Ziom Paweł z Tarasu

Kwiecień 7, 2011 - autor: patitap

Rok ten (jak Bóg da i promotor pozwoli) ma być rokiem, w którym szczerząc zęby do obiektywu, powinnam radośnie pierdolnąć beretem w powietrze na znak uzyskania dyplomu i przejścia na własny rachunek. W związku z powyższym wśród rówieśników daje się wyczuć nietypowy popłoch. I nie chodzi tu wcale o studia czy pracę. O sakrament tu idzie. A dokładniej, o kogoś do pary. Ci, którzy już znaleźli, ciągną do ołtarza. Tłocznie i masowo. Dla brylantu, kawalerskiego z laskami, satynowej kiecy, tipsów i fajnej imprezy. Wkładają sobie na łapy obrączki, jeszcze przed ślubem uprzedzając, że po całej hecy i tak nie będą ich nosić. Bo uwiera. Bo niewygodnie. Bo co, jeśli zgubię. Zawieranie małżeństwa przypomina obecnie akceptację regulaminu- klikasz, nie przeczytawszy ani jednego zdania, byle uzyskać szybki dostęp do interesującego cię materiału. A ten bywa różny- czasami jest to jedyna ścieżka prowadząca do alkowy kobiety (spotykane równie często co kwiaty paproci), chęć wyrwania się z domu rodziców (od maminych obiadków i wynoszenia śmieci, do wspólnego em, we wspólne śmieci i obiadki, a także pranie skarpet z froty, gaci w prążki, transfer koszul z krzeseł do szafy, wycieranie zasyfionej wodą i pastą podłogi oraz wiele innych uciech); wpadki i najdurniejsze tłumaczenie świata, że dziecko musi mieć ojca lub niewyjaśnione pragnienie prokreacji i to najczęściej u tych, którym spartański obywatel zaleciłby podwiązanie jajowodów czy fizyczną kastrację. A, sorry, jest jeszcze miłość. Uleczalna, spoko. Po kilku latach nie będzie się już nawet chciało zdejmować obrączki podczas macania cycków obcej kobiety.
Tak, wiem, mnie też jest przykro, że cały świat kręci się wokół dupy.

Na przekór

Marzec 13, 2011 - autor: patitap

Choćby się miało zmierzyć świat inną skalą
i choć na usta się ciśnie, że nonsens
Jest jedna zasada, której byt się nie spala:
Traktuj kobietę dobrze.

Nawet gdyby jej foch cię witał od progu
a jad dziury wypalał w kołdrze
ty się nie poddaj, się nie daj człowieku
I traktuj kobietę dobrze.

Chociażby u szyi wisiała jak kamień
za to w łóżku leżała jak drążek
ty ją przytulaj, wyginaj ten metal
I proszę, traktuj ją dobrze.

Gdyby waliła główką o stołek
bezradna, że pleciesz niemądrze
walcz z sobą do końca, nie ulegaj nerwom
I nadal traktuj ją dobrze.

Jeśliby torbą cisnęła na oślep
strasząc, że w innym rozbudzi żądzę
ty ją pocałuj zamiast się wściekać
Niezmiennie traktując ją dobrze.

I choć krew cię zalewa na myśl
że cierpliwością masz sypać szczodrze
zrobisz to wszystko bez mrugnięcia okiem
bo, bądź co bądź, kochasz tę zołzę.

