeśli przeżyjesz.
Mag zaśmiał się dziko i cmoknął na konia. Ruszyli w stronę wewnętrznego barbakanu.
Powitał ich tam wysoki mężczyzna o powierzchowności podobnej Koreshowi. Taka sama krótka broda, długie włosy, zły grymas na twarzy. Różnił się tylko szatą - strojną i bogatą - złoconymi rękawami kaftana, srebrnymi ściegami układającymi się w gwiazdy na płaszczu, luźno narzuconym na barki, miękkimi butami zrobionymi z delikatnej, jeleniej skóry. Koresh w swym płaszczu podróżnym, zmoczonym przez ulewę, wyglądał przy witającym go mężczyźnie jak sługa. A jednak to ten bogato odziany pierwszy skłonił głowę w geście powitania.
- Mam go - rzekł Koresh szorstko, kopiąc w kraty klatki - Kto sprawuje dyżur w lochu?
- Moon, ten gruby głupiec - zapytany zaśmiał się - Hawkingowi zaszedł za skórę. A, jest jeszcze jedno, o czym powinieneś wiedzieć. Nakazano zamknięcie wszystkich sektorów,. Straże puszczają tylko tych najwyższych rangą, takich jak ty czy ja.
- Sektory zamknięte? Dlaczego? - Koresh przekrzywił głowę.
- Krążą plotki że buntownicy mają w Cytadeli swoje uszy... Szpiegów znaczy. No, a takie plotki to dla Hawkinga woda na młyn. Wiesz, jaki on podejrzliwy.
Koresh istotnie wiedział. Nieledwie dwa lata temu, byłby został stracony za przynależność do spisku. Spisek, rzecz jasna, istniał tylko w głowie Imperatora.
- Ktoś niechybnie pójdzie na pal... - mówił tymczasem strzegący barbakanu mag.
Koresh potrząsnął głową.
- Pójdzie... A ten - zamaszyście kopnął klatkę - do ciemni!
Przejechawszy bramę stanęli na sporym placu otoczonym zewsząd murami. Pośrodku stał trzypiętrowy budynek z pięcioma wieżyczkami - po jednej na każdym rogu. Budynek był szary, okna przysłaniały grube, ordynarne kraty, które nadgryzała rdza. Koresh zatrzymał kibitkę, otworzył ją i wywlókł zdezorientowanego więźnia na podwórzec przed budynkiem. Wyszedł do nich niski czarnowłosy mężczyzna. Nie był starszy od Koresha, ale bardziej korpulentny, trochę kwadratowy. Widząc więźnia zaśmiał się, potarł krótką bródkę, odgarnął długie pukle włosów ze swej twarzy. Koresh pochylił się do niego, przez moment mówił coś cicho, tak by żadne słowo nie doszło do uszu więźnia.
- Do roboty, Moon - rzekł na odchodnym Koresh. Grubawy skinął głową, otworzył drzwi i popędzając więźnia kopniakami wepchnął go do szarego budynku.
Nad drzwiami wymalowana była wielka litera "U".

II. Niepierwsza taka drużyna

Chmara wron oddalała się powoli, zawracając z powrotem na zachód.
Kiedy ptaki zniknęły już za linią horyzontu z tarninowych chaszczy wychylił się elf. Odgarnął z czoła jasne długie włosy i przysłaniając oczy ręką spojrzał za odlatującymi wronami. Zaraz też odwrócił się w stronę wykrotu, machnął ręką. Z gąszczu wyłonili się inni - dwa następne elfy, cztery krasnoludy i kilkoro ludzi, spośród których wyróżniał się siwobrody starzec, podpierający się na sękatym kosturze. Głowę przykrywał mu szpiczasty, wysoki kapelusz - i aż dziw, że nie spadł był z głowy starca gdy ten przedzierał się przez krzaki.
- Węszą! Szukają! Tfu, niech przeklęte będą sługi Ciemiężyciela!
Przy boku starca stanął wychudzony młodzieniec.
- Czy im na pewno chodzi o nas?
- A jakże - starzec zaśmiał się - Lecz nie tak łatwo im będzie znaleźć czarodzieja Reuela Greya. Ze mną jesteście bezpieczni!
- To tylko wrony - wtrącił brodaty mężczyzna, uważnie rozglądając się dookoła. Nosił znoszony, skórzany kubrak a jego spodnie były tak poplamione, że nie sposób było dociec ich pierwotnej barwy. Zza głowy wychylała się rękojeść przewieszonego przez plecy miecza.
- Do tej pory spotykaliśmy tylko bandy orków i wrony. Ale Ciemiężycielowi służą również Upadli. I smoki. Co zrobimy, gdy oni ruszą by nas szukać?
Wychudzony młodzian potarł poszarzałą twarz, podrapał się w rzadką bródkę, okalającą usta i sięgającą szyi, wreszcie spojrzał na kieszeń swego kaftana.
- Stawimy im czoła - powiedział zadziwiająco mocnym głosem. - Jak wcześniej, kiedy uciekaliśmy przez Kipiel, do Kotliny Trzech Wież, do ojca Chestertona. Wówczas zwyciężyliśmy, choć nie było z nami Greya. Jakże teraz moglibyśmy nie dać sobie rady?
- Upadli nienawidzą gór, a zwłaszcza Góry Dwóch Tablic. Z jakichś powodów ich moc tam słabnie - zaczął wyjaśniać mężczyzna z mieczem na plecach - Poza tym podówczas ścigał nas jeden z poślednich sług Ciemiężyciela.
- A jednak zabiłeś go, Strażniku!- rzekł cicho Grey - Zabić Upadłego! Ta sztuka nie udała się nikomu od ponad stu lat. Nawet nam, magom! Upadli, nawet ci pomniejsi, są niezwykle potężni. Pieśni będą sławić twe imię.
- Za nic mam sławę w pieśniach - prychnął Strażnik - byle wykonać Zadanie! A co do walki z Upadłymi, to i z tym bym przegrał, gdyby nie ślepy przypadek. Ta blizna, o - tu wskazał palcem świeżą, czerwoną szramę przecinającą lewy policzek - To po spotkaniu nad Kipielą. Powalił mnie bez trudu, niespiesznym ruchem ręki, który miał siłę kowalskiego młota. Ległem, a Upadły stanął nade mną, jego palce zmieniły się w sztylety, które wydłużały się z każdą chwilą, jeden z nich rozszarpał mi skórę na twarzy. Byłem bezbronny. Wtedy pojawił się Fryderyk. Widząc go Upadły zawahał się, na moment oderwał ode mnie swój przenikliwy, palący wzrok.
- Wtedy Strażnik ciął Upadłego sztyletem, prosto w szyję, aż mu język się omsknął i przez tą dziurę wyskoczył. Jego krew spłynęła z nurtem Kipieli - dokończył najniższy z krasnoludów.
- Śmierć jednego z Upadłych pokoju nie czyni - powiedział sucho czwarty elf, wynurzając się z krzaków. My, członkowie Mądrzejszego Ludu nie po to opuściliśmy swe plemiona bez wiedzy Starszych, by mordować po jednym Upadłym. Zginąć musi sama Cytadela Sheol. Z Ciemiężycielem na czele.
- Tylko od nas to zależy - rzekł poważnie Grey - na nas spoczywa obowiązek. Gdy uda nam się doprowadzić Niosącego Brzemię na skraj Gorejącej Otchłani, świat zostanie wyzwolony. Oczywiście jeśli nasz Fryderyk sprosta odpowiedzialności. Lecz o to akurat jestem spokojny!
Wychudły młodzian wciąż trzymając dłoń w kieszeni zacisnął ją w pięść.
+++

