Tam i z powrotem czyli "POLARNY KRAS 2004" Subiektywny zapis Spitsbergeńskiej wyprawy "by Jacooś

Część 1: TAM.

Wyprawę wymyślił Mariusz (i chwała mu za to) na wieść &#380e Andrzej Kozik został kierownikiem zimowania 2004/2005 w Polskiej Stacji Badawczej w Hornsundzie (nale&#380ało to wykorzystać). Pierwsze spotkania przy piwku, krystalizacja planów i decyzja "robimy". W zało&#380eniu dziesi&#281cioosobowa wyprawa dwuklubowa: Aven-SDG (gdzie znajdziemy lepszego "wroga"?). Mariusz został kierownikiem cało&#347ci, mnie zaproponował kierownictwo "górskie i jaskiniowe". Zgodziłem si&#281 ch&#281tnie - długo si&#281 wo&#380&#281 na wyprawy jako "szary uczestnik", niech teraz na mnie troch&#281 psów powiesz&#261. Bieganie za sponsorami, sprz&#281tem, załatwianie zezwole&#324, dogranie transportu - machina ruszyła00. Skład, mimo bariery finansowej, nie maleje i w ko&#324cu, po naradzie na szczeblu kierowniczym, decyzja pomy&#347lna dla rezerwowych - jedziemy w dwunastk&#281, a ostatecznie w trzynastk&#281 (w my&#347l hasła "kto ma mi&#281kkie serce musi mie&#263 tward&#261 dup&#281" .."- du&#380a grupa skomplikowała nam transport i działalno&#347&#263, ale zmniejszyła koszty jednostkowe).<br> <br> Logistycznie to trudne przedsi&#281wzi&#281cie - kilka pa&#324stw, prawie sze&#347&#263 tysi&#281cy kilometrów samochodami, prom, samolot, jacht, łódka, wcze&#347niejsze wysłanie sprz&#281tu statkiem - byłem przekonany &#380e to nie zagra, a jednak zagrało... Kilka dni przed wyjazdem Maniek mówi ze musi &#380onie zostawi&#263 auto. Moje w remoncie, inni tez nie mog&#261 da&#263 - po&#380yczam Basi fieste któr&#261 dostałem jako samochód zast&#281pczy na czas naprawy, i mo&#380emy jecha&#263. <br> <br> Jakie&#347 ostatnie wywiady, radio, telewizja, i w ko&#324cu 25 sierpnia bardzo pó&#378nym wieczorem spod lokalu "Avenu" wyruszamy trzema samochodami. Polska noc&#261, Litwa, Łotwa i Estonia dnia nast&#281pnego - krajobraz monotonny cho&#263 ładny - na zielono. Od Warszawy w Volvo Stanleya na ka&#380dej dziurze zawieszenie wali o bud&#281 wydaj&#261c straszne d&#378wi&#281ki i tak ju&#380 do ko&#324ca - padła spr&#281&#380yna... <br> <br> Grupa "naukowa" zaczyna swoje badania - "walory smakowe piwa w zale&#380no&#347ci od poło&#380enia geograficznego browaru" (kulminacj&#261 bada&#324 było spo&#380ywanie norweskiego piwa w cenie wielokrotnie przewy&#380szaj&#261cej zdrowy rozs&#261dek). &#347pimy w Tallinie a rano esto&#324skim promem "Melodia" w cztery godzinki dostajemy si&#281 do Helsinek. Ruszamy na północ, zatrzymujemy si&#281 co jaki&#347 czas na zakupy materiałów badawczych, sikanie i zdj&#281cia. <br> <br> Studiuj&#261c map&#281 Skandynawii wpadłem na pewien pomysł, do którego z lekkimi lub du&#380ymi oporami udało mi si&#281 przekona&#263 wszystkich - nadkładaj&#261c niewiele kilometrów mo&#380emy odwiedzi&#263 w Rovaniemi &#347wi&#281tego Mikołaja (obiecał &#380e Bo&#380e Narodzenie przyjdzie w tym roku pełne prezentów). A kilka kilometrów dalej przekraczamy koło podbiegunowe - pami&#261tkowe zdj&#281cia, wzruszenie itp. <br> <br> W Laponii krajobraz staje si&#281 coraz bardziej surowy - karłowate drzewa, mchy, i miliony grzybów które wzbogacaj&#261 nasz jadłospis na najbli&#380sze dni (ech, gdyby&#347my wiedzieli jak wygl&#261da ro&#347linno&#347&#263 Svalbardu, nie mówiliby&#347my o surowo&#347ci klimatu Finlandii !!!). Roz&#347mieszaj&#261 nas egzotyczne znaki drogowe "uwaga renifery", które po chwili staj&#261 si&#281 realne i trzeba uwa&#380a&#263 &#380eby nie rozjecha&#263 stada tych pi&#281knych rogaczy za jakim&#347 zakr&#281tem czy górk&#261. Kolejny nocleg na fajnym parkingu (ognisko, jajecznica z grzybami) i umowna granica z Norwegi&#261. Przed Tromso przepakowujemy sprz&#281t "samolotowo" (ci&#281&#380kie do podr&#281cznego, du&#380e i lekkie do podstawowego baga&#380u). Cena parkingu na lotnisku nas podłamuje, ale - zaraz, zaraz, wszak inni te&#380 tu byli - telefony do Alka, Andrzeja i po chwili szukamy polskiego ksi&#281dza, a potem polskich sióstr karmelitanek. Miłe s&#261 bardzo i dzi&#281ki temu nasze auta bezpiecznie pilnowane przez siostrzyczki czekały w klasztorze na nasz powrót (o który si&#281 modliły). <br> <br> Stanley tradycyjnie cho&#263 nieskutecznie próbował przemyci&#263 na pokład samolotu pot&#281&#380ny nó&#380 - 1:0 dla linii lotniczych, a za chwil&#281, po faulu z ich strony, 2:0 - nie zabior&#261 nam do baga&#380u agregatu (wolna przestrze&#324 ładunkow&#261 wykorzystuj&#261 na transport &#380ywno&#347ci na Spitsbergen i nie chc&#261 aby przeszła zapachem benzyny). Przechowanie agregatu do naszego powrotu kosztowało wyprawe 660 koron norweskich. Dobrze &#380e drugi generator wysłali&#347my statkiem prosto do Hornsundu (padł na szcz&#281&#347cie dopiero w ostatnim dniu!). Nocny lot z pi&#281knym wschodem sło&#324ca o 1 w nocy i l&#261dowanie w Longyearbyen - krótki r&#281kawek i sandałki nie były najlepszym strojem na zimno i wiatry spitsberge&#324skie (z samolotu wysiada si&#281 prosto na płyt&#281 malutkiego lotniska). Przenosimy rzeczy na pobliskie pole namiotowe i koczujemy do rana.<br> <br> Zwiedzanie stolicy zajmuje mało czasu, bo niewiele tu ulic, a wła&#347ciwie jedna - z siedziba gubernatora, uniwersytetem, bankiem, poczta i dwoma sklepami. Atmosfer&#261 Longyearbyen przypomina miasteczko Cicely z serialu : "Przystanek Alaska"(w oryginale "Northern Exposure"). Ze znaku drogowego "uwaga nied&#378wiedzie" ju&#380, po lapo&#324skich reniferach, nie na&#347miewamy si&#281. Za to skrz&#281tnie korzystamy z najdalej na północ wysuni&#281tej strefy wolnocłowej i ... systemu reglamentacji alkoholu (przyjezdnym przysługuje pakiet podró&#380ny na podstawie biletu lotniczego, stali mieszka&#324cy maj&#261 &#380ółte kartoniki które ekspedient dziurkuje przy zakupach). Gdy z Przemkiem spokojnie pijemy whisky na ławeczce w centrum, dostaj&#281 smsa :"wraca&#263, kurwa, dzi&#347 wypływamy". Jurek Ró&#380anski, wła&#347ciciel i kapitan jachtu "Eltanin" otrzymał wiadomo&#347&#263 o naszym przybyciu i odszukał nas. Dzwoni&#281 