Ecce Homo

Dlaczego tak dobre piszę książki

1.

Co innego ja, co innego me pisma. – Niech na tym miejscu, zanim o nich samych mówić będę, poruszone będzie zagadnienie rozumienia lub nierozumienia tych pism. Czynię to tak niedbale, jak tylko ujść może: bo pytanie to jest zgoła jeszcze niewczesne. Ja sam jestem jeszcze niewczesny, niektórzy rodzą się pośmiertnymi. – Kiedyś potrzebne będą instytucje, w których się będzie żyć i uczyć, jak ja żyć i uczyć umiem; może nawet ustanowi się osobne katedry dla wykładu Zaratustry. Lecz byłoby to zgoła sprzeczne ze mną, gdybym już dziś oczekiwał uszu i rąk dla moich prawd: że dziś się nie słyszy, że się dziś wziąć nic ode mnie nie umie, to nie tylko zrozumiałe, to zda mi się nawet słuszne. Nie chcę, by mnie za kogo innego brano – na to trzeba, bym sam się nie brał za kogo innego. – By rzec raz jeszcze, mało wykazać można w mym życiu "złej woli"; także literackiej złej woli choć jeden przykład trudno by mi było przytoczyć. Natomiast zbyt wiele przykładów prawdziwej głupoty!... Zda mi się to jednym z najrzadszych odznaczeń, które ktoś sobie wyświadczyć może, jeśli bierze mą książkę do ręki – przypuszczam nawet, że zdejmie do tego trzewiki – nie mówiąc już o butach... Kiedy raz doktor Henryk von Stein uczciwie uskarżał się na to, że nie rozumie ani słowa z mego Zaratustry, rzekłem mu, że wszystko w porządku: sześć zdań z niego zrozumiałych, to znaczy przeżytych, podnosi na wyższy szczebel śmiertelnych, niż ludzie "nowocześni" osiągnąć mogą. Jakżebym mógł ja, z tym poczuciem odległości, choćby tylko życzyć sobie, przez tych "nowoczesnych", których znam, być czytanym! – Tryumf mój jest przeciwieństwem tryumfu Schopenhauera – ja mówię non legor, non legar. Nie abym miał nie doceniać przyjemności, którą niejednokrotnie sprawia mi niewinność negowania mych książek. Jeszcze tego lata, w czasie, gdy mógłbym był swoją ważką, nazbyt ważką literaturą całą resztę literatury wysadzić z równowagi, dał mi pewien profesor wszechnicy berlińskiej łaskawie do zrozumienia, bym jednak inną posługiwał się formą: czegoś podobnego nikt nie czytuje. – Ostatnio nie Niemcy, lecz Szwajcaria, dostarczyła dwóch krańcowych przykładów. Rozprawa dra W. Widmanna w "Bund", o Poza dobrem i złem, pod nagłówkiem "Niebezpieczna książka Nietzschego", i sprawozdanie ogólne z mych książek przez pana Karola Spittelera, również w "Bund", są maximum w mym życiu – wystrzegam się rzec czego... Ostatni omawiał na przykład mego Zaratustrę jako w wyższym znaczeniu ćwiczenie stylowe, życząc mi, bym później troszczył się jednak także o treść; dr Widmann wyraził mi swój szacunek dla odwagi, z jaką staram się o uprzątnięcie wszelkich uczuć przyzwoitych. – Dzięki przekorze drobnego przypadku było tu każde zdanie, z konsekwencją, którą podziwiałem, wywróconą do góry nogami prawdą: nie było w gruncie nic do roboty, jak wszystkie "przemienić wartości", by, w sposób nawet uwagi godny, wyminąwszy mnie, na włos utrafić – miast mnie wbić klin w głowę. Tym bardziej staram się rzecz wyjaśnić. – Ostatecznie nie może nikt z rzeczy, wliczając w to książki, wysłyszeć więcej niż wie. Do czego nie ma się dostępu na podstawie tego, co się samemu przeżyło, na to zgoła nie ma się ucha. Wyobraźmy sobie teraz najdalej idący wypadek: że książka mówi o samych takich wydarzeniach, które leżą zupełnie poza możliwością częstego lub choćby rzadkiego doświadczenia – że jest to pierwszy język dla oddania nowego szeregu doświadczeń. W tym wypadku, nie będzie się nic po prostu słyszało, w tym akustycznym złudzeniu, że gdzie się nic nie słyszy, tam też nic nie ma... Oto ostatecznie przeciętna mego doświadczenia i, jeśli chcecie, oryginalność mego doświadczenia. Kto sądził, że coś ze mnie zrozumiał, ten przykroił sobie coś ze mnie, na podobieństwo własne – nierzadko coś sprzecznego ze mną, na przykład idealistę; kto nic nie zrozumiał ze mnie, przeczył, bym w ogóle wchodził w rachubę. – Słowo "nadczłowiek" na oznaczenie typu najwyższej udaności, w przeciwieństwie do człowieka "nowoczesnego", człowieka "dobrego", chrześcijanina lub innego nihilisty – słowo, które w ustach Zaratustry, niszczyciela moralności, zastanawiającym staje się słowem – zrozumiano prawie wszędzie z całą niewinnością w znaczeniu owych wartości, których przeciwieństwo ujawnione zostało w postaci Zaratustry: to znaczy jako typ "idealistyczny" wyższego rodzaju człowieka, na pół "świętego", na pół "geniusza"... Inne uczone bydlę rogate podejrzewało mnie z jego powodu o darwinizm: rozpoznano w nim nawet ów tak gniewnie odtrącony przeze mnie "kult bohaterów" owego wielkiego fałszerza monet mimo wiedzy i woli, Carlyle'a. Komu szepnąłem na ucho, by oglądnął się raczej jeszcze za jakimś Cezarem Borgią niż za Parsifalem, ten własnym uszom nie wierzył. Że omówień mych książek, zwłaszcza w czasopismach, zgoła nie jestem ciekawy, to mi wybaczyć musicie. Przyjaciele moi, moi nakładcy wiedzą o tym, i nie mówią mi o czymś podobnym. Szczególnym przypadkiem raz wpadło mi w oczy wszystko, co przeciw jednej książce – było to Poza dobrem i złem – nagrzeszono: ładne by z tego było sprawozdanie. Czy to do wiary, że "Nationalzeitung" – (dziennik pruski, dla wiadomości mych czytelników zagranicznych – ja sam, za pozwoleniem, czytuję tylko "Journal des Dêbats") – z całą powagą zrozumiała tę książkę jako "znak czasu", jako prawdziwą szczerą filozofię junkrów, do której "Kreuzzeitung" brak tylko odwagi?

 

2.

To powiedziano dla Niemców: bo wszędzie zresztą mam czytelników – same wybrane umysły, wypróbowane, na stanowiskach wysokich i w obowiązkach wysokich wychowane charaktery; mam nawet prawdziwych geniuszów wśród swoich czytelników. W Wiedniu, w Petersburgu, w Sztokholmie, w Kopenhadze, w Paryżu i Nowym Jorku – wszędzie mnie odkryto: nie odkryto mnie w płaskoziemiu europejskim, w Niemczech... I wyznam, że cieszę się bardziej jeszcze tymi, co mnie nie czytują, którzy ani imienia mego, ni słowa filozofia nigdy nie słyszeli; lecz dokąd tylko przyjdę, tu w Turynie na przykład, pogodnieje i dobrotliwieje na widok mój każde oblicze. Co mi najbardziej dotąd pochlebiało, to że stare przekupki nie mają spokoju, nim mi z winogron swych nie powyszukują najsłodszych. Tak dalece trzeba być filozofem... Nie na próżno zwie się Polaków Francuzami wśród Słowian. Powabna Rosjanka nie pomyli się ani na chwilę, gdzie mnie zaliczyć. Nie udaje mi się mina uroczysta, dochodzę najwyżej do zakłopotania... Myśleć po niemiecku, czuć po niemiecku – mogę wszystko, lecz to przechodzi me siły. Już stary nauczyciel mój Ritschl twierdził, że nawet swe rozprawy filologiczne układam jak romancier paryski – z niedorzecznym napięciem. Nawet w Paryżu zdumiewają się nad toutes mes audaces et finesses – wyrażenie monsieur Taine'a – lękam się, że aż do najwyższych form dytyrambu znajdzie się u mnie przymieszkę owej soli, która nie stanie się nigdy głupią – "niemiecką" – esprit... Nie mogę inaczej. Tak mi Boże dopomóż! Amen. – Wiemy wszyscy, niektórzy nawet z doświadczenia, co to kłapouch. Otóż, śmiem twierdzić, że posiadam najmniejsze uszy. Zajmujące to niemało dla kobietek – zda mi się, iż czują, że je lepiej rozumiem?... Jestem antyosłem par excellence i przeto wszechdziejowym potworem – jestem, mówiąc po grecku, i nie tylko po grecku, antychrystem...

 

3.

Znam poniekąd przywileje swe, jako pisarza; poszczególne wypadki zaświadczyły mi też, jak bardzo nawyknienie do mych książek "psuje" smak. Nie wytrzymuje się już po prostu innych książek, najmniej filozoficzne. Jest wyróżnieniem, niemającym równego sobie, wejść w ten świat dostojny i delikatny – na to nie śmie się zgoła być Niemcem; jest to w końcu wyróżnienie, na które trzeba sobie zasłużyć. Kto mi jednak wyżyną chcenia jest pokrewny, dozna przy tym prawdziwych zachwytów uczenia się: bo przybywam z wyżyn, w które żaden ptak nie wzbił się nigdy, znam przepaści, w które żadna jeszcze nie zabłąkała się stopa. Powiedziano mi, że niemożliwa wypuścić z rąk mojej książki, że zakłócam nawet odpoczynek nocny... Nie ma zgoła dumniejszego i zarazem bardziej wyrafinowanego rodzaju książek: osiągają one tu i ówdzie rzecz najwyższą, jaką na ziemi osiągnąć można, cynizm; trzeba je sobie zdobywać zarówno najdelikatniejszymi palcami, jak i najwaleczniejszymi pięściami. Wszelka ułomność duszy wyklucza stąd, raz na zawsze, nawet wszelka niestrawność: nie wolno mieć zgoła nerwów, trzeba mieć wesoły brzuch. Nie tylko ubóstwo, zatęchłe powietrze jakiejś duszy, wyklucza stąd, bardziej jeszcze tchórzliwość, niechlujność, tajna mściwość w jelitach: jedno me słowo wpędza wszystkie liche instynkty w lica. Wśród znajomych swych mam niejedno zwierzę doświadczalne, na którym notuję sobie rozmaite, bardzo pouczająco rozmaite, oddziaływania na me pisma. Kto nie chce mieć nic do czynienia z ich treścią, moi tak zwani przyjaciele na przykład, staje się przy tym "bezosobisty": życzy mi się szczęścia, żem znów "tak daleko" – widoczny też postęp w większej pogodzie tonu... Zgoła występne "duchy", "dusze piękne", do dna i z gruntu kłamliwi, nie wiedzą z konieczności, co mają z tymi począć książkami – przeto widzą je pod sobą, piękna konsekwencja wszystkich "dusz pięknych". Bydło rogate wśród moich znajomych, sami Niemcy, za pozwoleniem, daje do zrozumienia, że nie zawsze jest się mego zdania, atoli jednak czasami... Słyszałem to nawet o Zaratustrze... Również każdy "feminizm" w człowieku, także w mężczyźnie, jest mym zamknięciem drzwi przed nosem: nie wstąpisz nigdy w ten labirynt zuchwałych wiadomości. Trzeba było nigdy nie szczędzić samego siebie, trzeba twardości w nawyku, by wśród samych prawd twardych być dobrej myśli i pogodnym. Gdy roję sobie obraz doskonałego czytelnika, to staje się zeń zawsze potwór odwagi i ciekawości, prócz tego coś giętkiego, chytrego, przezornego, urodzony poszukiwacz przygód i odkrywca. Wreszcie: nie umiałbym rzec lepiej, do kogo w gruncie jedynie mówię, niż to rzekł Zaratustra: komuż jedynie chce on zagadkę opowiedzieć swoją?

"Wam śmiałym poszukiwaczom, kusicielom przygód i ktokolwiek chytrymi żaglami na morza wypływał straszliwe –

Wam pijanym zagadką, radosnym w półmroku, których duszę flety w błędną wabią czeluść:

– bo nie chcecie tchórzliwymi dłońmi iść po nici omackiem, i gdzie odgadnąć możecie, tam nienawistnym wam jest dochodzić..." [źródło]

 

4.

Zarazem powiem jeszcze ogólniej o mej sztuce stylu. Jakiegoś stanu, jakiegoś napięcia wnętrznego udzielić za pomocą znaków, wliczając w to tempo tych znaków – to sens każdego stylu; a wobec tego, że mnogość stanów wnętrznych jest u mnie nadzwyczajna, posiadam wiele możliwości stylu – najrozmaitszą sztukę stylu w ogóle, jaką kiedykolwiek rozporządzał człowiek. Dobry jest każdy styl, który pewnego stanu wnętrznego rzeczywiście udziela, który się co do znaków, co do tempa znaków, co do gestu – wszystkie prawa okresu są sztuką gestu – nie myli. Instynkt mój jest w tym względnie nieomylny. – Dobry styl sam w sobie – szczere błazeństwo, czysty "idealizm": coś jak "piękno samo w sobie", "dobro samo w sobie", "rzecz sama w sobie"... Wciąż jeszcze przypuszczam, że istnieją uszy – że istnieją tacy, którzy są zdolni do podobnego, równego patosu i jego godni, że nie brak tych, którym udzielić się wolno. – Mój Zaratustra na przykład szuka na razie jeszcze takich – ach, długo jeszcze szukać będzie musiał! – Trzeba być wartym słuchania go... I dopóty nie będzie nikogo, kto by pojął sztukę, którą tu trwoniono: nikt nigdy nie miał do strwonienia więcej środków sztuki, nowych, niesłychanych, które naprawdę dopiero stworzyć było trzeba. Że rzecz podobna właśnie w niemieckim możliwa była języku, pozostawało dowieść: ja sam byłbym przedtem najtwardziej to odpierał. Nie wiedziano przede mną, co język niemiecki może – co w ogóle język może. Sztukę wielkiego rytmu, wielkiego stylu okresowości dla wyrażenia niezmiernego wzbierania i opadania wzniosłej, nadludzkiej namiętności, dopiero ja odkryłem; jednym dytyrambem, jak ostatni trzeciego Zaratustry, pod nagłówkiem "Siedem pieczęci", wzleciałem tysiące mil ponad to, co dotąd poezją się zwało.

 

5.

