Głogówek Online
Start arrow Historia arrow Dawnych lat wspomnienie - część 1  
13.10.2007.
Dawnych lat wspomnienie - część 1 Drukuj Email
Autor: Teofila Kołodenna   
14.07.2007.
 

 Dawnych lat wspomnienie

 Kresy - Syberia - Ziemie Zachodnie

Od wielu lat nosiłam się z zamiarem przelania na papier swoich wspomnień. Jednak zbyt świeża pamięć o tamtych strasznych przeżyciach, a także obowiązki dnia codziennego, nie pozwalały na to. Niedawno dotarła do mnie książka Barbary Powroźnik z Bilewiczów pt.„Między nocą rozpaczy, a świtem nadziei”. Czytając ją miałam wrażenie, że znów jestem tam, na Syberii, na tej nieludzkiej dla nas, zesłańców ziemi i przeżywałam na nowo swoje dzieciństwo i młode lata. Książkę tę przeczytała również moja córka, Karolina, która przekonała mnie do opisania własnych tragicznych przeżyć. Tak więc, zachęcona przez córkę i treść książki, której autorka (jak się okazało) jest wdową po moim kuzynie, postanowiłam przekazać potomnym te oto wspomnienia.

Mój rodowód i dzieciństwo

Rodzice autorki  Alfred Pusz i Anna Powroźnik z siostrami: Marią i Honoratą. Tarnopol 1927 rUrodziłam się 1V1928 r. na Kresach Wschodnich w Chodaczkowie Wielkim powiat i województwo Tarnopol, ale korzenie mojego rodu nie pochodzą stamtąd. Rodzice mojego ojca: Pusz Franciszek i Katarzyna z Magrysiów, urodzili się w Handzlówce koło Łańcuta. Tam się wychowali i tam się pobrali. Dziadek miał brata, babcia siostrę i oni też się pobrali. Była to więc rodzina podwójna. Dziadek z babcią mieli sześcioro dzieci. Najstarsza była Bronisława, potem mój ojciec Alfred, Franciszka, Wiktoria, Anna i Stefan. Kiedy dziadkowie mieli trójkę dzieci, postanowili pojechać do Ameryki, ażeby zarobić trochę pieniędzy i kupić więcej dobrej ziemi. Zabrali ze sobą tylko dwoje, bo mojego ojca nie puszczono za granicę. Miał wówczas jakieś wrzody, podobno czyraki. Tak więc ojciec został u stryja, aż do powrotu rodziców. W Ameryce urodziła się Wiktoria. Dziadek pracował w jakiejś fabryce, a babcia prała i gotowała robotnikom. W ten sposób zarabiała. Nie wiem, jak długo tam byli, bo ich o to nigdy nie pytałam, czego teraz żałuję. Po powrocie urodziły się kolejne dzieci: Anna i Stefan. W tym czasie nadarzyła się okazja kupienia dobrej, urodzajnej ziemi na Kresach, ponieważ parcelowano folwarki i każdy Polak mógł kupić tam dowolną ilość gruntu.

Chodaczków był dużą wioską, liczącą około 800 domów. Mieszkali tam w większości Polacy, ale też Ukraińcy i Żydzi. Nie wiadomo było, dlaczego nie sprzedawano ziemi Ukraińcom. Później to się zemściło na osadnikach. Dziadek pojechał i zobaczył piękną równinę z czarną, urodzajną ziemią, która go zauroczyła. Kupił więc 25 morgów pola. W jego rodzinnych stronach ziemia była marna, tereny górzyste, zagonki wąskie, a tu jak okiem sięgnąć, rozciągały się żyzne pola.

Dziadek wybudował dom czteroizbowy murowany, kryty blachą. Nie taki, jak tam były w większości, czyli gliniane, strzechą kryte. Wybudował osobną oborę i stodołę, a także suszarnię tytoniu. Na środku podwórza była studnia z bardzo smaczną wodą. Dom stał w miejscu gdzie dawniej była karczma i dlatego ulica,  przy której był dom, nazywała się „Za karczmą” Koło tego domu rozchodziły się drogi, czyli mieszkaliśmy na rozdrożu. Przy rozstajnych drogach stał duży krzyż, gdzie w dni krzyżowe przychodziła procesja. Za drogą naprzeciw domu znajdował się duży dół, tak zwany glinnik, skąd kiedyś ludzie brali glinę na budowę swoich domów. Dom od strony drogi był otoczony sadem. Rosły tam jabłonie, grusze i wiśnie - piękne grube „maryny”. Do domu wchodziło się od strony podwórza, ale było też drugie wyjście do ogrodu, gdzie rosły kwiaty, gdzie można było odpocząć i napawać się zapachem róż i innych kwiatów.

Na tamtych terenach osiedlali się także osadnicy wojskowi. Za jednego z nich, Józefa Kanię, który służył w armii Hallera, ciocia Bronia wyszła za mąż. Wybudowali dom i zamieszkali niedaleko rodziców.