Drużyna uformowała się kilka tygodni wcześniej a inicjatorem całego przedsięwzięcia był ojciec Chesterton - duchowy i polityczny przywódca górali zamieszkujących Góry Snów. Reuel Grey był jego nadwornym czarodziejem a Strażnik - głównodowodzącym oddziałów tropicieli - najważniejszej jednostki w armii Chestertona. W chwili gdy górska konfederacja wypowiedziała posłuszeństwo okrutnemu tyranowi zasiadającemu na Żelaznym Tronie w Cytadeli Sheol, zaczęła się bowiem nieustająca wojna, podczas której najistotniejszy oręż stanowiła informacja. Tę zaś zapewniała Górska Straż, dowodzona przez Strażnika bez Imienia. Jednak od ponad dwóch lat Strażnik nie brał czynnego udziału w działaniach wywiadowczych. Podobnie jak Reuel Grey miał do spełnienia misję szczególną, zleconą mu przez ojca Chestertona. Podróżował po całym świecie i szukał. Poszukiwał pewnego klejnotu.
Trafił nań przypadkiem, wracając z kolejnej, nieudanej wyprawy. Zmęczony zatrzymał się na popas w samotnej farmie, daleko w stepie. Zrazu jego uwagę zwrócił dobrobyt i porządek panujący na gospodarstwie. Na każdym kroku widać było, ze gospodarzowi się powodzi. Ów przywitał Strażnika z uśmiechem, goszcząc czym chata bogata. A że bogata była istotni, tedy Strażnik dłużej zabawił w gościnie, zwłaszcza że łaziebne były bardzo urodziwe i - o czym przekonać się miał już pierwszej nocy - wyjątkowo bezpruderyjne.
Strażnik szybko pojął, prawdę, z której nie zdawał sobie sprawy nawet sam Wilhelm Sakwa - tak zwał się ów gospodarz - a mianowicie, że nadzwyczajna pomyślność spotykająca ród Sakwów nie jest bynajmniej dziełem przypadku. W grę wchodzić musiało działanie sił nadprzyrodzonych. Od razu też zwrócił uwagę na siódmego z synów starego Sakwy - Fryderyka. Ten niepozorny młodzian był wyjątkowo inteligentny, ale też inny niż pozostali bracia. Podczas gdy tamci baraszkowali z dziewkami służebnymi, pili, urządzali konne wyścigi czy niby rycerskie turnieje, Fryderyk w samotności oddawał się rozmyślaniom. Bardzo szybko Strażnik zdobył zaufanie chłopaka - ten opowiedział wojakowi historię o swoim znalezisku sprzed kilku lat. Oto bawiąc się w pobliskiej rzeczce, razu pewnego coś zalśniło między kamieniami. Młody Sakwa sięgnął ręką - i okazało się że to klejnot, błyskotka - podówczas nie potrafił jej jeszcze nazwać. Gdy wrócił ze swa zdobyczą do domu, wzbudził rzecz jasna zazdrość rodzeństwa - starsi bracia próbowali odebrać mu jego klejnot. Nie pozwolił. Ceną było kilka siniaków, zadrapań i podbite oko. "Niezbyt wygórowana stawka jak za poszukiwany od stuleci Kryształ Wszechmocy" pomyślał Strażnik.
Chłopak nie zdawał sobie sprawy, co posiadł, lecz z miejsca zapałał do swego znaleziska dziwnym przywiązaniem - zawsze nosił kryształ przy sobie, nigdy go nie zostawiał. A ród Sakwów, już wcześniej zasobny i bogaty, jeszcze wzrósł w siłę. Zboża nie wymarzały, bydło nie chorowało, co i rusz odwiedzali farmę miejscy kupcy, odbierając wszystko, co im sprzedano , a przy tym nigdy się nie targowali. Sakwa Sakwy pęczniała, aż stary Wilhelm z radości zacierał ręce.
Nikt, nawet sam Fryderyk nie kojarzył ich powodzenia z klejnotem, który siódmy syn Sakwy nosił bez przerwy w kieszeni. Dopiero Strażnik, zaznajomiony z działaniem magii i czarodziejskich przedmiotów od razu pojął, gdzie leży przyczyna. I jak bardzo może to być dla młodego Sakwy niebezpieczne.