Spermiał

Luty 26, 2011 - autor: patitap

Kiedyś scenka rodzajowa rysowała się tak: chłop zarzucał na plecy niedźwiedzią skórę, brał pod pachę dzidę, rzucał pa, kochanie i po tygodniu przywlekał do domu martwą dziką sarnę. Dzisiaj facet wkłada ramoneskę, kozaczki z czubkiem, przed wyjściem przeczesuje włosy i przegląda się w lustrze, po czym wyrusza po salaterki ze wzorkiem do Ikei. Naogląda się tam poduszek i firanek, wraca do chałupy i od progu krytykuje swoją domową westalkę za nieestetyczne upięcie zasłonek. Udrapować powinnaś. Udrapować! To jakby Jedi doradzał ci wybór pasteli do powiek w Sephorze. Myśli, że jak odróżnia czerwony mieczyk od zielonego, to wie już wszystko o palecie barw. A propos kolorów, dzisiejszy mężczyzna nie chce zielonych ścian. O nie. On chce mieć ściany w kolorze soczystej mięty. Atłasowego źródła. Nasyconego kiwi. I nie myśl, że łatwo odpuści. Bo on ma WIZJĘ. To nic, że połowę ściany zasłoni durny plakat Manchesteru, powiększony demot z piwem czy ten niedorozwój Simpson. Wizja jest wizją. Na jego pokoju się nie skończy. Nie obejrzysz się, a będzie ci wybierał zastawę. Mój fajniejszy Eks zwykł mawiać, że to, na czym dostanie obiad jest mu zupełnie obojętne, bo cieszyć się będzie, jeśli w ogóle mu go podam. I to jest, moi drodzy, rzadkość. W większości bowiem przypadków wzorek na talerzu stanie się przedmiotem rozwlekłej debaty. Bo błękitne kwiatki na białym tle pasowałyby lepiej do kuchennych cokolików. I dlaczego te kryształowe kieliszki są w tulipany, a nie w róże? To dopiero przedsmak, daniem głównym będzie zjechanie cię jak psa za brak czegoś zielonego dla ożywienia dania na talerzu. I urbi et orbi głoszone pretensje, że jak to, pierogi z paczki? To już ulepić nie łaska? Wymaga się od nas, żebyśmy wzorem naszych babć, latami pracowały na boczną skoliozę, własnoręcznie obrabiając karpie, wałkując ciasta i klepiąc schabiki. Ale gdy siada akumulator, musimy dzwonić do ojców i dziadków. No sorry, girls, ale rówieśnicy nie lubią brudzić sobie rączek. A gdyby nawet skłonni byli do takich poświęceń, to przecież i tak nie znają się na kabelkach.

Pod pręgierzem

Luty 15, 2011 - autor: patitap

Dopóki nie kupisz ekspresu do kawy, co dzień pompować będziesz w siebie turecką zawiesinę. Dopóki nie odkryjesz, że w muzeum znajduje się znany obraz, zawisać będziesz w mikro salkach nad kolekcją łupków. Tak też dopóki nie wejdziesz do poznańskiej knajpy od progu stwierdzając, że odtąd pub ten będzie twoim stałym piwopojem, umawiać się będziesz pod pręgierzem. Miejsce dookreślone, mimo że na agorze, to jednak wyznacza sam środek areny. W centrum gromadzą się łanie tudzież antylopy, zwykle stadnie, lecz bywa inaczej. Miejscówka to dość pesząca, zwłaszcza dla typu niuśki-wstydziuszki, która czekając tam na przybycie chłopaka poznanego w sieci, na dzień dobry ustawia się do odstrzału niczym puszka na pieńku. Wokół krążą bowiem lwy. Tygrysy z postawionym kołnierzem. Długie, niedożywione pantery w druciakach. Krążą i wąchają. Najpierw overlook po przystawkach. Które mięsko dla kogo. Czy ta mała z nogawką w kozaku, obchodząca słup w pozycji pręż-wypręż, to faktycznie piciątko ze zdjęcia na facebooku. Ogląd tyłu, frontu oraz fontów. Miarka w oku, studnia w sercu. Delikwent bierze głęboki wdech i w końcu podchodzi. Ona nerwowo chichocze, gdy on wręcza jej różę. Długą, wiadomo (nigdy nie pojmę uroku różanej tyci-główki na długim badylu; jakby nie można było trzech krótkich kwiatków zamiast). Jeśli randka okaże się failem, będzie mogła cisnąć tym łykiem do wiadra. Tak czy inaczej, łażenie z tą różą w łapci będzie ją peszyć przez cały wieczór. Do torebki schować nie wypada ani się nie opłaca. Wiem z doświadczenia. Zdarzyło mi się, nie powiem. Kwiat zdechł był, a facet rozpłynął się w gnuśnym fochu. I przez długi czas potem nie było czym karmić mojego zielnika.
Po uściskach dłoni, akcencie ogrodniczym i buzi w policzek, ona pozwoli mu wybrać knajpę. Najchętniej coś by zasugerowała, ale siedzi cicho, w końcu to on ma być liderem. On wybierze źle, kierując się ceną piwa zamiast przytulnością wnętrza. Ona będzie powoli sączyć drinka, żeby nie wyjść na alkomaniaczkę, mimo że w normalnych warunkach już dawno wlałaby w siebie ze trzy. Będą wzbijać się na tematy ważne, pocić, poprawiać włosy, ukrywać zespół niespokojnych nóg i pukających palców. Potem on odprowadzi ją na przystanek, by wspólnie wypatrywać tramwaju. Aż w końcu każde z nich wróci do domu i zacznie się najgorsze. Czekanie.
Boże, jak dobrze, że mam już za sobą etap pierwszych randek.