Że z pism mych przemawia psycholog, niemający sobie równego, to może pierwsze zrozumienie, do którego dojdzie dobry czytelnik – czytelnik, na jakiego zasługuję, który mnie czyta, jak dobrzy starzy filologowie swego Horacego. Twierdzenia, na które w gruncie cały świat się godzi – nie mówiąc zgoła o filozofach z całego świata, moralistach i innych pustych garnkach i kapuścianych głowach – okazują się u mnie naiwnościami omyłki: na przykład owa wiara, że "nieegoistyczność" i "egoistyczność" to przeciwieństwa, gdy tymczasem samo ego jest "wyższym oszustwem", "ideałem"... Nie ma ani egoistycznych, ani nieegoistycznych postępków: oba pojęcia są nonsensem psychologicznym. Lub twierdzenie "człowiek dąży do szczęścia"... Lub twierdzenie "szczęście jest nagrodą cnoty"... Lub twierdzenie "przyjemność i nieprzyjemność są przeciwieństwami"... Cyrce ludzkości, moralność, sfałszowała do dna i gruntu, przemoralniła wszystkie psychologica, aż do owej straszliwej niedorzeczności, że miłość jest czymś "nieegoistycznym"... Trzeba mocno tkwić w sobie, trzeba dzielnie stać na obu nogach, inaczej nie można kochać. Wiedzą to w końcu zbyt dobrze kobietki, diabła tam sobie robią z bezosobistych, czysto obiektywnych mężczyzn... Wolnoż mi przy tym ważyć się na przypuszczenie, że znam kobietki? To wchodzi do mego dionizyjskiego posagu. Kto wie? może jestem pierwszym psychologiem wieczystego pierwiastka kobiecości. Kochają mnie one wszystkie – stara historia: wyłączając kobietki unieszczęśliwione, "emancypantki", którym nie dostaje treści na dzieci. – Na szczęście nie mam ochoty dać się rozszarpać: doskonała kobieta rozszarpuje, gdy kocha... Znam te miłe Menady... Ach, co za niebezpieczne, skradające się, podziemne zwierzątko drapieżne! A tak przyjemne przy tym! Kobietka w pościgu za zemstą obali i stratuje samo przeznaczenie. – Kobieta jest niewymownie gorsza od mężczyzny, także mędrsza; dobroć w kobiecie jest już formą zwyrodnienia... U wszystkich tak zwanych "dusz pięknych" istnieje na dnie fizjologiczne niedomaganie – nie powiem wszystkiego, inaczej stałbym się zbyt "medycyniczny". Walka o równe prawa jest nawet objawem choroby: wie to każdy lekarz. – Kobieta, im jest więcej kobietą, broni się rękami i nogami przeciw prawom w ogóle; naturalny stan rzeczy, wieczysta wojna między płciami, daje jej zgoła pierwsze miejsce. Miałoż się uszy dla mego określenia miłości? Jest to jedyne określenie filozofa godne. Miłość – to w środkach swych wojna, w istocie swej śmiertelna nienawiść płci. Słyszanoż odpowiedź mą na pytanie, jak kobietę uleczyć – "zbawić"? Zrobić jej dziecko. Kobiecie potrzeba dzieci, mężczyzna jest zawsze tylko środkiem: tak rzekł Zaratustra. – "Emancypacja kobiety" – to śmiertelna nienawiść nieudanej, to znaczy rodzić niezdolnej kobiety, przeciw udanej; walka z "mężczyzną" jest zawsze tylko środkiem, pozorem, taktyką. Wynosząc siebie, jako "kobietę samą w sobie", jako "kobietę wyższą", jako kawał "idealistki" kobiecej, pragną poniżyć ogólne stanowisko kobiety; nie ma pewniejszego do tego środka nad wykształcenie gimnazjalne, spodnie i polityczne prawa bydła wyborczego. Emancypantki są w gruncie anarchistami w świecie "wieczystego pierwiastka kobiecości", rozbitkami, których najgłębszy instynkt szuka zemsty... Celem całego pewnego gatunku "idealizmu" – który zresztą zjawia się i u mężczyzn, na przykład u Henryka Ibsena, tej typowej starej panny – jest zatruć czyste sumienie, naturę w miłości płciowej... I aby nie pozostawić pod tym względem zgoła wątpliwości co do swego przyzwoitego i surowego sposobu myślenia, pragnę przytoczyć jeszcze jedno zdanie z mego kodeksu moralnego przeciw występkowi: słowem tym zwalczam wszelki rodzaj przeciwnaturalności, lub, jeśli się piękne lubi słowa, idealizmu. Zdanie to brzmi: "Głoszenie czystości płciowej jest jawnym podżeganiem przeciw naturze. Wszelka pogarda życia płciowego, wszelkie zanieczyszczenie go pojęciem »nieczysty« jest istotnym występkiem względem życia – jest właściwym grzechem przeciw Duchowi Świętemu życia".

 

6.

By dać pojęcie o sobie jako o psychologu, przytaczam osobliwą próbkę psychologii, znajdującą się w Poza dobrem i złem – zabraniam zresztą wszelkich przypuszczeń, kogo na tym opisuję miejscu: "Geniusz serca, właściwy owemu wielkiemu utajonemu, owemu bogu kusicielowi i urodzonemu łowcy sumień, którego głos sięgać umie aż w głąb podziemia każdej duszy; który nie powie słowa, nie rzuci spojrzenia, by nie tkwił w nim podstęp i wabik mrugnięcia; w którego mistrzostwie mieści się zdolność, że umie się wydawać – i nie tym, czym jest, lecz tym, co dla idących za nim będzie jednym przymusem więcej, by coraz bliżej garnąć się do niego, coraz wierniej i ściślej iść za nim... Geniusz serca, który wszystko, co głośne i rozmiłowane w sobie, ucisza i słuchać uczy, który szorstkie dusze wygładza i daje im nowego zakosztować pożądania: leżeć cicho, jak zwierciadło, by się głębokie odbijało w nich niebo... Geniusz serca, który chamską i za pochopną rękę powściągliwą być uczy i wdzięczniej ujmować; który skarb ukryty i zapomniany, krople dobroci i słodkiej duchowości pod mętnym, grubym odgaduje lodem i różdżką jest czarodziejską dla każdego źdźbła złota, pogrzebanego od dawna w więzieniu mułu i piasku... Geniusz serca, od którego każdy, kogo on tknął, bogatszym odchodzi, nie jako ktoś ułaskawiony i zaskoczony niespodzianką, nie jak ktoś cudzym dobrem uszczęśliwiony i obarczony, lecz samym sobą bogatszy, nowszy dla siebie niż przedtem, roztwarty, owiany i wysłuchany przez wiatry odwilży, niepewniejszy może, wątlejszy, bardziej łomki i złamany, lecz pełen nadziei, które jeszcze nie mają imienia, pełen nowej chęci i dopływu, pełen nowej niechęci i odpływu...".

 

Narodziny tragedii


1.

By być sprawiedliwym względem Narodzin tragedii (1872), trzeba niejedno zapomnieć. Działały, a nawet czarowały tym, co w nich było chybione – oddaniem się na użytek wagnerszczyzny, jak gdyby ta była objawem wzmagającego się życia. Pismo to było właśnie dlatego w życiu Wagnera wypadkiem: od tej dopiero chwili zaczęto wiązać wielkie nadzieje z nazwiskiem Wagnera. Dziś jeszcze przypominają mi to, świecąc mi każdym razem Parsifalem w oczy: że to ja właściwie mam na sumieniu, iż tak wysokie mniemanie o kulturalnej wartości tego ruchu wzięło górę. Spotkałem kilkakrotnie pismo to przytaczane jako Odrodzenie tragedii z ducha muzyki: miano tylko uszy dla nowej sztuki, zamysłu, zadania Wagnera – poza tym puszczono mimo uszu to, co w gruncie wartościowego pismo to kryło. Hellenizm i pesymizm: to byłby był niedwuznaczny nagłówek: to jest jako pierwsze pouczenie, w jaki sposób Grecy załatwili się z pesymizmem – czym go przezwyciężyli... Właśnie tragedia jest dowodem, że Grecy nie byli pesymistami: Schopenhauer pomylił się w tym, jak się we wszystkim pomylił. – Jeśli się z pewną bezstronnością weźmie Narodziny tragedii do ręki, to wydają się one bardzo niewczesne, nikomu by się nawet nie śniło, że zaczęto je wśród grzmotów walki pod Wörth. Przemyślałem te problematy pod murami Metzu, w zimne noce wrześniowe, podczas służby przy pielęgnowaniu rannych; można by raczej już mniemać, że pismo to jest o pięćdziesiąt lat starsze. Jest ono politycznie obojętne – "nieniemieckie", powiedziano by dzisiaj – zatrąca niemiło Heglem, jest tylko w kilku formułach przesiąknięte karawaniarską perfumą Schopenhauera. "Idea" – przeciwieństwo pierwiastka dionizyjskiego i apollińskiego – przetłumaczona na język metafizyki; dzieje same jako rozwój tej "idei"; w tragedii przeciwieństwo wyniesione do jedności; pod tą optyką rzeczy, które nigdy jeszcze w twarz nie patrzyły sobie, z nagła przeciwstawione, z siebie nawzajem oświetlone i pojęte... Na przykład opera i rewolucja... Dwie rozstrzygające nowości tej książki to po pierwsze zrozumienie zjawiska dionizyjskiego u Greków – daje ona jego pierwszą psychologię, widzi w nim jeden korzeń całej sztuki greckiej. – Drugie to zrozumienie sokratyzmu: Sokrates jako narzędzie rozkładu greckiego, jako typowy décadent rozpoznany po raz pierwszy. "Rozumność" przeciw instynktowi. "Rozumność" za wszelką cenę, jako moc niebezpieczna, podkopująca życie! – Głębokie, nieprzyjazne milczenie o chrześcijaństwie w całej książce: nie jest ono ani apollińskie, ani dionizyjskie, zaprzecza wszelkim wartościom estetycznym – jedynym wartościom, jakie Narodziny tragedii uznają: jest ono w najgłębszym znaczeniu nihilistyczne, gdy tymczasem symbol dionizyjski dosięga najdalszej granicy potwierdzenia. Raz napomknięto o kapłanach chrześcijańskich "jako o złośliwym rodzaju karłów", "podziemków"...

 

2.

Początek ten jest ze wszech miar podziwu godny. Dla swego najwnętrzniejszego doświadczenia odkryłem jedyną, jaką dzieje znają, przenośnię i odpowiednik, tym samym pierwszy pojąłem cudowne zjawisko dionizyjskie. Tak samo tym, żem poznał w Sokratesie pierwszego décadent, dałem zgoła niedwuznaczny dowód, jak mało pewność mego psychologicznego dotyku narażona jest na niebezpieczeństwo ze strony jakiejkolwiek idiosynkrazji moralnej: sama moralność, jako objaw décadence jest nowością, jedynością pierwszorzędną w dziejach poznania. Jakże jednym i drugim daleko odskoczyłem od politowania godnej, płytkogłowej gadaniny o optymizmie przeciw pesymizmowi! – Pierwszy ujrzałem przeciwieństwo właściwe: wyrodniejący instynkt, który z podziemną mściwością zwraca się przeciw życiu (chrześcijaństwo, filozofia Schopenhauera, w pewnym znaczeniu już filozofia Platona, cały idealizm, jako formy typowe) i z pełni, z nadmiaru zrodzona formuła najwyższego potwierdzenia, przyświadczanie bez zastrzeżeń, nawet cierpieniu, nawet winie, nawet wszystkiemu, co zagadkowe i obce w istnieniu... To ostateczne, najradośniejsze, przezbytkownie zuchwałe przyświadczanie życiu jest nie tylko zrozumieniem najwyższym, jest także najgłębszym, najściślej przez prawdę i wiedzę potwierdzonym i dowiedzionym. Nie można nic, co jest, potrącić, nic nie jest zbyteczne – odrzucone przez chrześcijan i innych nihilistów strony istnienia stoją na nieskończenie nawet wyższym stopniu na drabinie wartości, niż instynkt décadence mógł był uznać, nazwać dobrym. Aby to pojąć, na to trzeba odwagi, a jako jej warunku, nadwyżki siły: bo ściśle wedle tego, jak daleko śmie naprzód się ważyć odwaga, ściśle w miarę siły, zbliża się człowiek do prawdy. Poznanie, przyświadczanie rzeczywistości, jest dla silnego taką samą koniecznością, jak dla słabego, z podszeptu słabości, tchórzenie i ucieczka przed rzeczywistością – "ideał"... Nie jest do woli im dane poznawać: décadents potrzebują kłamstwa – jest ono jednym z ich warunków utrzymania się przy życiu. – Kto słowo "dionizyjskość" nie tylko pojmuje, lecz siebie w słowie "dionizyjskość" pojmuje, temu nie potrzeba zbijać Platona lub chrześcijaństwa lub Schopenhauera – on węszy gnicie...

 

3.

Jak dalece przez to właśnie znalazłem pojęcie "tragiczności", ostateczne zrozumienie, czym jest psychologia tragedii, to wyraziłem ostatnio jeszcze w Zmierzchu bożyszcz str. 126. "Przyświadczanie życiu nawet w jego najdziwniejszych i najsroższych przejawach, wola życia, która, ofiarowując najwyższe swe typy, raduje się własnemu niewyczerpaniu, to dionizyjskim nazwałem, to pojąłem jako most do psychologii poety tragicznego. Nie ażeby się uwolnić od grozy i litości, nie ażeby przez wybuch namiętny oczyścić się z niebezpiecznego uczucia – jak to rozumiał Arystoteles – lecz aby ponad grozą i litością, samemu być wieczną rozkoszą stawania się – ową rozkoszą, która mieści w sobie jeszcze i rozkosz niszczenia..." W tym znaczeniu mam prawo uważać się za pierwszego filozofa tragicznego – to znaczy za najskrajniejsze przeciwieństwo i antypodę filozofa-pesymisty. Przede mną nikt nie przemienił patosu dionizyjskiego na filozoficzny: brak było mądrości tragicznej – próżno szukałem jej śladów nawet u owych wielkich filozofów Grecji, tych, co żyli na dwa stulecia przed Sokratesem. Została mi wątpliwość co do Heraklita, w którego bliży w ogóle mi cieplej, milej na duchu, niż gdziekolwiek. Potwierdzanie przemijania i niszczenia, rzecz rozstrzygająca w filozofii dionizyjskiej, przyświadczanie przeciwności i wojnie, stawanie się, z zasadniczym odrzuceniem nawet samego pojęcia "bytu" – to uznaję pod każdym względem za najbardziej sobie pokrewne z wszystkiego, co dotąd pomyślano. Nauka o "wiecznym nawrocie", to znaczy o bezwarunkowym i nieskończenie powtarzającym się kołowaniu wszechrzeczy – ta nauka Zaratustry mogła też ostatecznie już być głoszona. Przynajmniej Stoa, która prawie wszystkie zasadnicze wyobrażenia odziedziczyła po Heraklicie, wykazuje tego ślady. –

 

4.

