Poza dobrem i złem

Narody i ojczyzny

240.

Wysłuchałem, znów po raz pierwszy – uwertury Wagnera do Meistersingerów: to wspaniała, przeładowana, ciężka i późna sztuka, dumna z tego, że jej rozumienie wymaga dwóch stuleci żywej jeszcze muzyki: – przynosi zaszczyt Niemcom, że duma taka się nie przeliczyła! Jakież soki i siły, jakież pory roku i strefy nie zostały tu wymieszane! Raz wydaje się nam ona archaiczna, raz obca, cierpka i nazbyt młoda, jest równie dowolna, co pompatyczno-tradycyjna, nierzadko szelmowska, jeszcze częściej grubiańska i prostacka – ma w sobie ogień i odwagę, a zarazem zwiotczałą, wypłowiałą skórkę owoców, które zbyt późno dojrzały. Płynie szeroka i pełna: i nagle chwila niezrozumiałej zwłoki, jakby szczelina, która rozwiera się między przyczyną i skutkiem, ucisk, który pogrąża nas w marzeniach, niemal zmora [gra słów: Druck (ucisk, nacisk), Alpdruck ([dusząca] zmora)] – ale już rozszerza się i rozlewa znów stary strumień wielorakiej przyjemności, starego i nowego szczęścia, włącznie z wielkim szczęściem, jakim artysta jest dla samego siebie i jakiego nie chce skrywać, z jego zdumioną, szczęśliwą wiedzą o mistrzostwie zastosowanych przezeń środków, nowych, nowo nabytych, niewypróbowanych środków artystycznych, jakie zdaje się nam zdradzać. Najogólniej, żadnego piękna, żadnego Południa, niczego z południowej, subtelnej jasności nieba, niczego z gracji, żadnego tańca, ledwie wola logiki; nawet pewna ociężałość, jeszcze podkreślana, jak gdyby artysta chciał nam powiedzieć: "zamierzona"; ciężka draperia, coś kapryśnie barbarzyńskiego i uroczystego, migotanie uczonych i czcigodnych kosztowności i koronek; coś niemieckiego, w najlepszym i najgorszym tego słowa znaczeniu, coś na niemiecką modłę wielorakiego, bezkształtnego i niewyczerpanego; pewna niemiecka potęga i przepełnienie duszy, która nie boi się ukrywać pod wyrafinowanymi subtelnościami upadku – która zapewne dopiero tam najlepiej się czuje; prawdziwy, autentyczny symbol niemieckiej duszy, która jest zarazem młoda i przestarzała, zmurszała i jeszcze przebogata w przyszłość. Ten rodzaj muzyki wyraża najlepiej to, co sądzę o Niemcach: są oni z przedwczoraj i z pojutrza – nie mają jeszcze żadnego dzisiaj.

 

241.

My, "dobrzy Europejczycy": również my mamy nasze chwile, gdy pozwalamy sobie na odważną ojczyźnianość, na pluśnięcie i powrót do dawnej miłości i ciasnoty – właśnie dałem tego próbkę – chwile narodowych wzburzeń, patriotycznych niepokojów i wylewu wszelkiego rodzaju innych staroświeckich uczuć. Bardziej od nas ociężałe duchy mogą się uporać z tym, co u nas się ogranicza do chwil i wraz z nimi się kończy, dopiero w dłuższym okresie, jedni w ciągu pół roku, drudzy przez połowę życia, zależnie od szybkości i siły, z jaką trawią i "przemieniają materię". Ba, mógłbym sobie wyobrazić ponure, powolne rasy, które również w naszej szybkiej Europie potrzebowałyby pół stulecia, by przezwyciężyć takie atawistyczne napady ojczyźnianości i przywiązania do ziemi, i powrócić do rozumu, to znaczy, do "dobrej Europejskości". Rozmyślając nad tą możliwością, stałem się oto świadkiem rozmowy dwóch starych "patriotów" – widocznie nie dosłyszeli i dlatego tym głośniej mówili. "Ten [chodzi o Bismarcka] sądzi i wie o filozofii tyle, co chłop czy student korporacyjny – powiedział jeden –: jest jeszcze niewinny. Ale jakie to ma dziś znaczenie! Jest to epoka mas: płaszczą się one przed wszystkim, co masowe. Również in politicis. Mąż stanu, który wznosi im nową wieżę Babel, jakiś potwór państwa i władzy, jest dla nich »wielkim«: jakie ma znaczenie, że my, bardziej ostrożni i powściągliwi, jeszcze nie wyrzekamy się naszej wiary, że jedynie wielka myśl stanowi o wielkości czynu i sprawy. Załóżmy, że mąż stanu doprowadził swój naród do sytuacji, iż odtąd tenże musi uprawiać »wielką politykę«, do której jest on przez naturę źle przysposobiony i przygotowany: toteż dla nowej, wątpliwej przeciętności musiałby poświęcić swoje dawne i pewne cnoty – załóżmy, mąż stanu skazałby swój naród na »politykowanie« w ogóle, podczas gdy tenże miałby coś lepszego do zrobienia i myślenia, i w głębi swej duszy nie wyzbył się przezornego wstrętu wobec niepokoju, pustki i hałaśliwej swarliwości rzeczywiście politykujących narodów: – załóżmy, że taki mąż stanu pobudzałby uśpione namiętności i żądze swego ludu, a z jego dotychczasowej bojaźliwości i skłonności do pozostawania na uboczu uczyniłby skazę, z jego cudzoziemszczyzny i tajemnej nieskończoności przewinę, odebrałby wartość jego najbardziej szczerym skłonnościom, odwróciłby sumienie, zacieśniłby jego ducha, »unarodowiłby« jego smak – jakże to! czy mąż stanu, który by to wszystko uczynił, za którego jego naród musiałby odpokutować w całej swej przyszłości, jeśli miałby przyszłość, czy taki mąż stanu byłby wielki?" "Bez wątpienia! – gwałtownie odparł mu drugi stary patriota – gdyż inaczej nie potrafiłby tego dokonać! Może było szaleństwem chcieć czegoś takiego? Ale być może wszystko, co wielkie, było na początku tylko szaleństwem!" – "Nadużycie słów! – krzyknął na to jego rozmówca: – silny! silny! silny i szalony! Nie wielki!" – Staruszkowie widocznie się roznamiętnili, gdy w ten sposób wykrzyczeli sobie w twarz swoje "prawdy"; ja zaś, w mym szczęściu i w zaświatach, rozważałem, jak rychło nad silnym zapanuje silniejszy; i że duchowe spłycenie jednego zostanie wyrównane pogłębieniem się drugiego. –

 

242.

