POLITYKA

Piątek, 26 sierpnia 2011

Polityka - nr 2 (2636) z dnia 2008-01-12; s. 25

Kraj

Fakty i kity

Pierwszy z kandydatów na prezydenta RP już się zgłosił. Od 10 lat jego głównym źródłem utrzymania jest bycie byłym księdzem. To jego profesja i powołanie. Polska moherowa ma swój antybiegun. I to bardzo zimny.

Roman Kotliński ma 41 lat, jest właścicielem ogólnopolskiej gazety, napisał trzy bestsellery i założył partię. Ma dość duże doświadczenie: 12 lat był ministrantem, później 6 lat seminarium duchownego, 3 lata kapłaństwa i 12 lat antyklerykalizmu na różnych stanowiskach. – Mam chyba odpowiedni mandat, by walczyć z Kościołem – mówi.

Choć na razie poparcie ma minimalne, SLD już kilka lat temu zainwestowało w jego partię. – Sojusz zawsze grał na wielu skrzydłach – mówi Ryszard Zając, były poseł SLD. – Dlatego beton, który psuł europejski wizerunek Sojuszu, z czasem przeniósł się do bardziej radykalnych partii powiązanych z SLD, w tym do partii, którą stworzył Kotliński.

Zresztą Partia Racja nie ma gdzie wystartować poza sojuszem z SLD, a sojuszowi zawsze przyda się nawet ułamek procenta dodatkowych głosów. Nawet jeśli są to głosy wściekłych antyklerykałów.

Lukę rynkową Roman Kotliński dostrzegł dwukrotnie. Pierwszy raz w 1996 r., gdy założył firmę Glass-Plast i zastrzegł w urzędzie patentowym wzór świecącego kieliszka, którego dwa modelowe egzemplarze przywiózł z Kanady. Zupełna nowość. W plastikowej nóżce znajdowała się bateryjka zasilająca lampkę, która podświetlała zawartość kieliszka. Być może, gdyby producenci form do wtryskarki na czas wykonali matrycę kieliszka, Kotliński nie dostrzegłby kolejnej rynkowej luki i byłby dziś europejskim producentem plastikowej zastawy (bo wzór został zastrzeżony w całej Europie). Gdy produkcja z winy kooperantów nie ruszała, Kotliński zaczął pisać z nudów bestseller i podobnie jak Franz Kafka nie zamierzał go pierwotnie nigdzie publikować.

„Jednak jakaś przemożna siła uporczywie wyrzucała mi zaniedbanie i nie mogłem zaznać spokoju, patrząc na rękopis utknięty między książkami w biblioteczce” – taka jest oficjalna wersja rozpoczęcia poszukiwań wydawcy.

Podobnie jak w przypadku Jacka Londona, żaden z wydawców nie odkrył tej żyły złota, którą oferował Kotliński. Nawet Jerzy Urban z tygodnika „Nie” odmówił druku. Dlatego w grudniu 1997 r. autor postanowił książkę sam wydrukować, poszerzając działalność produkcyjną swojej firmy Glass-Plast.

A że książka wydrukowana w 10 tys. egzemplarzy sprzedawała się dość słabo, autor zapakował ją w teczkę i zawiózł do Warszawy, bo słyszał, że tamtejsze hurtownie biorą wszystko od ręki.

Kilkanaście dni później Roman Kotliński zauważył, że stał się osobą publiczną. Pod jego domem stanęli reporterzy radia Zet i RMF, a nawet niemieckiego ZDF. Jednak on najbardziej jest wdzięczny za reklamę „Super Expressowi”, dzięki któremu mógł na dobre rozpocząć swoją walkę z Kościołem. Bo prawdziwa kariera Romana Kotlińskiego rozpoczęła się, gdy udzielił „Super Expressowi” wywiadu, a następnego dnia zobaczył, że okładka jego książki znajduje się na pierwszej stronie dziennika.

– Od tej pory nie nadążam z dodrukami – przyznaje Kotliński, który jest autorem najbardziej spektakularnego debiutu w historii III RP. Książka „Byłem księdzem”, choć, łagodnie mówiąc, nie jest arcydziełem literatury, osiągnęła łączny nakład 600 tys. egzemplarzy. A razem z kolejnymi dwiema częściami („Byłem księdzem II” i „Byłem księdzem III”) sprzedała się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy.