Z pisma tego przemawia niezmierna nadzieja. Ostatecznie nie mam zgoła powodu cofać nadziei na dionizyjską przyszłość muzyki. Rzućmy okiem sto lat naprzód, przypuśćmy, że mój zamach na dwa tysiąclecia przeciwnaturalności i pohańbienia człowieka się uda. Owo nowe stronnictwo życia, które weźmie w ręce największe z wszechzadań, wyższą hodowolę człowieka, włączając w to bezlitosne zniweczenie wszystkiego, co zwyrodniałe i pasożytnicze, umożliwi znowu na ziemi ów nadmiar życia, z którego wyróść znów musi stan dionizyjski. Zapowiadam okres tragiczny: najwyższa sztuka przyświadczania życiu, tragedia, odrodzi się, gdy ludzkość będzie miała świadomość najtwardszych, lecz najkonieczniejszych wojen za sobą, i nie ucierpi na tym... Psycholog mógłby dodać jeszcze, że to, co w młodych latach w Wagnerowskiej muzyce słyszałem, nie miało w ogóle nic z Wagnerem wspólnego; że opisując muzykę dionizyjską, opisywałem to, co ja słyszałem – że musiałem wszystko instynktownie przełożyć i przekształcić na nowego ducha, którego w sobie nosiłem. Dowodem tego, tak silnym jak tylko dowód być może, jest pismo moje "Wagner w Bayreuth": we wszystkich psychologicznie rozstrzygających ustępach jest tylko o mnie mowa, można bezwzględnie wstawić me nazwisko lub słowo Zaratustra, gdzie tekst słowo Wagner podaje. Cały obraz artysty dytyrambicznego jest obrazem przedbytowego twórcy Zaratustry, narysowanym z bezdenną głębią i bez dotykania choćby na mgnienie oka rzeczywistości Wagnerowskiej. Sam Wagner to czuł; nie poznał siebie w tym piśmie. – Tak samo "wspomnienie z Bayreuth", zmieniło się w coś, co dla znawców mego Zaratustry nie będzie pojęciem zagadkowym: w owo wielkie południe, gdzie najwybrańsi uświęcają się do największego z wszechzadań – kto wie? – wizja święta, którego jeszcze dożyję... Patos pierwszych stronic jest wszechdziejowy; spojrzenie, o którym na siódmej stronie jest mowa, jest właściwym spojrzeniem Zaratustry; Wagner, Bayreuth, cała mała nędzota niemiecka jest chmurą, w której odzwierciadla się bezkresna fata morgana przyszłości. Nawet psychologicznie zostały wszystkie rozstrzygające rysy mej własnej natury wciągnięte w naturę Wagnera – zestawienie najjaśniejszych i najfatalniejszych sił, wola mocy, jakiej nigdy żaden nie posiadał człowiek, bezwzględna waleczność w rzeczach duchowych, nieograniczona siła uczenia się, bez stłumienia przez to woli czynu. Wszystko jest w książce tej prorocze: bliskość powrotu ducha greckiego, konieczna potrzeba antyaleksandrów, którzy by węzeł gordyjski kultury greckiej znowu związali, gdy już został rozwiązany... Posłuchajcie wszechdziejowego akcentu, który na stronie 30 wprowadza pojęcie "nastroju tragicznego": są w tym piśmie same tylko akcenty wszechdziejowe. Najprzedziwniejsza to "przedmiotowość", jaka istnieć może: absolutna pewność co do tego, czym jestem, przerzucała się na pierwszą lepszą rzeczywistość przypadkową – prawda o mnie przemawiała z przejmującej grozą głębi. Na stronie 71 został styl Zaratustry z przenikającą pewnością opisany i wyprzedzony; i nigdy nie znajdzie się wspanialszego wyrazu na zdarzenie, którym jest Zaratustra, akt niezmiernego oczyszczenia i uświęcenia ludzkości, jak go na stronie 43-46 znaleziono. –

 

Niewczesne rozmyślania


1.

Cztery Niewczesne rozmyślania są na wskroś wojownicze. Dowodzą, że nie byłem zgoła "Jankiem marzycielem", że sprawia mi przyjemność władać szpadą, może też, że mam przegub dłoni niebezpiecznie giętki. Pierwszy atak (1873) wymierzony był przeciw wykształceniu niemieckiemu, na które patrzałem już wówczas z bezlitosną pogardą. Bez sensu, bez treści, bez celu: prawdziwa "opinia publiczna". Nie ma złośliwszego nieporozumienia nad mniemanie, że wielkie powodzenie oręża niemieckiego dowodzi w czymkolwiek tego wykształcenia – lub zgoła jego zwycięstwa nad Francją... Drugie Niewczesne rozmyślanie (1874) wywodzi na świat niebezpieczeństwo toczące i trujące życie, a tkwiące w naszym sposobie fabrykowania nauki – życie chore jest od tego odczłowieczonego zespołu kół zębatych i mechanizmu, od "nieosobowości" robotnika i fałszywej ekonomii "podziału pracy". Ginie cel, kultura: środek, nowoczesne fabrykowanie nauki, barbaryzuje... W rozprawie tej rozpoznano "zmysł historyczny", z którego dumne jest nasze stulecie, jako chorobę, jako typowy znak upadku. – W trzecim i czwartym Niewczesnym rozmyślaniu przeciwstawiono, jako wskazówki do wyższego pojęcia kultury, do przywrócenia pojęcia "kultury", dwa obrazy najtwardszego samolubstwa, samochowu, typy niewczesne par excellence, pełne królewskiej pogardy dla wszystkiego, co wokół zwało się "państwem", "wykształceniem", "chrześcijaństwem", "Bismarckiem", "powodzeniem" – Schopenhauera i Wagnera, czyli, jednym słowem, Nietzschego...

 

2.

Z tych czterech ataków pierwszy miał powodzenie nadzwyczajne. Hałas, jaki wywołał, był w każdym znaczeniu wspaniały. Uraziłem naród zwycięski w chore miejsce – że zwycięstwo ich nie jest zdarzeniem z zakresu kultury, lecz może, może czymś zgoła innym... Odpowiedzi padały ze wszystkich stron i nie tylko od starych przyjaciół Dawida Straussa, którego ośmieszyłem, jako typ ukształconego filistra niemieckiego, słowem, jako autora ewangelii z szynkwasu o "starej i nowej" wierze (wyraz filister ukształcony przeszedł z mego pisma w mowę). Ci starzy przyjaciele, którym jako Würtembergczykom i Szwabom głębokie pchnięcie zadałem, uznawszy ich dziwotwór, ich Straussa, komicznym, odpowiadali tak poczciwie i po grubiańsku, jak tylko życzyć sobie mogłem; odwzajemnienia pruskie były rozsądniejsze – miały w sobie więcej "błękitu berlińskiego". Na największa nieprzyzwoitość zdobył się dziennik lipski, osławione "Grenzboten"; z trudem powstrzymałem oburzonych Bazylejczyków od kroków w tej sprawie. Bezwzględnie po mojej stronie stanęło tylko kilku starych panów, z różnych i po części niewyjaśnionych powodów. Między nimi Ewald z Getyngi, który dał do zrozumienia, że zamach mój był w skutku śmiertelny dla Straussa. Podobnie stary heglista Bruno Bauer, w którym miałem odtąd jednego z najuważniejszych czytelników. Lubił w ostatnich swych latach odsyłać do mnie, na przykład podawać panu von Treitschke, historiografowi pruskiemu, wskazówkę, gdzie by mógł się czegoś dowiedzieć o straconym pojęciu "kultury". Rzecz najgodniejszą uwagi i najdłuższą o tym piśmie i jego autorze powiedział stary uczeń filozofa von Baadera, niejaki profesor Hoffman z Würzburga. Z pisma tego przewidział wielkie dla mnie przeznaczenie – że sprowadzę pewnego rodzaju przesilenie i najwyższe rozstrzygnięcie problematu ateizmu, którego typ najinstynktowniejszy i najbezwzględniejszy odgadł we mnie. Ateizm to zawiódł mnie do Schopenhauera. – Zgoła najlepiej słyszanym, najbardziej gorzko odczutym było silne i dzielne wstawiennictwo tak łagodnego zresztą Karola Hillebranda, tego ostatniego ludzkiego Niemca, jaki umiał władać piórem. Można było czytać rozprawę, jego w "Augsburger Zeitung"; dziś czytać ją można w nieco ostrożniejszej formie, w jego pismach zebranych. Tutaj przedstawił to pismo jako zdarzenie, punkt zwrotny, pierwsze zastanowienie się, najlepszy znak, jako prawdziwy powrót powagi niemieckiej i namiętności niemieckiej w sprawach duchowych. Hillebrand podnosił wysoko formę pisma, jego smak dojrzały, jego doskonały takt w rozróżnianiu osoby i rzeczy: wyróżniał je jako najlepsze pismo polemiczne, jakie po niemiecku napisano – w tak właśnie dla Niemców niebezpiecznej, tak niedoradzanej sztuce polemiki. Przyświadczając bezwzględnie, obostrzając nawet to, co ważyłem się powiedzieć o zgałganieniu języka w Niemczech (dziś udają purystów, a nie umieją już żadnego zdania zbudować), z równą pogardą dla "najpierwszych pisarzy" tego narodu, zakończył wyrażeniem mi swego podziwu za odwagę moją – tę "najwyższą odwagę, która właśnie ulubieńców ludu sadza na ławie oskarżonych"... Skutek tego pisma jest po prostu nieoceniony w mym życiu. Nikt dotąd nie szukał ze mną zwady. Milczy się, traktuje się mnie w Niemczech z posępną ostrożnością: od lat czyniłem użytek z bezwzględnej wolności słowa, dla której nikt dzisiaj, a najmniej w "państwie", nie ma dość wolnej ręki. Mój raj leży "w cieniu mego miecza"... W istocie urzeczywistniłem w życiu przykaz Stendhala: radzi on wstęp do społeczeństwa otworzyć sobie pojedynkiem. I jakiego wybrałem sobie przeciwnika! Pierwszego Niemca wolnomyślnego!... W samej rzeczy, zgoła nowy rodzaj wolnomyślicielstwa znalazł przez to swój pierwszy wyraz: do dziś dnia nie znam nic bardziej obcego i dziwniejszego, jak cała europejska i amerykańska species "libres penseurs". Z nimi, jako z niepoprawnymi płytkogłowami i błaznami, żyję w głębszej nawet niezgodzie niż z którymkolwiek z ich przeciwników. Chcą także, swoim sposobem, "poprawiać" ludzkość na własne podobieństwo, podjęliby przeciw temu, czym jestem, czego chcę, nieprzejednaną wojnę, pod warunkiem gdyby to umieli – wierzą wszyscy jeszcze w "ideał"... Ja jestem pierwszym immoralistą. –

 

3.

Nie mógłbym twierdzić, że dwa Niewczesne rozmyślania, odznaczone nazwiskami Schopenhauera i Wagnera, mogłyby osobliwie posłużyć do zrozumienia obu wypadków lub choćby tylko do psychologicznego postawienia kwestii – coś niecoś, jak słuszna, wyjąwszy. Tak na przykład pierwiastek natury Wagnera został już tu z głęboką pewnością instynktu określony jako zdolność aktorska, która w środkach i zamysłach wyciąga tylko własne konsekwencje. W gruncie pragnąłem w tych pismach zgoła czego innego, jak uprawiać psychologię: niezrównany problemat wychowania, nowe pojęcie samohodowli, samoobrony aż do twardości, droga do wielkości i zadań wszechdziejowych wymagały dla siebie pierwszego wyrazu. Na ogół biorąc chwyciłem dwa sławne i zgoła nieustalone jeszcze typy za czub, jak się za czub chwyta sposobność, by coś wypowiedzieć, mieć w ręce o kilka formuł, znaków, środków językowych więcej. Zaznaczono to też ostatecznie z niesamowitą zgoła przenikliwością na str. 93 trzeciego Niewczesnego rozmyślania. Podobnie posłużył się Platon Sokratesem jako semiotyką dla Platona. – Teraz, gdy z niejakiej odległości wstecz patrzę na owe stany, których świadectwem są te pisma, nie chciałbym przeczyć, że w gruncie mówią one tylko o mnie. Pismo Wagner w Bayreuth jest wizją mojej przyszłości; natomiast Schopenhauer jako wychowawca mieści w sobie najwnętrzniejsze dzieje, moje stawanie się. Przede wszystkim mój ślub!... Od tego, czym dziś jestem, gdzie dziś jestem – na wyżynie, gdzie już nie słowami, lecz błyskawicami przemawiam – och, jakże daleko byłem wówczas jeszcze! – Lecz widziałem ląd – nie łudziłem się ani chwili co do drogi, morza, niebezpieczeństwa – a także powodzenia! Ten wielki spokój w przyrzekaniu, to szczęście patrzenia hen w przyszłość, która nie ma zostać jeno obietnicą! – Każde słowo jest tu przeżyte, głębokie, wnętrzne; nie brak najboleśniejszych, są tam słowa wprost krwią broczące. Lecz wicher wielkiej wolności dmie ponad wszystkim; nawet rana nie działa jako zarzut. – Jak ja filozofa rozumiem, jako straszliwy materiał wybuchowy, od którego wszejrzeczy niebezpieczeństwo grozi, jak daleko na mile oddzielamswe pojęcie filozofa od pojęcia, w którym jeszcze Kant nawet się mieści, pomijając już akademickich "przeżuwaczy" i innych profesorów filozofii: o tym daje to pismo nieocenione pouczenie, przypuszczając nawet, że tu w gruncie nie Schopenhauer jako wychowawca, lecz jego przeciwieństwo, Nietzsche jako wychowawca dochodzi do głosu. – Wobec tego, że rzemiosłem mym wówczas było rzemiosło uczonego, a może też dlatego, żem na swym rzemiośle się znał, nie jest bez znaczenia cierpka próbka psychologii uczonego, która w tym piśmie nagle się pojawia: wyraża ona uczucie odległości, głęboką pewność tego, co może być u mnie zadaniem, co tylko środkiem, aktem pośrednim i dziełem pobocznym. W tym mądrość tkwi moja, żem był niejednym i w niejednym miejscu, by móc stać się jednym – by móc osiągnąć jedno. Czas jakiś musiałem być także uczonym.

 

Ludzkie, arcyludzkie


1.