Kryształ Wszechmocy, zgodnie z tym, co mówiły legendy, był najpotężniejszym magicznym przedmiotem na świecie. Należał ongiś do Alberta Hawkinga Ciemiężyciela pana na Cytadeli Sheol. Ów zaklął w Krysztale swą moc, dzięki której zawładnął światem. W trakcie jednej z wojen, prowadzonych przez tego okrutnika kryształ zaginął. Wieloletnie poszukiwania nie dały rezultatu - klejnot przepadł, zdałoby się bezpowrotnie. Jednak pośród tych, którzy nie godzili się na Hawkingowe zwierzchnictwo żywa wciąż była legenda, mówiąca, że kto odnajdzie i zniszczy Kryształ Wszechmocy ten pokona Ciemiężyciela. Tedy prowadzono poszukiwania. Lecz i Imperator nie pozostawał bezczynny. I on szukał! Dlatego rodzina Fryderyka znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
W trwającej całą noc rozmowie Strażnik przekonał Fryderyka i Wilhelma, że kłopotliwego klejnotu należy się co prędzej pozbyć. Stary Sakwa najpierw grymasił, kręcił nosem zmiękł dopiero wówczas, gdy Strażnik zaoferował mu wykup tak obfity, że można by zań kupić dwa, podobne Sakwowemu, folwarki a jeszcze by złota zostało. Fryderyk, który bardzo kochał rodzinę, zgodził się od razu.
Cóż z tego. Klejnot dziwnym trafem wciąż wracał do właściciela. Po dwóch dniach bezskutecznych prób zapadła nowa decyzja - Fryderyk musiał wyruszyć w drogę ze Strażnikiem.
Dalej wydarzenia potoczyły się jak lawina, która, o zgrozo, porwała ze sobą Fryderyka. Nie ujechali daleko, gdy zobaczyli na niebie chmarę wron - ptak te, według słów Strażnika szpiegowały dla Ciemiężyciela. Z miejsca zmienili kierunek marszu, kierując się na zamieszkałą przez elfy Puszczę Przedwieczną. Tam, pod osłoną lasu okrężną drogą dotarli do gór. W Puszczy Przedwiecznej spotkali czwórkę elfów, jak się okazało przyjaciół Strażnika. Przewodził im smukły Glivatchevy, który z miejsca zapragnął pomóc swemu druhowi. Zwłaszcza, że onegdaj poprzysiągł śmierć Hawkingowi, a elfy są nieustępliwe jeśli chodzi o wróżdę. Dlatego bez wahania porzucił elfie królestwo - Foerestregg, nie pytając o zgodę Starszego rodu, co było u elfów ciężkim przestępstwem.
Potem była "Bitwa o Kipiel" podczas której Strażnik zabił Upadłego, było spotkanie z Greyem, który zwiódł kolejne stado wron krążące nad ich głowami. Wreszcie po wielu trudach, godnych osobnej opowieści stanęli obozem w Kotlinie Trzech Wież, na dworze ojca Chestertona, gdzie sponiewierany jak nigdy dotąd Fryderyk mógł odpocząć.
Natychmiast z ich przybyciem zwołano radę, która jednak, według Fryderyka, nie uradziła niczego sensownego. Oto wszyscy mędrcy orzekli, zgodnie z tym co wcześniej mówił i Strażnik i Grey, że zniszczenie Kryształu to jedyna szansa, by ocalić świat. Wybawicielem zaś, a jakże by inaczej - miał być młody Sakwa.
Kryształ Wszechmocy należy wrzucić do Gorejącej Otchłani by piekielne ognie strawiły go do szczętu i w ten sposób oczyściły świat ze zła. Na nieszczęście Fryderyka Gorejąca Otchłań leżała het het na zachodzie. By jednak Fryderyk nie szedł sam sformowano Drużynę, mającą wspierać i bronić młodzieńca. Na jej czele stanął - stokroć przez Fryderyka przeklęty - Reuel Grey.
Tak oto powstała Drużyna, o której później śpiewali bardowie.

