[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (14 kwietnia 2000)


EUGENIUSZ SLAWOMIR LAZOWSKI

KUDLACI PRZYJACIELE

Pluszowy niedzwiadek to marzenie dzieci. Prawie na calym swiecie bawia sie nim i go kochaja. Znam doroslych, ktorzy swoje misie z czasow dziecinnych przechowuja jako rzewna pamiatke przez cale zycie. Moj ojciec w dziecinstwie mial prawdziwego, zywego misia do zabawy, na Syberii. Tam sie urodzil, gdzies za Irkuckiem, w osiedlu Macza, przy kopalni zlota. Byl dzieckiem "katorznika" i "zeslanki", to znaczy, ze oboje jego rodzice zostali uwiezieni i skazani za udzial w powstaniu 1863 r. przeciwko carskiej Rosji - matka na zeslanie, a ojciec, z zawodu lekarz, na 13 lat ciezkich robot. W kopalni Macza kopal zloto dla cara. Po latach katorgi przywrocono mu wolnosc, ale nie pelna, bo bez prawa powrotu do ojczyzny.
Jako "wolny czlowiek" dr Edward Lazowski, moj dziadek, przyjal posade lekarza tejze kopalni. Od kilofa i lopaty awansowal do sluchawki lekarskiej. Po latach kopania zlota, za co nie otrzymywal wynagrodzenia, zostal dosc dobrze platnym lekarzem. Wtedy urodzil mu sie syn, Kazimierz - moj ojciec. Po kilku latach pracy w swoim zawodzie, mogl dziadek kupic niewielki majateczek - Polany, dalej od kola polarnego, ale blizej Smolenska.
Dziadek nie lubil polowania. Lubil zwierzeta (odziedziczylem to po nim). Synkowi swemu, Kaziowi, podarowal malego, zywego niedzwiadka. Dano mu na imie Mis. Ilez to dzieci na swiecie moglo mu zazdroscic zabaw i pieszczot z prawdziwym misiem! Ja tego misia bardzo ojcu zazdroscilem. Chociaz zawsze w domu moich rodzicow byl kot albo pies (albo i kot, i pies), a do tego kiedys nawet bialy szczur i jez (zyli w zgodzie!) - o zywym misiu nawet marzyc nie moglem.
Maly Kazio (pozniejszy moj ojciec) o kilka lat wtedy starszy od misia, wychowal go "od szczeniaka". Wlasciwie wychowali sie razem, z tym tylko, ze niedzwiadek rosl szybciej. Spali razem. Kiedy nadeszla jednak chwila, ze Kazia lozko mogloby sie zalamac pod ciezarem niedzwiadka, wybudowano mu specjalna bude. Kazio chcial spac w tej budzie razem z Misiem, ale z powodow dla niego niezrozumialych nie pozwolono mu na to. Mial o to zal do rodzicow, ale poradzil sobie. Kiedykolwiek w ciagu dnia Kazio sie gdzies zapodzial, wiadomo bylo, ze albo spi z Misiem w jego budzie, albo sie z nim bawi. W majateczku tym byly takze inne zwierzeta - psy i konie, ale caly zwierzyniec zyl w zgodzie.
Jedzenie niedzwiedz dostawal pod buda. Dziadek pilnowal, aby Mis byl na scislej diecie wegetarianskiej. Nie wolno mu bylo dac kawalka miesa, nawet do powachania. Wierzono bowiem, ze mieso mogloby w niedzwiedziu obudzic krwiozercze instynkty i wtedy koniec z jego dobrodusznoscia i przyjaznia.
Na noc przywiazywano Misia lancuchem do pala kolo budy. Na dzien spuszczany byl z lancucha i trzymal sie ludzi. Dawal sie glaskac i drapac po kudlach. Domownicy go lubili. Byl pojetny i inteligentny. Kucharka nauczyla go przynosic do kuchni wode ze studni i drzewo na opal. Wydawalo sie, ze chce ludzi nasladowac, bo czesto chodzil na tylnych lapach. Znala go cala okolica. Goscie sie nawet nie dziwili, kiedy podczas przyjecia wkraczal do salonu z taca z filizankami i pomrukujac czestowal ich kawa. Tylko tyle pamietam z tego, co mi ojciec opowiadal o Misiu.