Z dwoma dodatkami Ludzkie, arcyludzkie jest pomnikiem przesilenia. Zwie się ono książką dla duchów wolnych: każde tam prawie zdanie wyraża zwycięstwo – uwolniłem się przez nią od wszystkiego, co obce mej naturze. Obcy jest mi idealizm: nagłówek powiada "gdzie wy ideały widzicie, ja widzę – co ludzkie, ach tylko arcyludzkie!...". Znam człowieka lepiej... Nie można tu w żadnym innym znaczeniu rozumieć słowa "duch wolny": duch wyzwolony, który na nowo posiadł samego siebie. Ton, dźwięk głosu zmienił się zgoła: uzna się książkę tę za mądrą, chłodną, przy sposobności twardą i drwiącą. Pewna duchowość dostojnego smaku zdaje się nieustannie brać górę nad namiętnym nurtem na dnie. W tym związku ma to swe znaczenie, że wydanie książki już na rok 1878 usprawiedliwia się niejako właściwie rocznicą śmierci Voltaire'a. Bo Voltaire, w przeciwieństwie do wszystkiego, co po nim pisano, to przede wszystkim grandseigneur ducha: to właśnie, czym ja też jestem. – Nazwisko Voltaire'a na książce mojej – to był prawdziwie postęp – ku sobie... Przyglądając się dokładnie, odkryje się bezlitosnego ducha, ryjącego wszystkie kryjówki, gdzie zadomowił się ideał – gdzie ma swe piwnice więzienne i niejako ostatnie swoje schronienie. Pochodnia w ręku, zgoła "chwiejnego" niedająca światła, przeszywającą oświeca jasnością to ideału podziemie. Jest to wojna, lecz wojna bez prochu i dymu, bez postaw wojowniczych, bez patosu i masy powykręcanych członków – nawet to wszystko byłoby jeszcze "idealizmem". Jednej omyłce po drugiej pozwala się spokojnie osiąść na lodzie, nie zbija się ideału – on marznie... Tu na przykład marznie "geniusz", nieopodal marznie "święty", pod grubymi soplami lodu marznie "bohater", na końcu marznie "wiara", tak zwane "przekonanie", także ochładza się znacznie "litość" – prawie wszędzie marznie "rzecz sama w sobie"...

 

2.

Początki tej księgi przypadają na tygodnie pierwszych uroczystych przedstawień w Bayreuth; głęboka obcość względem wszystkiego, co mnie tam otaczało, jest jednym z jej założeń. Kto ma pojęcie, jakie wizje już wtedy zabiegały mi drogę, zgadnie, jak mi było na sercu, gdym się dnia pewnego w Bayreuth obudził. Zgoła jakbym śnił... Gdzież to byłem? Nie poznawałem niczego, nie poznawałem Wagnera. Na próżno grzebałem we wspomnieniach. Tribschen – daleka wyspa szczęśliwości: ni cienia podobieństwa. Nieporównane dni położenia kamienia węgielnego, nieliczne dobrane towarzystwo, które je święciło i któremu nie trzeba było życzyć dopiero palców dla rzeczy delikatnych: ni cienia podobieństwa! Co się stało? – Przetłumaczono Wagnera na niemieckie! Wagnerzysta zapanował nad Wagnerem! – Sztuka niemiecka, mistrz niemiecki, piwo niemieckie!... My, którzy zbyt dobrze wiemy, do jak kosmopolitycznego smaku sztuka Wagnera jedynie przemawia, zdumiewaliśmy się, odnalazłszy Wagnera obwieszonego "cnotami" niemieckimi. – Sądzę, że znam wagnerzystę, "przeżyłem" trzy pokolenia, od nieboszczyka Brendla, który Wagnera brał za Hegla, aż do "idealistów" z "Bayreuther Blätter" [czasopismo założone przez Wagnera], którzy Wagnera biorą za siebie samych – słyszałem wszelkiego rodzaju wyznania "dusz pięknych" o Wagnerze. Królestwo za jedno mądre słowo! – Zaprawdę, towarzystwo, aż włosy stają na głowie! Nohl, Pohl, Kohl z gracją in infinitum [gra słów nie do oddania]. Żadnego potworka tam nie brak, nawet antysemity. – Biedny Wagner! W cóż to wdepnął! – Żebyż był przecie pojechał przynajmniej między świnie! Lecz między Niemców!... Ostatecznie należałoby, dla nauki potomności, prawdziwego bayreutczyka wypchać, lepiej jeszcze wsadzić w spirytus, bo nie dopisał tam spiritus – z napisem: tak wyglądał "duch", na którym zbudowano "państwo"... Dość, że wyjechałem podówczas na kilka tygodni, bardzo nagle, mimo że pewna powabna paryżanka starała się mnie pocieszyć; wobec Wagnera usprawiedliwiłem się tylko fatalistycznym telegramem. W skrytej głęboko wśród borów Lasu Czeskiego miejscowości, w Klingenbrunn, obnosiłem się z melancholią i pogardą Niemców, jak z chorobą – i wpisywałem kiedy niekiedy, pod ogólnym nagłówkiem "Lemiesz", zdanie w swój notatnik, same twarde psychologica, które może dadzą się jeszcze odnaleźć w Ludzkim, arcyludzkim.

 

3.

Co się wówczas we mnie rozstrzygnęło, to snać nie zerwanie z Wagnerem – czułem ogólne zbłąkanie swego instynktu, którego poszczególna pomyłka, czy zwie się ona Wagnerem, czy profesurą bazylejską, była tylko znakiem... Opadło mnie zniecierpliwienie sobą; zrozumiałem, że czas najwyższy pomyśleć znowu o sobie. Nagle stało mi się w sposób straszny jasne, jak wiele już czasu strwoniłem – jak bezużytecznie, jak samowolnie wygląda całe moje istnienie filologiczne na tle mego zadania. Wstydziłem się tej fałszywej skromności... Dziesięć lat poza sobą, w których właściwie odżywianie ducha próżnowało we mnie, w których nie douczyłem się nic potrzebnego, w których zapomniałem niedorzecznie dużo dla rupieci zapylonej uczoności. Przeciskać się przez metryków starożytnych z drobiazgowością i słabymi oczyma – do tegom doszedł! – Z politowaniem widziałem się zgoła chudym, zgoła zagłodzonym: rzeczywistości brakło właśnie wnętrzu mojej wiedzy, a "idealności" diabła były warte! – Chwyciło mnie po prostu palące pragnienie: odtąd w samej rzeczy nie zajmowałem się już niczym prócz psychologii, medycyny, nauk przyrodniczych – nawet do właściwych studiów historycznych powróciłem dopiero, kiedy mnie zadanie do tego rozkazodawczo zmusiło. Wtedy też odgadłem dopiero związek między sprzecznie z instynktem obraną działalnością, tak zwanym "powołaniem", do którego najmniej jest się powołanym – i swą potrzebą zagłuszenia uczucia czczości i głodu z pomocą sztuki narkotycznej – na przykład sztuki Wagnera. Rozejrzawszy się uważniej, odkryłem, że w takim samym złym położeniu znajduje się wielka ilość młodzieńców: jedna przeciwnaturalność wymusza formalnie drugą. W Niemczech, w "państwie", by nie być dwuznacznym, jest aż zbyt wielu skazanych rozstrzygać o sobie przedwcześnie i potem marnieć pod niedającym się zrzucić brzemieniem... Ci pragną Wagnera, jako opiatu – zapominają o sobie, pozbywają się siebie na chwilę... Co mówię! Na pięć do sześciu godzin! –

 

4.

Wówczas oświadczył się mój instynkt nieubłaganie przeciw dłuższemu jeszcze ustępowaniu, chodzeniu za innymi, braniu siebie za kogo innego. Wszelki rodzaj życia, najniepomyślniejsze warunki, choroba, ubóstwo – wszystko zdawało mi się godniejsze wyboru niż owa nikczemna "bezosobistość", w którą zabrnąłem zrazu z nieświadomości, przez młodość, a w której potem uwiązłem z lenistwa, z tak zwanego "poczucia obowiązku". – Tu przyszło mi w sposób, któremu dość się nadziwić nie mogę i właśnie w sam czas, na pomoc owo złe dziedzictwo po mym ojcu – w istocie przeznaczenie wczesnej śmierci. Choroba wyzwalała mnie z wolna: oszczędziła mi wszelkiego zerwania, wszelkiego gwałtownego i urażającego kroku. Nie straciłem wówczas niczyjej życzliwości i dużo jej jeszcze zyskałem. Choroba dała mi zarazem prawo do zupełnej zmiany mych wszystkich nawyknień: pozwalała, nakazywała zapomnieć; obdarzyła mnie koniecznością leżenia spokojnie, próżnowania, czekania i cierpliwości... Lecz to przecie znaczy myśleć! I oczy moje skończyły z wszystkim, co trąci molem książkowym, po naszemu filologią: uwolniłem się od "książki", nie czytałem nic przez lata całe – największe dobrodziejstwo, jakie kiedykolwiek sobie wyświadczyłem! – Owa najgłębsza samość, niejako zasypana, niejako uciszona pod ustawicznym musem słuchania innych samości (a tym jest przecie czytanie!) budziła się z wolna, nieśmiała, wątpliwa – lecz w końcu znów przemówiła. Nigdym sam sobie nie sprawiał tyle szczęścia, jak w najbardziej chorych i najboleśniejszych czasach swego życia: wystarczy spojrzeć na Jutrzenkę lub choćby na Wędrowca i jego cień, by pojąć, czym był ten "powrót do siebie": najwyższym rodzajem istotnego ozdrowienia!... To drugie było tylko tego wynikiem.

 

5.

Ludzkie, arcyludzkie, ten pomnik karnej samohodowli, dzięki której nagły kres położyłem zawleczonemu w siebie "wyższemu oszustwu", "idealizmowi", "pięknym uczuciom", zostało we wszystkich zasadniczych punktach spisane w Sorrento; zakończenie swe, ostateczną formę, otrzymało podczas zimy bazylejskiej, wśród stosunków daleko niepomyślniejszych niż w Sorrento. W gruncie rzeczy ma książkę tę na sumieniu pan Piotr Gast, wówczas do bazylejskiej uczęszczający wszechnicy i bardzo mi życzliwy. Dyktowałem, z głową obwiązaną i bolącą, on przepisywał, on też korygował – on był w gruncie właściwym pisarzem, ja natomiast byłem tylko autorem. Gdy ostatecznie książka gotowa rąk doszła moich – ku głębokiemu zdziwieniu ciężko chorego – posłałem między innymi takie dwa egzemplarze do Bayreuth. Cudem, jakby ukryta myśl tkwiła w przypadku, nadszedł do mnie równocześnie piękny egzemplarz tekstu Parsifala, z dedykacją Wagnera dla mnie, "swemu drogiemu przyjacielowi Fryderykowi Nietzschemu, Ryszard Wagner, radca kościelny". – To skrzyżowanie się dwóch książek – zdało mi się, jakbym przy tym złowróżbny słyszał dźwięk. Nie brzmiałże, jakby skrzyżowały się miecze?... W każdym razie czuliśmy to obaj: bo milczeliśmy obaj. – Podówczas pojawiły się pierwsze "Bayreuther Blätter": pojąłem, na co był najwyższy czas. – Nie do wiary! Wagner stał się bogobojny...

 

6.

Co wówczas (1876) o sobie myślałem, z jaką niezmierną pewnością dzierżyłem w garści swoje zadanie i to, co w nim wszechdziejowego, o tym świadczy cała książka, atoli przede wszystkim bardzo wyraźny ustęp: jeno że, z instynktowną u mnie przebiegłością, także tutaj ominąłem znów słówko "ja" i tym razem, już nie Schopenhauera ani Wagnera, lecz jednego z mych przyjaciół, znakomitego dra Pawła Rée, wszechdziejową opromieniłem chwałą – na szczęście stworzenie zbyt subtelne, aby... Inni mniej byli subtelni: beznadziejnych wśród czytelników swoich, na przykład typowego profesora niemieckiego, poznawałem zawsze po tym, że na podstawie tego ustępu mniemali, iż całą książkę należy rozumieć jako wyższy réealizm... W rzeczywistości przeczy ona pięciu, sześciu twierdzeniom mego przyjaciela: należy w tym względzie przeczytać przedmowę do Genealogii moralności. – Ustęp ten brzmi: Jakież jest jednak zasadnicze twierdzenie, do którego doszedł jeden z najśmielszych i najzimniejszych myślicieli, autor książki O pochodzeniu uczuć moralnych (lisez: Nietzsche, pierwszy immoralista) na podstawie swych trafnych, przenikliwych rozbiorów postępowania ludzkiego? "Człowiek moralny nie jest bliższy świata myślnego, niż człowiek fizyczny – bowiem nie ma zgoła świata myślnego..." Zdanie to, zahartowane i wyostrzone pod młotem dziejowego poznania (lisez: Przemiana wszystkich wartości) posłuży może kiedyś, w przyszłości – 1890! – za siekierę, którą przyłoży się do korzenia "metafizycznej potrzeby ludzkości" – czy bardziej ku błogosławieństwu lub przekleństwu ludzkości, któż mógłby to powiedzieć? Atoli w każdym razie, jako zdanie o poważnych skutkach, płodne i straszne zarazem, i patrzące na świat owym podwójnym spojrzeniem, które mają wszystkie wielkie poznania...

 

Jutrzenka. Myśli o przesądach moralnych


1.

Książką tą rozpoczyna się moja wyprawa przeciw moralności. Bynajmniej nie żeby choć trochę prochem czuć ją było: zgoła inne i daleko milsze poczuje się w niej wonie, pod warunkiem, że ma się w nozdrzach nieco wrażliwości. Nie jest to ani ciężkie, ani też lekkie działo: jeśli skutek książki jest negatywny, nie są nimi zgoła te środki, z których skutek wynika jako wniosek, nie jak wystrzał armatni. Że czytelnik rozstaje się z książką z lękliwą ostrożnością względem wszystkiego, co dotąd pod nazwą moralności zdobyło cześć, a nawet uwielbienie, to nie stoi w sprzeczności z tym, że w całej książce nie napotyka się zgoła negatywnego słowa, napadu, złośliwości – że raczej spoczywa ona w słońcu, krągła, szczęśliwa, podobna zwierzowi morskiemu, który wśród skał wygrzewa się w słońcu. Ostatecznie ja sam byłem tym zwierzem morskim: prawie każde zdanie tej książki pomyślane jest, pochwycone w tym skalnym zamieszaniu koło Genui, gdzie byłem sam i jeno z morzem miałem wspólne tajemnice. Jeszcze teraz, gdy przypadkiem dotknę tej książki, zmienia się dla mnie każde zdanie w cypel, na którym znowu coś niezrównanego wyciągam z głębiny: cała jej skóra drży od pieściwych dreszczów wspomnienia. Sztuka, która ją odznacza, niemała jest w tym, że rzeczy, które lekko i bez szmeru przemykają się mimo, chwile, które boskimi zowę jaszczurkami, utrwala nieco – zgoła nie z okrucieństwem owego młodego boga greckiego, który biedną jaszczureczkę po prostu nadział, lecz zawsze przecie na coś ostrego, na pióro... "Ileż to jutrzenek, które jeszcze nie jaśniały" – ten indyjski napis widnieje na drzwiach do tej książki. Gdzież szuka jej twórca owego zarania nowego, owej dotąd nieodkrytej jeszcze różaności, którą się znowu dzień zaczyna – ach, cały szereg, cały świat nowych dni! W przemianie wszystkich wartości, w uwolnieniu się od wszystkich wartości moralnych, w przyświadczaniu i ufaniu wszystkiemu, co dotąd zabronione, pogardzone i przeklęte było. Ta książka przyświadczająca zlewa swe światło, swą miłość, swą czułość na same rzeczy złe, powraca im znowu "duszę", czyste sumienie, wysokie prawo i przywilej istnienia. Nie atakuje się moralności, nie bierze się już jej tylko w rachubę... Książkę tę kończy "albo też?" – jest to jedyna książka, którą kończy "albo też?"...

