Rośnie szczep nieszczepionych

Milena Rachid Chehab

Do Polski dotarła moda na kwestionowanie skuteczności szczepień. Rodzice, nieufni wobec oficjalnej medycyny, coraz częściej rezygnują z tej formy ochrony dzieci

Centralnym punktem obchodzonego właśnie Europejskiego Tygodnia Szczepień jest duża konferencja pod hasłem „Szczepić – dlaczego warto?”. Ale w takich dyskusjach nie biorą udziału zwykli ludzie. Monika Ciszewska z Bydgoszczy swojej 2,5-letniej córki Kingi nie zaszczepi na odrę, choćby nie wiem co. Nie boi się nawet ciągania po sądach,
czym ostatnio (bezzasadnie zresztą) straszył ją sanepid. Dwóch nastoletnich synów pani Moniki szczepionych było zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Zdrowia. Gdy przyszła kolej na najmłodszą Kingę, matka postanowiła dowiedzieć się dokładnie, o co z tymi szczepionkami chodzi i czy koleżanki słusznie straszą ją powikłaniami. Odpowiedzi na swoje wątpliwości szukała w Internecie. Na tej podstawie podjęła decyzję o nieszczepieniu.

Koszmar zachodnich epidemiologów i pediatrów ziszcza się od niedawna także w Polsce – z miesiąca na miesiąc rośnie w siłę ruch antyszczepionkowy. – Nie jest jeszcze tak zorganizowany jak w Europie Zachodniej. Nie ma demonstracji na ulicach czy gremialnego domagania się zniesienia obowiązku szczepień. Ale liczba nieszczepionych dzieci co roku wzrasta o tysiąc – mówi doktor Paweł Grzesiowski, pediatra wakcynolog z Narodowego Instytutu Leków i Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.

Nie szczepimy, bo tak chcemy
Przeciwnicy szczepionek prężnie działają w Internecie. Na kilkunastu forach non stop trwa dyskusja. Pełno tu mrożących krew w żyłach historii, znacznie mniej specjalistycznej wiedzy odwołującej się do badań spełniających naukowe standardy. Pani Monika przed szczepieniem córki kilka razy dziennie śledziła najważniejsze wątki sporów. Każdy nowy użytkownik na wstępie przeważnie dowiaduje się z nich, że szczepionki powodują autyzm, bo zawierają toksyczny związek rtęci w ilościach niemalże przemysłowych. Na poparcie tego twierdzenia dostaje kilkanaście linków, które mają potrzymywać tę tezę, oraz fragmenty pseudonaukowej książki „Szczepienia – niebezpieczne, ukrywane fakty”. Jeśli pogrzebie głębiej, dowie się pewnie, że w grudniu zorganizowano wreszcie poważną konferencję w renomowanym Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, która „przełamała zmowę milczenia”. Nie znajdzie jednak wpisu, że konferencja została ostro skrytykowana przez wakcynologów, którzy cytując wyniki najnowszych badań naukowych, oskarżyli organizatorkę o tendencyjny dobór tematów i gości, wśród których zdecydowanie dominowali przeciwnicy szczepień.

– Nie ma żadnych badań naukowych, które potwierdzałyby związek autyzmu ze szczepionkami, jest natomiast bardzo dużo zbijających tę tezę. Przeprowadzano je na dużych grupach dzieci. A zawartość rtęci w szczepionkach (jeszcze tylko w kilku preparatach, bo z pozostałych zrezygnowano na rzecz nowszych, mniej zanieczyszczonych) jest wielokrotnie mniejsza niż w zwykłej rybie morskiej i nie bardziej szkodliwa nawet dla dziecka niż wiele produktów spożywczych – przekonuje doktor Paweł Stefanoff z Państwowego Zakładu Higieny, współorganizator obchodów Europejskiego Dnia Szczepień w Polsce. Epidemiolodzy podkreślają, że związek między autyzmem a szczepionką jest pozorny – po prostu choroba ujawnia się mniej więcej w tym czasie, kiedy w kalendarzu szczepień zaplanowane są szczepienia przeciwko odrze, śwince i różyczce.

Sporo wątków na forach w rodzaju (część forów umieszczona jest na stronach zwolenników homeopatii i wegan) jest poświęconych powikłaniom. – One oczywiście się pojawiają, ale przecież nawet zwykłe pobranie krwi z palca może skończyć się powikłaniem. Czytając posty antyszczepionkowców, można dojść do mylnego wniosku, że większość szczepień kończy się kalectwem lub przynajmniej ciężką chorobą i alergią – denerwuje się doktor Grzesiowski. – Tymczasem wielu rodziców ulega masowej histerii, nie zważając na to, że szczepienia należą do najbezpieczniejszych zabiegów w medycynie. Działania niepożądane to mniej niż 10 procent przypadków i najczęściej są to niegroźne objawy, takie jak przemijająca gorączka lub obrzęk i ból w miejscu wstrzyknięcia – dodaje pediatra.