W majateczku tym dziadkowie przezyli kilka lat. Dziadek zginal tragicznie na rosyjskiej ziemi, a babcia z dziecmi (Kazio mial braci i siostre) wrocila do Warszawy. Nie dowiedzialem sie nigdy, co stalo sie z Misiem.
Czy moglem wierzyc memu ojcu, czy wszystko co mi opowiadal o Misiu bylo prawda? Ojciec byl odpowiedzialnym, prawdomownym inteligentem, powaznym i z poczuciem humoru. Wlasnie to jego poczucie humoru budzilo we mnie pewne podejrzenia, czy aby tatus troche nie przesadza. Ale, jak to, wlasnemu ojcu nie wierzyc? Jak nie ojcu, to komu?
Mam specjalny sentyment do niedzwiedzi. Moze z powodu opowiadan ojca o Misiu. W Polsce, poza ogrodem zoologicznym w Warszawie, nigdy tego zwierzecia nie widzialem. Kiedys zima w Tatrach pokazano mi slady niedzwiedzia na sniegu. Czy aby prawdziwe? Nie bardzo w to uwierzylem, tak jak nie bardzo wierzylem wlasnemu ojcu, ze w dziecinstwie bawil sie z prawdziwym niedzwiedziem, az do czasu kiedy... - przeczytalem dwie ksiazki o niedzwiedziach w wojsku polskim! O Basce murmanskiej - slicznej, bialej niedzwiedzicy, maskocie polskiego wojska na Dalekim Wschodzie - Murmansk (w zbiorze opowiadan Kon na wzgorzu Eugeniusza Malaczewskiego) i o brunatnym niedzwiedziu, 35 lat pozniej, Wojtku (ktorego imie jest tytulem ksiazki Wieslawa A. Lasockiego), w Polskich Silach Zbrojnych na Zachodzie - Monte Cassino.
Pierwsze spotkanie "podlotka" w slicznym bialym futerku z polskim zolnierzem zdarzylo sie w Archangielsku. Z tesknoty za ojczyzna, podchorazy Karas, kupil od jakiegos tubylca bialego niedzwiadka plci zenskiej. Nazwal ja Baska. Male to bylo, ale harde. Pogryzla podchorazego (za co dostala lanie) i zagryzla na smierc buldoga, ulubienca brytyjskiego generala, z czym bylo sporo klopotow. Wkrotce jednak polubila zolnierzy i oni ja polubili. Ostatecznie doszlo do tego, ze rozkazem dziennym L. 33, par. 8 przydzielono Basie do baonu Wojska Polskiego na Murmanie z nominacja na "corke regimentu" i zaliczeniem na wikt w Kompanii Karabinow Maszynowych.
Ale skad w Archangielsku znalazl sie angielski buldog ze swym generalem, polski podchorazy Karas i polska Kampania Karabinow Maszynowych?
Byl to czas po rewolucji bolszewickiej 1917 roku. Trwala jeszcze walka pomiedzy Rosja Czerwona i Rosja Biala. Z pomoca Bialym, czyli carskim wojskom walczacym z bolszewikami, w polnocnej, lodowatej Rosji, wyladowaly wojska Ententy. Kogo tam nie bylo? - byli Anglicy, Francuzi, Amerykanie, Kanadyjczycy, Wlosi, Serbowie, Wegrzy, wierni carowi Rosjanie i oczywiscie Polacy, zawsze na wszystkich frontach swiata walczacy "za wasza i nasza...". Polski oddzial skladal sie glownie z Polakow przymusem wcielonych do armii carskiej i Polakow zawieruszonych w te strony.