Czy to, w czym poszukuje się wyróżnika dzisiejszego Europejczyka, nazwiemy teraz "cywilizacją" czy "uczłowieczeniem", czy "postępem"; czy nazwiemy to po prostu, nie chwaląc i nie ganiąc, za pomocą politycznej formuły, demokratycznym ruchem Europy: za wszelką moralną i polityczną pierwszoplanowością, na którą wskazują tego rodzaju formuły, dokonuje się potworny proces fizjologiczny coraz bardziej nabierający impetu – proces upodabniania się Europejczyków, ich wzrastające uwalnianie się od warunków, w jakich powstały klimatycznie i stanowo spętane rasy, ich coraz większa niezależność od wszelkiego określonego milieu, które na wieki chciałoby się wpisać takimi samymi wymogami w duszę i ciało – zatem powolne nadejście zasadniczo ponadnarodowej i nomadycznej odmiany człowieka, której typowym wyróżnikiem jest, mówiąc językiem fizjologii, maksimum sztuki i siły przystosowania się. Ów proces stającego się Europejczyka, który w swym tempie może być opóźniony przez wielkie nawroty, ale być może właśnie dzięki temu zyskuje na gwałtowności i głębi, i dzięki temu wzrasta – częścią tego procesu jest szalejąca teraz jeszcze burza i napór "poczucia narodowego", jak również właśnie pojawiający się anarchizm –: proces ten prawdopodobnie prowadzi do rezultatów, jakich jego naiwni promotorzy i chwalcy, apostołowie "nowoczesnych idei", najmniej by się spodziewali. Te same nowe warunki, pośród których dokonywać się będzie na ogół zrównanie i uśrednienie człowieka – przydatne, pracowite, wielorako pożyteczne i zręczne zwierzę stadne, człowiek – w najwyższym stopniu służą temu, by dać początek ludziom wyjątkowym o najbardziej niebezpiecznej i pociągającej jakości. O ile bowiem owa siła przystosowania się, która wypróbowuje stale zmieniające się warunki i z każdym pokoleniem, niemal z każdym dziesięcioleciem na nowo rozpoczyna swą pracę, wcale nie umożliwia potęgi typu; o ile ogólnym odbiciem takiego przyszłego Europejczyka będą prawdopodobnie różnorodni, gadatliwi, ubodzy w wolę i nadzwyczaj sprawni wyrobnicy, którzy pana, rozkazującego potrzebują niczym chleba codziennego; o ile zatem demokratyzacja Europy doprowadzi do wytworzenia typu w najsubtelniejszym znaczeniu przygotowanego do niewolnictwa: o tyle silny człowiek będzie musiał, w jednostkowych i wyjątkowych wypadkach, okazać się silniejszy i bogatszy niż zapewne kiedykolwiek dotąd – dzięki wyzbytemu przesądów szkoleniu go, dzięki ogromnej wielości ćwiczeń, sztuki i maski. To znaczy: demokratyzacja Europy jest zarazem mimowolnym przygotowywaniem do hodowli tyranów – we wszelkim tego słowa znaczeniu, również najbardziej duchowym.

 

243.

Dowiaduję się z przyjemnością, że nasze Słońce porusza się szybko w stronę gwiazdozbioru Herkulesa: i mam nadzieję, że na tej ziemi człowiek uczyni podobnie jak Słońce. I my na przedzie, my, dobrzy Europejczycy! –

 

244.

Był czas, gdy Niemców zwykło się wyróżniać, nazywając ich "głębokimi": teraz gdy najbardziej udany typ nowej niemieckości jest żądny zupełnie innych zaszczytów i we wszystkim, co ma głębię, widzi zapewne brak "ciętości", niemal na czasie i patriotyczna jest wątpliwość, czy pochwałą tą niegdyś się nie oszukiwano: wystarczy, czy niemiecka głębia nie jest w gruncie rzeczy czymś innym i gorszym – i czymś, czego, Bogu dzięki, właśnie chcemy się skutecznie pozbyć. Spróbujmy zatem dowiedzieć się czegoś nowego o niemieckiej duszy: trzeba do tego tylko nieco wiwisekcji niemieckiej duszy. – Niemiecka dusza jest przede wszystkim wieloraka, o różnych źródłach, bardziej zestawiona i ponakładana niż rzeczywiście zbudowana: bierze się to z jej pochodzenia. Niemiec, który śmiałby utrzymywać "dwie dusze zamieszkują, ach, w mojej piersi" [Goethe, Faust I, w. 1112], tarnąłby się strasznie na prawdę, a ściślej: o wiele dusz pozostałby poza prawdą. Jako naród o najpotworniejszym pomieszaniu i zmieszaniu ras, zapewne nawet z przewagą żywiołów przedaryjskich, jako "naród środka" w każdym znaczeniu, są Niemcy bardziej nieuchwytni, rozlegli, sprzeczni, nieznani, nieobliczalni, zaskakujący, nawet przerażający od innych narodów: wymykają się definicji i już tym wywołują rozpacz Francuzów. Niemców cechuje to, że pytanie "co jest niemieckie?" nigdy u nich nie zamiera. Kotzebue z pewnością znał swych Niemców dostatecznie dobrze: "poznano nas", witali go radosnymi okrzykami – ale również Sand sądził, że ich zna. Jean Paul wiedział, co czyni, gdy złościł się na zakłamane, ale patriotyczne pochlebstwa i przesadę Fichtego – ale jest prawdopodobne, że Goethe myślał o Niemcach inaczej niż Jean Paul, nawet jeśli przyznawał mu rację co do Fichtego. Co właściwie myślał Goethe o Niemcach? – Ale o wielu sprawach dziejących się wokół niego nigdy nie mówił jasno i przez całe życie umiał subtelnie milczeć: prawdopodobnie miał do tego dobre powody. Z pewnością to nie "wojny wyzwoleńcze" rozjaśniły jego spojrzenie ani też rewolucja francuska – wydarzeniem, ze względu na które przemyślał swego Fausta, a nawet cały problem "człowieka", było pojawienie się Napoleona. Zachowały się słowa Goethego, którymi, niczym z zagranicy, z niecierpliwą surowością osądził to, co Niemcy poczytywali sobie za dumę: osławione niemieckie Gemüth definiuje jako "wyrozumiałość dla słabostek, własnych i cudzych". Czyż nie ma racji? – Niemców cechuje to, że rzadko nie ma się co do nich racji. Dusza niemiecka jest pełna korytarzy i śródkorytarzy, są w niej jaskinie, kryjówki, lochy; jej nieład ma wiele z uroku tajemniczości; Niemiec zna się na sekretnych drogach do chaosu. I tak jak każda rzecz uwielbia swój symbol, tak Niemiec uwielbia chmury i wszystko, co niejasne, stające się, świtające, wilgotne i przysłonięte: niepewne, nieukształtowane, zmieniające się, rosnące wszelkiego rodzaju odczuwa on jako "głębokie". Sam Niemiec nie jest, staje się, "rozwija się". Dlatego "rozwój" jest właściwie niemieckim wynalazkiem i pomysłem w wielkim królestwie niemieckich formuł filozoficznych: – pojęciem władającym, które, wespół z niemieckim piwem i niemiecką muzyką, pracuje nad zniemczeniem całej Europy. Cudzoziemcy są zdumieni i zafascynowani zagadką, jaką zadaje im sprzeczna natura w głębi niemieckiej duszy (którą Hegel ujął w system, a Ryszard Wagner ostatecznie jeszcze dorobił do niej muzykę). "Dobroduszny i zdradliwy" – takie współistnienie, niedorzeczne w przypadku każdego innego ludu, jest, niestety, zbyt często w NIemczech usprawiedliwione: wystarczy dłużej pożyć pomiędzy Szwabami! Ociężałość niemieckiego uczonego, jego towarzyska mdłość dobrze się godzą, o zgrozo, z jakimś wewnętrznym tańczeniem na linie i lekkomyślną śmiałością, której bać się nauczyli już wszyscy bogowie. Jeśli chce się zademonstrować "niemiecką duszę" ad ocultos wystarczy tylko wejrzeć w niemiecki smak, w niemieckie sztuki i obyczaje: cóż za chłopska obojętność wobec "smaku". Jakże to, co szlachetne i to, co pospolite, występują tu obok siebie! Jakże nieuporządkowane i bogate jest całe to gospodarstwo duszy! Niemiec wlecz za sobą duszę; wlecze wszystko, co przeżywa. Źle trawi dotykające go wydarzenia; nigdy się z nimi nie "upora"; niemiecka głębia jest często jedynie ciężkim, powolnym "trawieniem". I tak jak wszyscy nałogowo chorzy, wszyscy dyspeptycy mają upodobanie do wygód, tak Niemiec lubi "otwartość" i "poczciwość", jakże wygodnie jest być "otwartym" i "poczciwym"! – Dziś jest to, być może, najbardziej niebezpieczne i najbardziej szczęśliwe przebranie, na jakim zna się Niemiec, ta ufna, uprzejma, karty odkrywająca niemiecka uczciwość: jest ona właściwą sztuką Mefistofelesa, dzięki której może on "jeszcze daleko zajść"! Niemiec folguje sobie, spogląda przy tym swymi wiernymi, niebieskimi, pustymi niemieckimi oczyma – i natychmiast zagranica myli go z jego szlafrokiem! – Chciałem powiedzieć: niech "niemiecka głębia" będzie tym, czym chce – czy może między nami nie pozwalamy sobie śmiać się z niej? – dobrze zrobimy, jeśli również nadal szanować będziemy jej pozór i dobre imię, i jeśli nie zamienimy nazbyt tanio naszej dawnej reputacji narodu głębi na pruską "ciętość" oraz berliński dowcip i piasek. Naród jest roztropny, gdy sprawia, i godzi się na to, że uchodzi za głęboki, za nieporadny, za dobroduszny, za uczciwy, za roztropny: mogłoby to nawet być – głębokie! W końcu: powinniśmy się chlubić naszym imieniem – nie na darmo zwiemy się "tiusche" narodem, narodem "łudzącym"...