III. Imperator

Szybkie kroki niosły się echem po długim holu, wysokim na kilkanaście metrów. Na ścianach zastygły kamienne potwory, uchwycone tam przez jakiegoś zapomnianego mistrza dłuta. Marmury posadzki lśniły zimnym blaskiem bogactwa i potęgi.
Korytarz rozświetlały świece, dziesiątki świec. Była późna noc. Koresh szedł w stronę sali tronowej; za nimi czekał Albert Hawking - Imperator, pan srogi i wymagający, nad wszystkich potężny - choć niewysoki i raczej cherlawy.
Koresh mijał kolejne, złożone z orków straże. Widać było po ich twarzach, że są podenerwowani. Imperator w razie niepowodzeń na nich zwykł był wyładowywać swój gniew. Pierzchnęli przed Koreshem na boki kiedy zbliżył się do drzwi - jeden tylko usłużnie nacisnął klamkę i w ukłonach wpuścił maga do sali tronowej.
Nie na darmo zwali Koresha prawą ręką Hawkinga.
Zastał Imperatora wpatrzonego w okno, w ogniste punkty tańczące w ciemności, w dole.
- Cytadela żyje, mój drogi - powiedział Albert Hawking odwracając się do przybyłego. - Przywiozłeś go! Dobrze... - podbródek Imperatora drżał - Świetnie! Silny jest? Pewnie tak. Musi być. Poszukiwania trwały bardzo długo...
- Mocny - potwierdził Koresh - Ale też płochliwy.
- Płochliwy, mówisz? Zajmiesz się nim osobiście. Musisz... Zależy mi na czasie. Przeprowadź go przez sektory.
- Dostaniesz też drugie zadanie -Hawking wyrzucał z siebie potoki słów, dosłownie terkotał, tak jak wielkie kołowroty przy zwodzonym moście -Szpiedzy są w Cytadeli. Kręcą się tu - nerwowo poruszył głową - Zlecałem misję innym, lecz to fajtłapy. Nie znaleźliby kosy w stogu siana. Ty znajdziesz mi igłę. I połamiesz.
- I jeszcze jedno - dorzucił Hawking; potok słów z nagła zwolnił - Kolejna wyprawa, mająca na celu zachwianie mojej potęgi. To ludzie buntowników. Krążą pogłoski jakoby odnaleźli Kryształ Wszechmocy. Podejrzewam dokąd zmierzają. Bada to teraz zespół pod komendą Mahdeego. Od dziś ty koordynujesz tę akcję. Dostaniesz dwakroć tylu ludzi co ma teraz Mahdee i kilka smoków na dodatek.
- Oczywiście - potaknął Koresh
- I pamiętaj o więźniu - krzyk Hawkinga odprowadził go do drzwi.

IV Raport pierwszy

Cytadela Sheol
Dnia 6 Miesiąca Zwiędłych Liści, roku trzechsetnego od powstania Cytadeli

Wtrąciłem więźnia w najgłębszą czeluść lochów, do celi, co sąsiaduje ze strumieniem lawy, płynącym pod górą. Nieopodal swoje leża mają smoki (...). W owych zakamarkach więzień pozostawiony jest samemu sobie; żaden ze strażników doń nie zagląda, nawet współwięźniowie ulokowani zostali gdzie indziej.
(...) a miano więźnia jest "Salman".
(...) zminimalizowałem rację żywnościowe, więzień prawie nie otrzymuje picia. (...)
Dzień czwarty pobytu więźnia w lochu.
Regularnie już wysyłam doń orków, którzy z kolei wiodą go do kata. Sesje tortur powtarzają się, przy czym najbardziej dolegliwe wydaje się być dla Salmana kolczaste łoże. Zaobserwowałem jego odruchy i bez problemu rozpoznaję też, kiedy boi się szczególnie. Wówczas - w zależności od zachowania Salmana - albo nakazuję wzmóc tortury albo je skrócić. (Rzecz jasna więzień z mej obecności nie zdaje sobie sprawy). Dzięki takiemu postępowaniu z wolna zaczynam mieć wpływ na jego zachowanie - podświadomie unika on bowiem czynów, które sprawiają mu ból.
Próbuje się bronić, próbuje uciekać umysłem, nurkując prosto w Moc. Staram się temu zapobiec, lecz nie zawsze na tym polu odnoszę sukcesy. Jest bardzo silny (...)
W tydzień od rozpoczęcia tortur rzuciłem na Salmana czar tormenty. Rzucał się w boleści przez całą noc, krzyczał "ojcze pomóż", próbował uciec w Moc, lecz ja, wcześniej przygotowany, zamknąłem jego umysł w szczelnym uścisku. Z nikąd nie nadeszło ukojenie...
Następnego dnia Salman po raz pierwszy próbował popełnić samobójstwo.
Tę próbę, jak i kolejne, następujące dzień po dniu, udaremniłem.
Koresh Wszechmocny
z sektora E Cytadeli Sheol


V Buntownicy

- Taa - Hawking pokiwał głową, wysłuchawszy sprawozdania Koresha - Od dłuższego czasu dochodziły mnie słuchy, że buntownicy wyłażą ze swych górskich kryjówek. Ten i ów lennik się zbiesił i do wichrzycieli przystał. I dobrze! Wasale są upierdliwi, zatem tym większą będę miał przyjemność, skracając ich o głowę
Koresh skinął ręką, a na pozbawionej okien ścianie wykwitł jarzący się wieloma kolorami, malunek, choć lepiej byłoby rzec - plątanina kolorowych linii i plam, czysta abstrakcja, kierunek malarstwa, który w tym świecie nie miał jeszcze prawa powstać. Bo i rzeczywiście, nie było to dzieło sztuki.
-Oto mapa - wyjaśnił Koresh - Tutaj mamy Płaskowyż Północny- w ręce maga rozbłysnął czerwony, świetlisty wskaźnik, którym Koresh wskazał górę mapy. - A tędy, o - wskaźnik powędrował gwałtownie na dół - prowadzi najkrótsza droga do Cytadeli. Omija przy tym najważniejsze miasta, takie jak Therazan czy Ochirey. Tędy najprawdopodobniej pójdą buntownicy.
- Na co oni liczą? Głupcy, nikt dotąd nie zdobył Cytadeli, to zadanie przekraczające ich marne możliwości. Połamią sobie zęby. Ale powiadasz, połączyli siły. I kogo tam cholera przyniosła?