W Kompanii Karabinow Maszynowych opieke nad Baska powierzono kapralowi, ktory dotychczas szkolil rekrutow. Jak rekrutow, tak i Baske postanowil nauczyc maszerowac na dwoch lapach i w takt muzyki. Pomiedzy mentorem (trenerem?), a uczennica zawiazala sie przyjazn. Baska przyjaznila sie nie tylko ze swoim kapralem, ale tez ze wszystkimi zolnierzami kompanii - nawet calego batalionu. Adorowali ja zolnierze i psuli smakolykami. Za przyjazn odpowiadala przyjaznia. "Cora regimentu" stala sie bozyszczem kompanii i maskota w akcjach bojowych.
Wojska wielu narodow, ktore przybyly na pomoc Bialym, czyli carskiej armii, nie spelnily swego zadania. Bolszewicki komunizm zapanowal w Rosji. Murmanski batalion, wraz z Baska, wrocil do niepodleglej Polski. Osadzono go w Modlinie.
Na dzien przedstawienia batalionu Naczelnikowi Panstwa i defilade, przewieziono zolnierzy koleja do Warszawy. Oddaje teraz glos autorowi ksiazki pt. Kon na wzgorzu:
"Tlumy wylegly przed Dworzec Wiedenski... Z muzyka na czele wybijajac takt po bruku... szedl Baon Murmanski ku Placowi Saskiemu... Baska w poczuciu wagi chwili kroczyla... nie rozgladajac sie... byla juz bowiem bardzo dobrze wychowana osoba... W mig dowiedziano sie o jej imieniu i szmer: ÔBaska, BaskaO elektryzujacymi kregami rozchodzil sie w tlumie... tak doszli na Plac Saski...
Po krotkiej mszy polowej i dlugich przemowieniach..., ktorych Basia wysluchala z poblazaniem... Naczelnik bardzo sie spodobal Basce. Nigdy go przedtem nie widziala, jednak... doszla do przekonania, ze ten czlowiek... z krzaczastymi wasami jest na tym placu figura naczelna... naczelniejsza od kaprala, ktory... ja uczy rozumu... naczelniejsza od dowodcy oddzialu, ktorego kapral sie boi, jak Basia ognia, ba! naczelniejsza nawet od niej samej..., na ktora zwracaja sie wszystkie oczy! Gdy Naczelnik chcac ja poglaskac, wyciagnal reke, bez namyslu podala mu lape, wykonawszy przy tym cos jakby dyg ceremonialny, jakiego by sie nie powstydzila najwytworniejsza dama dworu.
Podczas defilady Baska wywolala w tlumie prawdziwy entuzjazm: piekny byl widok, gdy szla na tylnych lapach, dorownujac wzrostem swemu kapralowi, krok w krok z nim i z reszta oddzialu, zas w momencie przypisanym ustawa, zwrocila leb do Naczelnika, salutujac go dziarsko, jak szeregowy zolnierz z marszu... Istna burza oklaskow byla nagroda Baski".
Koniec zycia Basi, niedzwiedzia-zolnierza, byl smutny. Zabil ja cham-barbarzynca.
Gdzie Rzym, gdzie Krym... Gdzie Syberia? - gdzie Persja? - daleko, bardzo daleko - ale polscy zolnierze, choc o jedno zolnierskie pokolenie pozniej tam tez byli) ("za wasza i nasza..."). Jak Mojzesz z Egiptu, domu niewoli, wywiodl Zydow, tak Anders z domu niewoli, Rosji, wywiodl Polakow. Tylko ze Anders wiodl ich duzo, duzo szybciej.
W gorach polnocnej Persji, w drodze do Palestyny, polscy zolnierze 22. Kompanii Transportowej, znalezli malusienkiego niedzwiadka, sierote po zabitej matce. Zastrzelil ja jakis chlop perski, moze nawet w chwili, kiedy karmila dziecko. Zolnierz potrafi zabic nieprzyjaciela, zwlaszcza tego, co jego chce zabic (takie wzajemne zabijanie sie, nazywaja wojna). Potrafi jednak wzruszyc sie i zaopiekowac wynedznialym malenstwem, zwlaszcza ze niedawno sam cierpial glod i nedze w Zwiazku Sowieckim. Zakrzatali sie wiec zolnierze, znalazla sie butelka po wodce. Znalazlo sie jakies mleko, pewno w proszku lub skondensowane i ciepla woda - przez szmatke zamiast smoczka napoili zwierzatko. Wyssal cala butelke.
