Tygodnik SOLIDARNOSC

Nr 50 z 1998 r.

 

Inkwizytor Wolińska

Jedną z prominentnych osób — typowych i reprezentatywnych dla partyjnej oligarchii, architektów terroru i bratobójczych mordów, była i pozostaje Helena Wolińska, prokurator wojskowy, pułkownik LWP. Żona Jóźwiaka — „Witolda”, szefa sztabu Armii Ludowej i komendanta głównego Milicji Obywatelskiej, generała i oczywiście wysokiego funkcjonariusza PZPR. Także agenta NKWD. Później żona profesora Brusa, oficera politycznego z armii Berlinga.

Kobieta-inkwizytor, która „lekką, kobiecą ręką” kierowaną zajadłą nienawiścią, tworzyła zastępy wdów i sierot, zrozpaczonych rodziców i przyjaciół, do dzisiaj opłakujących tych, którzy byli dumą Polski.

Naszej Polski.

Inkwizytora, który z pogardą odmawiał widzeń z uwięzionymi, torturowanymi w śledztwie więźniami politycznymi i dostarczenia im skromnych, biednych paczek żywnościowych, o co prosili jak o łaskę... Który odmawiał skazanym na śmierć ostatnich, przed egzekucją, pożegnań.

Aby potem, w 1968 roku — kiedy nie żył już od dawna generał „Nil” — Emil Fieldorf i dziesiątki tych, do których śmierci się przyczyniła, tą samą ręką i piórem, postanowiła wystąpić z prośbą do władz brytyjskich o prawo pobytu na Wyspach, co uzasadniała prześladowaniami antysemickich Polaków.

Dostała to prawo pobytu, a z czasem i brytyjskie obywatelstwo.

Ona, wcześniej zapiekły wróg Zachodu i jego wartości.

Ona, która bezlitośnie niszczyła wszystkich tych, którzy nie godzili się z komunistyczną administracją sprawowaną pod kuratelą Moskwy...

Która dobijała dziesiątki oficerów i żołnierzy AK, NSZ, WiN, ROAK oraz stronników organizacji narodowych, reprezentujących te same wartości i te same cele co antykomunistyczny Zachód.

Jaką godność i o jakiej moralności może mówić dawny inkwizytor, który swoją przynależność państwową gotów był przehandlować za to, co pozwalało mu uciec z kraju popełnionych zbrodni i gdzie są — lub ich nie można odnaleźć do dzisiaj —  mogiły tych, których swoimi sądowymi wyrokami pozbawiła życia.

Należała do koszmarnej kameryli peerelowskich prawników i pseudooficerów, którzy dzisiaj mówią, że „(...) mieliśmy przecież, my UB-owcy, polskie orzełki na czapkach”. Można zrozumieć, że postkomuniści robią dzisiaj wszystko, aby pomniejszać swoją kolaborację i służalczość wobec ZSRR i ratować resztki swojego narodowego sumienia, które kiedyś pozwalało im robić to, co utrwaliło się w naszej pamięci i w naszych, żywych jeszcze dzisiaj, oczach. Oni, sprawcy terroru lat 1944-49, kiedy wymordowano ponad 10 000 ludzi, a drugie tyle wywieziono do kopalni Donbasu, gdzie umierali wyniszczeni nadludzką pracą...

Terroru, który w kilku powojennych latach zaowocował ponad 2000 wyroków śmierci i uwięzieniem w aresztach, więzieniach i obozach przymusowej, pracy ponad 250 000 ludzi...

Czynili to polscy komuniści, dla których — co sami deklarowali — ZSRR był „(...) niedościgłym wzorem i przykładem”. Rzeczywiście niedościgłym. Bo tam, w tym kraju „przywództwa walki o pokój i szczęśliwość narodów” w ciągu kilkunastu miesięcy potrafiono wydać 650 000 wyroków śmierci. Unicestwiając w strasznym umęczeniu, upodleniu i nieludzkiej poniewierce kilkadziesiąt milionów ludzi, którzy rozpaczliwie chcieli żyć. Ale tu nie chodzi o licytację liczbami trupów. I nie o przypominanie, jak umierał kapitan WP Józef Batory ps. „Argus” oficer Armii Krajowej i WiN, aresztowany w 1947 roku i po trzyletnim (!!!) śledztwie skazany na dwukrotną karę śmierci, stracony 1 marca 1951 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Sześć lat po wojnie!

Czy Tadeusz Bejta, żołnierz AK, uczestnik Warszawskiego Powstania, kawaler Krzyża Walecznych, otrzymanego z rąk Bora-Komorowskiego. Tadeusza porwano w Berlinie w 1948 roku i stracono w Warszawie 11 lutego 1949 roku.

Jak umierał i co czuł stracony 14 kwietnia 1950 roku w więzieniu mokotowskim porucznik Edmund Bukowski ps. „Zbyszek”, żołnierz SZP, ZWZ i AK, kawaler orderu wojennego Virtuti Militari i dwukrotnego Krzyża Walecznych?

Albo kapitan Zygmunt Wolanin ps. „Zenon”, szef Akcji Specjalnej i PAS Okręgu Lubelskiego Narodowych Sił Zbrojnych i NZW, stracony 19 marca 1946 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie?

Czy pułkownik pilot Szczepan Ścibor, kawaler orderu VM z 305 Dywizjonu Bombowego z Francji i Wielkiej Brytanii, skazany na karę śmierci i stracony 7 sierpnia 1952 roku w mokotowskiej katowni. Siedem lat po skończonej wojnie?

