<< poprzednia strona        

Dopiero na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych sprawa obozu zagłady w Bełżcu nieco odżyła. W tym czasie, w Niemczech postawiono w stan oskarżenia ośmiu byłych SS-manów z załogi obozowej, na czele z adiutantem komendanta obozu, Wirtha, Josefem Oberhauserem. Z niemieckimi organami ścigania współpracowała wówczas Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie, przesyłając do Niemiec wyniki śledztwa z 1945 r. Jako świadek w czasie śledztwa, prowadzonego w latach 1959-1961, a potem procesu w Monachium w 1965 r. pojawił się Rudolf Reder i było to prawdopodobnie ostatnie jego publiczne wystąpienie. Niestety, okazało się, że Reder jako świadek okazał się być mało pomocnym dla sądu krajowego w Monachium, ponieważ w tym czasie był on już niewidomy i nie mógł rozpoznać siedzących na sali zbrodniarzy. Cały proces trwał zaledwie jeden dzień i w jego wyniku tylko Oberhauser został skazany na śmiesznie niski wyrok 4 i pół roku więzienia z uzasadnieniem za pomoc w masowym mordzie. Pozostali byli SS-mani zostali wtedy zwolnieni. Jednakże sprawa obozu zagłady w Bełżcu miała i swój pozytywny aspekt. Po pierwsze na krótko zwróciła uwagę na problem zapomnienia o obozach zagłady, a po drugie, byli członkowie załogi z obozu w Bełżcu zostali zaraz postawieni w stan oskarżenia o zbrodnie popełnione w obozie zagłady w Sobiborze.

Śledztwo i proces członków załogi obozowej z Bełżca stały się być może także jedną z przyczyn wzniesienia pierwszego upamiętnienia na terenie byłego obozu. Na temat śledztwa i procesu ukazywały się wzmianki w prasie lokalnej i ogólnokrajowej. Nikt w Polsce nie mógł wtedy powiedzieć, że sprawa Bełżca nie istnieje. Wreszcie, w 1963 r., na terenie byłego obozu stanął pomnik, który co prawda w sposób bardzo ogólny upamiętniał ofiary, nie wspominając wówczas, że zdecydowana większość z nich to Żydzi polscy, ale w końcu miejsce zostało upamiętnione.

W latach sześćdziesiątych śledztwa i procesy dotyczące również obozu zagłady w Bełżcu toczyły się także na terenie byłego ZSRR – w latach 1962-1963 i w 1965 r. w Kijowie, a następnie, w tym samym roku odbył się kolejny proces, w Krasnodarze. Podczas tych spraw sowieckie organa sądownicze postawiły w stan oskarżenia kilkudziesięciu byłych wachmanów, szkolonych wcześniej w Trawnikach, a następnie służących w obozach zagłady (w tym również i w Bełżcu) oraz obozach pracy i koncentracyjnych. Na procesy te, w przeciwieństwie procesu monachijskiego, zaproszeni zostali także świadkowie z Polski, w tym również kilku mieszkańców Bełżca. W procesach tych zapadły bardzo wysokie wyroki, łącznie z kilkoma karami śmierci.

Był to okres, kiedy można było bardziej zająć się dziejami obozu zagłady w Bełżcu, jak również i innymi obozami, jednakże, poza postawieniem pomnika i wydaniem kilku zbiorów pocztówek, nikt nie zajął się badaniem dziejów tego obozu. Ostatecznie milczenie nad nim przyklepał rok 1968 i kampania antysemicka zorganizowana w Polsce przez władze komunistyczne. Nad dziejami Żydów zapadła w ogóle zmowa milczenia, która trwała aż do początków lat osiemdziesiątych. Być może Bełżec istniał w lokalnej pamięci mieszkańców okolic tej miejscowości, ale nie przekładało się to na wiedzę powszechną, zarówno w kraju, jak i zagranicą. Nawet sam teren obozu, chociaż sprzątany przez młodzież ze szkoły w Bełżcu, sprawiał wrażenie bardzo mocno zaniedbanego i to jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy zaczęły tu przyjeżdżać grupy zagraniczne.

Poza Polską wiedza o Bełżcu, poza rodzinami ofiar, była prawie żadna i w zasadzie nie pomogła tu nawet publikacja Y. Arada, cytowana w tym tekście. Niejednokrotnie wiele osób, w tym także niektórzy, którzy chcieli uchodzić za znawców tematu, mylili Bełżec z obozem koncentracyjnym Bergen-Belsen. Przyczyną takiego stanu rzeczy był przede wszystkim fakt, że nie było ocalałych z tego obozu, którzy mogli się upomnieć o pamięć o tym miejscu.

Obóz zagłady w Bełżcu, chociaż pod względem liczby ofiar był trzecim obozem po Auschwitz-Birkenau i Treblince, był prawie w ogóle nieznany. Niewiele osób w Polsce kojarzyło go z miejscem zagłady całych społeczności żydowskich. Klasycznym przykładem był Lublin, w którym przeciętny mieszkaniec miasta, jeżeli kojarzył coś z zagładą lokalnych Żydów, to zawsze wskazywał na obóz koncentracyjny na Majdanku, a nie na obóz zagłady w Bełżcu, gdzie zginęło blisko 2/3 Żydów lubelskich.

Sytuacja z zapomnianym obozem Holocaustu, jakim był Bełżec, zaczęła się zmieniać dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych.

<< poprzednia strona