Z pelnym brzuszkiem przytulil sie do zolnierza, ktory go karmil, jak do mamy i zasnal. Zolnierzem tym byl kapral Piotr Prendysz. Niedzwiadek okazal sie chlopcem. Piotr nazwal go Wojtkiem i tak zostalo. Ale czy wladze wojskowe pozwola Piotrowi na trzymanie malenkiego wprawdzie, ale badz co badz niedzwiedzia? Wladze pozwolily. Najpierw pan sierzant, potem sam dowodca, major. Wojtek kazdemu z nich dal sie poglaskac i do kazdego sie przytulil. Pan major z miejsca rozkazal sierzantowi wpisac Wojtka na liste zolnierzy kompanii. Wojtek zostal polskim zolnierzem na angielskim zoldzie, z angielskim "wiktem i opierunkiem".
Malenstwo roslo na litrach wypijanego mleka i uczylo sie jesc coraz wieksze porcje naleznego mu zolnierskiego wiktu. Gdy jego jednostka wojskowa dotarla do Palestyny, przydzielono Piotrowi z Wojtkiem osobny namiot. Piotr wymoscil mu wygodne poslanie, ale Wojtek spal w nim tylko wtedy, kiedy Piotra nie bylo w namiocie. Gdy byl - wlazil mu pod koc i tulil sie do niego jak do swej mamy. Kiedy Piotr musial gdzies odjechac, a Wojtek zostal sam, chowal sie w najdalszy kat namiotu i skomlal zalosnie, plakal z tesknoty jak dziecko. Gdy sie Piotr o tym dowiedzial, zaczal zabierac go ze soba. Wkrotce cale transportowe wojsko wiedzialo, ze w jednym z aut obok kierowcy siedzi niedzwiadek. Pozdrawiali go trabieniem.
Z kazdym tygodniem to niedzwiedzie dziecko roslo i roslo. Roslo takze grono jego przyjaciol, do ktorych dolaczyl pies jednego z oficerow angielskich. Razem platali psie figle. Zolnierze lubili bawic sie z Wojtkiem. Nawet mocowac sie, co sprawialo obu strona radosc. Wojtek doskonale wiedzial, ze to zabawa, i nigdy, nawet kiedy dorosl, nie naduzyl swej niedzwiedziej sily. Wiadomo, ze niedzwiedzie sa lakome i lubia slodycze, zwlaszcza miod. Kobiety dawno juz odkryly, ze droga do serc mezczyzn prowadzi przez zoladek. Mezczyzni w mundurach w identyczny sposob zdobywali serce Wojtka. Wojtek zas odkryl, ze przysmaki latwiej zdobyc w kuchni. Byl tam mile widzianym gosciem.
W czasie jednej z podrozy sluzbowych, a Wojtek juz byl wtedy podrostkiem, Piotr musial zatrzymac auto, bo Beduini przepedzali przez droge stado koz i owiec. Wojtek nie wytrzymal. Wpadl w srodek stada. Powstala panika. Kozy i owce zaczely wrzeszczec w swych jezykach: "niedzwiedz! uciekac!" - wiec uciekaly na wszystkie strony, tratujac swych pasterzy. Zrobilo sie wielkie zamieszanie i kurz. Wojtek tak sie tumanu kurzu przestraszyl, ze przygalopowal do samochodu, wskoczyl na swe miejsce i uciekli. Na pewno Beduini nie poblogoslawili ich na droge.