Czy major Ludwik Swider, aresztowany przez Sowietów w 1951 roku w Berlinie i przekazany „polskim towarzyszom”, po to, aby być straconym, z wyroku peerelowskiego sądu, 19 grudnia 1952 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia...

Albo los podporucznika Zygmunta Lercela, żołnierza września 1939 roku, członka Armii Krajowej w oddziale mjr. „Skali” w Obwodzie Kraków. Aresztowanego przez NKWD. Potem — po ucieczce w II Korpusie Polskim we Włoszech w 3 Dywizji Strzelców Karpackich, u „Andersa”. Po powrocie do swojego kraju, aresztowanego, skazanego na karę śmierci i straconego 1 czerwca 1950 roku, pięć lat po wojnie, w której walczył od pierwszego dnia o Polskę. Przeżył, aby zginąć z rąk komunistycznych rodaków. Rodaków?

Czy Władysław Lisiecki, od „szkolnych lat” — jak sam pisał — działacz Stronnictwa Narodowego. Więzień gestapo. I obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Buchenwaldzie, które przeżył. Później redaktor Orła Białego — pisma II Korpusu Polskiego we Włoszech. W 1946 roku decyduje się wrócić do swojego kraju, zaczyna studiować prawo. 29 listopada 1951 roku zostaje aresztowany i następnie skazany na karę śmierci za „(...) działalność polityczną” — jak to formułuje wyrok. Wyrok wykonano 24 października 1952 roku. Siedem lat po wojnie...

I kapitan — lekarz medycyny Witold Kalicki, w czasie okupacji lekarz AK ps. „Marian II” leczący partyzantów i ukrywających się w Kielcach Żydów... Wcielony do KBW — LWP, aresztowany 7 grudnia 1946 roku jako żołnierz WiN ps. „A 25” zostaje skazany wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie na karę śmierci i mimo błagań matki u Bieruta stracony 24 lutego 1947 roku w mokotowskiej katowni. Katowni, gdzie ginęły również ofiary prokurator Heleny Wolińskiej.

Ginęli dzień po dniu.

Miesiąc po miesiącu.

Rok po roku...

Aresztowanie — śledztwo — tortury — morderstwo.

Aresztowanie — śledztwo — tortury — morderstwo.

Aresztowanie — śledztwo — tortury — morderstwo. Zdawało się bez końca...

W roku 1948, kiedy byłem — po przybyciu II Korpusu Polskiego z Włoch do Anglii — żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, staliśmy przed problemem: co robić dalej? Z jałtańskiego wyroku, którego nie chcieliśmy uznać, Polska była okupowana przez dywizje Armii Czerwonej i oddziały NKWD, pod osłoną których marionetkowe władze PKWN, a potem Rządu Tymczasowego, zwanego „warszawskim” realizowały, dany im scenariusz pacyfikacji. Pacyfikacji przeciwników „nowego, komunistycznego ładu”, de facto i de jure, rozbioru.

W moim kraju, w którym nie miałem już nikogo i gdzie pozostały ruiny domu rodzinnego, rządzili komuniści, którzy — po moich lwowskich doświadczeniach roku 1939 — byli, ostatnimi ludźmi, z którymi chciałbym mieć cokolwiek do czynienia, oprócz, z nimi walki.

Anglia roku 1948 nie była już krajem nam przychylnym. Sympatie społeczne przesunęły się na korzyść lewicowej Labour Party premiera Clementa Attlee, a Wyspy Brytyjskie zalewały setki tysięcy wracających do domu żołnierzy, lotników i marynarzy, z wszystkich teatrów wojny prowadzonej przez Imperium, w którym „nigdy nie zachodziło słońce...”.

Anglia miała dosyć i wojny i wojennych bohaterów, nikomu już niepotrzebnych...

Idąc lipcowego wieczoru główną ulicą średniowiecznego Chester — miasta w Północno-Zachodniej Walii — zostałem zatrzymany przez angielskiego, szpakowatego gentelmana, który wysiadł z samochodu. Dotykając wskazującym palcem biało-czerwonych naszywek z napisem „POLAND”, na rękawach mojego battle-dressu zapytał, z tłumioną, nieporadnie złością: „Czy wy, Polacy, nie zauważyliście jeszcze, że wojna już dawno się skończyła. I, że powinniście wrócić do swojego własnego kraju?” I po chwili „...a nie nadal jeść brytyjski chleb”.

Do dziś pamiętam tamtą samotność, poczucie opuszczenia i zbędności. Jak przedmiot, który się wykorzystało. Teraz potrafię o tym mówić i pisać już bez goryczy, bo inne gorycze, jakie przyniosło życie, przysłoniły tę dawną, sprzed lat. Teraz sprawa ekstradycji współmorderczyni zza biurka generała „Nila”, jednego z najdzielniejszych i najuczciwszych żołnierzy AK-owskiego podziemia, przywołała obrazy z przeszłości. Co mógł czuć ten wielki Polak, stojąc naprzeciw prokurator Wolińskiej, której nienawiść skutkowała śmiercią. Haniebną — dla oficera polskiego i kawalera krzyża orderu Virtuti Militari i innych odznaczeń za działalność — śmiercią przez powieszenie. A nie przez „należne” oficerowi rozstrzelanie. Ale tu chodziło, poza odebraniem życia, również i o upokorzenie. Jego i jego formacji, w której walczył: Polskiej Armii Krajowej.

Autor: ZBIGNIEW WOLAK „SZCZUPAK”


Copyright © 1998 Tygodnik SOLIDARNOŚĆ Wszystkie prawa zastrzeżone.

 

POWRÓT do Internetowego Muzeum Polski Ludowej