Shitadło

Grudzień 29, 2010 - autor: patitap

Ilekroć bluzg rozrywa mi tętnice i czai się gdzieś w okolicy węzłów, by nadąć się niczym objaw szalejącej dżumy, przekręcam nieśmiało główkę, pukając się w czółko z retorycznym i na co, i komu i w sumie dlaczego? Stoicki boginek uśmiecha się łagodnie, gdy zamiast tarzać się po dywanie w miotanym oburzeniem ciałoskręcie, wyginam kończyny w kwiecie lotosu (między Bogiem a prawdą- w czymś, co nie zasługuje na miano li samej łodygi). A przecież moje skromne pole wkurwu i rozpaczy zdążyło już obrodzić w całkiem słuszne kwiatki. Weźmy taki spór o literaturę, na przykład. Takiego Paulo Coelho, o którym niektórzy mówią, że regularnie sieje chłam i płodzi grafomańską sieczkę. Na Fejsie mnożą się grupy, które niedługo wypalą sobie żarzącym się prętem quasi-swastykę z przekreśloną twarzą Brazylijczyka na czole. Nienawidzimy! Gardzimy! Plujemy! Moja tolerancja dla czytelniczych upodobań Rodaków jest głęboka niczym miłosne bajorko Julii, aczkolwiek emanacja pogardy ze strony tych, którzy w swoich komentarzach potykają się o ułomność własnej ortografii, wymierzona w stronę faceta, który więcej nocy zarwał z piórem niż z kobietą, budzi moją głęboką odrazę. Jakkolwiek fascynacja twórczością Paulo Coelho zniknęła wraz z ukończeniem przeze mnie gimnazjum, nie odważę się lżyć publicznie nikogo, kto do przeczytania swojego drukowanego tekstu zdołał przekonać nie tylko posłusznie oddaną rodzinę, ale i wydawcę oraz tysiące ludzi na świecie. Tendencja otoczenia do zlepiania się w mini-kasty decydujące o tym, kogo wypada mi czytać, a komu powinnam jebnąć w twarz, gdy podzieli się ze mną swoją biblionetką, śmieszy, tumani, przestrasza. W czasach, gdy połowa populacji ogranicza się do czytania Internetu, druga połowa dźga się wzajemnie kościstym paluszkiem za każdą Danielle Steele, Norę Roberts czy innych, których wrzucono do worka przewiązanego wstążką SIARA, OBCIACH ORAZ SHIT. Zasypiaj, Człowieku, nad Sapkowskim, umilaj sobie czas Pilchem, klnij nad Leninem, masturbuj się przy Dianie Palmer, ale czytaj, czytaj, CZYTAJ. I serio, olej tych, którzy wpieprzają się w Twoje literki.