Wojtek mial wiele przygod: kiedys na przyklad, juz w Iraku (listopad 1942) kolo Qisil Ribat, gdzie miescilo sie dowodztwo polskiego 2. Korpusu, 22. Kompanie transportowa zakwaterowano w poblizu obozu Kompanii Sygnalowej Kobiet. Wojtek wyszedl w nocy z namiotu na spacer i zobaczyl cos, czego nigdy jeszcze nie widzial. Sznury suszacej sie damskiej bielizny - "desusy", biustonosze itp. Zerwal te sznury i przyniosl swoim samochodziarzom... Zdarzylo sie tez kiedys, ze Wojtek okazal sie tchorzem. Choc niby mocny, a tak przerazil sie ryku osla, ze uciekal jak szalony.
Minely dwa lata. Wojtek wyrosl i z niedzwiadka stal sie doroslym niedzwiedziem. Przewedrowal ze swymi dwunoznymi kolegami w mundurach przez prawie caly rodkowy Wschod: z polnocnej Persji (teraz Iran) przez Irak, Syrie, Lebanon, Jordan, Palestyne. W Egipcie widzial Kair, Aleksandrie, Sfinksy, piramidy. Byl wszedzie, dokad jego kompania transportowala ludzi lub sprzet wojenny.
Nadszedl czas transportu polskiego wojska do Wloch. Piotr i koledzy obawiali sie, czy uda im sie przewiezc Wojtka z Afryki do Europy. Udalo sie. Anglik, oficer ladunkowy, dal sie przekonac, ze niedzwiedz "budzi ducha wojennego" w polskim zolnierzu. Aby budzic tego "ducha", udalo sie kompanii Piotra zaokretowac takze malpke Kasie, dwie swinki morskie kucharza, psa jednego z oficerow i czyjegos golebia. Do Wloch przewiozl ich "Batory".
W porcie Taranto Wlosi oslupieli z podziwu, gdy pierwsza zywa istote, jaka zobaczyli, byl potezny niedzwiedz. Oslupieli jeszcze bardziej, kiedy ten "potwor" swobodnie i przyjaznie bratal sie z zolnierzami.
22. Kompania Transportowa, a wiec i Wojtek, w rozjazdach po Bliskim Wschodzie i Afryce, nie przeszli jeszcze "chrztu bojowego". Chrzest ten wkrotce nastapil. Linia frontu ustalila sie pod Monte Cassino. Potezny ten bastion umocnien niemieckich w skalistych gorach i ufortyfikowanym starozytnym klasztorem Benedyktynow, trudny byl do zdobycia w drodze armii alianckiej na Rzym. Kilkakrotne natarcia wojsk sprzymierzonych nie powiodly sie.
11 maja 1944 r. przyszla kolej na Polakow. 2. Korpus gen. Andersa ruszyl do natarcia. Na nowo rozgorzala bitwa. Pod ogniem artylerii niemieckiej i bomb, ciezarowki transportowcow dostarczyly amunicje i zywnosc jednostkom walczacym. Grupie Piotra i Wojtka przypadla artyleria. Na pierwsza ture Piotr nie wzial Wojtka. Caly jednak czas i on, i jego towarzysze nie mysleli o niebezpieczenstwach drogi, lecz o Wojtku. Koledzy zas Piotra, gdy wrocil, opowiedzieli mu, ze Wojtek omal sie nie urwal z lancucha, aby biec za ich ciezarowka. Tak ryczal i skamlal, ze przykro bylo na niego patrzec. Po naradzie z kolegami postanowili zabierac Wojtka ze soba. Trudno. Wojna. Jak zgina, to razem. Juz w nastepnej turze Wojtek siedzial na swoim miejscu, przy kierowcy.
Jechali noca, bez swiatel, po kretych, wyboistych drogach gorskich. Konwoj zaatakowaly samoloty Luftwaffe. Wybuchy bomb przerazily Wojtka. Drzal i chowal glowe za plecy Piotra. Na szczescie bomby padaly nie na droge, lecz wzdluz drogi. Tak jednak blisko, ze na dachy wozow spadaly grudy ziemi i kamienie. Wszyscy przezyli chwile strachu.