– Okazało się, że bycie antyklerykałem to niezły biznes – mówi autor, który po osiągnięciu sukcesu wydawniczego zupełnie porzucił myśl o produkcji kieliszków. – Dostawałem mnóstwo listów od pokrzywdzonych przez księży, ich konkubin, ich dzieci. Skoro jest tylu zainteresowanych tym problemem, to pomyślałem, że może sprawdzę się jako redaktor naczelny? Odkryłem pewną niszę.

Jeszcze 10 lat temu, po sukcesie wydawniczym, autor pisał: „Zrozumiałem, że jestem powołany do walki o nowy lepszy Kościół nowego Tysiąclecia”. Ale dziś nie wierzy już w Kościół, tylko z nim walczy.

Lepiej z żoną niż z ministrantem

Bycie eksksiędzem, choć ostatnio przynosi nieco mniejsze zyski, zapewnia roczny przychód w wysokości około 6 mln zł, dom na chronionym osiedlu i trzypiętrową kamienicę w centrum Łodzi.

Zanim Roman Kotliński stał się osobą publiczną, niewiele o nim było słychać. Ojciec Marian był górnikiem, matka Alina zajmowała się domem. Starszy o 11 lat brat Krzysztof jest weterynarzem we Włocławku.

Niczym nie wyróżniał się w liceum w Kłodawie. Dlatego ledwo może sobie go przypomnieć jego wychowawca Mieczysław Łoziński. O tym, że chce zostać księdzem, powiedział tylko polonistce Krystynie Świetlik. Potem było seminarium we Włocławku, które rozpoczął w 1986 r. Rektor ks. Jacek Szamański, choć studiował w tym samym czasie, też słabo go pamięta. Biskup Marian Gołębiewski, ówczesny rektor, nie może rozmawiać o przyczynach usunięcia po trzech latach studiów kleryka Kotlińskiego z seminarium. Tajemnica.

Seminarium ukończył w Łodzi i tu w 1993 r. odebrał święcenia kapłańskie. Prorektor ks. Dariusz Kucharski mówi, że gdyby były wtedy jakiekolwiek wątpliwości, to Kotliński nie zostałby wyświęcony. Potem były trzy parafie: w Ruścu pod Bełchatowem, Aleksandrowie i Ozorkowie.

Ksiądz L. mówi, że żaden z księży, którzy zetknęli się z Kotlińskim, nie chce o nim dziś rozmawiać. – To człowiek zdegenerowany i wyjątkowo prymitywnie walczący z Kościołem – mówi ksiądz L.

Wiarę w Kościół ksiądz Kotliński, jak przyznaje, stracił już w Aleksandrowie po przeczytaniu książki „Wielki bój” Hellen White, z której dowiedział się o ofiarach inkwizycji i moralności papieży.

Będąc księdzem w Ozorkowie, poznał dwa lata starszą Ewę, obecną żonę, która była wdową i prowadziła w rodzinnej Kłodawie warsztat samochodowy. Pierwszą wspólną noc spędzili na parafii w Ozorkowie. I żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu nie miał: – Wolałem z żoną niż z ministrantem.

W czerwcu 1996 r. oświadczył się Ewie, a w sierpniu zrzucił sutannę. – Podświadomie szukałem już furtki, przez którą wyjdę z Kościoła.

Po sukcesie „Byłem księdzem” Kotliński zakłada w 1998 r. Stowarzyszenie Odnowy Kościoła Rzymsko-Katolickiego Na Rzecz Osób Poszkodowanych Przez Kościół, którego siedziba mieściła się w domu Kotlińskich w Bronisinie Dworskim. Według statutu Stowarzyszenie miało prowadzić poważną działalność gospodarczą, z której finansowane byłyby kolonie, ferie dla dzieci księży. A także wydawanie czasopisma, które byłoby organem Stowarzyszenia.

Wśród 15 członków założycieli Stowarzyszenia większość to najbliższa rodzina Ewy i Romana Kotlińskich. Z dokumentów Stowarzyszenia wynika, że oprócz uchwalenia statutu i jednego walnego zebrania członków w 1998 r. nic więcej się nie działo. Jedyną ciekawostką jest to, że przyszli antyklerykałowie zakończyli spotkanie modlitwą „Ojcze nasz”.

