Małgorzata NocuńMałgorzata Nocuń
Białoruskie szusy
— Podczas gdy świat zachodni cieszy się lukrowanym świętem walentynek, Białoruś ma swoją uroczystość – wielki bieg narciarski. 14 lutego biegną...  »
Michał OkońskiMichał Okoński
Chelsea podzielona?
— A jednak nie mogę przestać pisać o Chelsea. I pretekstem nie jest informacja o gigantycznych stratach, jakie ujawniono właśnie podsumowując kolejny...  »
Rozmiar tekstu: A
Jan Błoński / 11.02.2009

Biedni Polacy patrzą na getto

To był najważniejszy artykuł w historii "Tygodnika Powszechnego", odegrał wielką rolę w historii dialogu polsko-żydowskiego. Błoński analizuje dwa wiersze Miłosza o zagładzie Getta. Powszechnie znany "Campo di Fiori", i drugi, pochodzący z roku 1943, mniej jednoznaczny, trudny, "straszny, bo pełen leku". To ten drugi wiersz zainspirował Jana Błońskiego do napisania poniższego artykułu. Artykuł wywołał burzę, co nie może dziwić, naruszał bowiem głęboko zakorzenione stereotypy polskiego myślenia.
Pierwsza strona "Tygodnika Powszechnego" nr 2/1987 z artykułem Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto"
Pierwsza strona "Tygodnika Powszechnego" nr 2/1987 z artykułem Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto"
Czesław Miłosz wypowiedział kilkakrotnie osobliwe słowa o obowiązku oczyszczenia, który ciąży na polskiej poezji. Oczyszczenia rodzinnej ziemi, która jest – przytaczam – „obciążona, skrwawiona, zbezczeszczona” 1). Obciążać może tylko krew cudza. Krew własna, krew ofiary podsyca wspomnienie, budzi żal, litość, szacunek. Domaga się pamięci, modlitwy, sprawiedliwości. Pozwala także na przebaczenie, chociaż przebaczenie to nie przychodzi łatwo. Inaczej już z krwią cudzą, ale przelaną w sprawiedliwej walce. Mamy prawo do obrony koniecznej, ale to prawo już jest ustępstwem, Chrystus kazał Piotrowi schować miecz... Zapewne więc każda przelana krew domaga się refleksji i pokuty, nie można jednak powiedzieć, aby każda obciążała, bezcześciła ziemię.

Miłosz nie myśli ani o krwi rodzimej, ani o krwi najezdników. Jasne, że myśli o krwi żydowskiej, o ludobójstwie, którego naród polski nie jest winien, ale które dokonało się na naszej ziemi i tę ziemię jakoś na wiek wieków naznaczyło. Poezja, literatura – albo ogólniej, pamięć, zbiorowa świadomość – nie może o tym krwawym i ohydnym znaku zapomnieć. Nie może zachować się tak, jakby go nie było... Słychać jednak czasem głosy (zwłaszcza młode), których ten znak nie porusza. Odrzucamy przecie – powiadają – zasadę odpowiedzialności zbiorowej... Jeśli tak, nie musimy wracać do spraw zapadłych nieodwracalnie w przeszłość. Dość będzie, jeśli zbrodnię potępimy in toto, jak potępiamy wszelką krzywdę, wszelką nikczemność. Odpowiem tak: kraj ojczysty nie jest hotelem, w którym dość sprzątnąć brudy po przypadkowych gościach. Zbudowany jest przede wszystkim z pamięci, inaczej mówiąc, jesteśmy sobą tylko dzięki pamięci o przeszłości. Tą przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż – jako jednostki – nie jesteśmy za tę przeszłość bezpośrednio odpowiedzialni. Musimy nosić ją w sobie, chociaż bywa to przykre czy bolesne. I winniśmy dążyć do tego, aby ją oczyścić.

Ale jak? Oczyścić pole Kaina to – najpierw – pamiętać o Ablu. Ów Abel nie był sam, mieszkał w naszym domu (na naszej ziemi), a więc we wspólnym domu na wspólnej ziemi. Krew została na ścianach, wsiąkła w ziemię czy chcemy, czy nie. Wsiąkła w naszą pamięć; w nas samych. Więc nas samych musimy oczyścić, czyli zobaczyć siebie w prawdzie. Bez tego dom, ziemia, my sami pozostaniemy zbrukani. Taki jest sens słów poety, jeżeli je dobrze rozumiem. Tak w każdym razie widzi on swój obowiązek, wzywając niejako nas wszystkich, abyśmy także swego obowiązku dopełnili.

Jak to jest trudne, dowodzi znany bardzo wiersz Miłosza, Campo di Fiori. Opowiada o karuzeli, którą – chciał traf, ale jaki to znaczący, osobliwy traf – zmontowano w Warszawie, na placu Krasińskich, tuz przed wybuchem powstania w getcie. Gdy zaczęły się walki, karuzelowy interes nie przestał funkcjonować, gromadził dalej dzieci, młodzież, gapiów.

 

            Czasem wiatr z domów płonących
            Przynosił czarne latawce,
            Łapali płatki w powietrzu
            Jadący na karuzeli.
            Rozwiewał suknie dziewczynom
            Ten wiatr od domów płonących,
            Śmiały się tłumy wesołe
            W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

Miłosz porównuje „wesołe tłumy” z rzymskimi przekupniami, którzy – w chwilę po spaleniu Giordana Bruna – powrócili do swoich zajęć, ciesząc się „różowymi owocami morza”, „koszami oliwek i cytryn”. I kończy refleksją o „samotności ginących”, której sprzeciwia się „słowo poety”. Tylko tak może ono – zdaje się mówić – „ocalić” to, co można jeszcze ocalić, ocalając zaś, oczyszcza naszą pamięć buntem przeciwko mijaniu i „zapomnieniu”, co rośnie „Nim jeszcze płomień przygasnął”.
Średnia ocena: