O NAS W NUMERZE AKTUALNE WYDANIE GP SKLEP PRENUMERATA OGŁOSZENIA KONTAKT WIADOMOSCI


Nr 13 sobota 21 czerwca, 2008

Kronika Polonii
Moim zdaniem
Prosto z Polski
Biesiada kulturalna
Natura kontra medycyna

 

 


 Biesiada kulturalna

Mazowieckie korzenie Marii

WOJCIECH A. WIERZEWSKI

Książka Teresy Kaczorowskiej pt. „Córka mazowieckich równin”, wydana niedawno w Ciechanowie z pomocą tamtejszej Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora, przygotowywana była z myślą o uczczeniu 140. rocznicy urodzin wielkiej polskiej badaczki, dwukrotnej noblistki, Marii Skłodowskiej-Curie, która, paradoksalnie, bardziej dziś przykuwa uwagę ludzi Zachodu niż nowych pokoleń w kraju, często przekonanych, że rad odkryła Francuzka.

Jedna z ostatnich głośnych książek poświęcona tej postaci, autorstwa Françoise Giroud, „Marie Curie – a Life”, koncentruje się przede wszystkim na prekursorsko feministycznej charakterystyce żony profesora Pierre’a Curie z Paryża, jako osoby wyprzedzajacej całą epokę, wyemancypowanej, niezależnej i w dodatku nieskorumpowanej. Giroud powołuje się tu na zdanie Alberta Einsteina, który miał powiedzieć, że „Maria Curie była zapewnie jedyną osobą nie skorumpowaną przez zdobytą przez siebie sławę”. Istotnie, i w tym także przypadku Albert Einstein z pewnością się nie mylił.

Kierująca od lat ciechanowskim oddziałem Związku Literatów Polskich, znana dotąd z kilku cennych książek o dzieciach Katynia i historyku Polonii Mieczysławie Haimanie, Teresa Kaczorowska uznała, że nadeszła pora, aby rzucić więcej światła na polską młodość Marii Skłodowskiej w Warszawie i na Mazowszu, zanim została „Madame Curie” i ruszyła w wielki świat, stając się jedną z legendarnych postaci XX w. w nauce, o której Hollywood jeszcze przed wojną nakręcił film z gwiazdorską obsadą (Marię Skłodowską zagrała sama Greer Garson). Natomiast powiem już na wstępie, że decyzja, aby powrócić po latach do życia i całej krajowej działalności Marii Skłodowskiej-Curie była krokiem błogosławionym. Bowiem pod bystrym okiem i barwnym piórem Teresy Kaczorowskiej powstała dla dzisiejszych pokoleń prawdziwie pasjonująca książka o kobiecie i Polce z końca XIX stulecia, którą czyta się łatwo i zajmująco, co skutecznie przyczynić się może do powrotu popularności tej cokolwiek zapomnianej dziś postaci. Z korzyścią i pożytkiem dla nas wszystkich.

Stało się tak nie bez przyczyny: autorka przyznaje, że czytając materiały i dokumenty sprzed lat dotyczące Marii Skłodowskiej, miała wrażenie, że nie tylko doskonale rozumie jej dylematy i często bolesne doświadczenia, ale czuje osobiście jej psychikę i motywację, niemal jak bratniej duszy. Ten niewątpliwy emocjonalny pomost między zdarzeniami sprzed ponad stu lat a chwilą obecną sprawia, że lektura przez moment nawet nie wydaje się „rocznicowa”, a więc trochę sztuczna i przymuszona, ale wręcz przeciwnie, całe życie Marii i jej pokolenia pokazane zostaje tutaj naprawdę od środka, ze zrozumieniem i żywym stosunkiem własnym, tak bardzo potrzebnym dla ożywienia zainteresowania praktycznie wszystkim, co wiązało się z karierą, drogą życiową, wreszcie kapitalnymi sukcesami naszej wielkiej noblistki, godnej – z wielu powodów i racji – do wspominania, podziwiania i pamiętania. To naprawdę niezaprzeczalny atut książki o „córce mazowieckich równin”, która w moim przekonaniu ma pełne szanse pozyskać młodych czytelników w kraju i otworzyć im nie tylko oczy, ale i serca, czego pozycji o prominentnej postaci naszej przeszłości trzeba zawsze życzyć.