+++


Płótno namiotu drżało, szarpane podmuchami wiatru północnego. Wichura nadchodziła od gór, niosła z sobą zapowiedź zimy, groźbę śnieżyc, nieprzejezdnych traktów, groźbę głodu.
Zwłaszcza dla licznych armii.
"Dlatego musimy zdążyć przed nadejściem mrozów" pomyślał brodacz "Ale czy z takimi sprzymierzeńcami to w ogóle możliwe?"
Spojrzał na zgromadzonych w namiocie. Oto było owo osławione Przymierze Północne, oto jego mózg, serce i zbrojne ramię.
"Jakże to ramie słabe" pomyślał brodacz "A mózg? Chyba cierpi na pomieszanie zmysłów"
Wszystkie, zgromadzone pod sztandarami Przymierza, wspólnoty miały prawo głosu. Każde elfie plemię miało po jednym, przy czym nigdy dotąd się nie zdarzyło, by zagłosowały jednakowo. Kiedy jedno głosowało za, drugie natychmiast sprzeciwiało się pierwszemu, trzecie zaś, by jakoś się wyróżnić, wstrzymywało się od głosu. Jeden głos przypadł Wolnym Rodom Krasnoludzkim, jeden - Kapitule Magów i Smoczych Rayderów, po jednym także - dwóm magnatom z północy, którzy niegdyś służyli Hawkingowi, ale że zdefraudowali pieniądze należne Imperatorowi z podatków, woleli przystać do Przymierza. Znaczą siłę stanowiły też trzy zbory religijne - skonfliktowane z sobą daleko bardziej niż elfie plemiona. Tak, najtrudniej było pogodzić zbory - każdy miał swoich proroków, swoje dogmaty i swoją Świętą Księgę.
Głos bladolicego, flegmatycznego elfa wyrwał czarnobrodego z rozmyślań.
- Przybyliśmy na twoje życzenie - elf cedził słowa, uśmiechając się ironicznie - Nieczęsto zdarza się, by wysokie rody elfie posłuchały wezwania człowieka. Człowieka ! - powtórzył - a przy tym przywódcy zboru. Zatem mów, Chesterton, coście w tych waszych górach wydumali? Jakiż to sposób, by pokonać Alberta Hawkinga Ciemiężyciela? Bo chyba nie przy pomocy tej waszej, hmm, wiary?
- Grzeczniej - warknął siedzący obok czarnobrodego, łysy mężczyzna Podniósł się, a szkarłatna sutanna, w którą był odziany, zaszeleściła.
- Wy elfy ludzi nie darzycie ani sympatią, ani poważaniem - sapnął - To wiem, i to mi po prawdzie obojętne. Ale od religii wam wara.
- Doprawdy? - elf przekrzywił głowę - A niby czemu? Wy, wielebny Thadeeck, o ile pamiętam nie bardziej niż ja szanowaliście zbór ojca Chestertona. Wcale nie bardziej. A może i mniej. Bo to nie ja nieledwie dwa lata temu spaliłem tuzin góralskich wiosek z tego tylko powodu, że owi hardzi górale wypieli się byli na tę waszą Rotę, woląc pozostać przy prawdach , jakie głosi Tentemast.
Czerwonoodziany szarpnął się, a twarz z nagła nabiegła krwią, przybrała barwę noszonej przez wielebnego szaty. Ręka bezwiednie powędrowała do pasa, przy którym Thadeeck zwykł był nosić miecz, niejednokrotnie dużo bardziej niż księgi pomocny w dziele ewangelizacji.
Chesterton chwycił go za ramię, przytrzymał chwilę w stalowym uścisku, zmierzył poważnym wzrokiem.
- Kłóćcie się - rzekł głucho - No dalej! Hawking tylko na to czeka. No zróbcie mu prezent! Widać uznaliście, że jego przewaga jest zbyt mała.
- Właśnie - podchwycił elf - Wrócę zatem do pytania. Jak zamierzacie zdobyć Cytadelę Sheol i pokonać Ciemiężyciela?
Czarnobrody skinął na jednego ze swych przybocznych, ten wyszedł z namiotu, po chwili wrócił i oznajmił, że nikt nie podsłuchuje.
- Wy elfy myślicie, że ojciec Chesterton głupi jest. Mniemacie, że jak kto w Boga wierzy, to myśleć nie umie - zaczął brodacz - ale nie, szlachetny Morridhein, ja nie taki głupi. Wiem, że murów Sheolu nie skruszy żadna armia. Tedy nie przez mury wchodzić będziemy, a przez bramę.
- Nie kpijże, Chesterton - nachmurzył się elf - I nie przeciągaj. Wyście nie bard.
- Działam już od dłuższego czasu - oznajmił czarnobrody triumfalnie - Wiele dni temu z Kotliny Trzech Wież ruszyła wyprawa, by zniszczyć źródło potęgi Hawkinga. Odnaleziono Kryształ Wszechmocy.
Po zgromadzonych przeszedł szmer
- W myśl zwojów, trzeba ów kryształ wrzucić do Gorejącej Otchłani, a w ten czas Hawking i Upadli stracą swą siłę! Uderzenie na Cytadelę ma odwrócić uwagę od owej wyprawy. Ale na tym nie koniec. Jak mówię, do Cytadeli wejdziemy przez bramę - otwartą w porę przez szpiega, którego mam w twierdzy. Sami teraz oceniajcie, czy warto. Nie będę stawiał, jako wy elfy zwykłyście czynić, warunków. Chcę tylko głowy Hawkinga. Deliberujcie teraz nad ofertą ojca Chestertona! Skonsultujcie z magami, z doradcami, z nałożnicami - jeśli trzeba. Będę czekał.
Wieczorem tego samego dnia zjednoczone pod wspólnym sztandarem armie ruszyły w stronę Cytadeli Sheol.