do Andrzeja Kozika w Hornsundzie, &#380e dotrzemy jutro - i wieczorem małym zodiakiem okr&#281tuje si&#281 pierwsza o&#347mioosobowa grupa wypływaj&#261ca na południe. Pogoda nie sprzyja - deszcz, wiatr a wi&#281c i wysoka fala, co pierwsza odczuwa Ewa. Ja na szcz&#281&#347cie po zeszłorocznym rejsie patago&#324skim "Penguinem" jestem wytrawnym &#380eglarzem polarnym, wi&#281c po krótkim przeszkoleniu ("jak zacznie piszcze&#263 naci&#347nij tutaj, a jak b&#281dziemy jecha&#263 na czołówk&#281 z ci&#281&#380arowym, obud&#378 mnie") dogl&#261dam autopilota i patrz&#281 na pi&#281kne Morze Grenlandzkie. Jurek tymczasem zasn&#261ł jak stał (tak naprawd&#281 odpoczywa dopiero zim&#261, jak nied&#378wied&#378, a cały sezon kursuje non-stop wzdłu&#380 wybrze&#380y Svalbardu, wo&#380&#261c oszołomów takich jak my). <br> <br> Po dobie na morzu dopływamy do Horrnsundu - zimownicy desantowali nas z jachtu na l&#261d PTS-em (pływaj&#261cy transporter samobie&#380ny) - wspaniał&#261 amfibi&#261 z demobilu. Andrzej przygotował dla nas królewski apartament w tzw. "banachówce" - blaszanym magazynie tuz przy brzegu morza. Jurek bez odpoczynku zawraca do Longear po druga grup&#281. Jeste&#347my zachwyceni nowym domem. Analizujemy straty wyrz&#261dzone przez misie w beczkach z naszym &#380arciem - na szcz&#281&#347cie zadowoliły si&#281 mało istotnymi zupkami, olejem i serem. Rano podpucha - pi&#281kna pogoda - inwentaryzujemy sprz&#281t, zwiedzamy najbli&#380sz&#261 okolic&#281 (głupio chodzi si&#281 z broni&#261 gotow&#261 do strzału u pasa - no ale takie s&#261 zalecenia bardziej do&#347wiadczonych polarników). Na przyl&#261dku Wilczka chwila zadumy i ukradkowe łzy przy tablicy po&#347wi&#281conej Adasiowi Kieresowi - przyjacielowi zaginionemu na Spitsbergenie w Wielk&#261 Sobot&#281 (ciała nie odnaleziono - jedynie nikłe &#347lady przypuszczalnego obozowiska po odł&#261czeniu si&#281 Adama od grupy). <br> <br> Nast&#281pny dzie&#324 - ku zdumieniu mieszka&#324ców stacji - równie&#380 pi&#281kny. Dzielimy si&#281 na dwie grupy. Jedna idzie na lodowiec Hansa pomóc w badaniach geodezyjnych (wrócili zachwyceni - dla wielu było to pierwsze spotkanie z lodowcem). Andrzej, Przemek, Rysiu i ja ubieramy ci&#281&#380kie pomara&#324czowe Helly-Hanseny (da si&#281 w nich wytrzyma&#263 jaki&#347 czas w wodzie arktycznej) i płyniemy łodzi&#261 pod masyw Gnal. Silnik ga&#347nie co chwil&#281, ale zawsze udaje si&#281 go odpali&#263 ponownie. <br> <br> Gnal opada do fiordu wspaniała &#347cian&#261 (podobn&#261 do tatrza&#324skiej Wielkiej Turni) zamieszkał&#261 przez miliony ptaków (głównie mew trójpalczastych). Wypatrujemy otworów potencjalnych jaski&#324, do jednego udaje nam si&#281 dotrze&#263- to kilkumetrowa ny&#380a-schronisko zamkni&#281ta lustrem tektonicznym. Schodz&#261c z otworu obsun&#261łem si&#281 kilka metrów z kruchymi chwytami - na szcz&#281&#347cie kamienie min&#281ły Przemka stoj&#261cego poni&#380ej, a ja odzyskuje równowag&#281. Niestety, o czym przekonałem si&#281 troch&#281 pó&#378niej, w jaskini straciłem bezpowrotnie zegarek - i tak pierwsza jaskinia wyprawy nazywa si&#281 Zegarowa (cho&#263 nazwa Ptasia byłaby na pewno wła&#347ciwsza), a ja od tej pory zanudzałem wszystkich prostym pytaniem: która godzina? Wieczorem przypływa "Eltanin" z reszta wyprawy - zbiegło si&#281 to z imprezk&#261 w stacji - miło było chłodzi&#263 drinki lodem pami&#281taj&#261cym czasy bitwy pod Grunwaldem. Pogoda sko&#324czyła si&#281 definitywnie a przed nami jeszcze daleka droga - jutro wypływamy do Stormbukty. <br> <br> Pakujemy beczki ze sprz&#281tem i &#380ywno&#347ci&#261 na "Eltanina" i o bladym &#347wicie wyruszamy. Płynie z nami tez Andrzej, co nas bardzo cieszy. Jacht zapakowany nami i naszymi rzeczami dzielnie płynie pod wiatr. Im bli&#380ej Stormbukty, tym fala wi&#281ksza a pr&#281dko&#347&#263 mniejsza...Morze rozszalało si&#281 na dobre, i w ko&#324cu jedyna słuszna decyzja - nie tym razem, nie ma szans na desant w takich warunkach. Wracamy do stacji i pełni spr&#281&#380u (ping-pong, wódeczka) czekamy na popraw&#281 warunków. Wreszcie s&#261 - płyniemy znów. Po wielu godzinach, niedaleko Stormukty, pr&#281dko&#347&#263 pod pr&#261d i wiatr osi&#261ga na pełnej mocy silników "zawrotne" 0,7 w&#281zła, a "Eltanin" co chwila schodzi z kursu broni&#261c si&#281 przed dalsza drog&#261. Nagle Maniek podnosi alarm - pot&#281&#380ne fale zmywaj&#261 ładunek z pokładu. Aby go umocowa&#263, obracamy jacht tyłem do wiatru i fali - pr&#281dko&#347&#263 na jałowym biegu wzrosła do 8 w&#281złów i tak w ci&#261gu 10 minut tracimy dwugodzinny urobek. Znów musimy si&#281 podda&#263, tym razem o cał&#261 mil&#281 morska dalej ni&#380 poprzednio (potem, na spokojnie, w m&#261drej ksi&#261&#380ce marynarskiej o wybrze&#380u Spitsbergenu wyczytałem &#380e rejon ten jest nieprzyjazny dla jednostek pływaj&#261cych ze wzgl&#281du na liczne szkiery, silny pr&#261d i wsteczny wiatr z lodowca Olsok). Tak wi&#281c nie udało nam si&#281 pierwsze w historii l&#261dowanie w Stormbukcie. Ale nie załamujemy si&#281 - nie wracamy do bazy tylko płyniemy do Gashamny - rankiem wyładowujemy siebie i sprz&#281t i bierzemy w posiadanie hus (malutki domek traperski) w "Konstantinowce" - miejscu ulubionym dawniej przez wielorybników. Rozbijamy kilka namiotów i otaczamy je płotami antynied&#378wiedziowymi. Krótkie "dzi&#281ki, cze&#347&#263 - przypły&#324 po nas 17 wrze&#347nia" do Jurka i zostajemy sami na obcej ziemi. Kilka osób poszło ogl&#261da&#263 ładne klifowe wybrze&#380e, Darek rozło&#380ył swoja radiostacj&#281 a ja siekier&#261 i gwo&#378dziami umacniam namiot bazowy. Nast&#281pnego dnia wychodz&#261 trzy grupy rekonesansowe - Ewa, Maniek, Grzegorz i Andrzej na lodowiec Gas; Aneta, Sebo, Przemek, Rafek, Stanley, Paweł i Rysiu wzdłu&#380 wybrze&#380a, a ja z Darkiem zbada&#263 drog&#281 na Tsjebysjov’a (ewentualny rejon rezerwowy). Wszyscy oczarowani przyrod&#261 - surowa, zimn&#261, skaln&#261 krain&#261, poza mchami i porostami bez jakiejkolwiek ro&#347linno&#347ci. Wieczorem w bazie