Kaczorowska zdołała w swej książce przekonać, że jest bardzo wiele powodów do szczerej admiracji Polki, która osiągnęła światowy sukces dzięki działaniu odpowiedzialnemu i podporządkowanemu raz obranemu celowi życia. Pokazała też, dlaczego mamy powody do uzasadnionej dumy z tego, co tamta dziewczyna, a potem kobieta, zdołała osiągnąć. Przede wszystkim z racji, w jakim stylu tego dokonywała. Jest się rzeczywiście czego uczyć. Nie jest to w dodatku odosobniony pogląd ani subiektywne stanowisko Kaczorowskiej, wystarczy sięgnąć do wspominanej wcześniej biografii Françoise Giroud (wydanej w połowie lat 80.), która nie kryje własnego feministycznego uznania dla Marii Skłodowskiej, raz po raz głosząc, że to, co mówiła i pisała Curie, podobnie jak w życiu postępowała, nadaje się wprost do współczesnej antologii kobiecej klasyki. A przecież cały życiowy start Marii, nie mówiąc o latach nauki i dalszej pracy naukowej, którym Teresa Kaczorowska poświęca celowo najwięcej miejsca w swojej polskiej monografii, należały do wyjątkowo trudnych. Przyszła odkrywczyni radu i polonu, także pierwsza w historii kobieta profesor na paryskiej Sorbonie, przyszła na świat jako piąte dziecko w ubogiej warszawskiej rodzinie nauczycielskiej, która z najwyższym trudem wiązała koniec z końcem. Na dodatek, jej przedsiębiorcza i dzielna matka chorowała na suchoty, i to właśnie gruźlica zabrała ją dość wcześnie z tego świata.

Bardzo wymowne jest szlacheckie i inteligenckie tło, zazwyczaj przez autorów obcych niedoceniane i pomijane, jakie rozbudowuje autorka nowej książki, gdyż zarówno rodzina ze strony ojca, jak i matki utraciła pozycję i majątki z racji patriotycznego zaangażowania się w powstańczą konspirację i zrywy, co wydaje im piękne świadectwo, ale też skazało na start od zera każde z późniejszych pokoleń, jak zdarzyło się to i w przypadku Marii, a także jej starszych sióstr i brata. Studiując zapiski młodej Marii z jej lat gimnazjalnych i młodzieńczej pracy korepetytorskiej, na którą od wczesnych lat została z życiowej konieczności skazana, Kaczorowska roztacza przed nami bogatą wiedzę na temat tamtej „Mani”, wobec której żywi swoisty kult. Skłodowska posiadała fenomenalną pamięć i wyjątkową bystrość umysłu, rzadką koncentrację i wytrwałość, wszystko to predystynowało ją do kariery, jaką ostatecznie obrała. Miała też i słabe zdrowie, co dawało znać o sobie w jej częstych w tamtym okresie życia depresyjnych nastrojach. Autorka drobiazgowo zajmuje się jej studiami na nielegalnych i tropionych przez carskich inspektorów „latających uniwersytetach”, oferujących wiedzę z ust najlepszych patriotów, podobnie jak samodzielne lata pracy z dziećmi w ciechanowskim dworku zamożnych ziemian, Żórawskich ze Szczuk.