Prywatna wojna z Panem Bogiem

Dwa lata po sukcesie książki „Byłem księdzem” Kotliński kupuje w grudniu 1999 r. łódzką spółkę MIT, przekształca ją w Błaja News i rozpoczyna przygotowania do wydania „Faktów i Mitów” – pierwszego wysokonakładowego antyklerykalnego tygodnika w Polsce. (Aż do września 1997 r., kiedy to jedną trzecią udziałów przejmuje żona Kotlińskiego, Roman jest jedynym jej udziałowcem). Znajomi dziennikarze ostrzegali go, że gazeta taka nie ma żadnych szans w kraju katolickim.

– On dzięki gazecie może prowadzić swoją prywatną walkę z Bogiem – mówi Agnieszka Wołk-Łaniewska, dziennikarka „Nie” i „Trybuny”, która przez miesiąc pracowała w „Faktach i Mitach”. Jej zdaniem pismo skierowane jest do obsesyjnych antyklerykałów, którzy uważają, że jedynym godnym celem działalności jest starcie Kościoła z powierzchni ziemi. – Jest duży odsetek świrów i krucjatorów, którzy uważają, że „Nie” jest zbyt miękkie w walce z Kościołem – mówi Wołk-Łaniewska. – To dla nich są „Fakty i Mity”.

Takim czytelnikom nie przeszkadza, że kapitan Grzegorz Piotrowski po raz kolejny przystosował swoje wspomnienia o zabiciu księdza Jerzego Popiełuszki, tym razem na potrzeby antyklerykalnego tygodnika. Ani to, że stał się personą promującą pismo.

Zresztą wszystko, jak przyznaje redaktor naczelny „Faktów i Mitów”, było dokładnie przemyślane. Redaktor Kotliński zawsze był ciekawy świata, nowych znajomości i ludzi. Więc nie miał żadnych wątpliwości, kiedy znajomy z tygodnika „Angora” zaproponował: „poznam cię z zabójcą Popiełuszki”. Okazało się, że człowiek jest przyjacielski, miły i bardzo inteligentny. (Naczelny nie wierzy, by ktoś taki mógł kogoś zabić).

Przyznaje, że kapitana Piotrowskiego, który był akurat na przepustce z więzienia, potraktował trochę merkantylnie, wynajmując go do promocji nowego produktu. Bo Kotliński pierwszy zrozumiał, że nazwisko Piotrowski to znak firmowy i magnes dla antyklerykałów. I trzeba przyznać, że oprócz Piotrowskiego tygodnik wchodząc na rynek nie miał żadnej innej reklamy. – A tak, przy okazji, zaczęto też mówić, że wystartował nowy tygodnik – dodaje.

Paweł Patora, były prezes łódzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, był 8 lat temu na konferencji prasowej w łódzkim Grand Hotelu, na której Piotrowski z Kotlińskim promowali nowy tygodnik. Pamięta, że ani „Dziennik Łódzki”, ani żadna inna łódzka gazeta nie wspomniała potem słowem o nowej gazecie. I bojkot trwa do dziś.

Piotrowski okazał się nie tylko doskonałym elementem piaru, ale też nieprzebranym źródłem informacji o Kościele, współpracownikach SB i sensacyjnych informacji. Takich jak choćby ta, że 50 na 70 biskupów współpracowało z SB. Jednak wbrew temu, co rozpowiadają nieprzychylne pismu osoby, kapitan Piotrowski nie był nigdy etatowym pracownikiem redakcji, choć pisywał pod pseudonimem Sławomir Janisz. Jego zatrudnieniu sprzeciwiał się ówczesny wicenaczelny Ryszard Zając, były poseł SLD.

Pomysł z mordercą księdza chwycił jednak nadspodziewanie dobrze i już pierwszy numer gazety sam się sfinansował, a kolejne zaczęły przynosić spore zyski (przy sprzedaży, według słów wydawcy, około 70 tys. egzemplarzy). Ani odmowa sprzedaży tygodnika przez Ruch, ani bojkot reklamowy nie spowodowały upadku pisma.