Bo we mnie jest seks

Grudzień 7, 2010 - autor: patitap

Stoję na koncercie Ani Dąbrowskiej, która przystrojona piórami niczym spacyfikowany Big Bird, wydaje z siebie nastrojowe dźwięki. Śpiewa pięknie, jak zawsze. Pół godziny wcześniej, w metrum szesnastkowego tik-tak (powszechnie bowiem wiadomo, że zegary w moim domu chodzą w takt tego, jak bardzo się śpieszę), biegam z jedną nogą w rajstopach, gorączkowo poszukując bluzki, by chwilę później, uczesana na angielską guwernantkę (obowiązkowe dwie wsuwki na boku i seksapil Mary Poppins) balansować między szosą, poboczem i grubą warstwą śniegu, posiłkując się pedałem gazu wyłącznie w granicach tłumionego przez pośpiech rozsądku. Wieczna cholerna spóźnialska, syczę pod nosem, parkując w niedozwolonym miejscu pod drzewem, niczym spuszczony z łańcucha jamnik w desperacji. Docieram jednak na koncert, by ze sporym tłumem pobujać się do Bang, bang. Jest ciemno, duszno, trochę kręci mi się w głowie i nie przestaje nawet wtedy, gdy pochylam się lekko, unikając krążących po sali laserów. Aż nagle blackout. Świadomość odzyskuję jakiś metr nad ziemią, wciskając nos w czyjąś męską bluzę. Sto osiemdziesiąt centymetrów żywego mięcha trzymającego się kurczowo dżentelmeńskiej szyi. Właściciel bluzy kładzie mnie na kanapie w holu, skąd macham mu zadziornie wełnianą skarpetą z solidnym górskim trepem. Dita von Teese zdzieliłaby mnie gorsetem po twarzy za brak pończoch ze szwem w takiej sytuacji. Patrzę na chłopaka wzrokiem wdzięcznego chomika, kłaniając się losowi, że odchodzi cały, bez wybitych kręgów wiszących u pachy. Jakby to mógł podsumować pan Jan z Czarnolasu: rodowa drama queen dba o szczegóły oprawy…  zawczasu.

Reader Disgusted

Listopad 27, 2010 - autor: patitap

Mimo usilnych starań, wciąż nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bibliotekarką się rodzi czy zostaje. Czy obrzydzenie widokiem czytelnika jest kwestią predestynacji czy może wyłącznie zawodowego rozczarowania, że książki nie wypożyczają się same i nie wymaszerowują do zainteresowanych. Pomijając absolutne perełki w postaci przemiłych, a nawet zwyczajnie życzliwych pań bibliotekarek, na które dane mi było trafić zaledwie kilka razy w życiu, resztę zbioru wypełnia gęsta zołzowata maź. Szablonowa bibliotekarka niewerbalnie daje do zrozumienia już na dzień dobry, że nie, nie ma, wypożyczona, nie wiem, kiedy będzie i w ogóle spieprzać, a nozdrza rozszerzone ma niebezpiecznie niczym  podjarana samica zobojętniałego byka. Całe jej ciało, łącznie z zasmuconą macicą wysyła w kosmos pytanie retoryczne: czy mogę być tobą jeszcze bardziej zdegustowana, drogi czytelniku? Bo nie wiesz, co oznaczają te wszystkie literki w sygnaturze, bo nie pamiętasz numeru karty, zmuszając ją, by swym wymęczonym zużytym paluszkiem wklepała do kompa dwie pierwsze sylaby twojego nazwiska, bo zadajesz pytania zamiast przestudiować regulamin wypożyczalni – regulamin oczywisty niczym przekaz przed dotknięciem wojskowej enigmy; bo jesteś, oddychasz przez szybkę, broń boże próbując wcisnąć weń głowę, by usłyszeć nosowy mamrot wysyczany półgębkiem.
Siedzenie na tyłku wśród niemych woluminów jest pracą ciężką i absorbującą; pojmijcie to w końcu, niewdzięczni czytelnicy.