W trakcie prawie czterech lat na samodzielnej placówce, z dala od domu, zaledwie 19-çletnia Maria zdołała doświadczyć osamotnienia, życia wśród obcych, przykry status guwernantki na proszonym chlebie, wreszcie pierwszej, radosnej, ale i zarazem bolesnej miłości, która pozostawiła posmak głębokiego upokorzenia. Jej wychowanek Kazimierz, kiedy poszedł na studia w Warszawie, zrozumiał pociąg, jaki od początku czuł do swojej korepetytorki, która promieniowała inteligencją i ujmowała dziewczęcym urokiem. Przy tym tańczyła i śpiewała, różniła się ogromnie od innych, słowem zdobyła szturmem jego serce i wyobraźnię. Jednak rodzice, zaniepokojeni rozwojem zdarzeń, otwarcie wyrazili swą dezaprobatę dla wszelkich planów małżeństwa z dziewczyną bez grosza przy duszy.

Kazimierz nie zamierzał wejść z nimi w konflikt, nie potrafił zdobyć się na własne zdanie i wybór. Maria wróciła do Warszawy, podjęła studia i pracę w laboratorium, marzyła też o wyjeździe do Paryża, gdzie jej siostra kończyła studia medyczne, na które zresztą szły wszystkie oszczędności Marii. Romans wciąż trwał na odległość, Kazimierz pokusił się w końcu na wyjazd do Zakopanego, gdzie była wtedy Maria, aby raz jeszcze być sam na sam z ukochaną. „Mania”, choć młodzieńczo w nim zadurzona, okazała ostatecznie dumę i honor, odrzucając stanowczo inne propozycje niż małżeństwo.

Rozstanie było dla obojga tragiczne, zostawiło bliznę w obu sercach. Kazimierz zrobił wkrótce doktorat, a potem karierę naukową jako matematyk, został profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezesem Warszawskiego Towarzystwa Naukowego. Oczywiście, śledził dalszą karierę Marii, która teraz miała się zacząć i rychło osiągnąć najwyższe loty. Jak głoszą anegdoty, na stare lata przesiadywał często pod jej pomnikiem w Warszawie przy ul. Wawelskiej, wzniesionym dla podwójnej noblistki. Wybiegliśmy jednak nadto do przodu. W 1891 r., po zerwaniu z Kazimierzem, Maria powróciła do dawnego pomysłu wyjazdu na studia do Paryża, tym bardziej że mieszkała tam już jej siostra, która zdążyła wyjść za mąż. W ich domu odnalazła teraz swój kąt i odbicie dla spóźnionej, własnej kariery. Miała 24 lata i wszystko przed sobą. Kaczorowska trafnie punktuje fenomen niewiarygodnych lat studiów i dalszej drogi naukowej Skłodowskiej. Jedna z zaledwie dwudziestu paru kobiet wśród dwóch tysięcy studentów wydziału nauk ścisłych Sorbony, wytyczała precedens dla przyszłych pokoleń. Chociaż szybko zorientowała się w swoich dużych zaległościach wiedzy, narzuciła sobie twardy program samokształcenia i wkrótce dogoniła rowieśników.

Po zaledwie dwóch latach na Sorbonie została pierwszą studentką w swojej specjalności i kończyła programy przed terminem. Po licencjacie z fizyki zrobiła następny, z matematyki. I to na obcej uczelni, w dodatku w języku, którego się dopiero uczyła! Wtedy w jej życiu niespodzianie zjawił się Piotr Curie, który dzielił tę samą pasją do nauki i badań, a jednocześnie szybko zrozumiał, że natknął się na kobietę geniusza, która zrobiła na nim ogromne wrażenie. Maria wyjechała na lato do Warszawy, co tylko nasiliło wzajemne uczucia pary. Skłodowska miała wciąż złudzenia, że zdoła wrócić do kraju i pracować w swej specjalności. Kiedy jednak odmówiono jej miejsca na Uniwersytecie Jagiellońskim, tylko dlatego, że była kobietą, wróciła do Paryża. Ślub z Piotrem miał miejsce niespełna rok później, w 1895 r. i wtedy rozpoczęło się twórcze życie pary zapalonych fizyków, którzy praktycznie nie wychodzili z laboratorium. Wspólnym hobby stały się tylko długie podróże na rowerach i wyjazdy zagraniczne, które bardzo ich do siebie zbliżyły. Maria odnalazła miłość, partnera, na którym mogła we wszystkim polegać, współpracownika w badaniach, nic zatem dziwnego, że odtąd weszła na szlak nieprawdopodobnych sukcesów, które towarzyszyć jej miały już do końca życia i przedwczesnej śmierci w 1934 r., na niezdiagnozowanego, bo nie znanego wtedy jeszcze raka, rezultatu obcowania z radioaktywnym materiałem przez całe lata eksprymentów.