zaskoczenie - Andrzej pozostał na przeł&#281czy Russepasset i czeka na nasze przybycie jutro. Nie ma sprz&#281tu biwakowego ani swoich rzeczy. Po&#380yczył od Ma&#324ka kurtk&#281 i polara. W&#347ciekam si&#281 i przeklinam, &#380e wymusił na nas decyzje o wyj&#347ciu, &#380e b&#281dzie miał ci&#281&#380ki biwak bez sprz&#281tu i &#380e to osłabi jego siły na dalsz&#261 drog&#281. Maniek oponuje i go usprawiedliwia a nawet gloryfikuje jego decyzj&#281. Tłumaczy, &#380e Andrzej bał si&#281 i&#380 drugi raz by nie dał rady, a bardzo mu zale&#380y na dotarciu w rejon Hilmarfjellet. Na koniec u&#380ywa argumentu, &#380e wieczór jest ciepły a my i tak mieli&#347my rano i&#347&#263. Ja na to: - a jak w nocy spadnie &#347nieg??? Maniek popukał si&#281 znacz&#261co w czoło i wzruszył ramionami. Sebo, Kamil i Rysiu postanawiaj&#261 spontanicznie od razu wyj&#347&#263 z rzeczami Andrzeja i sprz&#281tem biwakowym do niego. Podoba mi si&#281 to wi&#281c wyra&#380am zgod&#281. Pobiegli, ale oczywi&#347cie w po&#347piechu nie wzi&#281li &#347piwora i...zapałek (dopiero dotarcie naszej grupy pozwoliło im zje&#347&#263 ciepły posiłek - nast&#281pnego dnia). <br> <br> Rano budzi mnie zadziwiaj&#261ca cisza. Otwieram namiot i oczom nie wierz&#281 - wokół biało !!! No, pi&#281knie, pierwszy nie&#347miały atak zimy mamy za sob&#261, a Maniek patrzy na mnie jak na proroka (wczoraj dałby sobie r&#281k&#281 uci&#261&#263 &#380e to niemo&#380liwe). Pakujemy plecaki (cholera, du&#380o tego) i w drog&#281. Na bazie, dla naszego bezpiecze&#324stwa, pozostaj&#261 "starcy, kaleki i dzieci". Tym razem padło na Ew&#281, Darka, Grzesia i Ma&#324ka. W czasie naszej nieobecno&#347ci maj&#261 sprawdzi&#263 masyw Tsjebysjov, utrzymywa&#263 ł&#261czno&#347&#263 ze &#347wiatem, ale przede wszystkim podtrzymywa&#263 w nas nadzieje, &#380e gdy nie wrócimy do wyznaczonego dnia, wezw&#261 pomoc. Wyruszamy. <br> Po przej&#347ciu 1,5 km co&#347 mnie tkn&#281ło i pytam:<br> -Przemo, a wzi&#261łe&#347 ten &#347piwór Andrzeja? Le&#380ał na Twoim plecaku..<br> -Nie..<br> <br> Oj, nie ma ten &#347piwór szcz&#281&#347cia.. Ł&#261czno&#347ci z "Konstantinowk&#261" brak, wi&#281c Przemek robi w kilkana&#347cie minut drog&#281 tam i z powrotem a my czekamy robi&#261c zdj&#281cia i głupie miny. Dalsza droga do góry na szcz&#281&#347cie urozmaicona i ciekawa - potoki, morena boczna i lodowiec leciutko przyprószony &#347wie&#380ym &#347niegiem. Za rad&#261 grupy Sebastiana (złapali&#347my z nimi kontakt radiowy) trawersujemy lodowiec Gas du&#380o poni&#380ej trasy wytyczonej dzie&#324 wcze&#347niej, ale i tak nie uchroniło nas to przed lawirowaniem w labiryncie szczelin. My przebywamy szcz&#281&#347liwie, potem dowiadujemy si&#281 &#380e wczoraj Rysiu załamał swoim ci&#281&#380arem mostek &#347nie&#380ny i zatrzymał si&#281 dzi&#281ki du&#380emu plecakowi dyndaj&#261c nogami nad otchłani&#261 - pono&#263 było to nawet komiczne. Po przybyciu na Russepasset - poimy i karmimy zapominalskich (mamy zapałki!), krótka narada, ostatnia