 

245.

"Stare, dobre czasy" minęły, wyśpiewały się w Mozarcie: jakież to dla nas szczęście, że jego rokoko jeszcze do nas przemawia, że jego "dobre towarzystwo", jego tkliwe rozmarzenie, jego dziecięce lubowanie się chińszczyzną i floresami, jego serdeczna uprzejmość, jego tęsknota za wytwornością, zalotnością, tanecznością, błogą łzawością, jego wiara w Południe mogą jeszcze apelować do jakichkolwiek pozostałości w nas! Ach, kiedyś to się skończy! – ale któż może wątpić, że jeszcze wcześniej skończy się rozumienie i smakowanie muzyki Beethovena! – który był przecież tylko finałem stylu przejściowego i przełomu stylistycznego, a nie, jak Mozart, finałem wielkiego, wielowiekowego smaku europejskiego. Beethoven jest epizodem starej, zmurszałej duszy, która stale się kruszy, i przyszłej, przemłodej duszy, która stale nadchodzi; jego muzykę spowija półmrok wiecznej utraty i wiecznej, wybujałej nadziei – to samo światło, w którym leżała skąpana Europa, gdy wraz z Rousseau marzyła, gdy tańczyła wokół drzewa wolności i gdy wreszcie niemal się modliła przed Napoleonem. Ale jakże szybko blaknie dziś to uczucie, jakże trudna jest już dziś wiedza o tym uczuciu – jakże obco brzmi dla naszego ucha język Rousseau, Schillera, Shelleya, Byrona, w których pospołu znalazł drogę do słowa ten sam los Europy, który umiał się rozśpiewać w Beethovenie! – Wszelka muzyka niemiecka, która pojawiła się później, należy do romantyzmu, to znaczy do, historycznie biorąc, jeszcze krótszego, jeszcze bardziej ulotnego, jeszcze bardziej powierzchownego ruchu niż ów wielki antrakt, owo przejście Europy od Rousseau do Napoleona i do nadchodzącej demokracji. Weber: czymże jest dla nas dzisiaj Wolny strzelec i Oberon. Albo Hans Heiling i Vampyr Marschnera! Albo nawet jeszcze Wagnera Tannhäuser! Jest to przebrzmiała, choć jeszcze nie zapomniana muzyka. Ponadto, cała ta muzyka romantyczna nie była dostatecznie dostojna, nie była dostatecznie muzyką, aby również gdzie indziej mieć słuszność, a nie tylko w teatrze i wobec tłumu; od początku była muzyką drugorzędną, na którą wśród prawdziwych muzyków zwracano niewielką uwagę. Inaczej było z Feliksem Mendelssohnem, owym alkionowym mistrzem, który ze względu na swą lżejszą, czystszą, szczęśliwszą duszę szybko był uwielbiany i równie szybko został zapomniany: jako piękny epizod niemieckiej muzyki. A jeśli chodzi o Roberta Schumanna, który wszystko brał poważnie i od początku też poważnie był brany – jako ostatni założył szkołę –: to, czy nie uznajemy dzisiaj za szczęście, za wyjątek, za wyzwolenie, że właśnie ten romantyzm Schumanna został przezwyciężony? Schumann, uciekający do "Szwajcarii Saksońskiej" swojej duszy, na poły Werterowy, na poły Jean-Paulowy, z pewnością nie Beethovenowy! z pewnością nie Byronowy! – jego muzyka do Manfreda jest pomyłką i nieporozumieniem aż po niesprawiedliwość – Schumann ze swoim smakiem, który w gruncie rzeczy był drobnym smakiem (mianowicie niebezpiecznym, pośród Niemców podwójnie niebezpiecznym upodobaniem do cichej liryki i opilstwa uczuciowego), stale chodzący poboczem, lękliwie wynoszący się cichaczem i wycofujący, szlachetny delikatniś, który upaja się jedynie anonimowym szczęściem i bólem, od początku niby dziewczyna i noli me tangere: ten Schumann był już tylko niemieckim wydarzeniem w muzyce, już nie europejskim, jak Beethoven, jak, w jeszcze większym stopniu, Mozart – przez niego zagrażało muzyce niemieckiej jej największe niebezpieczeństwo, że straci głos dla duszy europejskiej i spadnie do rzędu ojczyźnianości. –

 

246.