Najpierw przystąpiła do pracy doktorskiej, która zaowocowała odkryciem dla świata promieniotwórczości i nowych pierwiastków. Następnie dopilnowała Piotra, aby dokończył swój odkładany przez lata doktorat. Krążyła wtedy anegdota, którą Kaczorowska przytacza, „że największym odkryciem Piotra było odnalezienie Marii, a jej wynalazkiem stało się odkrycie promieniotwórczości”. Na świat przyszły niedługo po tym dwie córki Curie: Irena, a potem Ewa (przyszła biografka życia i dokonań matki, która w wieku 103 lat zmarła w 2007 r.), choć ich rodzice zajęci byli przez cały czas swoimi naukowymi eksperymentami. Maria została wykładowczynią na Sorbonie, co było bezprecedensowym wydarzeniem w tamtych latach, ale wciąż oboje przez cztery lata w prymitywnym laboratorium zmagali się z wytopieniem z rud radu i polonu, co było przedsięwzięciem heroicznym, a jednocześnie zabójczym. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, jaką cenę przyjdzie im zapłacić za obcowanie bez jakiegokolwiek zabezpieczenia z promieniotwórczym materiałem. W 1903 r. Maria obroniła doktorat na temat promieni Becquerela, który stał się środowiskową sensacją. Jeszcze większa miała wybuchnąć z końcem tego samego roku, kiedy Szwedzka Królewska Akademia Nauk ogłosiła małżonków Curie swoimi laureatami w dziedzinie fizyki. Nie zdołali odebrać jej sami, nie mogli wyjechać do Sztokholmu. Wysoką nagrodą finansową hojnie obdzielili natychmiast wszystkich potrzebujących i znajomych, łącznie ze studentami i stypendystami.

W trakcie wspólnych lat, Piotr i Maria Curie ogłosili 32 prace naukowe, które przyjęto z najwyższą uwagą. Piotr otrzymał katedrę fizyki na Sorbonie, co stanowiło duży awans dla borykającej się materialnie przez lata pary naukowców. W kwietniu 1906 r. zdarzył się jednak niespodziewany, tragiczny wypadek, w trakcie którego Piotr zginął pod kołami wozu na zabłoconej ulicy. Był to cios dla Marii, która zanotowała, że z tamtą chwilą stała się nagle „nieuleczalnie i żałośnie samotną osobą”. Podjęła jednak dzielnie prowadzenie kursu fizyki na Sorbonie, który przerwała śmierć jej męża, zaś w pracy do wyczerpania szukała sensu dalszego życia. Paradoksalnie, los jej teraz wyjątkowo sprzyjał, uznanie i sława dla jej prac rozszerzały się lawinowo i dla nikogo nie było niespodzianką, kiedy w 1911 r. Królewska Akademia Nauk przyznała jej drugi raz nagrodę Nobla za otrzymanie radu w stanie czystym i zdefiniowanie nowego pierwiastka. Cała delegacja polskich sław nauki, z Henrykiem Sienkiewiczem na czele, zabiegała, by uczona powróciła do Polski, i teraz w kraju prowadziła dalsze swoje badania.