ł&#261czno&#347&#263 z kolegami w dole (aby j&#261 przeprowadzi&#263, wspinamy si&#281 z Andrzejem kilkadziesi&#261t metrów na boczny grzbiet) i w dalsz&#261 drog&#281 w kierunku Flakdalen. Umysł nie chce uwierzy&#263 w to co widz&#261 oczy: czarno - biały krajobraz jak z filmów S-F; piar&#380yska miliony (!!!) razy wi&#281ksze ni&#380 te znane nam z Tatr, wszystko po horyzont przypomina przemysłowe hałdy. A ponadto formy znane dobrze z podr&#281czników geomorfologii, tutaj s&#261 wr&#281cz wzorcowe - gleby poligonalne, moreny boczne, &#347rodkowe, denne, terasy, wszystkie cz&#281&#347ci klasycznych lodowców - oj, doprawdy, tutaj powinny obywa&#263 si&#281 praktyki studentów kierunków nauk o Ziemi. Po drodze znajdujemy kilka dziewiczych studni lodowcowych - wklepujemy ich poło&#380enie w odbiorniki gps i idziemy dalej - nie le&#380&#261 w zakresie naszych zainteresowa&#324,. przeka&#380emy dane o nich innym wyprawom. Lodowiec Bunge to pot&#281&#380ne, poci&#281te szczelinami białe cielsko otoczone wysokimi &#347cianami górskimi. Idziemy nim i idziemy, a kiedy w ko&#324cu pó&#378nym wieczorem osi&#261gn&#281li&#347my jego podnó&#380e (hurra, wida&#263 morze!!! trawers Sorkapp’u zaliczony !!!), rozbijamy namioty na pierwszym kawałku wolnym od &#347niegu i lodu, nie bacz&#261c &#380e to brudna hałda moreny czołowej..<br> <br> Nogi i plecy bol&#261 wszystkich, ale "pyszne" liofizaty i herbatka pozwalaj&#261 si&#281 zregenerowa&#263 na tyle by... spokojnie poło&#380y&#263 si&#281 spa&#263. Rano od &#347niadania racjonujemy jedzenie - tak ju&#380 b&#281dzie do ko&#324ca - niestety mamy tylko tyle ile zdołali&#347my unie&#347&#263. A musieli&#347my unie&#347&#263 sprz&#281t biwakowy, jaskiniowy, liny, &#380ywno&#347&#263, bro&#324 itd. <br> <br> W ogóle z broni&#261 to ciekawa sprawa. W&#347ród nas mo&#380na zaobserwowa&#263 dwie postawy - albo całkowitego braku zainteresowania tym co strzela (to głównie Ci co byli w wojsku), albo wr&#281cz przeciwnie - celebrowania wszystkiego co mamy do obrony (z wyj&#261tkiem hała&#347liwych pokrywek do garnków). Efektem tego jest np. prawie odstrzelenie sobie stopy rakietnic&#261 przez Rafała czy tez przypadkowe odpalenie petard w płotach (pono&#263 zabezpieczonych przed taka ewentualno&#347ci&#261) antynied&#378wiedziowych. Widowisko było ładne i przyznam, &#380e gdybym był nied&#378wiedziem, pewnie bym si&#281 przestraszył. Bro&#324 (dubeltówka, colt, rakietnice) nosili&#347my, bo musieli&#347my, ale nikt nie chciał zrobi&#263 jakiejkolwiek krzywdy prawowitym mieszka&#324com Svalbardu. Na szcz&#281&#347cie spotkane zwierz&#281ta te&#380 to chyba wiedziały - pozwoliły si&#281 fotografowa&#263 i spokojnie odchodziły, nie wykazuj&#261c agresji... <br> <br> Kolejny dzie&#324 marszu, ju&#380 prawie po płaskim wybrze&#380u, obfitował w inne atrakcje - mi&#281kkie podło&#380e, przeprawy przez rzeki lodowcowe (jak to? Vitkovski ma rzek&#281? Wszak miał by&#263 odwadniany podziemnie...), wiatr i &#347nie&#380yca. Pó&#378nym popołudniem docieramy wreszcie do