Kuchenne rezolucje

Październik 27, 2010 - autor: patitap

Jeżeli najlepszymi kucharzami na świecie są mężczyźni, to niech doprawiają zielsko, lecz nie tykają mięska. Można bowiem zauważyć, że swe kuchenne zwyczaje przenoszą poza wyspę. Podczas gdy kobieta [surprise, surprise!] to nie kurczak. Jak mrozisz przez tydzień, nie oczekuj, że wyjmiesz z zamrażarki, polejesz wrzątkiem i już. Trzy zgrabne słówka versus wielodniowe mrozy. A wystarczyłoby wyjąć wcześniej i dopieszczać dłużej. Dolewać wody w miarę smażenia, by nie ratować wiadrem dwóch zwęglonych udek. Posolić, skosztować, doprawić do smaku, zamiast raz po raz traktować danie najtańszą vegetą. But nope. Wcinamy więc wytrwale jałowe obiadki, licząc na podwieczorek jak kot na whiskacza. Gdy lukier nie spływa, zmieniamy się w zołzy, dla niepoznaki zrzucając na sekwens: PMS-pełnia. Kwas wyżera nam dziury, które niełatane, są jak felerny zawór bostoński dla wypływu uczuć. Z wiatrem. Ku nowemu. Kto obudzi uśpione skurwysyny w brzuchu.

Iurapark

Październik 21, 2010 - autor: patitap

Dotychczas wierzyłam, że to pełnia budzi we mnie gada, który na co dzień truje się własnym jadem, byle nie wypalić skóry bliźniemu swemu. Błąd. Istnieje bowiem krótsza droga do uwolnienia rozdwojonego języka. Wystarczy przejść się na wydział- Collegium Iuridicum. Nie można było po polsku, niestety. Prawnicy mają w sobie pewną manierę, która raz nabyta, jest jak wirus opryszczki. Zaszczepiony, będzie gdzieś tam siedział i na pewnym etapie wyrzyga się ropnym wykwitem na środku inteligenckiego pysia. Cały ten ustawowy syf, passusy łacińskich porzekadeł (paremii, kurwa, paremii!) zmieniają mózgi w rozmemłaną breję. Jest to proces odwracalny, aczkolwiek bywa, że cykl nie zażera. Biedny żak zostaje wtedy z kisielem w głowie, do końca studiów jarając się dźwiękiem swojego własnego głosu zabarwionego wtórną chrypką. Tudzież doznając eksplozji w okolicach krocza, gdy opatrzność zsyła mu kogoś, kto jakimś cudem jeszcze nie wie, że oto dostępuje zaszczytu przelotnego obcowania z adeptem prawa. Taaak. Dla tych momentów warto żyć. To właśnie wtedy można rozpocząć wrzucanie debilnego ‘tak?’ na koniec każdego zdania. Retokurwaryczna nieprzemijająca plaga. Stąd już tylko krok do wpuszczenia w rury komunikacji społecznej prawniczych fekaliów. Podejdziesz pogadać o dupie, odejdziesz werbalnie zgwałcony w warunkach kontratypu. I jeśli nie skończyłeś prawa, to jeszcze podziękujesz. Bo przecież całkiem ładnie brzmi.

Nic to

Wrzesień 8, 2010 - autor: patitap

Mieć dwie lewe ręce
i dwie prawe nogi
rozczochraną fryzurę
poplątane włosy
koszulę rozpiętą pod szyją
dziurawe rajstopy
keczupu na bluzce malowniczą plamę
buty błotem pstrokate

byle czuć obok ciepło kochanej istoty
byle poczuć pod głową jedno silne ramię