 

2.

Moje zadanie przygotowania chwili najwyższego opamiętania się ludzkości, wielkiego południa, gdy spojrzy wstecz i w dal, gdy wydobędzie się spod panowania przypadku i kapłanów i pytanie: dlaczego? po co? postawi po raz pierwszy jako całość – to zadanie wynika siłą konieczności ze zrozumienia, że ludzkość nie sama przez się idzie właściwą drogą, że jest zgoła nie po bosku rządzona, że raczej właśnie pod pokrywą jej najświętszych pojęć wartości władał zwodniczo instynkt przeczenia, zepsucia, décadence. Zagadnienie co do pochodzenia wartości moralnych jest przeto dla mnie zagadnieniem pierwszorzędnym, bo jest warunkiem przyszłości człowieka. Żądanie, by wierzono, że w gruncie wszystko jest w dobrych rękach, że jakaś książka, Biblia, ostatecznie uspokaja co do boskiego kierownictwa i mądrości w losie ludzkości, jest, tłumacząc to na powrót na język rzeczywistości, wolą niedopuszczenia do głosu prawdy o politowania godnym tego przeciwieństwie, to jest, że ludzkość dotąd w najgorszych była rękach, że rządzili nią rozbitkowie, podstępnie mściwi, tak zwani święci, ci oczerniciele świata i hańbiciele człowieka. Rozstrzygającą oznaką, która wykazuje, że kapłan (zaliczam tutaj przyczajonych kapłanów, filozofów) nie tylko w obrębie określonego związku religijnego, lecz w ogóle stał się panem; że moralność décadence, wola końca, uchodzi za moralność samą w sobie, rozstrzygającą tego oznaką jest bezwarunkowa wartość, którą przyznają wszędzie pierwiastkowi nieegoistycznemu i wrogość przypadająca egoistycznemu w udziale. Kto na tym punkcie nie zgadza się ze mną, tego uważam za zarażonego... Lecz cały świat jest ze mną w niezgodzie... Fizjologowi nie pozostawia takie przeciwstawienie wartości żadnego wątpienia. Skoro najmniejszy narząd wewnątrz organizmu przestaje choćby w najmniejszym stopniu spełniać z zupełną pewnością czynności samoodżywiania, nagradzania sobie ubytku siły, swego egoizmu, wtedy wyrodnieje całość. Fizjolog żąda wycięcia części zwyrodniałej, zaprzecza jednolitości z tym, co zwyrodniałe, nie ma dlań litości najmniejszej. Lecz kapłan chce właśnie zwyrodnienia całości, ludzkości: przeto zachowuje to, co zwyrodniałe – za tę cenę staje się jej panem... Jakież znaczenie mają te kłamliwe pojęcia pomocnicze moralności, "dusza", "duch", "wolna wola", "Bóg", jeśli nie to, by ludzkość fizjologicznie zniweczyć? Jeśli się odwraca powagę od samozachowania, od wzmagania sił ciała, to znaczy życia, jeśli się z blednicy buduje ideał, z pogardy ciała "zbawienie duszy", to cóż to innego, jeśli nie przepis na décadence? – Strata ważkości, opór przeciw instynktom przyrodzonym, jednym słowem "bezosobistość" – to zwało się dotąd moralnością... Jutrzenką podjąłem walkę przeciw moralności wyzucia się z siebie. –

 

Wiedza radosna (La gaya scienza)


1.

Jutrzenka to książka przyświadczająca, głęboka, lecz jasna i dobrotliwa. To samo stosuje się raz jeszcze i w stopniu wyższym do Gaya scienza: prawie w każdym zdaniu głębia myśli i swawola trzymają się czule za ręce. Wiersz, wyrażający wdzięczność za ten najcudowniejszy miesiąc styczeń, jaki przeżyłem – cała księga jest jego darem – zdradza dostatecznie, z jakiej tu głębi "wiedza" się rozradowała:

O ty, którego miecz płomienny
W kry rozbił mojej duszy lód,
Że mknie ku toni mórz bezdennej,
W najwyższej swej nadziei cud:
Jaśniejsza co dzień, zdrowsza żwawiej,
Choć ją miłosny pęta mus,
Wolna: – więc cuda twoje sławi,
O sanctus Januarius! –

Co tu "najwyższą nadzieją" się zowie, któż może wątpić, widząc na końcu czwartej księgi rozbłyskującą piękność diamentową pierwszych słów Zaratustry? – Lub czytając granitowe zdania na końcu księgi trzeciej, które po raz pierwszy ujmują w formułę przeznaczenie dla wszech czasów? "Pieśni księcia Lekkoducha", w przeważnej części na Sycylii stworzone, przypominają najwyraźniej prowansalskie pojęcie gaya scienza, ową jedność pieśniarza, rycerza i ducha wolnego, którą owo przedziwne zaranie kultury prowansalskiej wznosi się nad wszystkie wątpliwe kultury; zwłaszcza ostatni poemat "Do Mistrala", rozpasana pieśń taneczna, w której, za pozwoleniem! tańczy się po trupie moralności, jest doskonałym prowansalizmem. –

 

Tak rzekł Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo


1.

Opowiem teraz dzieje Zaratustry. Zasadniczy pomysł dzieła, pomysł wieczystego nawrotu, ta najwyższa formuła potwierdzenia, jaką w ogóle osiągnąć można, sięga sierpnia roku 1881: zapisany został na kartce z napisem: "6000 stóp poza człowiekiem i czasem". Pewnego dnia szedłem lasami nad jeziorem koło Silvaplana; zatrzymałem się przy potężnej, piramidalnie spiętrzonej skale obok Surlei. Wtedy nawiedziła mnie ta myśl. – Cofnąwszy się od dnia tego o kilka miesięcy wstecz, spostrzegam, jako zapowiedź, nagłą i do głębi rozstrzygającą zmianę smaku, przede wszystkim w muzyce. Można by całego Zaratustrę zaliczyć do muzyki; niewątpliwie, że pierwszym tego warunkiem było słyszeć odrodzenie sztuki. W małej górskiej miejscowości kąpielowej niedaleko Vicenzy, w Recoaro, gdzie spędziłem wiosnę roku 1881, odkryłem, pospołu z moim maëstro i przyjacielem, Piotrem Gastem, również "odrodzonym", że feniks muzyki przelatywał obok nas lżejszymi i świetlistszymi pióry, niż je miał kiedykolwiek. Licząc natomiast od dnia tego wprzód, aż do nagłego i w najnieprawdopodobniejszych warunkach odbytego połogu w lutym r. 1883 – część końcowa, ta sama, z której w "Przedmowie" kilka przytoczyłem zdań, ukończona została ściśle w tej samej świętej godzinie, o której w Wenecji skonał Ryszard Wagner – to na ciążę przypada osiemnaście miesięcy. Ta liczba właśnie osiemnastu miesięcy mogłaby naprowadzić na myśl, wśród buddystów na przykład, że w gruncie jestem słoniem-samicą. – Na czas pośredni przypada La gaya scienza, która mieści sto zapowiedzi, iż zbliża się coś niezrównanego; w końcu podaje jeszcze początek samego Zaratustry, podaje w przedostatnim ustępie czwartej księgi zasadniczą myśl Zaratustry. – Tak samo na ten czas pośredni przypada Hymn do życia (na chór mieszany i orkiestrę), którego partytura pojawiła się przed dwoma laty u E. W. Fritscha w Lipsku: objaw, nie bez znaczenia może, stanu z owego roku, gdy patos przyświadczający par excellence, zwany przeze mnie patosem tragicznym, w najwyższym przepełniał mnie stopniu. Kiedyś śpiewać go będą na moją pamiątkę. – Tekst, zaznaczam wyraźnie, bo panuje pod tym względem nieporozumienie, nie jest mój: jest to zdumiewające natchnienie młodej Rosjanki, z którą wówczas żyłem w przyjaźni, panny Lou von Salomé. Kto w ogóle myśl ostatnich słów poematu rozumie, zgadnie, dlaczegom go wyróżnił i podziwiał: mają wielkość. Ból nie jest zarzutem przeciw życiu: "Jeżeli szczęścia już mi dać nie możesz, dobrze! Masz dla mnie jeszcze mękę...".

Może i muzyka moja posiada w miejscu tym wielkość. (Ostatnia nuta oboi cis, nie c. Omyłka druku). – Następnej zimy mieszkałem w owej wdzięcznie cichej zatoce Rapallo, wciskającej się między Chiavari i Portofino pod Genuą. Zdrowie me nie było najlepsze; zima chłodna i nadmiernie deszczowa; małe albergo, tuż nad morzem, tak, że wzburzony żywioł odejmował sen nocą, przedstawiało niemal we wszystkim przeciwieństwo tego, czego by się życzyło. Pomimo to, i właśnie na dowód mego twierdzenia, że wszystko, co rozstrzygające, powstaje "pomimo", właśnie tej zimy i w tych nieprzychylnych warunkach powstał mój Zaratustra. Przed południem chadzałem w górę, w kierunku południowym, wspaniałą drogą do Zoagi wiodącą, mijając pinie i mając widok daleki na morze; po południu, jeśli tylko zdrowie pozwalało, obchodziłem całą zatokę świętej Małgorzaty aż poza Portofino. Miejscowość ta i krajobraz były jeszcze bliższe sercu mojemu dzięki wielkiej miłości, którą żywił dla nich cesarz Fryderyk Trzeci; bawiłem na jesieni r. 1886 przypadkiem znów na tym wybrzeżu, kiedy odwiedział po raz ostatni ten mały zapomniany świat szczęścia. – Na tych dwóch drogach powstał we mnie cały pierwszy Zaratustra, przede wszystkim Zaratustra sam, jako typ: właściwiej, napadł mnie...

 

2.

By typ ten zrozumieć, trzeba wyjaśnić wprzód jego założenie fizjologiczne: jest nim to, co zowę wielkim zdrowiem. Nie umiem pojęcia tego wyświetlić lepiej, osobiściej, niż to uczyniłem w jednym z końcowych rozdziałów księgi piątej w Gaya scienza. "My nowi, bezimienni, trudno zrozumiali – brzmi ten ustęp – my przedwczesne płody niedowiedzionej jeszcze przyszłości potrzebujemy do nowego celu także nowego środka, to jest nowego zdrowia, silniejszego, szczwańszego, giętszego, zuchwalszego, weselszego niż dotąd wszystkie były zdrowia. Czyja dusza pragnie przeżyć cały obszar dotychczasowych wartości i pożądaności i objechać wszystkie pobrzeża tego idealnego »morza śródziemnego«; kto wiedzieć chce z przygód własnego doświadczenia, co czuje zwycięzca i odkrywca ideału, tak samo artysta, święty, prawodawca, mędrzec, uczony, bogobojny i boski samotnik starego stylu, temu potrzeba na to przede wszystkim wielkiego zdrowia – takiego, które nie tylko się ma, lecz które się nieustannie zdobywa, i zdobywać może, ponieważ wiecznie się je poświęca, poświęcać musi... I oto skorośmy długo w ten sposób wędrowali, my Argonauci ideału, odważniejsi może niż roztropnie było, i dość często doznając rozbicia i szkody, lecz jak się rzekło zdrowi, ciągle na nowo zdrowi – to zdaje nam się wtedy, jako byśmy w nagrodę za to mieli przed sobą ląd nieodkryty jeszcze, którego granic nikt dotąd nie przejrzał, jakiś pozaobręb wszystkich dotychczasowych lądów i zakątków ideału, świat tak przebogaty w to, co piękne, obce, pytania godne, straszliwe i boskie, że nasza ciekawość, tak samo jak nasza żądza posiadania wypadły z równowagi – ach, że nic nas odtąd nasycić nie może! Jakże moglibyśmy się, po takich widokach i wobec takiej zachłanności w rzeczach sumienia i wiedzy, zadowolić jeszcze człowiekiem teraźniejszym? To dość źle: lecz nieuniknione jest, że najzacniejszym jego celom i nadziejom przyglądamy się tylko ze źle podtrzymywaną powagą i nie przyglądamy się już nawet. Inny mamy przed sobą ideał, cudowny, kuszący, pełen niebezpieczeństw ideał, do którego byśmy nie nakłaniali nikogo, ponieważ nie przyznajemy nikomu tak łatwo prawa do niego: ideał ducha, który naiwnie, to jest mimowolnie i z przelewnej mocy i pełni, igra z wszystkim, co dotąd świętym, dobrym, nietykalnym, boskim zwano; dla którego to, co najwyższe, to, w czym tłum słusznie widzi swą wartości miarę, znaczy prawie tyle, co niebezpieczeństwo, upadek, poniżenie, lub co najmniej odpoczynek, ślepota, czasowe zapomnienie o sobie: ideał ludzko-nadludzkiego zdrowia i życzliwości, który często nieludzkim zdawać się może, na przykład, gdy stanie obok całej dotychczasowej, ziemskiej powagi, obok wszelkiego rodzaju uroczystości w ruchu, słowie, dźwięku, spojrzeniu, moralności i zadaniu, jako wcielona mimowolna parodia – i z którym, mimo to wszystko, zaczyna się może właśnie dopiero wielka powaga, staje właściwy znak pytania, odwraca się przeznaczenie duszy, cofa wskazówka, zaczyna tragedia..."

 

3.