Stormbukty i ze zdumieniem patrzymy na zatok&#281 z wod&#261 gładk&#261 jak stół, nie mog&#261c uwierzy&#263 &#380e kilka dni temu walczyli&#347my tu z ogromnymi falami. Aneta z Rafexem wynale&#378li fajn&#261 kotlink&#281 na biwak, tam rozbijamy namioty i otaczamy je linami. W pobli&#380u zauwa&#380yli&#347my &#347lady nied&#378wiedzia, wi&#281c po naradzie wyznaczamy na noc warty - jest nas 10 osób, nie b&#281dzie to takie uci&#261&#380liwe. <br> <br> No, po wielu dniach dotarli&#347my wreszcie w wymarzony rejon działania. I w my&#347lach słowo "tam" mo&#380emy zast&#261pi&#263 słowem "tutaj". Swoj&#261 drog&#261, wyprawy egzotyczne stawiaj&#261 przed grotołazami du&#380e wyzwania - Papua, Patagonia czy Svalbard - wsz&#281dzie tam pierwsze dwa tygodnie wyprawy trzeba przeznaczy&#263 na dotarcie do celu - to nie to samo co kilkana&#347cie godzin podró&#380y autostrad&#261 do jaski&#324 alpejskich... <br> <br> Zaczynamy wła&#347ciwe poszukiwania - kolejne odkrycia nas zaskakuj&#261 - pot&#281&#380ne wywierzysko Troll, nasze małe Lampo przez które mieli&#347my si&#281 dosta&#263 w gł&#261b masywu, wyrzuca z siebie rzek&#281 wielko&#347ci Dunajca, i to pod ci&#347nieniem. Woda jest brudno-mleczna, cuchn&#261ca siark&#261 i.. ciepła (jak na warunki 77 stopnia szeroko&#347ci geograficznej). Oznacza to dla nas dwie rzeczy - po pierwsze, t&#281dy nie wejdziemy, a wi&#281c przesuwanie terminu wyprawy na pó&#378ne lato aby wody było mniej, okazało si&#281 bł&#281dem - wody i tak mamy nadmiar, a &#347nieg coraz &#347mielej sobie poczyna; po drugie - wywierzysko Troll miesza w sobie wody lodowcowe (tylko z którego lodowca? Z Vitkovskiego czy z Olsoka? - obydwa maj&#261 swoje powierzchniowe rzeki...) z gł&#281binowymi wodami hydrotermalnymi. <br> <br> W&#261wóz (podobny do "14 progów") spływa wodnymi kaskadami i ani my&#347li zaczyna&#263 si&#281 jaskini&#261. Lejki i zapadliska kontynuuj&#261 si&#281 w&#261skimi szczelinami, ale czy na pewno s&#261 krasowe? Poza tym t&#281dy dostaniemy si&#281 co najwy&#380ej do morza... <br> <br> Jednego ranka, na mojej zmianie warty (komfortowej, od 6 rano) ze zdumieniem zobaczyłem czarnego zwierzaka wielko&#347ci du&#380ego psa stoj&#261cego słupka i przypatruj&#261cego mi si&#281 (przypominał mi zreszt&#261 słupek telekomunikacyjny jaki krajowy monopolista postawił na moim osiedlu). Gdy si&#281 zbli&#380yłem, "słupek" pogalopował niczym ko&#324 kilka metrów i dalej mi si&#281 przypatrywał. Zrobiłem kilka zdj&#281&#263 zanim poszedł sobie na dobre. Obudzeni koledzy mnie wy&#347miali twierdz&#261c &#380e nie ma na Spitzu takich zwierz&#261t, Andrzej to potwierdziłł. Troch&#281 ich zatkało, gdy pokazałem zdj&#281cia, ju&#380 byli&#347my pewni odkrycia nowego gatunku...