VI. Raport drugi
Cytadela Sheol
Dnia 20 Miesiąca Zwiędłych Liści, roku trzechsetnego od powstania Cytadeli

(...)Nakazałem Moonowi przydzielić więźnia do grupy robotników, drążących sztuczne jaskinie dla smoków. Ręka w rękę pracował z innymi, przy czym ci, mniemając, że Salman winien jest pogorszenia ich losu, tzn. zmniejszenia racji żywnościowych i przydzielenia im najcięższych robót, dokuczali mu na wszelkie możliwe sposoby. Salman znosił te docinki z pokorą.(...)
W noc po ostatniej, udaremnionej próbie samobójczej, więzień płakał i krzyczał "Boże, czemuś mnie opuścił ?". Próbował, jak się zdaje, uciec w Moc, omyłkową biorąc ją za jakiegoś boga. Oczywiście, po raz kolejny odciąłem go od wszelkich połączeń z Mocą.
Od tamtej nocy Salman zaprzestał prób ucieczek w Moc. Zrobił się zamknięty w sobie, opryskliwy względem współwięźniów, nie pozwalał im już na drwiny. Na zaczepki reagował agresją.
Pewnego razu, kiedy Salman pracował przy wywożeniu kamieni, z dopiero co wydrążonej groty zaatakował go Julian - herszt więźniów, rozbójnik i cham. Na słabszych zwykł rozładowywać wściekłość. Tym razem jednak Salman stawił opór. Uderzył Juliana wiklinowym koszem, w którym niósł kamienie. Potem, widząc, że Julian dobył jakiegoś zardzewiałego noża, powstrzymał go - li tylko siłą woli.
Po raz pierwszy użył wówczas Mocy we własnym interesie.
Przeraził się tego rzecz jasna i umknął w popłochu do celi. Strażnicy, tak jak im poleciłem, nie zatrzymywali go, udając, że Salmana nie widzą. Ten zaś, dotarłszy do celi, płakał i rozpaczał nad własną słabością i nad tym, że sprzeniewierzył się "ojcu".
Na ten moment przyszedł Julian, który skrzyknął był swych popleczników, toteż przed celą Salmana stanęła spora gromada zbirów.
Więzień wpadł w panikę, nie miał dokąd uciekać, nie wiedział jak się bronić... - i użył Mocy po raz wtóry!
Podmuch gorąca uderzył w popleczników Juliana, a samemu hersztowi bandy spalił włosy, tak, że zdobył on przydomek Juliana Łysego. Napastnicy umknęli spod celi Salmana.
Uznałem, że to odpowiedni moment i posłałem do więźnia Moona - ma on bowiem ujmującą powierzchowność i sposób bycia. Moon złożył Salmanowi propozycję przeniesienia go do służby więziennej. Uzasadnił to niespotykaną wśród innych więźniów inteligencją Salmana.
Salman uwierzył Moonowi. Z nienawiścią spojrzał w stronę cel, zajmowanych przez bandę Juliana.
I przystał na propozycję.
Tego samego dnia Salman otrzymał kwaterę w sektorze "C"

Koresh Wszechmocny
z sektora E Cytadeli Sheol


VII Dolina Kamiennych Smoków

Drużyna dotarła do skalistego przedgórza, tu i ówdzie tylko upstrzonego kępami drzew. W dali majaczyły sylwetki srogich gór. Nad jednym ze szczytów wykwitł pióropusz siwego dymu, zasnuwający mgłą sąsiednie wierzchołki. Do uszu wędrowców docierał miarowy, posępny pomruk.
- Gorejąca Otchłań już blisko - stwierdził Grey - Ten grzmot dowodzi, że zaczęła się erupcja. Niedobrze - podejście może być trudniejsze.
- Pierwej musimy przejść przez Dolinę Kamiennych Smoków - powiedział Strażnik wskazując wąską dróżkę prowadzącą w dół zbocza.
- Kamienne smoki - Fryderyk potrząsnął głową z niedowierzaniem - Żywych aż nadto, cóż dopiero takie...
- Żywe, jeden w drugiego, zostały okiełznane przez Hawkinga - pouczył go Grey - Natomiast Kamienne.... Ich nie trzeba się lękać.
- Nie? - jeden z elfów uniósł głowę - Słyszałem o takich, którzy ginęli w tej dolinie.
- Wszyscy słyszeli - mruknął krasnolud - Olfey z synami onegdaj wracali z tędy z Zachodnich Kopalń. Wybrali drogę przez dolinę - wszak krótsza, tnie łuk traktu na pół, skrót więc niezmierny. Weszło ich dziesięciu - ojciec i całe jego potomstwo, a jak widzicie, gorąca płynęła w Olfeyu krew. Lecz Olfey wyszedł sam. Sam! Odrapany, brudny i pomylony. Jak go kto o co spytał - nic, ino się śmiał, a był to chichot tak upiorny, że aż ciary po plecach przechodziły. Dziś Olfey bawi u mnichów ojca Chestertona. Gadają, że śmieje się bez ustanku.
- Czcza gadanina - burknął Grey. Wyciągnął przed siebie kostur, który rozjarzył się delikatnym światłem. - Porzućcie strach, w wąwozie nic złego nas nie spotka.