Maż kto, z końcem dziewiętnastego stulecia, dokładne o tym pojęcie, co poeci silnych stuleci zwali natchnieniem? Jeśli nie, to opiszę. Kto by posiadał choć ślad przesądu, nie umiałby się w samej rzeczy obronić wyobrażeniu, że jest tylko wcieleniem, tylko narzędziem, tylko medium potęg przemożnych. Pojęcie objawienia – w tym znaczeniu, że coś nagle z niewysłowioną pewnością i dokładnością widzialne, słyszalne się staje, coś, co człowieka do głębi wzburza i wstrząsa – określa po prostu stan rzeczy. Słyszy się, nie szukając, bierze się, nie pytając, kto daje; myśl wystrzela jak błyskawica, z koniecznością, w formie bez wahania – nie miałem nigdy wyboru. Zachwyt, którego napięcie wyzwalało się niekiedy w strumieniu łez, w którym krok poniewolnie już to jak burza gna, już to powolny się staje; zupełna nieprzytomność przy ścisłej świadomości subtelnych drżeń i dreszczów, aż do kończyn stóp; głębia szczęścia, w którym to, co najboleśniejsze i najposępniejsze, nie działa jako przeciwieństwo, lecz jako coś uwarunkowanego, wywołanego, jako konieczna barwa wśród takiego nadmiaru światła; instynkt stosunków rytmicznych, przesklepiający dalekie przestrzenie form – długość, potrzeba dalekonośnego rytmu jest nieledwo miarą potęgi natchnienia, rodzajem wyrównania względem ucisku i napięcia... Wszystko dzieje się w najwyższym stopniu poniewolnie, lecz jakby w wichurze uczucia wolności, bezwarunkowości, mocy, boskości... Poniewolność obrazu, przenośni jest rzeczą najprzedziwniejszą; nie ma się już zgoła pojęcia, co jest obrazem, co przenośnią, wszystko jawi się jako wyraz najbliższy, najwłaściwszy, najprostszy. Zdaje się naprawdę, by przypomnieć słowa Zaratustry, jak gdyby rzeczy podchodziły same i narzucały się przenośni ("tu rzeczy wszystkie podchodzą pieściwie ku mowie twojej i schlebiają ci: gdyż chcą na grzbiecie pojeżdżać twoim. Na każdej przenośni ku nowej prawdzie pojeżdżasz. Tuć otwierają się wszelkiego bytu słowa i skrzynie słów; byt wszelki chce stać się tu słowem, wszelkie stawanie się pragnie nauczyć się mówić od ciebie"). Oto moje doświadczenie natchnienia; nie wątpię, że o tysiące lat cofnąć się trzeba, by znaleźć kogoś, co by rzec mi śmiał: "jest też i moim". –

 

4.

W kilka tygodni potem, leżałem w Genui chory. Potem nastąpiła osmętna wiosna w Rzymie, gdzie znosiłem życie – nie było to łatwym. W gruncie mierziło mnie nadmiernie to dla twórcy Zaratustry najnieprzystojniejsze miejsce na ziemi, któregom nie obrał dobrowolnie; starałem się uciec, dostać się do Aquili, pojęcia przeciwnego do Rzymu, założonej z wrogości dla Rzymu, podobnie jak ja kiedyś miejsce założę na pamiątkę ateisty i wroga comme il faut Kościoła, najbliżej ze mną spokrewnionego, wielkiego z Hohenstaufów cesarza, Fryderyka Drugiego. Lecz fatum ciążyło nad tym wszystkim: musiałem wrócić. Ostatecznie zadowoliła mnie piazza Barberini, kiedy mnie znużyło staranie się o okolicę antychrystową. Lękam się, czym też pewnego razu, by zejść jak najbardziej brzydkim woniom z drogi, nie dowiadywał się nawet w palazzo Quirinale o cichy pokój dla filozofa. – Wysoko nad wymienioną piazzą, na loggii, z której widać Rzym cały, a głęboko na dole słychać szmer fontanny, stworzona została owa pieśń najsamotniejsza, jaka kiedykolwiek stworzona została, "Pieśń nocy"; podówczas prześladowała mnie, krążyła koło mnie zawsze melodia niewymownie smętna, której refren odnalazłem w słowach "martwy z nieśmiertelności...". W zimie, wróciwszy na święte miejsce, gdzie zalśniła mi pierwsza błyskawica pomysłu Zaratustry, znalazłem drugiego Zaratustrę. Starczyło dziesięć dni; w żadnym wypadku, ani dla pierwszego, ni dla drugiego, ni dla ostatniego więcej nie było mi trzeba. Zimy następnej pod halkiońskim niebem Nicei, które wówczas po raz pierwszy olśniło me życie, znalazłem trzeciego Zaratustrę – i byłem gotów. Ledwo rok, licząc na ogół. Wiele utajonych miejsc i wyżyn Nicei uświęciły mi chwile niezapomniane: ów ustęp, rozstrzygający, noszący nagłówek "O starych i nowych tablicach", stworzyłem podczas żmudnego wstępowania od stacji ku cudownemu mauretańskiemu gniazdu skalnemu Eza – sprawność mięśni była u mnie zawsze największa, kiedy siła twórcza najsilniej tryskała. Ciało jest natchnione: pozostawmy duszę w spokoju... Można mnie było często widzieć tańczącego; mogłem wtedy, bez cienia znużenia, chodzić siedem, osiem godzin po górach. Sypiałem dobrze, śmiałem się dużo – posiadałem zupełną krzepkość i cierpliwość.

 

5.

Poza tymi dziełami dni dziesięciu były lata podczas Zaratustry, a przede wszystkim po nim, nędzą nieporównaną. Drogo przypłaca się nieśmiertelność: kona się w zamian kilkakrotnie za życia. – Jest coś, co nazywam rancune wielkości: wszelka wielkość, dzieło, czyn, raz dokonane, zwracają się niezwłocznie przeciw temu, który je zdziałał. Właśnie dlatego, że je zdziałał, jest teraz słaby – nie wytrzymuje już swego czynu, nie patrzy mu już w twarz. Mieć coś, czego nigdy nie śmiało się chcieć, poza sobą, coś, w czym zadzierzgnął się węzeł przeznaczenia ludzkości i mieć to teraz na sobie! To miażdży niemal... Rancune wielkości! – Drugie to straszliwa cisza, którą się słyszy wokół siebie. Samotność ma siedem skór; nic nie przenika przez nie. Przychodzi się do ludzi, pozdrawia się przyjaciół: nowa pustka, żadne nie pozdrawia spojrzenie. W najlepszym razie rodzaj buntu. Takiego buntu doświadczałem w bardzo różnym stopniu, lecz prawie ze strony każdego, co mi był bliski: zda mi się, że nic nie obraża głębiej, jak nagle dać poznać odległość – dostojne natury, które nie umieją żyć, nie czcząc, są rzadkie. – Trzecie to niedorzeczna drażliwość skóry wobec drobnych ukłuć, rodzaj bezsilności wobec wszystkiego, co małe. Zdaje mi się ona wynikać z olbrzymiego trwonienia wszystkich sił obronnych, które jest założeniem wszelkiego czynu twórczego, wszelkiego czynu dobytego z najgłębszej swej istoty, wnętrza i dna. Małe władze obronne są tym samym niejako w zawieszeniu; nie mają już żadnego dopływu siły. – Ważę się jeszcze zaznaczyć, że się gorzej trawi, niechętniej porusza, zbyt się otworem stoi dla wszelkich uczuć mrożących, także dla nieufności – nieufności, która w wielu wypadkach jest tylko omyłką etiologiczną. W takim stanie odczułem raz bliskość stada krów w powrocie łagodniejszych, życzliwszych ludziom myśli, zanim je jeszcze ujrzałem: w tym jest ciepło...

 

6.

Dzieło to istnieje samo dla siebie. Zostawmy poetów na boku: może w ogóle nie stworzono nic nigdy z podobnego nadmiaru siły. Moje pojęcie "dionizyjskości" stało się tu najwyższym czynem; w porównaniu z nim cała reszta ludzkiej działalności wydaje się ubogą i warunkową. Że taki Goethe, Szekspir ani przez chwilę nie umiałby oddychać wśród tej niezmiernej namiętności i wyżyny, że, Dante, wobec Zaratustry, jest tylko wyznawcą, a nie kimś, kto prawdę tworzy, duchem rządzącym światem, przeznaczeniem – że poeci Wedy to kapłani, i nawet niegodni rozwiązać rzemyka u obuwia Zaratustry, to rzecz najmniejsza i nie daje zgoła pojęcia o odległości, o lazurowej samotności, w jakiej dzieło to żyje. Zaratustra ma wieczyste prawo mówić: "zakreślam koła w krąg siebie i święte granice; coraz mniej liczni wstępują ze mną na coraz wyższe szczyty – buduję turnie z coraz świętszych gór". Zliczcie ducha i dobroć wszystkich dobrych dusz w jedno: wszystkie by razem nie zdołały wydać jednej mowy Zaratustry. Olbrzymia to drabina, po której on wchodzi i schodzi; więcej widział, więcej chciał, więcej mógł, niż jakikolwiek człowiek. Przeczy każdym słowem, ten najbardziej przyświadczający z wszech duchów; wszystkie sprzeczności złączyły się w nim w nową jedność. Najwyższe i najgłębsze siły natury człowieczej, to, co najsłodsze, najlżejsze i najstraszliwsze, wypływa z jednego źródła z nieśmiertelną pewnością. Nie wiedziano dotąd, co to wyżyna, co głębia, jeszcze mniej wiedziano, co to prawda. Nie ma chwili w tym objawieniu prawdy, którą by już był uprzedził, odgadł któryś z największych. Nie ma zgoła mądrości, badania dusz, sztuki przed Zaratustrą; to, co najbliższe, najcodzienniejsze, mówi tu o rzeczach niesłychanych. Sentencja drżąca namiętnością; wymowa, co się muzyką stała; błyskawice, ciskane w nieodgadnione dotąd przyszłości. Najpotężniejsza zdolność przenośni, jaka dotąd istniała, jest ubóstwem i igraszką wobec tego powrotu mowy do natury obrazowości. – A jak to Zaratustra się zniża i do każdego najdobrotliwiej przemawia! Jak nawet swych przeciwników, kapłanów, delikatnymi dotyka rękoma i wraz z nimi z powodu nich cierpi! – Każdej chwili przezwycięża się człowieka, pojęcie "nadczłowieka" stało się najwyższą rzeczywistością – w nieskończonej dali leży to, co dotąd wielkim w człowieku się zdało, pod nim. Pierwiastek halkioński, lekkie nogi, wszechobecność złośliwości i zuchwalstwa i co w ogóle typowe jest dla typu Zaratustry, nawet we śnie nie zdawało się istotnie właściwe wielkości. Zaratustra czuje się właśnie w tej pojemności przestrzeni, w tej dostępności dla przeciwieństw najwyższym rodzajem wszelkiego jestestwa; i jeśli kto usłyszy, jak on go określa, zrzeknie się szukania jego przenośni.

"– dusza, która najdłuższą ma drabinę i najgłębiej zejść może,
dusza najprzestronniejsza, która najdalej w siebie zabiec, w sobie błądzić i bujać może,
najkonieczniejsza, która z rozkoszą w przypadek się rzuca,
dusza istniejąca, która stawania się chce, posiadająca, która chce chcenia i żądania,
uciekająca od siebie, która siebie najdalszymi kręgami dościga,
dusza najmędrsza, której szaleństwo najsłodziej doradza,
samą siebie najbardziej kochająca, w której wszystkie rzeczy mają swe prądy i nawroty, przypływ i odpływ – –".

To jest jednak pojęcie samego Dionizosa. – Do tego samego wiedzie inne rozważanie. Psychologicznym problematem w typie Zaratustry jest to, jakim sposobem ten, który w niesłychanym stopniu przeczy słowem, przeczy czynem wszystkiemu, czemu dotychczas przyświadczano, może pomimo to być przeciwieństwem ducha przeczącego; jakim sposobem duch, dźwigający na sobie najcięższe z przeznaczeń, złowieszcze zadanie, może pomimo to być najlżejszy i nadgwiezdny – Zaratustra jest tancerzem; jakim sposobem ten, który posiadł najtwardsze, najstraszliwsze zrozumienie rzeczywistości, który pomyślał "myśl najprzepastniejszą", może pomimo to nie widzieć w tym zarzutu przeciwko istnieniu, nawet nic przeciw jego wiecznemu nawrotowi – raczej jeszcze jeden powód więcej, by być samemu wiecznym "tak", mówionym wszem rzeczom, niezmiernym, bezgranicznym "tak" i "Amen"... "We wszystkie przepaście bez dna niosę jeszcze błogosławiące swe »tak«"... Lecz jest to pojęcie Dionizosa raz jeszcze.

 

7.

Jakimż językiem mówić będzie duch taki, kiedy mówi z sobą samym? Językiem dytyrambu. Jestem wynalazcą dytyrambu. Posłuchajcie, jak Zaratustra przed wschodem słońca (str. 228) mówi z sobą: takiego szmaragdowego szczęścia, takiej boskiej pieściwości nie znał żaden przede mną język. Nawet najgłębszy smętek takiego Dionizosa zmienia się jeszcze w dytyramb; biorę dla przykładu "Pieśń nocy" – nieśmiertelną skargę, że jest się przez nadmiar światła i mocy, przez swą naturę słoneczną skazanym nie kochać.

"Noc: teraz mówią głośniej wszystkie wodotryski. I dusza moja jest też wodotryskiem.

Noc: teraz dopiero budzą się pieśni wszystkich kochających. I dusza moja jest także pieśnią kochającego.

Coś nieuciszonego, nieuciszalnego we mnie chce mówić. Pożądanie miłości jest we mnie, które samo przemawia językiem miłości.

Światłem jestem: ach, obymż był nocą! Lecz w tym samotność moja, że jestem światłem opasan.

Ach, obymż był ciemny i nocny! Jakżebym chciał ssać u piersi światła!

I was bym nawet błogosławił, wy drobne gwiazdy iskrzące i świetlaki w górze! – i być szczęśliwy waszymi darami świetlnymi.

Lecz żyję we własnym swym świetle, na powrót wchłaniam w siebie płomienie, co ze mną strzelają.

Nie znam szczęścia tego, który bierze; i często śniło mi się, że kraść jeszcze większym szczęściem być musi niż brać.

W tym ubóstwo moje, że ręka moja nie wypoczywa nigdy od darowywania; w tym zawiść moja, że widzę oczy czekające i rozjaśnione nocą tęsknoty.

Och, niedolo każdego, kto darowywa! Och, słońca mego ściemnienie! O pożądanie pożądania! O głodzie dziki w dosycie!

Biorą ode mnie: lecz dotykamże także ich duszy? Przepaść jest między dawaniem a braniem; a najmniejszą przepaść najtrudniej mostem przesklepić.