Zwyzywać najłatwiej

Wodą na młyn ruchów antyszczepionkowych jest brak rzetelnej informacji. Do tej pory promocją szczepionek zajmowały się głównie produkujące je firmy farmaceutyczne, którym łatwo można zarzucić kierowanie się własnym interesem. Dopiero niedawno powstał pierwszy niezależny portal Szczepienia.info, na którym każda informacja podpisana jest przez konkretnego eksperta. Portal finansowany jest w całości przez Państwowy Zakład Higieny. Brak również rzetelnej dyskusji, w której argumenty mogliby wymienić i przeciwnicy, i zwolennicy szczepień, a pacjenci zdani jedynie na szum informacyjny w Internecie, gdy chcą go skonfrontować z lekarzem, są – jak Monika Ciszewska – zbywani lub nawet wyzywani od idiotów.
– Nie można ośmieszać ludzi, którzy przekonują, że coś jest szkodliwe. Szczególnie w sytuacji, gdy tak jak teraz obserwujemy wzrost zainteresowania medycyną alternatywną czy paramedycyną – mówi etyk, profesor Jacek Hołówka.

Zwłaszcza gdy przeciwnicy szczepionek coraz częściej podpierają się medycznymi autorytetami. Za guru polskiego ruchu anty-szczepionkowego uznawany jest emerytowany chirurg z Akademii Medycznej w Gdańsku doktor Jerzy Jaśkowski. Choć nie jest specjalistą, od 30 lat nie ma wątpliwości, że „szczepionki to prawdopodobnie największa pomyłka medycyny XX wieku”. O ich wadach mógłby rozmawiać godzinami: – To nieprawda, że zapobiegają znacznej liczbie zachorowań i zgonów. Spadek śmiertelności w ostatnim stuleciu to zasługa coraz wyższego poziomu higieny, a nie medycyny – przekonuje doktor Jaśkowski. W rozmowie często powołuje się na statystyki, na przykład dotyczące wzrostu zachorowań na błonicę we wschodniej Polsce na początku lat 90. (w czasie epidemii na Ukrainie) mimo obowiązkowych szczepień. Doktor Jaśkowski twierdzi też, że całkowity brak zachorowań na ospę prawdziwą to nie zasługa szczepień, ale samoistne wyginięcie choroby analogiczne do zniknięcia tak zwanych angielskich potów, które w XVIII wieku zdziesiątkowały mieszkańców Gdańska, a dziś nie wiemy nawet, co to właściwie było. Epidemiologów, którzy systematycznie zbijają publicznie tezy Jaśkowskiego, takie argumenty mocno irytują. – To manipulowanie statystykami, bo przecież na nawet najbardziej niedorzeczną tezę znajdą się odpowiednie liczby – podkreśla doktor Stefanoff. – Dopóki jednak hipotezy nie zostaną poparte rzetelnymi badaniami naukowymi, nie mamy prawa straszyć nimi pacjentów.

Obowiązkowe czy nie?
Dla wielu osób lektura forów i pseudonaukowych artykułów kończy się decyzją o nieszczepieniu dziecka. I wtedy zaczynają się schody, bo w Polsce funkcjonuje prawo o obowiązkowych szczepieniach ochronnych. Na ten cel ministerstwo wydaje co roku 60–70 milionów złotych, a najnowsze projekty zakładają dodatkowe dofinansowanie z NFZ, klasyfikując wydatki na szczepienia jako część profilaktyki.
– Szczepienia to jedna z najlepszych pozostałości po PRL-u. Mamy wyszczepialność na poziomie 98 procent, podczas gdy Niemcy, Szwajcaria, Austria i Francja walczą właśnie z epidemią odry – mówi Jan Bondar z sanepidu. UE nie ma wypracowanego jednego systemu ani nawet modelu oceny efektywności nowych szczepionek. – Właśnie rozpisano na niego konkurs. Bo analiza danych medycznych, epidemiologicznych, bezpieczeństwa i skuteczności jest bardzo skomplikowana. Jak określić granicę zachorowalności, przy której wprowadza się szczepienia: jeden czy sto przypadków na sto tysięcy? Ile musi być zgonów czy przypadków kalectwa, by uznać, że szczepionka na daną chorobę jest potrzebna każdemu dziecku? Na te pytania wciąż szukamy odpowiedzi – mówi doktor Grzesiowski.
Uchwalona w grudniu 2008 roku nowa ustawa o zapobieganiu zakażeniom i chorobom zakaźnym jasno mówi o obowiązku szczepienia dzieci na choroby umieszczane co roku w kalendarzu szczepień ochronnych. Jednocześnie nowe prawo nie nakłada kar na rodziców nieprzestrzegających go – to sprzeczne z konstytucją, która mówi o wolności wyboru sposobu leczenia. Grzywnie podlegają natomiast lekarze niewykonujący szczepień zgodnie z procedurami lub nieinformujący pacjentów o ich obowiązku i zaleceniach ministerstwa. To dlatego na forach jest tak wiele porad, jak radzić sobie z pracownikami sanepidu, którzy regularnie dzwonią i ślą listy, lub jak nie zgadzać się przed porodem na obowiązkowe szczepienia przeciwko żółtaczce.