Dolina była szara i ponura, straszyła to czarnym borem to znów upiornymi łysinami, gdzie ziała goła, lita skała na której widniały nieodczytywalne inskrypcje. Gdy zjechali na samo dno jaru i przebyli spory kawałek ich oczom ukazał się widok tak niezwykły, że choć byli nań gotowi, jęknęli z zachwytu.
Po bokach doliny stały smoki - w odstępach stu, dwustu kroków kilkanaście zastygłych w skale monstrów szczerzyło zęby straszyło najeżonymi grzebieniami łusek, unosiło ogony do ataku, łyskało groźnym spojrzeniem. Od żywych gadów różniło je tylko to, że były szare, nieruchome, kamienne. I znacznie większe.
- Powiadają, że posągi te uczynili rzeźbiarze krasnoludzcy - wtrącił najbardziej rozmowny z krasnoludów, Sellin. - Że sam Falgand wyciosał je na życzenie władcy zachodu, Kraala Smokobójcy.
- Nieprawda - zaprotestował ostro zimnooki przywódca elfów, Gilvatchevy - te posągi są dużo starsze. W czasach gdy się tu pojawiły o Falgandzie nikt jeszcze nie słyszał, tak jak i o innych krasnoludach czy ludziach... Figury smoków pochodzą z czasów gdy tym światem rządziły elfy!
- Które toczyły nieustającą wojnę ze smokami - wtrącił się Reuel Grey mrużąc oczy - Pewnego dnia smoki zabiły w tym wąwozie jedną z elfich Matek - a trzeba ci wiedzieć, Fryderyku, że dla elfów Matka to absolutna świętość, jako że ta długowieczna rasa od zawsze miała kłopoty z prokreacją.
- Zamilcz - syknął Gilvatchevy.
- Jak rzekłem, smoki zabiły tutaj elfią Matkę - mag ciągnął opowieść nie zważając na urażoną dumę elfa - Zdjęty wściekłością elfi czarownik poprzysiągł smokom zemstę. Po kolei rozprawiał się ze smokami, biorącymi udział w masakrze. Dopadł wszystkie - i stąd ta upiorna kolekcja. Tak, drogi Gilvatchevy, znam tę legendę...
- Legendę? - elf zgrzytnął zębami - Ciekaw jestem zatem twojej wersji!
Czarodziej w uśmiechu odsłonił z lekka pożółkłe zęby.
- Smoki zostały ukarane albowiem podniosły rękę na Mesjasza. Stwórca zesłał za ziemię swego syna - posłańca, by ten zbawił ludzkość, lecz pomioty złego czuwały. W tym oto wąwozie dokonał się mord Zbawiciela! A smoki, uświadomiwszy sobie ogrom własnej zbrodni, ze zgrozy skamieniały.
Elf wzruszył ramionami aż zaszeleściły niesione w kołczanie strzały
- Wy ludzie macie jedno wytłumaczenie. Mesjasz! Wciąż ten wasz mesjasz! A tymczasem żadnego mesjasza nie będzie.
- Kiedyś i elfy czekały na Bożego Posłańca - powiedział Grey smutno.
- Czekały - przyznał Gilvatchevy stając - Lecz wreszcie doszły do wniosku, że czekać nie warto. Że jeśli nawet istnieje jakiś Bóg, to nasz świat nic dlań nie znaczy. Że Stwórca jest albo ślepy albo głuchy albo nieczuły. A może obłąkany... Żadna z tych możliwości nam nie odpowiada - dlatego też nie zaprzątamy sobie nim głowy. Póki on nie zaprzątnie sobie głowy nami.
- Zamilcz - nakazał Reuel Grey uniósłszy rękę.
- Lękasz się dyskusji? Bluźnierstw? - zaczął elf, pogardliwie wydymając wargi.
- Ja nie o tym - mag uniósł kostur wskazując północ - W las.
Nie czekając na wyjaśnienia wszyscy skryli się pośród drzew, pod parasolem splątanych, świerkowych gałęzi. Kilka chwil później usłyszeli nad głowami niski miarowy szum. Cienie, jeden po drugim przesunęły się po dnie doliny. Elfy sięgnęły po strzały, ludzie po miecze i oszczepy, krasnoludy zaś chwyciły rękojeści toporów. Ręka Fryderyka powędrowała do małej kieszonki w kaftanie zaciskając się na Krysztale, który zalśnił czerwonym blaskiem.
- Smoki - szepnął Gilvatchevy - To Hawking.
- Ciii - syknął Grey. Wszyscy posłusznie zamilkli. Po chwili szum skrzydeł zesłabł, wreszcie ustał zupełnie.
- Upadli ruszyli na łowy - stwierdził Grey ponuro.
- Nie ma dla nas innej drogi - rzekł głucho Strażnik - Fryderyk może nie wytrzymać trudów podróży okrężnym szlakiem. Zresztą, jeśli nie zdążymy w porę, cóż stanie się z armią Chestertona? Pod murami Cytadeli czeka ich śmierć...
- Chyba że zdążymy zniszczyć Kryształ Wszechmocy - stwierdził czarodziej. - Zatem w drogę!
Tego dnia zatrzymywali się jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem kryjąc się przed smokami czy to pośród drzew, czy w jakiejś rozpadlinie czy grocie. Patrole nie znalazły ich, choć kilka razy były naprawdę blisko, tak że Fryderyk dostrzegł nawet tych, którzy dosiadali smoków.
- Upadli noszą się właśnie w taki sposób - objaśniał mu później Grey - Czarne płaszcze, długie włosy, zadarte głowy i krótkie brody, podobne trochę do twojej, Fryderyku. Ich zarozumialstwo jest zresztą uzasadnione - Upadli to najpotężniejsi spośród magów. Niestety, przeszli na stronę Hawkinga. Czarne płaszcze wzięły się zaś stąd, że Ciemiężyciel zwykł był mówić, iż okrywa królestwo czarnym płaszczem swego panowania. A Upadli to tego panowania najważniejszy instrument.
Dzień miał się ku końcowi kiedy drużyna dotarła na drugi skraj wąwozu. Również z tej strony straszyły kamienne smoki, przesłonięte przez rosnące tu i ówdzie, smukłe jodły. Fryderyk sapnął z ulgą, krasnoludy i ludzie pracowicie wycierali rękawami sperlone potem czoła, a elfy dyskretnie wzdychały, zadowolone z tego, że dolinę mają już za sobą. Gilvatchevy uśmiechnął się blado, poprawił obszyty złotymi nićmi, sarni kubrak i odwracając się do Greya stwierdził:
- Nie taki wąwóz straszn...
Nie dokończył. Smok nadleciał cicho, od zachodu, kryjąc się w ostatnich promieniach purpurowego słońca; jak fantom zmaterializował się kilkadziesiąt kroków za plecami elfa, szybując tuż nad drzewami. Plunął pomarańczowym obłokiem płomieni, który ogarnął Gilvatchevyego spopielając go w mgnieniu oka. Zwierz ryknął donośnie i przysiadł pomiędzy swoimi dwoma kamiennymi konfratrami.
Na grzbiecie smoka siedział Upadły.
Kostur Greya zaiskrzył z nagła, błysnęło, nieopodal smoka wykwitła chmura dymu. Po wybuchu pozostał szmat spopielonej trawy. Mag spróbował raz jeszcze, lecz i tym razem chybił obracając w perzynę pobliską jodłę.
Upadły niespiesznie zeskoczył z grzbietu zwierzęcia, machnął ręką a Reuel Grey, odrzucony na kilkanaście kroków skulił się, tamując nagły krwotok z nosa. Krasnoludy dobyły toporów, ale te w jednej chwili zmieniły się w pył. Strażnik skonstatował z zaskoczeniem, że nie potrafi dobyć miecza z pochwy, Fryderyk zaś poczuł, że jego nogi zrobiły się straszliwie ciężkie, wrosły w ziemię, i w żaden sposób nie można ich ruszyć, choćby o milimetr. Co gorsza, długowłosy, który zsiadł był ze smoczego karku, szedł właśnie w kierunku młodego Sakwy. Usta Upadłego wygięły się w grymasie satysfakcji.
Fryderyk rozpaczliwie próbował znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, ale nie potrafił, zwyczajnie nie potrafił... Kryształ - ów złośliwy klejnot - pozostawał nieaktywny, zdając się czekać na rozwój wydarzeń. A te potoczyły się jak karoca, ciągnięta przez parę narowistych rumaków po brukowanym gościńcu.
Gdy Upadły, wciąż się uśmiechając, sięgnął po klejnot, przez góry przetoczył się ciężki łoskot; niebo jeszcze przed momentem karmazynowe, sczerniało zupełnie, a jedyne światło pochodziło z błyskawic pełzających pod sklepieniem ołowianych chmur. Właśnie dzięki tym błyskawicom Fryderyk zobaczył coś, co miał zachować w pamięci do końca życia.
Jeden z kamiennych smoków drgnął, najpierw nieśmiało, potem odważniej. Szara bestia rozprostowała ogromne skrzydła, niewiarygodnie zwinnym ruchem wygięła szyję, zatapiając kły w gardzieli smoka z Cytadeli Sheol. W kilka chwil zwierz został rozszarpany na strzępy. Wówczas kamienny potwór skierował swój wzrok na Upadłego. Ten, niczego nie świadomy właśnie wyciągał rękę po Kryształ Wszechmocy. Zatrzymał się w pół ruchu, gdy objął go obłok popielatego pyłu, który buchnął z nozdrzy wskrzeszonego gada. Z wolna twarz Upadłego poszarzała, przybierając na koniec barwę kamienia. Wkrótce cały zamienił się w posąg. Tymczasem ożywiony smok uniósł głowę, potoczył rozognionym wzrokiem po wszystkich członkach drużyny, wbijając oczy we Fryderyka.
- Nadejdzie dzień! Nadejdzie Pan!- wychrypiał strasznym głosem. A potem kamienny smok rozsypał się w szary proch, który zawirowawszy z podmuchem wiatru z wolna opadł na spaloną trawę.
  Początek strony Następna strona
Strona działu Opowiadania