Głód wyrasta z piękności mojej: ból sprawiać chciałbym tym, którym świecę, ograbiać chciałbym swych obdarowanych – tak głodny jestem złości.

Taką zemstę knuje pełń moja, taka przekora wytryska z mej samotności.

Me szczęście w darowywaniu zmarło w darowywaniu, cnota moja znużyła się sama sobą przez nadmiar swój!

Kto zawsze darowywa, tego niebezpieczeństwem jest, że wstyd utraci; kto zawsze obdziela, tego dłoń i serce ma odciski od obdzielania ciągłego.

Oko moje nie wzbiera już rosą wobec wstydu proszących i ręka moja za twarda się stała dla drżenia rąk napełnianych.

Gdzie podziała się łza oka mego i brzoskwiniowy puch mojego serca? O samotności wszystkich, którzy darowują! O milczenie wszystkich świecących!

Mnogo słońc krąży w pustych przestworach: do wszystkiego, co ciemne, mówią światłem swoim – dla mnie milczą.

Oto wrogość światła dla wszystkiego, co świeci, zimne dla słońc – tak krąży każde słońce.

Podobne burzy krążą słońca kolejami swymi, za nieubłaganą wolą swą dążą, to jest ich chłód.

O wy to dopiero, wy ciemni i nocni, stwarzacie ciepło z tego, co świeci! O wy dopiero pijecie mleko i pokrzepienie z wymion światła!

Ach, lód wkoło mnie, rękę mą lód parzy! Ach, pragnienie we mnie spragnione waszego pragnienia.

Noc: ach, że też muszę być światłem! I pragnieniem tego, co jest nocne! I samotnością!

Noc: teraz, jak źródło, bije ze mnie pragnienie moje – pragnę mówić.

Noc: teraz mówią głośniej wszystkie wodotryski. I dusza moja jest też wodotryskiem.

Noc: teraz budzą się pieśni wszystkich kochanków. I dusza moja jest także pieśnią kochanka –".

 

8.

Nigdy nie napisano, nie odczuto, nie przecierpiano rzeczy podobnej: tak cierpi bóg, Dionizos. Odpowiedzią na taki dytyramb osamotnienia słonecznego w świetle byłaby Ariadna... Kto prócz mnie wie, czym jest Ariadna!... Dla wszystkich takich zagadek nikt nie miał dotąd rozwiązania, wątpię czy tu ktokolwiek choćby tylko widział zagadkę. – Zaratustra określa raz surowo swoje zadanie – jest to i moje – tak iż co do znaczenia pomylić się nie można: przyświadcza aż do usprawiedliwienia, aż do zbawienia także wszelkiej przeszłości.

"Chadzam wśród ludzi, jak wśród okruchów przyszłości: owej przyszłości, którą widzę.

I w tym tkwi moje tworzenie i dążenie, że skupiam w jedno i łączę, co jest okruchem i zagadką, i okropnym przypadkiem.

I jakbym ścierpiał być człowiekiem, gdyby człowiek także nie był twórcą i zgadywaczem zagadek, i zbawicielem przypadku?

Zbawić przeszłych i wszelkie »tak było« przetworzyć w »tak chciałem!« – to dopiero zwałoby się zbawieniem".

Na innym miejscu określa jak najsurowiej, czym dla niego jedynie "człowiek" być może – nie przedmiotem miłości lub zgoła współczucia – także wielkiego wstrętu do człowieka stał się Zaratustra panem: człowiek jest dlań bezkształtem, tworzywem, szpetnym kamieniem, który potrzebuje rzeźbiarza.

"Nie chcieć już, nie oceniać już, nie tworzyć już: obyż to wielkie znużenie zawsze z daleka było ode mnie!

Także w poznaniu czuję jeno mojej woli rozkosz z płodzenia i stawania się; i jeśli niewinność jest w poznaniu moim, to przeto, że wola płodzenia w nim tkwi. Precz od Boga i bogów wywabiła mnie ta wola: bo cóż by było do stworzenia, gdyby bogowie – istnieli?

Lecz do człowieka gna mnie wciąż na nowo moja żarliwa wola tworzenia, tak gna ona młot do kamienia.

Ach, ludzie, w kamieniu śpi mi posąg, posąg nad posągi! Ach, że też spać musi w najtwardszym, najszpetniejszym kamieniu!

Ninie szaleje mój młot okrutny przeciw jego więzieniu!

Od kamienia prószą odruzgi: mnie to nie wzrusza!

Ukończyć go chcę, bo przyszedł do mnie cień – z wszech rzeczy najcichsza i najlżejsza przyszła ongi do mnie!

Nadczłowieka piękność jako cień przyszła do mnie: cóż mnie obchodzą jeszcze – bogowie!..."

Zaznaczam ostatni punkt widzenia: wiersz pokreślony daje powód do tego. Zadaniu dionizyjskiemu właściwa jest w sposób rozstrzygający twardość młota, rozkosz nawet w niszczeniu, jako jeden z warunków uprzednich. Imperatyw "bądźcie twardzi!", najgłębsza pewność, że wszyscy twórcy są twardzi, jest właściwą odznaką natury dionizyjskiej.

 

Poza dobrem i złem. Przygrywka do filozofii przyszłości


1.

Zadanie lat następnych było zakreślone jak najściślej. Skoro zadanie moje w swej części przyświadczającej zostało rozwiązane, przyszła kolej na jego część przeczącą słowem, przeczącą czynem: przemiana dotychczasowych wartości samych, wielka wojna – wywołanie dnia rozstrzygnięcia. Wchodzi tu również powolne rozglądanie się za pokrewnymi, za takimi, którzy by z głębi siły podali mi rękę do niszczenia. – Odtąd są pisma moje wędkami: może równie dobrze jak Ktoś umiem łowić na wędkę?... Jeśli się nic nie złowiło, to nie jam temu winien. Brakło ryb...

 

2.

Książka ta (1886) jest we wszystkim, co w niej istotne, krytyką nowoczesności, nie wyłączając nauk nowoczesnych, sztuk nowoczesnych, nawet polityki nowoczesnej, wraz ze wskazówkami co do typu przeciwnego, który tak mało, jak tylko być może, jest nowoczesny, typu dostojnego, przyświadczającego. W ostatnim znaczeniu jest ta książka szkołą dla gentilhomme, biorąc pojęcie to bardziej duchowo i radykalniej, niż kiedykolwiek je brano. Trzeba mieć odwagę w piersi, by je choćby tylko wytrzymać, trzeba nie umieć się bać... Wszystkie te rzeczy, z których stulecie jest dumne, odczute są jako sprzeczne z tym typem, jako złe maniery nieomal, sławna "przedmiotowość", na przykład, "współczucie z wszelkim cierpiącym", "zmysł historyczny" ze swoją uległością wobec obcego smaku, ze swoim leżeniem na brzuchu przed wszystkimi petits faits, "naukowość". – Jeśli się zważy, że książka ta następuje po Zaratustrze, to odgadnie się może także dietetyczny régime, któremu swe powstanie zawdzięcza. Oko przez ogromne przyniewolenie nawykłe widzieć daleko – Zaratustra jest jeszcze większym dalekowidzem niż car – jest tu zmuszone ujmować bystro to, co najbliższe, czasowe, wkoło nas. Spostrzeże się pod każdym względem, przede wszystkim też w formie, jednaki samowolny odwrót od instynktów, które umożliwiły Zaratustrę. Wyrafinowanie w formie, w zamyśle, w sztuce milczenia stoi na pierwszym planie, psychologią włada się z jawną twardością i okrucieństwem – książce zbywa na wszelkim serdecznym słowie... Wszystko to daje wypocząć: któż zresztą odgadnie, jakiego rodzaju wypoczynku trzeba po takim roztrwonieniu dobroci, jakim jest Zaratustra?... Mówiąc teologicznie – słuchajcie, bo rzadko mówię jako teolog – sam Bóg, ukończywszy swe dzieło dzienne, położył się jako wąż pod drzewem poznania: odpoczywał po tym, że jest Bogiem... Uczynił wszystko zbyt pięknie... Diabeł jest tylko próżnowaniem Boga co siódmy dzień...

 

Z genealogii moralności. Pismo polemiczne

Trzy rozprawy, z których ta Genealogia się składa, są może ze względu na wyraz, zamysł i sztukę czynienia niespodzianek, rzeczą najniesamowitszą, jaką napisano. Dionizos jest, jak wiadomo, także bogiem ciemności. Za każdym razem początek, który ma na manowce prowadzić, chłodny, naukowy, nawet ironiczny, umyślnie na pierwszym planie, umyślnie zwodzący. Stopniowo coraz więcej niepokoju; poszczególne błyskawice; bardzo niemiłe prawdy z dala odzywające się głuchym pomrukiem – aż w końcu dochodzi do tempo feroce, gdzie wszystko gna naprzód z niezmiernym napięciem. Za każdym razem na zakończenie, wśród zgoła straszliwego huku, nowa prawda wśród gęstych widzialna chmur. – Prawdą pierwszej rozprawy jest psychologia chrześcijaństwa: narodziny chrześcijaństwa z ducha ressentiment, nie zaś, jak się wierzy, z "ducha" – w istocie swej ruch przeciwniczy, wielki bunt przeciw panowaniu dostojnych wartości. Rozprawa druga podaje psychologię sumienia: nie jest ono, jak się wierzy, "głosem Boga w człowieku" – lecz jest ono instynktem okrucieństwa, który zwraca się wstecz, nie mogąc się już wyładować na zewnątrz. Okrucieństwo, jako jedno z najstarszych i najmniej dających się zaprzeczyć podłoży kultury, tu pierwszy raz dobyto na światło. Rozprawa trzecia daje odpowiedź na pytanie, skąd pochodzi niesłychana potęga ideału ascetycznego, ideału kapłańskiego, chociaż jest on ideałem szkodliwym par excellence, wolą końca, ideałem décadence. Odpowiedź: nie dlatego, że Bóg poza kapłanami działa, jak się w to wierzy, lecz faute de mieux – ponieważ był dotąd ideałem jedynym, ponieważ nie miał współzawodnika. "Gdyż człowiek woli raczej chcieć nicości, niż zgoła nie chcieć"... Przede wszystkim brakło ideału przeciwnego – aż do Zaratustry. – Rozumiecie. Trzy rozstrzygające prace przygotowawcze psychologa, stworzonego do przemiany wszystkich wartości. – Książka ta podaje po raz pierwszy psychologię kapłana.

 

Zmierzch bożyszcz. Jak się filozofuje młotem


1.

Pismo to o niespełna 150 stronach, pogodne i złowieszcze w tonie, śmiejący się demon – dzieło tak nielicznych dni, że wstyd mi wymienić ich liczbę, jest w ogóle wyjątkiem wśród książek: nie ma nic w treść bogatszego, bardziej niezawisłego, bardziej przewrotowego – złośniejszego. Jeśli się chce wprost wyrobić sobie pojęcie o tym, jak przede mną wszystko stało do góry nogami, to należy rozpocząć od tego pisma. Co na karcie naczelnej zwie się bożyszczem, to po prostu to, co dotąd prawdą zwano. Zmierzch bożyszcz – po naszemu: stara prawda kona...

 

2.

Nie ma zgoła rzeczywistości, zgoła "idealności", której by nie poruszono w tym piśmie (poruszono: co za ostrożny eufemizm!...). Nie tylko bożyszcza wieczne, również i najmłodsze, przeto najsłabsze życiowo. Na przykład "idee nowoczesne". Wiatr silny dmie wśród drzew i wszędzie spadają owoce – prawdy. Jest w tym marnotrawstwo nadmiernie bogatej jesieni: stopa potyka się o prawdy, zdeptuje nawet niektóre na śmierć – jest ich za dużo... Co jednak się w ręce dostanie, to nic już wątpliwego, to same rzeczy rozstrzygające. Ja dopiero mam miernik "wartości" w ręce, ja dopiero mogę rozstrzygać. Jak gdyby we mnie druga świadomość wyrosła, jak gdyby we mnie "wola" zapaliła sobie światło nad drogą pochyłą, którą dotąd w dół biegła. Tę drogę pochyłą zwano drogą do "prawdy"... Skończył się wszelki "ciemny popęd", człowiek dobry najmniej właśnie świadom był drogi właściwej... I mówiąc z całą powagą, nikt przede mną nie znał drogi właściwej, drogi wzwyż: wraz ze mną dopiero powstały znowu nadzieje, zadania, drogi, które należy zakreślić kulturze – ja jestem ich zwiastunem radosnym... Właśnie dlatego także jestem przeznaczeniem. –

 

3.

Natychmiast po ukończeniu właśnie wymienionego dzieła i nie tracąc nawet dnia czasu, zabrałem się do niezmiernego zadania przemiany wartości, z królewskim uczuciem dumy, któremu nic zrównać nie może, każdej chwili pewny swej nieśmiertelności i znak za znakiem, z pewnością przeznaczenia, w spiżowej ryjąc tablicy. "Przedmowa" powstała 3 września 1888: kiedym rano, napisawszy ją, wyszedł na powietrze, ujrzałem przed sobą dzień najpiękniejszy, jakiego mi nigdy Engadyna Górna nie ukazywała – przeźroczy, płonący barwami, mieszczący w sobie wszystkie kontrasty i przejścia między lodem i południem. – Dopiero 20 września opuściłem Sils-Maria, powstrzymywany przez powodzie, wreszcie ostatni zgoła gość cudownej miejscowości, której wdzięczność moja dać pragnie w darze imię nieśmiertelne. Po podróży z przypadkami w drodze, nawet z niebezpieczeństwem życia w zalanym powodzią Como, do którego późną dopiero dostałem się nocą, przybyłem w południe dnia 21 do Turynu, tej dowiedzionej dla mnie miejscowości, odtąd siedziby mojej. Nająłem to samo mieszkanie, które zajmowałem na wiosnę, przy via Carlo Alberto 6 III, naprzeciw potężnego Palazzo Carignano, w którym urodził się Vittorio Emanuele, z widokiem na Piazza Carlo Alberto, a w dali na wzgórza. Bez wahania i ani na chwilę nie zwłócząc, wziąłem się znów do pracy: pozostawała jeszcze tylko czwarta część do zrobienia. Dnia 30 września wielkie zwycięstwo; dzień siódmy; próżnowanie Boga wzdłuż Padu. Tego samego dnia napisałem jeszcze "Przedmowę" do Zmierzchu bożyszcz; korygowanie drukowanych jego arkuszy było we wrześniu mym wypoczynkiem. – Nie przeżyłem nigdy takiej jesieni, ani też nigdy czegoś podobnego nie uważałem za możliwe na ziemi – jakiś Claude Lorrain do nieskończoności pomyślany, każdy dzień o jednakiej, ogromnej doskonałości. –

 

Sprawa Wagnera. Problemat muzykantów


1.