Moja mama, Pusz Anna z Powroźników, urodziła się w wielodzietnej rodzinie w Biadolinach Radłowskich, powiat Brzesko, województwo krakowskie. Było ich dziewięcioro: Karolina, Stanisław, Maria, Honorata, Jan, moja mama - Anna, Piotr, Józef i Adam. Siostra mamy, Karolina wyjechała do Ameryki i tam została. Brat, Stanisław wyjechał do Francji, gdzie zmarł w młodym wieku. Maria wyszła za mąż za osadnika wojskowego Jana Pałkę, który też osiedlił się w Chodaczkowie. Urodziło im się dwoje dzieci. Mieli mnóstwo pracy przy budowie domu i gdy ciocia zachorowała na egzemę, nie mogła sobie sama poradzić. Poprosiła siostrę Honoratę, żeby przyjechała jej pomóc.

Moi dziadkowie ze strony mamy: Franciszek i Leontyna Powrożnikowie, mieli gospodarstwo rolne. Dziadek też jakiś czas był w Ameryce, żeby trochę zarobić na dzieci. Był stolarzem i kołodziejem. Jego synowie po nim odziedziczyli ten zawód. Babcia była krawcową znaną w okolicznych wioskach. Jej wszystkie córki też były krawcowymi. Kiedy ciocia Honorata przyjechała do cioci Marysi, dała się poznać jako dobra krawcowa. Miała też wzięcie u miejscowych chłopaków. Trzy razy dawała na zapowiedzi i zrywała zaręczyny, między innymi z moim ojcem. Kiedy wreszcie zdecydowała się wyjść za mąż za Jana Kinala, zaprosiła moją mamę na druhnę. A że był tam zwyczaj, iż chłopaki, nawet nie proszeni szli potańczyć na wesele, toteż mój ojciec też poszedł do byłej narzeczonej popatrzeć i potańczyć. Tam poznał moją mamę i tak trzecia siostra została w Chodaczkowie.

Moi rodzice pobrali się wiosną 1927 r. i zamieszkali u rodziców ojca. Tato miał w planie budowę domu, ale nie zdążył zrobić tego przed wojną. Potem brat mamy, Piotr Powroźnik, został powołany do służby wojskowej i skierowany do Tarnopola.  Ponieważ Tarnopol był oddalony od Chodaczkowa tylko o 14 km, więc Piotr często odwiedzał siostry, Wkrótce zakochał się w siostrze mojego ojca, Wiktorii. Pobrali się i on też został w Chodaczkowie.

W Biadolinach zostało trzech braci mamy, którzy tam pomarli. Wujek Piotr mieszkał jakiś czas u cioci Marysi Pałkowej. Potem wybudował dom koło domu dziadka. Był dobrym kołodziejem i stolarzem. Miał dużo pracy, więc dobrze zarabiał i żyło im się nieźle. Później siostra ojca, Anna, wyszła za mąż za Władysława Cwynara, który pochodził z woj. rzeszowskiego i też był stolarzem. Wybudował dom koło Powroźnika i tak cała rodzinka żyła w spokoju blisko siebie. Ciocia Frania nigdy nie wyszła za mąż. Mieszkała z dziadkami i bratem Stefanem, moim stryjem. Żyliśmy wszyscy szczęśliwie: rodzice i my troje dzieci tzn. ja i moje dwie siostry - Romana, młodsza ode mnie o półtora roku i Władysława, urodzona w 1936.

Moja mama była bardzo dobrą krawcową. Wiele dziewcząt uczyło się u niej krawiectwa. Chętnie przyjmowała uczennice, bo kochała tę pracę, a poza tym miała dużo szycia więc przydawała się jej pomoc.

Często podpatrywałam jak mama kroi materiał, a potem „wyczarowuje” piękne sukienki. Niestety byłam jeszcze za mała, by razem z  nią szyć. Starałam się więc pomagać mamie pracując na polu, szczególnie w czasie żniw i wykopków. Chętnie to robiłam, bo wiedziałam, że rodzice doceniają moje wysiłki. Tato zajmował się gospodarstwem, ale też często wyręczał mamę w domu: rozpalał rano w piecu, piekł chleb, gotował obiady, robił zakupy. Dla nas, dzieci też zawsze znalazł czas. Nie mogłam się doczekać chwili, kiedy tato wieczorem po pracy usiądzie. Wtedy brał nas na kolana, rozmawiał z nami, coś opowiadał i tulił, darząc ojcowską miłością. Mama zawsze w sobotę piekła jakieś ciasto z owocami lub bułeczki z marmoladą, czy konfiturą z róży. Kiedy w domu roznosił się zapach świeżego chleba i pysznego ciasta, a wszyscy najedzeni i wykąpani leżeli w łóżkach, często słyszałam, jak rodzice rozmawiali ze sobą, ciesząc się z mojej pomocy: „Popatrz, jak nam teraz dobrze. Wracamy z pola, a tu posprzątane, ugotowane.” Czułam wtedy ogromną dumę, radość, że sprawiłam im niespodziankę.