Pomogła stworzyć w Warszawie Towarzystwo Radiologiczne i przez długie późniejsze lata szła mu z wybitną pomocą, ale pozostała we Francji. W latach I wojny światowej, o czym wie się na ogół mało, uruchomiła ruchomą placówkę rentgenowską i sama – jako kierowca i laborant – jeździła na liniach frontu, diagnozując pokaleczonych odłamkami, rannych żołnierzy.

Powojenne lata przyniosły Marii Skłodowskiej-Curie dalsze ogromne sukcesy i rozgłos. Dwukrotnie zapraszano ją do Stanów Zjednoczonych jako wybitną postać nauki i obdarowywano tytułami honoris causa licznych uczelni. Tam też obdarowano ją czystym radem, którego wytworzenie przekraczało możliwości pojedynczej osoby. Ten legendarny gram radu służył do kontynuowania całej serii badań, wreszcie stał się słynnym darem głośnej w świecie Polki dla warszawskiego Instytutu Radowego na Wawelskiej, którym stale się opiekowała. Liga Narodów w Genewie wpisała ją na listę 12 najwybitniejszych osobistości świata (obok Bergsona i Einsteina) w 1922 r., powierzając jej zarazem mandat w Międzynarodowej Komisji Współpracy Intelektualnej. Takiego biegu życia i drogi naukowej skromna dziewczyna z Mazowsza nie mogła sobie nawet wymarzyć w najśmielszych snach. Odwiedziła raz jeszcze Polskę, tuż przed śmiercią, wiosną 1934 r. Zmarła pod Paryżem na początku lipca tego samego roku.

Rok później żona prezydenta RP, Michalina Mościcka, odsłaniała pomnik wielkiej rodaczki, jaki stanął w Warszawie naprzeciw Centrum Onkologii, budynku dawnego Instytutu Radowego, stworzonego przy jej ogromnym udziale. Pomnik ucierpiał od kul podczas powstania warszawskiego, ale kiedy dokonywano jego konserwacji, uznano, by pozostawić te ślady wojny jako znak historii.

Dodajmy, że w Warszawie utworzono w 1967 r. na Starym Mieście, przy ul. Freta, blisko Barbakanu, muzeum poświęcone wybitnej Polce, które ma umowę z analogiczną placówką muzealną w Paryżu, zaś w 1998 r. na Zamku Królewskim w stolicy odbyła się wielka międzynarodowa konferencja pod patronatem UNESCO, starająca się po latach oddać hołd wiekopomnym odkryciom Marii Skłodowskiej-Curie. Takich obchodów w ostatnich latach było znacznie więcej. Ich pełny wykaz można znaleźć w książce Teresy Kaczorowskiej.

Jednocześnie ma miejsce dość smutny proces, jakby wygasania pamięci i słabnięcia wiedzy o polskiej noblistce. Jak pisze autorka omawianej książki w swoich ostatnich słowach: „Na razie jednak, jak określił to jeden z biografów noblistki, Lucjan Biliński, poziom wiedzy o Marii Skłodowskiej-Curie wśród lokalnej społeczności na północnym Mazowszu jest adekwatny do stanu, w jakim znajduje się dawny dwór Żórawskich w Szczukach. Nieszczęsny romans ubogiej, choć nadzwyczaj zdolnej guwernantki przesłonił całą wiedzę o jej ogromnych dokonaniach dla ludzkości, a także jej niewątpliwych zasługach dla Mazowsza.” Dwór – opuszczony i zdewastowany, mający wprawdzie na murach pamiątkową tablicę nawiązującą do pobytu w nim młodej Marii Skłodowskiej – jest wciąż niemym wyrzutem sumienia wobec żywiących krótką pamięć rodaków o swoich najwybitniejszych przedstawicielach z przeszłości.

—————————————————

Teresa Kaczorowska – „Córka mazowieckich równin, czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza”, Ciechanów 2007, str. 200.

Kontakt: pointpub@sbcglobal.net | Telefon: (715) 345-0744 - Strona ogladana 1364 razy
    Księgarnia
    Sklep