(w bazie, przy powi&#281kszeniach na kompie, zwierz okazał si&#281 du&#380ym czarnym lisem polarnym, ale i tak zagadk&#261 pozostało, czemu si&#281 nie "przefarbował" na biało jak reszta współplemie&#324ców). Działali&#347my w kilku grupach. Ta pod wodz&#261 Sebastiana znalazła w południowych zboczach Hilmarfjelet kilka fajnych dziur do rozkopania, nawet z szumem wody za kamieniami (na koniec odbiornik gps Seby z namiarami otworów si&#281 zresetował w wodzie i mrozie, ale jakby co, znajd&#261 je). Nasza grupka (Paweł, Przemo, Rysiu, Stanley i ja-Jacoo&#347) penetrowała strom&#261 &#347cian&#281 północno-zachodni&#261 - na granicy lodowca Vitkovskiego. Z podnó&#380a &#347ciany wida&#263 było jak bardzo lodowiec musiał si&#281 cofn&#261&#263 w ostatnich latach - i jak bardzo zmieniła si&#281 jego hydrologia. Wspinaczka do otworów jaski&#324 (a wła&#347ciwie pot&#281&#380nych schronisk) była niebezpieczna z powodu kruszyny i uci&#261&#380liwa z powodu twardej skały - wbijanie spitów to był wyczyn. Łatwiej było penetrowa&#263 jaskinie na granicy skały i lodu - rury lodowe wchodziły mi&#281kko i trzymały dobrze. Ale &#380adna ze znalezionych jaski&#324 nie przebijała si&#281 w gł&#261b masywu, poprzestaj&#261c na rozmiarach jurajskich. Na koniec m&#281cz&#261cego dnia na lodowcu zafundowali&#347my sobie zjazd do gł&#281bokiej studni - Stanley umiej&#281tnie podpuszczony ("co, ja nie zjad&#281? dawa&#263 lin&#281"!) zjechał pierwszy, a po jego krzykach pełnych zachwytu wszyscy z wyj&#261tkiem Rysia (" ja uznaj&#281 tylko akcje powy&#380ej 24 godzin") poszli w jego &#347lady. Lodowe &#347ciany o&#347wietlone diodami led sprawiały bajkowe wra&#380enie i były bardzo fotogeniczne. Na baz&#281 wrócili&#347my wyko&#324czeni ale zadowoleni, wieczorem. <br> <br> Nast&#281pnego ranka o szóstej przyszedł kataklizm. Ni z tego ni z owego zerwał si&#281 huraganowy wiatr, który poło&#380ył nasze namioty i zdemolował obozowisko. Padał poziomy zimny deszcz - wyskoczyłem ze &#347piwora aby ratowa&#263 namiot Rysia i Andrzeja (sami nie dawali rady) i po chwili byłem całkowicie przemoczony i zmarzni&#281ty. Wiatr si&#281 wzmagał, zarz&#261dziłem ewakuacj&#281 za załom skalny, co i tak niewiele pomogło. Uporczywy deszcz przeszedł w dokuczliw&#261 &#347nie&#380yc&#281. Przenie&#347li&#347my si&#281 kilkaset metrów do wylotu w&#261skiego w&#261wozu. Powoli, z ka&#380d&#261 uciekaj&#261c&#261 z organizmu kalori&#261, docierało do mnie, &#380e tutaj nic wi&#281cej nie wskóramy i trzeba ucieka&#263. Wszak po takim załamaniu pogody kilka miesi&#281cy wcze&#347niej zagin&#261ł Adam. &#347nieg poprzykrywał ewentualne otwory i utrudni wspinaczk&#281. Przemoczeni i niewyspani niewiele zdziałamy. A przed nami prawie 30 km trudnym terenem do najbli&#380szego husa, dobrze byłoby tam dotrze&#263 wieczorem, stamt&#261d co najmniej jeszcze jeden dzie&#324 marszu - czy zd&#261&#380ymy zanim koledzy uruchomi&#261 akcje ratunkow&#261? Przy misterium pakowania, gotowania, palenia papierosów (ju&#380 od kilku dni skr&#281canych-fabryczne si&#281 sko&#324czyły) - wpadali&#347my w coraz gł&#281bsz&#261 hipotermie i w ko&#324cu, z bólem w sercu, powiedziałem magiczne słowa: wracamy do Gashamny... <br> Sko&#324czyło si&#281 "tam", zacz&#281ło si&#281 "z powrotem"... <br> <br> c.d.n </P> </TD> </body> </html>