W mojej wsi było kilka sklepów, cerkiew do której chodzili Ukraińcy, piękny nowy kościół, wybudowany za mojej pamięci i ładna, duża siedmioklasowa szkoła, do której chodziłam razem z Romcią. Uczyłam się dobrze. Moim marzeniem było zostać nauczycielką, lecz to się nigdy nie spełniło. Miałam wspaniałego wychowawcę, Eugeniusza Wałęgę. Był on wielkim patriotą, prawdziwym Polakiem. Pochodził z woj. krakowskiego. Kilka razy mówił do mego ojca: „Panie Pusz, niech pan nie da jej się zmarnować. Niech ją pan dalej posyła do szkoły.” Niestety, los był okrutny i zgotował nam co innego. Nie pozwolił cieszyć się długo dzieciństwem, bezpieczeństwem i wolnością. Kończył się najszczęśliwszy okres w moim życiu.

Wrzesień 1939 roku

Nadszedł wrzesień 1939 r., a z nim wojna - napad Hitlera na Polskę. Ten strach, te straszne chwile towarzyszą mi do dziś. Mobilizacja. Wszyscy mężczyźni zostali powołani na wojnę. Z bólem serca czekałam, kiedy wezmą ojca Pewnego dnia dostał powołanie do Obrony Narodowej w Łosowie. Ten dzień będę pamiętać do śmierci. Była piękna, wrześniowa pogoda, ale panował ogromny smutek. Ludzie żegnali swoich najdroższych nie wiedząc, czy się jeszcze kiedy zobaczą. Zostałyśmy z mamą same. Trzeba było z pola sprzątnąć buraki. Było gospodarstwo: koń, krowy, świnie, kury, gęsi. Musiałyśmy robić obrządek, nakarmić wszystko. Pomagałyśmy z siostrą mamie tyle, ile mogłyśmy, ile dziecko może zrobić. Mama nadal miała dużo szycia. Ja i Romcia opiekowałyśmy się najmłodszą siostrą, Władzią. Jakoś się żyło.

Wkrótce nadeszły gorsze, dużo straszniejsze czasy. Ukraińcy zaczęli napadać na Polaków.

Palili domy, a uciekających z nich ludzi nie wypuszczali, tylko wpędzali w ogień i żywcem palili. Mordowali, odrąbywali głowy, języki przybijali do brody, ściągali skórę pasami, piłą przerzynali na pół. Na szczęście w naszej wsi nie było dużo Ukraińców, ale i tak na noc ludzie uciekali z domów w pole. Noce były zimne, a tam nie było gdzie się schować. Pewnego wieczoru dostaliśmy wiadomość, że w nocy przyjdą nas mordować ludzie z drugiej wsi, gdzie było dużo Ukraińców. Ponieważ mieszkaliśmy na skraju wioski od strony, skąd mieli nadejść Ukraińcy, rzuciliśmy się do ucieczki. Mama w pośpiechu owinęła najmłodszą siostrę obrusem, bo ze strachu nie mogła znaleźć ubrania. Ja i Romcia byłyśmy tylko w koszulkach. Babcia z ciocią zostawiły chorego dziadka w łóżku I tak razem uciekłyśmy do znajomych, którzy mieszkali w środku wioski. Stryj z chłopakami i starcami pilnowali drogi, którą mieli przyjść Ukraińcy. Po krótkim czasie mama postanowiła wrócić. Powiedziała, że jeżeli ma zginąć to na swoim. Dzięki Bogu jednak atak nie nastąpił. Z ulgą wszyscy wrócili do domu.

Potem nadszedł 17 września, kiedy to wojska radzieckie przekroczyły granicę, jako nasi „wyzwoliciele”. Do dziś nie mogę zapomnieć strachu i przerażenia, jakie malowało się na każdej twarzy. Nie umiem wyrazić, co wtedy czułam. Bałam się o nas i o naszego ojca, który był na wojnie. Z dnia na dzień czekaliśmy na jego powrót. Tymczasem działy się okropne rzeczy. Ludzie uciekali przed bolszewikami za granicę, szczególnie inteligencja polska. Będąc u cioci Honoraty, która mieszkała przy samej szosie, na własne oczy widziałam, jak żołnierze radzieccy zatrzymywali samochody, a uciekających z nich ludzi łapali, albo rozstrzeliwali. To był przerażający widok. Słyszałam płacz i jęk. Złapanych wywozili nie wiadomo dokąd.

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online

Zmieniony ( 16.08.2007. )
 
« poprzedni artykuł