W ciagu dnia z wozow transportowych za skalna oslona zolnierze recznie donosili artylerzystom skrzynie z pociskami. Bylo tam glosno, bo oni strzelali i do nich strzelano. Wojtek sie do tego halasu przyzwyczail. Nawet nie zwracal uwagi na wybuchy niemieckich pociskow. Natomiast pilnie obserwowal, jak z ciezarowek wyjmowano skrzynie z pociskami. Skrzynie byly ciezkie. W kazdej miescily sie cztery 23-funtowe pociski. Byly tez i 100-funtowe.
Wojtek podszedl do lory. Wyciagnal przednie lapy ku ladujacym. Nie budzilo zadnej watpliwosci, ze gdyby mogl mowic, to by uslyszeli slowa: "Daj, ja zaniose". I zaniosl!! - Malo tego, ze zaniosl raz. Nosil pociski przez caly dzien i nastepne dni, az do dnia zwyciestwa, kiedy Polacy 18 maja zatkneli na szczycie Monte Cassino bialo-czerwona flage. Wykonali zadanie bojowe.
Wszyscy zolnierze 22. Kompanii Transportowej kochali Wojtka, ale od tej bitwy pokochali go jeszcze mocniej. Ba! zostal prawdziwym ich towarzyszem broni - prawie jak "rowny z rownymi". Byli z niego dumni! Na pewno zapamietali go do konca zycia. Slawa Wojtka rozeszla sie w 2. Korpusie. Podziwiali go Anglicy z pobliskich jednostek i Amerykanie.
Jeden z zolnierzy narysowal Wojtka z pociskiem artyleryjskim w ramionach. Znak ten zostal oficjalnie uznany przez wladze wojskowe za godlo 22. Kompanii Transportowej Artylerii. Z duma nosili go towarzysze broni, tak, jak dumnie nosili na mundurach naszywke "Poland".
Wojtek wedrowal gnany losami polskich zolnierzy przez pustynie i gory Bliskiego Wschodu i Afryki do Wloch. Tam zastal go koniec wojny. Wraz z Piotrem, Kompania Transportowa i reszta polskiego wojska dotarl do Szkocji. Zakwaterowano ich w Berwick-on-Tweed (byl to juz koniec pazdziernika 1946 roku). Dotarla tam tez jego slawa. Ustami Piotra udzielal wywiadow reporterom gazet, pozwalal sie fotografowac... Odwiedzali go goscie, a wsrod nich takze czlonkowie Towarzystwa Szkocko-Polskiego. Popularnosc jego wzrosla do tego stopnia, ze na uroczystym zebraniu miejscowej galezi tego towarzystwa, po kwiecistej i wzruszajacej przemowie prezesa, obrano go jednoglosnie dozywotnym czlonkiem.
Piotr kochal Wojtka. Jego troska i troska zolnierzy, przyjaciol Wojtka, bylo - co bedzie dalej? Co sie stanie z Wojtkiem po demobilizacji Polskiej Armii na Zachodzie? Co sie stanie z nimi? Czy wroca do wtedy komunistycznej Polski? Czesc wrocila. Reszta poszla w swiat - do Argentyny, Stanow Zjednoczonych, do Australii nawet. Czesc pozostala w Anglii.
Wojtek zostal rezydentem ogrodu zoologicznego w Edynburgu. Piotr przy pozegnaniu z Wojtkiem mial lzy w oczach. Wojtek byl przekonany, ze Piotr opuszcza go na krotko i wroci, jak to bylo wiele razy przedtem... Nie martwil sie, Piotr wroci... Nie wrocil nigdy.
Szanowany i lubiany przez wszystkich, Wojtek dozyl niedzwiedziej starosci. Przezyl 22 lata zycia (do 1966 r.), z czego piec przesluzyl w Wojsku Polskim. Uhonorowanego go tablica pamiatkowa w ogrodzie zoologicznym, w ktorym zasnal.
W Edynburgu wystawiono mu pomnik. W londynskim polskim muzeum im. Generala Sikorskiego znajduje sie statuetka Wojtka wykonana z marmuru i brazu, a w Imperial War Museum (Londyn) i w Canadian War Museum (Ottawa) wmurowano tablice pamiatkowe ku jego czci.