Jakąż męczarnią są po niemiecku pisane książki dla kogoś, kto ma trzecie ucho! Jakże niechętnie staje obok powoli się obracającego bagna dźwięków bez dźwięku, rytmów bez tańca, które u Niemców zwie się "książką". A cóż dopiero Niemiec, który czyta książki! Jakże leniwie, jakże niechętnie, jakże źle czyta! Iluż to Niemców wie i wymaga od siebie, by wiedzieć, że sztuka kryje się w każdym dobrym zdaniu – sztuka, którą trzeba odgadnąć, o ile zdanie to ma być dobrze zrozumiane! Na przykład, niezrozumienie jego tempa: i samo zdanie jest niezrozumiane! Że nie można mieć wątpliwości co do decydujących o rytmie sylab, że przełamanie nazbyt ścisłej symetrii odczuwa się jako zamierzone i jako urok, że nadstawia się subtelnie, cierpliwie ucho na każda staccato, na każde rubato, że odgaduje się znaczenie układu samogłosek i dwugłosek, i to jak delikatnie i bogato mogą się one zabarwiać i przebarwiać w swym następowaniu po sobie: któż spośród czytających książki Niemców jest na tyle skory, by uznać tego rodzaju obowiązki i wymagania, i przysłuchiwać się tak wielkiej sztuce i rozmyślności w sztuce? W końcu Niemiec właśnie "nie ma do tego ucha": i w ten sposób nie słyszy się największych kontrastów stylistycznych, a najsubtelniejszy artyzm jest marnotrawiony niczym przed głuchym. – Takie miałem myśli, gdy zauważyłem, jak nieudolnie i naiwnie myli się dwóch mistrzów w sztuce prozy, jednego, któremu słowa skapują powoli i chłodne, niczym ze sklepienia wilgotnej jaskini – liczy on na ich głuchy dźwięk i oddźwięk – i drugiego, który włada swym językiem niczym giętką szpadą i od ramienia aż po stopy zaznaje niebezpiecznego szczęścia drgającej, wyostrzonej stali, która chce kąsać, syczeć, ciąć. –

 

247.

Jak niewiele wspólnego ma niemiecki styl z dźwiękiem i uchem, pokazuje fakt, że właśnie nasi dobrzy muzycy niemieccy piszą licho. Niemiec nie czyta na głos, nie dla ucha, lecz jedynie oczyma: swoje uszy chowa wówczas do szuflady. Człowiek antyku czytał, jeśli czytywał – działo się to dość rzadko – sobie coś na głos, a mianowicie głośno; dziwiono się, gdy ktoś czytał po cichu i w skrytości pytano o powody. Głośno: to znaczy z wszelkimi wezbraniami, wygięciami, nagłymi zmianami tonów i zmianą tempa, które radowały świat publiczny antyku. Wówczas prawidła stylu pisarskiego były takie same jak prawidła stylu języka mówionego; a tegoż prawidła zależały po części od zadziwiającego wykształcenia, wyrafinowanych potrzeb ucha i krtani, po części zaś od siły, wytrwałości i mocy antycznych płuc. Okres, w znaczeniu antycznym, jest przede wszystkim fizjologiczną całością, o ile zawiera się w jednym oddechu. Takie okresy, jakie występują u Demostenesa, Cycerona, dwukrotnie wzbierające i dwukrotnie opadające, i wszystko na jednym wdechu: oto rozkosze ludzi antyku, którzy dzięki własnemu wyszkoleniu potrafili docenić tego rodzaju zaletę, niezwykłość i trudność w wypowiedzeniu takiego okresu: my właściwie nie mamy żadnego prawa do wielkiego okresu, my nowocześni, my o krótkim oddechu w każdym tego słowa znaczeniu! Przecież wszyscy ci starożytni sami byli w mowie dyletantami, a więc znawcami, a więc krytykami – przeto doprowadzali swoich rozmówców do skrajności; podobnie w ubiegłym wieku, gdy wszyscy Włosi i wszystkie Włoszki umieli śpiewać, wirtuozeria w śpiewaniu (a tym samym również sztuka melodyki) sięgnęła u nich swych wyżyn. Ale w Niemczech istniał (aż po czasy najnowsze, gdy coś w rodzaju krasomówstwa trybunowego dość nieśmiało i niezdarnie zaczyna poruszać swymi młodymi skrzydłami) właściwie tylko jeden gatunek publicznej i mniej więcej zgodnej z prawidłami mowy: tej głoszonej z ambony. Jedynie kaznodzieja wiedział w Niemczech, jaką wagę ma sylaba, jaką wagę ma słowo, jak zdanie uderza, skacze, upada, biegnie, wybiega, jedynie on miał sumienie w swych uszach, dość często złe sumienie: nie brak bowiem powodów po temu, że właśnie Niemiec rzadko, a niemal zawsze zbyt późno osiąga biegłość w mowie. Dlatego arcydziełem niemieckiej prozy jest, co oczywiste, arcydzieło jej największego kaznodziei. Biblia była dotąd najlepszą niemiecką książką. W porównaniu z Biblią Lutra niemal wszystko inne jest tylko "literaturą" – czymś, co nie wyrosło w Niemczech i dlatego też nie wrosło i nie wrasta w niemieckie serca: czego dokonała Biblia.

 

248.

Istnieją dwa rodzaje geniuszu: jeden, który przede wszystkim płodzi i chce płodzić, i drugi, który chętnie daje się zapłodnić i rodzi. I również wśród genialnych ludów są takie, którym przypadły w udziale kobiecy problem brzemienności i tajemne zadanie kształtowania, dojrzewania, spełnienia – na przykład Grecy byli tego rodzaju ludem, podobnie Francuzi –; oraz inne, które muszą zapładniać i stać się początkiem nowego porządku życia – jak Żydzi, Rzymianie i, z całą skromnością pytając, Niemcy? – Ludy męczone, unoszone nieznaną gorączką i nieodparcie pchane poza siebie na zewnątrz, rozkochane i pożądające obcych ras (takich, które "dają się zapładniać" –) i przy tym żądne władzy, jak wszystko, co jest świadome pełni swych sił płodnych, a zatem co jest "z łaski Bożej". Te dwa rodzaje geniuszu szukają się wzajemnie – jak mężczyzna i kobieta.

 

249.