Pani Monika też miała taki problem. – Gdy oświadczyłam w wojewódzkim punkcie szczepień, że nie zgadzam się na szczepienie Kingi, pani doktor zaczęła na nas krzyczeć. Ale się nie ugięłam. Podobnie jak wtedy, gdy straszono mnie sądem – opowiada pani Monika. Po tamtej wizycie skorzystała z porad forumowiczów i zaczęła szukać lekarza, który wypisze odroczenie, dzięki któremu na pewien czas sanepid daje rodzicowi spokój. – Żaden z pediatrów w rodzinie nie chciał się zgodzić. Na szczęście ktoś mi podpowiedział doktora z Trójmiasta, który sam jest przeciwnikiem szczepień i pomaga takim rodzinom jak nasza – mówi pani Monika, która i tak do ortodoksyjnych nie należy, bo córkę na część chorób, na przykład krztusiec i polio, jednak zaszczepiła.
Ale spora część rodziców nie szczepi dzieci na żadne choroby, nawet te najcięższe. Oficjalnie jednak się nie wypowiedzą, bo nie chcą być nękani przez pediatrów czy epidemiologów. Wolą przynosić kolejne zaświadczenia o przeziębieniu dziecka, alergiach czy fikcyjne odroczenia od lekarzy wspierających ruch antyszczepionkowy. Tacy rodzice często podkreślają, że mimo braku szczepień ich dzieci są zdrowe. – Oczywiście! Jest to związane z tak zwaną odpornością zbiorowiskową, która powoduje, że w środowisku osób zaszczepionych nie chorują także niezaszczepieni – zwraca uwagę doktor Stefanoff. – To wygodnictwo. 50 lat temu, gdy głośno było o chorobach takich jak ospa prawdziwa czy polio, które znamy dziś tylko z podręczników, nikt nie ważył się kwestionować zasadności szczepionek, nawet jeśli były one o wiele bardziej zanieczyszczone i niebezpieczne niż teraz.

Kto poniesie konsekwencje

Czy z moralnego punktu widzenia mamy prawo nie szczepić dzieci? Gdzie jest granica, za którą to państwo wie lepiej, jak opiekować się dziećmi? Represjom wobec pacjentów przeciwny jest między innymi doktor Grzesiowski. – Nikt do szczepień zmuszać nie będzie. Nie można karać pacjentów czy rodziców za ich poglądy. Ale co zrobi dziecko, które w wyniku decyzji rodziców nie zostało zaszczepione, a zachoruje na wirusowe zapalenie wątroby typu B i w wieku 20 lat będzie miało marskość wątroby? Czy nie oskarży rodziców o działanie na jego szkodę? – pyta doktor Grzesiowski.

Profesor Hołówka jest zdania, że choć nie można ograniczać praw rodzicielskich z powodu nieszczepienia (na wzór niektórych stanów w USA, gdzie na czas pobytu dziecka w szpitalu odbiera się prawa rodzicielskie świadkom Jehowy, którzy nie uznają transfuzji krwi), państwo ma obowiązek walczyć z lekkomyślnymi rodzicami. – To nie totalitaryzm, ale paternalistyczna rola państwa, które nie czeka, aż się rozprzestrzeni epidemia, tylko jej przeciwdziała. Jeśli rodzice nie przyprowadzają dziecka na szczepienia, nie mając medycznych przeciwwskazań, traktujmy ich tak, jakby nie wysyłali go do szkoły. Niech nie ściga ich sanepid, sąd czy policja i niech płacą kary. Bo przecież narażają na chorobę nie tylko swoje dzieci, ale i innych – nie ma wątpliwości profesor Hołówka.

A może powinno się zacząć od tak zwanego przymusu miękkiego? W USA, gdzie nie ma obowiązkowych szczepień, istnieje presja społeczna wywierana na rodziców. Trudno na przykład oddać dziecko do przedszkola, gdy nie ma ono zrobionych przynajmniej podstawowych szczepień, zaś ubezpieczalnia nie zwraca kosztów leczenia chorób, na które nie było się zaszczepionym. Jeśli w Polsce ustawa będzie dalej liberalizowana i zniknie wszelki przymus, pojawią się epidemie, o które będziemy wtedy obwiniać państwo. Bo antyszczepionkowcy z pewnością wymyślą jakąś zgrabną teorię oczyszczającą ich sumienia.   

Milena Rachid Chehab
"Przekrój" 16/2009

tabela_szczepienia.jpg