By sprawiedliwym być dla tego pisma, trzeba cierpieć z powodu losu muzyki, jak skutkiem otwartej rany. – Skutkiem czego cierpię, cierpiąc z powodu losu muzyki? Z powodu tego, że pozbawiono muzyki jej przejaśniającego świat, przyświadczającego charakteru – że jest ona muzyką décadence, a już nie fletnią Dionizosa... Przypuszczając jednak, że odczuwa się w ten sposób sprawę muzyki jako swoją własną sprawę, jako dzieje swego własnego cierpienia, to uzna się to pismo pełnym względów i ponad miarę łagodnym. W takich wypadkach być pogodnym i dobrodusznie kpić z siebie pospołu – ridendo dicere severum [śmiejąc się, powiedzieć to, co poważne; parafraza z Horacego, Satyry, 1, 24], gdzie verum dicere usprawiedliwiłoby wszelką twardość – jest ludzkością istotną. Któż wątpi właściwie, że jako stary artylerzysta, którym jestem, umiałbym przeciw Wagnerowi wytoczyć ciężkie działo? – Wszystko, co rozstrzygające w tej sprawie, zachowałem w sobie – kochałem Wagnera. – Ostatecznie w myśli i na drodze mego zadania leży atak na subtelniejszego "Nieznanego", którego niełatwo kto inny odgadnie – o, mam jeszcze zgoła innych "nieznanych" do odkrycia, niż Cagliostro muzyki – oczywiście bardziej jeszcze atak na coraz w rzeczach duchowych leniwszy i w instynkt uboższy, coraz bardziej poczciwiejący naród niemiecki, który z pozazdroszczenia godnym apetytem nie ustaje żywić się sprzecznościami i połyka bez trudności trawienia zarówno "wiarę", jak naukowość, zarówno wolę mocy ("państwa"), jak évangile des humbles. Ten brak stronniczości wśród przeciwieństw! Ta żołądkowa neutralność i "bezosobistość"! Ten sprawiedliwy zmysł podniebienia niemieckiego, który wszystkiemu równe daje prawa – któremu wszystko smakuje... Nie ulega wątpliwości, Niemcy to idealiści... Kiedym ostatni raz bawił w Niemczech, zauważyłem, że smak niemiecki stara się równe przyznać prawa Wagnerowi i Trębaczowi z Säkkingen; sam byłem świadkiem, jak w Lipsku na cześć jednego z najszczerszych i najbardziej niemieckich muzyków, niemieckiego w starym słowa znaczeniu, nie zaś państwowego Niemca tylko, mistrza Henryka Schütza, założono Towarzystwo imienia Liszta, w celu uprawiania i rozpowszechniania lisiej muzyki kościelnej... [W oryginale gra słów: listige Kirchenmusik (przyp. tłum.)] Nie ulega wątpliwości, Niemcy to idealiści...

 

2.

Lecz tutaj nic mi nie przeszkodzi, być grubiańskim i rzec Niemcom kilka twardych słów prawdy: któż inny to uczyni? – Mówię o ich wszeteczeństwie in historicis. Historycy niemieccy nie tylko że zatracili zgoła wielkość spojrzenia na bieg, na wartości kultury, nie tylko że są błaznami polityki (lub Kościoła): wyklęli nawet tę wielkość spojrzenia. Trzeba być wpierw "niemieckim", być "rasą", potem można rozstrzygać o wszystkich wartościach i bezwartościach in historicis – ustanawiać je... "Niemieckość" jest argumentem, "Niemcy, Niemcy ponad wszystko" zasadą, Germanowie są "porządkiem moralnym świata" w dziejach; w stosunku do imperium romanum przedstawicielami wolności, w stosunku do wieku osiemnastego przywrócicielami moralności, "imperatywu kategorycznego"... Istnieje państwowo niemieckie dziejopisarstwo, lękam się, że istnieje nawet antysemickie – istnieje dziejopisarstwo dworskie i pan von Treitschke się nie wstydzi... Niedawno pewne zdanie idioty in historicis, zdanie zgasłego na szczęście estetycznego Szwaba Vischera, obiegło czasopisma niemieckie jako "prawda", której Niemiec każdy przyświadczyć musi: "Renesans i reformacja, oboje razem tworzą dopiero całość – odrodzenie estetyczne i odrodzenie obyczajowe". – Wobec zdań takich kończy się moja cierpliwość i czuję ochotę, uważam nawet za obowiązek, powiedzieć Niemcom wszystko, co mają na sumieniu. Wszystkie wielkie zbrodnie kulturalne czterech stuleci mają na sumieniu!... I zawsze z tego samego powodu, z najwnętrzniejszego przed rzeczywistością tchórzostwa, które jest także tchórzostwem przed prawdą, ze zmienionej u nich w instynkt nieprawdziwości, z "idealizmu"... Niemcy pozbawili Europę żniwa, sensu ostatniego wielkiego okresu, okresu odrodzenia, w chwili, kiedy wyższy porządek wartości, kiedy wartości dostojne, życiu przyświadczające, przyszłość poręczające osiągnęły w siedzibie wartości przeciwnych, wartości upadku, zwycięstwo – i aż w głąb instynktu tych, co tam siedzieli! Luter, ten mnich złowieszczy, przywrócił Kościół i, co po tysiąckroć gorsze, chrześcijaństwo z chwilą, gdy ono ulegało... Chrześcijaństwo, to w religię wcielone zaprzeczenie woli życia... Luter, mnich niemożliwy, który z powodu swej "niemożliwości" na Kościół napadł – i – przeto! – go przywrócił... Katolicy mieliby powody święcić uroczystości Lutrowe, pisać widowiska Lutrowe... Luter – i "odrodzenie obyczajowe"! Do diabła z wszelką psychologią! Bez wątpienia, Niemcy to idealiści. – Gdy z niesłychaną dzielnością i przezwyciężeniem siebie osiągnięto właśnie rzetelny, niedwuznaczny, doskonale naukowy sposób myślenia, Niemcy umieli dwa razy znaleźć drogi chyłkowe do starego "ideału", pojednanie między prawdą a ideałem, formuły na prawo odrzucenia wiedzy, na prawo do kłamstwa. Leibniz i Kant – te dwa największe hamulce intelektualnej rzetelności Europy! – Kiedy wreszcie na moście między dwoma stuleciami décadence zjawiła się force majeure geniuszu i woli, dość silna do stworzenia z Europy jedności, jedności politycznej i gospodarczej, w celu opanowania ziemi, Niemcy przez swoje "wojny o wolność", pozbawili Europę sensu, cudownego sensu w istnieniu Napoleona – mają przeto wszystko, co nastąpiło, co dziś istnieje, na sumieniu, tę najprzeciwniejszą kulturze chorobę, i niedorzeczność, jaka istnieje, nacjonalizm, tę névrose nationale, na którą Europa chorzeje, to uwiecznienie drobnopaństewkowości europejskiej, małej polityki: pozbawili Europę nawet jej sensu, jej rozumu – zawlekli ją w ulicę bez wyjścia. – Czy zna kto, oprócz mnie, wyjście z tej ulicy?... Zadanie, dość wielkie, złączenia na nowo ludów Europy?...

 

3.

I w końcu, czemuż bym podejrzeniu memu nie miał dać dojść do głosu? Niemcy także w moim wypadku będą się starać, by z olbrzymiego przeznaczenia porodzić mysz. Aż dotąd kompromitowali się wobec mnie, wątpię, by coś lepszego robili w przyszłości. – Ach, jakżebym pragnął być tutaj złym prorokiem!... Naturalnymi czytelnikami i słuchaczami mymi są już dzisiaj Rosjanie, Skandynawowie, Francuzi – będąż oni nimi coraz bardziej? – Niemcy zapisali się w dziejach poznania samymi nazwiskami dwuznacznymi, wydawali zawsze tylko "bezwiednych" fałszerzy monet (Fichtemu, Schellingowi, Schopenhauerowi, Heglowi, Schleiermacherowi przystoi to słowo równie, jak Kantowi i Leibnizowi; oni wszyscy to tylko tkacze zasłon [w oryginale gra słów: es sind alle blosse Schleiermacher (przyp. tłum.)]): nie dostąpią nigdy zaszczytu, by pierwszy w dziejach ducha duch rzetelny, duch, w którym prawda odbywa sąd nad czterema stuleciami, zaliczał się do jedności z duchem niemieckim. Duch niemiecki jest moim złym powietrzem; oddycham ciężko w pobliżu tej w instynkt zmienionej niechlujności in psychologicis, którą zdradza każde słowo, każda mina Niemca. Nie przeszli nigdy przez żaden siedemnasty wiek twardej próby samych siebie, jak Francuzi – La Rochefoucauld, Descartes są stokroć w rzetelności wyżsi od najpierwszych Niemców – nie mieli do dziś dnia zgoła psychologa. Lecz psychologia jest niemal miernikiem; czystości lub nieczystości rasy... I gdy się nawet czystym nie jest, jakże być można głębokim? U Niemca, prawie jak u kobiety, nie dosięga się nigdy dna, nie ma go: oto wszystko. Lecz przez to nie jest się jeszcze nawet płytkim. – Co w Niemczech zwie się "głębokim", to właśnie tę instynktowną względem siebie niechlujność, o której tutaj mówię: nie chce się sobie jasno zdawać sprawy z siebie. Nie wolnoż by mi tego słowa "niemieckość" przedstawić jako międzynarodowej monety dla tego psychologicznego znikczemnienia? – W tej chwili na przykład nazywa cesarz niemiecki swym "obowiązkiem chrześcijańskim" uwolnienie niewolników w Afryce: u nas innych Europejczyków zwałoby się to po prostu "niemieckim"... Wydaliż Niemcy choćby jedną książkę, która głąb posiada? Brak im nawet pojęcia, co jest w książce głębokie. Poznałem uczonych, którzy Kanta uważali za głębokiego; lękam się, że na dworze pruskim uważa się za głębokiego pana von Treitschke. A gdym przy sposobności sławił Stendhala jako głębokiego psychologa, zdarzało mi się z niemieckimi profesorami wszechnicy, że kazali mi sylabizować nazwisko...

 

4.

I czemuż bym nie miał dojść do końca? Lubię stół uprzątać. Wchodzi nawet w skład mej ambicji, uchodzić za gardzącego Niemcami par excellence. Nieufność swą co do charakteru niemieckiego wyraziłem już w dwudziestym szóstym roku życia (trzecie Niewczesne rozmyślanie, str. 71). – Niemcy są dla mnie niemożliwi. Jeśli wyobrażam sobie rodzaj człowieka, który idzie na wspak moim wszystkim instynktom, to zawsze wyjdzie z tego Niemiec. Pierwszą rzeczą, na której podstawie "doświadczam nerek" człowieka jest to, czy posiada w krwi poczucie odległości, czy widzi wszędzie rangę, stopień, odstęp między człowiekiem i człowiekiem, czy rozróżnia: tym się cechuje gentilhomme; w każdym przeciwnym razie wchodzi się bez ratunku w serdeczne, ach! tak dobroduszne pojęcie canaille. Lecz Niemcy są canaille – ach, są tak dobroduszni... Obcowanie z Niemcami poniża: Niemiec stawia na równi... Pominąwszy stounek mój z kilkoma Niemcami, przede wszystkim z Ryszardem Wagnerem, nie przeżyłem z Niemcami żadnej dobrej godziny... Przypuszczając, że najgłębszy duch wszech tysiącleci zjawiłby się wśród Niemców, to byle zbawicielka Kapitelu mniemałaby, że jej niepiękna dusza wchodzi co najmniej tak samo w rachubę... Nie znoszę tej rasy, z którą razem będąc, jest się zawsze w złym towarzystwie, która nie ma palców dla nuances – biada mi! jestem nuance – która nie ma w nogach esprit i nawet chodzić nie umie.. Niemcy nie mają w końcu zgoła nóg, mają tylko stępory... Niemcom brak całkowicie pojęcia, jakimi są prostakami, lecz to jest najwyższy stopień prostactwa – nie wstydzą się nawet być tylko Niemcami... Zabierają głos we wszystkim, uważają się nawet za rozstrzygających, lękam się, że nawet o mnie rozstrzygnęli... Całe życie moje jest dowodem de rigueur tych twierdzeń. Na próżno szukam w nim jednego znaku taktu, délicatesse względem siebie. Ze strony Żydów – tak; nigdy jeszcze ze strony Niemców. Z natury swej jestem dla każdego łagodny i życzliwy – mam prawo nie czynić zgoła różnicy – to nie przeszkadza mi mieć otwartych oczu. Nie wyłączam nikogo, najmniej swoich przyjaciół – mam zresztą nadzieję, że to ludzkości mojej względem nich nie uczyniło uszczerbku! Istnieje pięć, sześć rzeczy, które dla mnie były zawsze sprawą honoru. – Mimo to pozostaje prawdą, że prawie każdy list, który od lat mnie dochodzi, odczuwam jako cynizm: jest więcej cynizmu w życzliwości dla mnie niż w jakiejkolwiek nienawiści... Powiem każdemu z przyjaciół mych w twarz, że nie uważali nigdy za dość godne trudu studiować którekolwiek z pism moich: odgaduję po drobnych znakach, że nie wiedzą nawet, co w nich stoi. Zwłaszcza co się tyczy mego Zaratustry. Któż z mych przyjaciół widział w nim więcej niż niedozwoloną, na szczęście zgoła obojętną zarozumiałość?... Dziesięć lat: a nikt w Niemczech nie uważał sobie za obowiązek sumienia bronić nazwiska mego przeciw niedorzecznemu milczeniu, pod którym pogrzebane było: dopiero cudzoziemiec, Duńczyk, miał na to dość subtelności instynktu i odwagi, oburzył się na mych rzekomych przyjaciół... Na którejże wszechnicy niemieckiej byłyby dziś możliwe odczyty o mojej filozofii, jak je ostatniej wiosny wygłaszał w Kopenhadze jeszcze raz przez to dowiedziony psycholog, dr Jerzy Brandes? – Ja sam nie cierpiałem nigdy z powodu tego wszystkiego; co konieczne, nie dotyka mnie; amor fati jest moją najwnętrzniejszą naturą. To jednak nie wyklucza, że lubię ironię, nawet ironię wszechdziejową. I dlatego na dwa lata przed miażdżącym gromem Przemiany wartości, który ziemię wprawi w konwulsję, wysłałem w świat Sprawę Wagnera: niechże się Niemcy raz jeszcze nieśmiertelnie co do mnie pomylą i uwiecznią! Właśnie czas jeszcze na to! – Dopiętoż tego? – Zachwycająco, moi panowie Germanie! Winszuję panom...

 

« Wstecz  |  Dalej »