Każdy lud ma swą własną tartuferię i zwie ją swymi cnotami. – Nie znamy najlepszego, czym jesteśmy – nie możemy znać.

 

250.

Co Europa zawdzięcza Żydom? – wiele, dobrego i złego, a przede wszystkim jedno, które jest zarazem najlepsze i najgorsze: wielki styl w moralności, straszliwość i majestatyczność nieskończonych wymagań, nieskończonych znaczeń, całą romantyczność i wzniosłość moralnych problematyczności – a zatem właśnie najbardziej pociągającą, dwuznaczną i wyszukaną cząstkę owych mieniących się bartw i pokuszeń do życia, w której poświacie żarzy się dzisiaj – a być może wyżarza – nieboskłon naszej europejskiej kultury. My artyści pośród widzów i filozofów jesteśmy Żydom za to – wdzięczni.

 

251.

Trzeba się z tym pogodzić, gdy nad duchem jakiegoś ludu, który cierpi na nacjonalistyczną gorączkę nerwową i ambicje polityczne, cierpieć chce, przeciągają różne chmury i zaburzenia, krótko mówiąc, nieznaczne napady ogłupienia: na przykład u dzisiejszych Niemców raz głupota antyfrancuska, raz antyżydowska, raz antypolska, raz chrześcijańsko-romantyczna, raz wagnerowska, raz teutońska, raz pruska (wszak przyjrzyjmy się tym biednym historykom, tym Syblom i Treitzschkom i ich grubo obwiązanym głowom –), i jak tam mogłyby się one jeszcze zwać, te niewielkie zamroczenia niemieckiego ducha i sumienia. Proszę mi wybaczyć, że również mnie podczas krótkiego, ryzykownego pobytu na bardzo zainfekowanym obszarze nie w pełni oszczędziła choroba i zaczęły nachodzić mnie myśli, które mnie nie obchodzą: pierwsza oznaka politycznej infekcji. Na przykład o Żydach: posłuchajcie. – Nie spotkałem jeszcze żadnego Niemca, który byłby przychylny Żydom; i jakkolwiek rzeczywiste antysemictwo byłoby bezwarunkowo odrzucane przez ludzi przezornych i polityków, to ta przezorność i polityka nie zwracają się przecież przeciwko samemu rodzajowi uczucia, lecz jedynie przeciwko jego niebezpiecznemu nieumiarkowaniu, a zwłaszcza przeciwko niesmacznemu i haniebnemu wyrazowi tego nieumiarkowanego uczucia – nie można się co do tego łudzić. Że w Niemczech jest dostatecznie dużo Żydów, że niemiecki żołądek, niemiecka krew z trudem mogą (i długo jeszcze nie będą mogły) się uporać choćby tylko z tym kwantum "Żyda" – tak jak uporali się Włosi, Francuzi, Anglicy, w następstwie lepszego trawienia –: oto jednoznaczna wypowiedź i język ogólnego instynktu, którego trzeba słuchać, zgodnie z którym trzeba postępować. "Nie wpuszczać już nowych Żydów! A zwłaszcza od strony wschodniej (także od Austrii) zamknąć bramy!" – tak nakazuje instynkt ludu, którego typ jest jeszcze tak słaby i nieokreślony, że mógłby łatwo być zatarty, łatwo wymazany przez jakąś silniejszą rasę. Żydzi są jednak bez wątpienia najsilniejszą, najtwardszą, najczystszą rasą, jaka obecnie żyje w Europie; potrafią się przebić nawet w najgorszych warunkach (nawet lepiej niż w sprzyjających) dzięki jakimkolwiek cnotom, które dziś chętnie chciano by napiętnować jako występki, – przede wszystkim dzięki zdecydowanej wierze, która nie musi się wstydzić wobec "nowoczesnych idei"; zmieniają się oni, jeśli się zmieniają, jedynie w taki sposób, w jaki Imperium Rosyjskie dokonuje swych podbojów – jako imperium, które ma czas i nie istnieje od wczoraj –, a mianowicie według zasady "możliwie powoli!". Myśliciel, któremu przyszłość Europy leży na sercu, przy wszelkich projektach, jakie sam snuje co do tej przyszłości, będzie się liczył z Żydami, tak jak z Rosjanami, jako w pierwszym rzędzie najbardziej pewnymi i najbardziej prawdopodobnymi czynnikami w wielkiej grze i walce sił. To, co w Europie zwiemy dzisiaj "narodem", i co w rzeczywistości bardziej jest res facta niż nata (ba, czasami łudząco przypomina res ficta et res picta –) jest w każdym razie czymś stającym się, młodym, łatwo dającym się przemieścić, nie będacym jeszcze rasą, a tym bardziej takim aere perennius, jakim jest typ żydowski: "narody" te powinny się pieczołowicie wystrzegać wszelkiej porywczej konkurencji i wrogości! To, że Żydzi, gdyby chcieli – czy też, gdyby ich do tego zmuszono, co jest, jak się wydaje, zamiarem antysemitów – już teraz mogliby zdobyć przewagę, a nawet, całkiem dosłownie, panowanie nad Europą, jest pewne; jak i to, że na to nie pracują i nie snują takich planów. Na razie raczej wolą i pragną, nawet z pewną natarczywością, by Europa ich wessała i wchłonęła, pragną tego, by wreszcie gdzieś osiąść, by być akceptowanymi i szanowanymi, i by nomadycznemu życiu, "Żydowi Wiecznemu Tułaczowi" położyć kres –; i na ten pęd i parcie (które być może wyraża nawet już złagodnienie żydowskich instynktów) powinniśmy zapewne zwrócić uwagę i wyjść mu naprzeciw: z tego względu zapewne pożytecznym i słusznym byłoby wygnać krajowych krzykaczy antysemickich. Wyjść naprzeciw z całą przezornością, przestrzegać doboru; mniej więcej tak, jak czyni to angielska szlachta. Widać jak na dłoni, że bez najmniejszego wahania mogłoby z nimi jeszcze nawiązać kontakt najsilniejsze i już mocniej ukształtowane typy nowej niemieckości, na przykład szlacheckiego pochodzenia oficerowie z Marchii: z wielu względów interesujące byłoby zobaczyć, czy do dziedziczonej sztuki rozkazywania i posłuchu – w obu tych rzeczach wspomniany kraj dostarcza klasycznych przykładów – nie można by dodać, dohodować geniusza pieniądza i cierpliwości (a przede wszystkim ducha i duchowości, których w wielkiej mierze tam brakuje). Tutaj jednak wypada przerwać moją wesołą teutomanię i uroczystą przemowę: albowiem dotykam już tego, co dla mnie poważne, "problemu europejskiego", tak jak go pojmuję, hodowli nowej rządzącej Europą kasty. –

 

252.

Żadna to filozoficzna rasa – ci Anglicy: Bacon oznacza atak na ducha filozoficznego w ogóle, Hobbes, Hume, Locke poniżenie i umniejszenie wartości pojęcia "filozof" na ponad stulecie. Przeciwko Hume'owi podniósł się i wzniósł Kant: to o Locke'u Schelling mógł powiedzieć: je méprise Locke; w walce z angielsko-mechanistycznym otumanieniem świata jednomyślni byli Hegel i Schopenhauer (wraz z Goethem), dwaj wrodzy bracia-geniusze w filozofii, którzy dążyli do przeciwległych biegunów niemieckiego ducha i wyrządzali sobie przy tym krzywdę, jak właśnie tylko bracia mogą sobie wyrządzać krzywdę. – Czego brakuje w Anglii i zawsze brakowało, wiedział o tym dość dobrze ów półaktor i retor, niedorzeczna, mętna głowa Carlyle, który pod namiętnymi grymasami próbował skryć to, co wiedział o sobie samym: mianowicie to, czego brakowało Carlyle'owi – rzeczywistej mocy duchowej, rzeczywistej głębi duchowego spojrzenia, mówiąc krótko, filozofii. – Taką niefilozoficzną rasę cechuje kurczowe trzymanie się chrześcijaństwa: potrzebuje ona jego dyscypliny do "umoralniania" i uczłowieczania. Anglik, posępniejszy, bardziej zmysłowy, mający silniejszą wolę i brutalniejszy niż Niemiec – jest właśnie dlatego, jako pospolitszy, również pobożniejszy od Niemca: jeszcze bardziej potrzebuje chrześcijaństwa. Dla subtelniejszych nozdrzy to angielskie chrześcijaństwo ma jeszcze prawdziwie angielską woń splinu i alkoholowego wybryku, przeciw którym jak najbardziej zasadnie używa się go jako środka leczniczego – mianowicie najsubtelniejszą truciznę przeciw prymitywniejszej: subtelniejsze zatrucie jest w gruncie rzeczy postępem w wypadku prostackich ludów, szczeblem do uduchowienia. Najbardziej znośnym przebraniem, a poprawniej, najbardziej znośną wykładnią i zmianą znaczenia prostactwa i chłopskiej powagi Anglików są chrześcijańskie gesty i modlitwy oraz śpiewanie psalmów; i dla tej trzody opojów i rozpustników, która niegdyś pod przymusem metodystów, a ostatnio jako Armia Zbawienia uczyła się moralnie chrząkać, spazmy pokutne mogą rzeczywiście być stosunkowo największym osiągnięciem "człowieczeństwa", do jakiego może się ona wznieść: tyle można sprawiedliwie przyznać. Co jednak razi nawet w najbardziej ludzkim Angliku, to, mówiąc metaforycznie (i niemetaforycznie), brak u niego muzyki: w ruchach swej duszy i swego ciała nie ma on taktu i tańca, a nawet potrzeby taktu i tańca, "muzyki". Dość posłuchać, jak mówi; dość popatrzeć, jak chodzą najpiękniejsze Angielki – w żadnym kraju na ziemi nie ma piękniejszych gołębi i łabędzi – wreszcie: dość posłuchać, jak śpiewają! Lecz wymagam za wiele – –

 

253.

Istnieją prawdy, które najlepiej poznają umysły przeciętne, ponieważ są dla nich najbardziej odpowiednie, istnieją prawdy, które mają czar i uwodzicielskie moce jedynie dla przeciętnych duchów: – to być może niemiłe zdanie nasuwa się właśnie teraz, odkąd duch zacnych, ale przeciętnych – wymienię Darwina, Johna Stuarta Milla i Herberta Spencera – zaczyna osiągać przewagę w średniej strefie europejskiego smaku. Rzeczywiście, któż chciałby wątpić w pożytek chwilowego panowania takich duchów? Byłoby błędem uważać właśnie wysoce ukształtowane i szybujące na własną rękę duchy za szczególnie nadające się do stwierdzania, gromadzenia i ujmowania w konkluzje drobnych faktów: będąc wyjątkami raczej z założenia nie są dogodnie usytuowane względem "reguł". W końcu, mają czynić coś więcej, niż tylko poznawać – mianowicie mają być czymś nowym, mają oznaczać coś nowego, mają przedstawiać nowe wartości! Przepaść między "wiedzieć" i "móc" jest być może większa, również bardziej niesamowita, niż się sądzi: niewykluczone, że mogący w wielkim stylu, twórczy będzie musiał być ignorantem – z drugiej zaś strony do naukowych odkryć, takich jak Darwina, nieźle mogą usposabiać pewna ciasnota, oschłość i pilna staranność, krótko mówiąc, coś angielskiego. – Nie zapominamy wreszcie Anglikom, że swoją głęboką przeciętnością już raz spowodowali powszechną depresję europejskiego ducha: to, co zwie się "nowoczesnymi ideami" czy "ideami osiemnastowiecznymi", czy też "ideami francuskimi" – to zatem, przeciw czemu z głęboką odrazą podniósł się niemiecki duch – było angielskiego pochodzenia, nie ma wątpliwości. Francuzi byli jedynie małpami i aktorami tych idei, a także ich najlepszymi żołnierzami, jak również, niestety, ich pierwszymi i największymi ofiarami: albowiem skutkiem przeklętej anglomanii "nowoczesnych idei" âme française tak w końcu zeszczuplała i wychudła, że dziś niemal z niedowierzaniem wspomina się jej szesnasty i siedemnasty wiek, jej głęboką, namiętną siłę, jej dostojną wynalazczość. Tej zasady historycznej słuszności trzeba jednak trzymać się zębami i bronić jej wbrew chwili teraźniejszej i oczywistościom: europejska noblesse – uczucia, smaku, obyczaju, krótko mówiąc, noblesse w każdym wyższym znaczeniu – jest dziełem i wynalazkiem Francji, europejska pospolitość, plebeizm nowoczesnych idei – Anglii.

 

254.

Jeszcze dzisiaj Francja jest siedzibą najbardziej uduchowionej i wyrafinowanej kultury europejskiej i wielką szkołą smaku: lecz trzeba umieć odnaleźć tę "Francję smaku". Kto do niej należy, pozostaje w ukryciu: – możliwe, że niewielka jest liczba tych, w których rzeczywiście ona żyje, a przy tym są to ludzie, którzy nazbyt mocno stoją na nogach, po części fataliści, sposępniali, chorzy, po części wydelikaceni i zmanierowani, ludzie, których ambicją jest ukrywanie się. Wszyscy mają coś wspólnego: zatykają uszy na szaloną głupotę i hałaśliwą gębę demokratycznego bourgeois. Rzeczywiście, na pierwszym planie przewala się dzisiaj ogłupiała i spospoliciała Francja – niedawno, podczas pogrzebu Wiktora Hugo święciła ona prawdziwą orgię braku smaku i zarazem podziwu dla samej siebie. Wspólne jest im jeszcze coś innego: dobra wola, by bronić się przed duchową germanizacją – i jeszcze lepsza niezdolność czynienia tego! Być może w tej Francji ducha, która jest także Francją pesymizmu, Schopenhauer zadomowił się już teraz i poczuł się swojsko w większym stopniu niż kiedykolwiek w Niemczech; nie mówiąc o Henryku Heinem, który już dawno wszedł w ciało i krew subtelniejszym i bardziej wymagającym lirykom paryskim, czy o Heglu, który dziś w postaci Taine'a – to znaczy pierwszego żyjącego historyka – wywiera niemal tyrański wpływ. Jeśli zaś chodzi o Wagnera: im bardziej muzyka francuska uczy się kształtować siebie podług rzeczywistych potrzeb âme moderne, tym bardziej będzie "wagneryzowała", co łatwo przepowiedzieć – już teraz w dostatecznym stopniu tak czyni! Trzy są wszakże rzeczy, które pomimo wszelkiej dobrowolnej i niedobrowolnej germanizacji Europy i plebeizacji smaku, Francuzi również dziś mogą z dumą wskazać jako swoje dziedzictwo i własność, a także niezatarte znamię wyższości swej dawnej kultury nad Europą; pierwsza to zdolność do artystycznych namiętności, do oddania się formie, dla której wymyślono, obok tysiąca innych, termin l'art pour l'art: – czegoś takiego nie brakowało we Francji od trzech stuleci i wciąż, dzięki ich respektowi dla "małej liczby", umożliwia ono swego rodzaju muzykę kameralną w literaturze, jakiej w Europie na próżno by szukać –. Drugą rzeczą, dzięki której Francuzi mogą uzasadniać swą wyższość nad Europą, jest ich dawna, wieloraka kultura moralistyczna, dzięki której przeciętnie nawet u nieznaczących romancier gazetowych i przypadkowych boulevardier de Paris można znaleźć psychologiczną wrażliwość i ciekawość, o jakiej na przykład w Niemczech nie ma się pojęcia (pominąwszy już rzecz samą!). Niemcom brak do tego kilku stuleci moralistycznego zwyczaju, którego, jak powiedziano, Francja sobie nie oszczędzała; kto z tego powodu nazywa Niemców "naiwnymi", zachwala tylko ich wady. (Za przeciwieństwo niemieckiego braku doświadczenia i niewinności in voluptate psychologica, który jest całkiem blisko spowinowacony z nudą niemieckich stosunków towarzyskich – i za najbardziej udany wyraz prawdziwie francuskiej ciekawości i inwencji w tym królestwie delikatnych dreszczy może uchodzić Henri Beyle, ów osobliwy, z góry przewidujący i wybiegający wprzód, który napoleońskim tempem przebiegł swoją Europę, wiele stuleci europejskiej duszy jako tropiciel i odkrywca tej duszy: – trzeba było dwóch pokoleń, by go jakoś doścignąć, by odgadnąć niektóre z zagadek, jakie go dręczyły i zachwycały, tego dziwnego epikurejczyka i człowieka znaków zapytania, który był ostatnim wielkim psychologiem Francji –). Istnieje jeszcze trzecie roszczenie do wyższości: w naturze Francuzów istnieje po części udana synteza Północy i Południa, która pozwala im pojmować wiele rzeczy i każe czynić inne, jakich Anglik nigdy nie pojmie; ich temperament, periodycznie zwracający się ku Południu i od Południa się odwracający, w którym od czasu do czasu kipi prowansalska i liguryjska krew, chroni ich przed przeraźliwą szarzyzną Północy i pozbawioną słońca upiornością i anemią pojęciową – naszą niemiecką chorobą smaku, na której nadmiar z wielką stanowczością zaordynowano aktualnie krew i żelazo, to znaczy "wielką politykę" (zgodnie z niebezpieczną sztuką leczenia, która uczy mnie wciąż czekać, ale jak dotąd nie nauczyła mnie jeszcze, jak mieć nadzieję –). Nawet teraz istnieje jeszcze we Francji zrozumienie i wzgląd dla owych rzadkich i rzadko zadowolonych ludzi, którzy są nazbyt rozlegli, by się zadowolić jakąkolwiek ojczyźnianością, i potrafią na Północy kochać Południe, na Południu Północ – dla urodzonych śródlądowców, "dobrych Europejczyków". Dla nich stworzył muzykę Bizet, ten ostatni geniusz, który dojrzał nową piękność i pokusę – który odkrył cząstkę Południa muzyki.

 

255.

Wieloraką ostrożność wobec muzyki niemieckiej uważam za wskazaną. Załóżmy, że ktoś lubi Południe, tak jak ja je lubię jako wielką szkołę zdrowienia, w sprawach ducha i zmysłowości, jako nieokiełznaną pełnię słoneczną i słoneczne rozjaśnienie, które rozpościera się nad samowładnym, wierzącym w siebie istnieniem: no cóż, nauczy się taki wystrzegać nieco niemieckiej muzyki, gdyż na powrót psując mu smak, na powrót psuje mu ona zdrowie. Południowiec taki, nie z pochodzenia, lecz z wiary, musi, jeśli marzy o przyszłości muzyki, marzyć również o wybawieniu muzyki od Północy i mieć w uszach preludium głębszej, potężniejszej, być może bardziej złej i tajemniczej muzyki, jakiejś ponadniemieckiej muzyki, która na widok błękitnego, pożądliwego morza i śródziemnomorskiej jaśni nieba nie przebrzmi, nie zżółknie, nie zblednie, jak to się dzieje z muzyką niemiecką, jakiejś ponadeuropejskiej muzyki, która nawet wobec brunatnych, pustynnych zachodów słońca nadal trwa, której dusza pokrewna jest palmie i wśród wielkich, pięknych, samotnych zwierząt drapieżnych umie się zadomowić i wędrować... Mógłbym sobie wyobrazić muzykę, której najosobliwszy czar polegałby na tym, że niczego nie wiedziałaby już o dobru i złu, lecz że tu i ówdzie przemykałyby się po niej może jakieś żeglarskie tęsknoty, jakieś złociste cienie i tkliwe słabostki: sztukę, która z wielkiej oddali widziałaby, jak uciekają do niej barwy jakiegoś ginącego, stającego się prawie niezrozumiałym świata moralnego i która byłaby gościnna i dostatecznie głęboka, by przyjąć takich zapóźnionych zbiegów. –

 

256.

Za sprawą chorobliwego wyobcowania, jakie między ludami europejskimi spowodowało i wciąż powoduje nacjonalistyczne szaleństwo, a także polityków o krótkim wzroku i szybkiej ręce, któzy dziś dzięki niemu są na szczycie i wcale nie przeczuwają, jak bardzo uprawiana przez nich polityka dezintegrowania z konieczności może być tylko polityką antraktową – za sprawą tego wszystkiego i wielu rzeczy, których dziś nie da się wypowiedzieć, przeocza się teraz lub rozmyślnie i kłamliwie interpretuje najbardziej jednoznaczne oznaki, które oznajmiają, że Europa chce się zjednoczyć. U wszystkich głębszych i rozleglejszych ludzi tego stulecia tajemnicza praca ich duszy w całości była ukierunkowana na przygotowanie drogi do tej nowej syntezy i próbą antycypowania Europejczyka przyszłości: jedynie powierzchownie czy w chwilach słabości, około średniego wieku należeli oni do "ludzi ojczyzny" – tylko odpoczywali od siebie, gdy stawali się "patriotami". Myślę o takich ludziach, jak Napoleon, Goethe, Beethoven, Stendhal, Heinrich Heine, Schopenhauer: niech nie bierze mi się za złe, jeśli zaliczę do nich również Ryszarda Wagnera, co do którego nie powinny nas zwieść jego błędne rozumienie siebie – geniusz jego pokroju rzadko ma prawo rozumieć samego siebie. A tym bardziej, co oczywiste, wrzawa, z jaką obecnie we Francji zamykają się i bronią przed Ryszardem Wagnerem – faktem jest jednak, że francuski późny romantyzm lat czterdziestych i Wagner najściślej się ze sobą wiążą. Na wszystkich wyżynach, we wszystkich głębiach swych potrzeb są oni sobie pokrewni, z gruntu pokrewni. To dusza Europy, jednej Europy przedziera się, pędzi wzwyż poprzez ich wieloraką i niepohamowaną sztukę i tęskni – dokąd? ku nowemu światłu? za nowym słońcem? Ale któż mógłby dokładnie wysłowić coś, czego ci mistrzowie nowych środków językowych jasno wysłowić nie potrafili? To pewne, że dręczyła ich identyczna burza i napór, że w identyczny poszukiwali sposób ci ostatni wielcy poszukiwacze! Wszyscy bez wyjątku opanowani po oczy i uszy przez literaturę – pierwsi to artyści wykształceni na literaturze światowej – przeważnie sami nawet piszący, tworzący, pośrednicy i mieszacze sztuk i zmysłów (Wagner jako muzyk należy do malarzy, jako poeta do muzyków, jako artysta w ogóle do aktorów); wszyscy bez wyjątku fanatykami wyrazu "za wszelką cenę" – zwróciłbym uwagę na Delacroix, najbardziej pokrewnego Wagnerowi -; wszyscy bez wyjątku wielkimi odkrywcami w dziedzinie wzniosłości, a także brzydoty i okropności, a jeszcze większymi odkrywcami w dziedzinie efektów, w dziedzinie pokazu i popisu, w sztuce ekspozycji sklepowych, wszyscy bez wyjątku talentami daleko wykraczającymi poza ich geniusz – na wskroś wirtuozi, z niesamowitym dostępem do wszystkiego, co uwodzi, nęci, przymusza, wstrząsa, urodzeni wrogowie logiki i prostych linii, żądni wszystkiego, co obce, co egzotyczne, co potworne, co krzywe, co wewnętrznie sprzeczne; jako ludzie, Tantale woli, pnący się do góry plebejusze, którzy w tworzeniu i życiu nie czuli się zdolnymi do dostojnego tempo, do lento – pomyślmy, na przykład, o Balzaku – niepohamowani pracownicy, nieomal wyniszczający się pracą; antynomiści i buntownicy w sferze obyczajów, ambitni i nienasyceni bez równowagi i rozkoszy; wszyscy bez wyjątku łamiący się i padający przed chrześcijańskim krzyżem (i słusznie: gdyż któż z nich byłby dość głęboki i pierwotny dla filozofii antychrześcijanina?) – w całości śmiało ryzykujący, cudownie władczy, wysoko latający i wysoko porywający typ wyższego człowieka, który swoje stulecie – a jest to stulecie tłumu? – musiał dopiero uczyć pojęcia "wyższego człowieka"... Niechże niemieccy przyjaciele Wagnera naradzą się, czy w sztuce Wagnerowskiej istnieje coś po prostu niemieckiego, bądź też, czy nie wyróżnia jej właśnie to, że bierze się z ponadniemieckich źródeł i impulsów: przy czym nie można zlekceważyć, jak bardzo do ukształtowania jego typu niezbędny okazał się właśnie Paryż, którego w najbardziej decydującym czasie kazała mu zapragnąć głębia jego instynktów, a także, jak dopiero pod wpływem wzoru francuskich socjalistów mógł się spełnić cały charakter jego wystąpienia, jego samoapostolstwa. Być może bardziej subtelne porównanie wykaże, ku chwale niemieckiej natury Ryszarda Wagnera, że we wszystkim brał rzeczy silniej, bardziej zuchwale, twardo, szczytnie, aniżeli mogli je brać dziewiętnastowieczni Francuzi – dzięki tej okoliczności, że my Niemcy bliżsi jesteśmy barbarzyńcom niż Francuzom –; być może najbardziej osobliwa rzecz, jaką stworzył Ryszard Wagner, na zawsze, a nie tylko na dziś, pozostanie niedostępna, nieodczuwalna, nie do naśladowania dla całej późnej rasy łacińskiej: postać Zygfryda, tego bardzo wolnego człowieka, który w rzeczywistości, jak na smak ludów dawnych i zmurszałych kultur, może okazać się o wiele za wolny, za twardy, za wesoły, za zdrowy, za antykatolicki. Może nawet był on grzechem przeciwko romantyzmowi, ten antyromański Zygfryd: cóż, Wagner sowicie odpokutował za ten grzech, za swych późnych, posępnych dni, gdy – antycypując smak, który tymczasem stał się polityką – z właściwym mu religijnym zapałem zaczął, jeśli nie kroczyć drogą do Rzymu, to w każdym razie ją głosić. – By te ostatnie słowa nie zostały opacznie zrozumiane, przywołam na pomoc kilka dosadnych rymów, które również mniej subtelnym uszom wyjawią, do czego zmierzam, co mam przeciwko "późnemu Wagnerowi" i jego parsifalowej muzyce.

– Niemieckież to jeszcze? –
Niemieckie serce przykre te piski wydało?
Niemieckie tak się odcieleśnia ciało?
Niemieckie jest to rąk klesze wznoszenie,
To kadzidlano-woniejące zmysłów drażnienie?
I niemieckież to zatrzymywanie się, upadanie, zataczanie,
To niepewne bim-bam-dyndanie?
To na Ave dzwonów bicie mniszek oczu strzelanie?
To całe w fałszywym zachwycie ku niebiosom spoglądanie?
– Niemieckież to jeszcze? –
Rozważcie? Czy jeszcze stoicie u bram: –
Gdyż Rzym – wiarę rzymską bez słów słyszycie tam!

 

« Wstecz  |  Dalej »