Zdaniem Ryszarda Zająca, problem polega na tym, że gazeta jest tak bardzo agresywna, że nikt nie chce się tam ogłaszać. – Bo taka reklama mogłaby wyrządzić tylko reklamowanemu produktowi szkodę – mówi Ryszard Zając i przyznaje, że nawet przy 20-tys. sprzedaży może zapewniać właścicielowi życie w luksusie, bo redakcja funkcjonuje przy bardzo niskich nakładach. – Oni ściągali teksty i zdjęcia z Internetu i publikowali je bez zgody autora – mówi Zając, który wygrał przed sądem z Błaja News procesy o naruszenie praw autorskich do jego tekstów i zdjęć, opublikowanych bez jego zgody.

Agnieszka Wołk-Łaniewska mówi, że sam fakt, iż gazeta ukazywała się co tydzień, to prawdziwy cud. Naczelny ciągle zmieniał zdanie, nic z nim ustalić nie było można i nie wiadomo było, jakie teksty zostały już zamówione u dziennikarzy, a jakie nie.

Był moment, że wszystkie artykuły, które z jakichś powodów nie mogły trafić na łamy „Nie”, dziennikarze wysyłali do „Faktów i Mitów”, gdzie bez problemu je publikowano. W tygodniku mógł publikować każdy – od Marianny Rokity, późniejszej seksualnej rekordzistki świata, po prof. Joannę Senyszyn z SLD i wiceministra Wiesława Ciesielskiego.

– Po finansowym zawrocie głowy Roman uwierzył, że gazeta to zbyt mało – mówi jeden z byłych dziennikarzy. – On chciał być przywódcą, guru, ideologiem. I uważał, że gazetę kupują jego wyznawcy, a nie czytelnicy.

Piotr Musiał, były szef antyklerykalnej partii Racja, założonej przez Kotlińskiego, mówi, że Roman był tylko iskrą, która uruchomiła zapłon. I to czytelnicy, tacy jak on, poprosili redaktora naczelnego, by przejął patronat nad ruchem politycznym. Komitet założycielski został zaproszony na początku 2002 r. do siedziby „Faktów i Mitów” i składał się w połowie z pracowników redakcji, a w połowie z gości doproszonych przez byłego księdza.

Koncern partyjno-medialny

– Dla Romana była to tylko kolejna odnoga jego koncernu medialnego, promująca pismo – mówi były dziennikarz „Faktów i Mitów”. – A ci, którzy uwierzyli, że jest to niezależna partia, szybko się rozczarowali.

Choć o Antyklerykalnej Partii Postępu Racja Kotliński mówi nadal: „moje dziecko, które wydałem na świat” i jest jej honorowym przewodniczącym, to już rok po jej założeniu obraził się, gdy na przewodniczącego wybrano Piotra Musiała, a nie wskazanego przez niego kandydata. Następnego dnia partia została wyeksmitowana z zajmowanego lokalu w Łodzi należącego do Kotlińskiego, a z łamów „Faktów i Mitów” znikły na długie miesiące wszystkie reklamy promujące Rację.

Szymonowi Niemcowi, byłemu rzecznikowi Racji, najbardziej przeszkadzało w kontaktach ze swoim organem prasowym to, że redaktor naczelny traktował partię jak agencję reklamową tygodnika. I to, że partia służyła mu do kolportowania pisma.

Konflikt sięgnął zenitu w 2005 r., gdy Racja odmówiła poparcia kandydatury redaktora naczelnego, który chciał zostać prezydentem RP. Wcześniej Kotliński odmówił wpłacenia partii 10 tys. zł darowizny, co miało być rekompensatą za zebranie podpisów poparcia, bo jak tłumaczył podczas kampanii w mediach, partia ani razu nie wymieniła tytułu organu dobroczyńcy, czyli „Faktów i Mitów”.

„Nie dam złotówki na rozwój partii, dopóki będą jej przewodzić tacy ludzie jak Pan” – pisał do Marka Motyki, skarbnika Racji, jej honorowy przewodniczący. „Pan z pewnością by smarował miodem dupy swoich wrogów, ja nie”.

Na II kongresie partyjnym w kwietniu 2005 r. Roman Kotliński został jednak oficjalnym kandydatem partii na prezydenta RP, mimo że zarząd Racji uznał to za polityczne samobójstwo i wytykał kandydatowi zbyt bliskie kontakty z kapitanem Piotrowskim. Kotliński w końcu i tak nie wystartował, bo wcześniej zrobiła to Maria Szyszkowska, obecna szefowa Racji. O to honorowy przewodniczący ma trochę do niej pretensji, bo zrobiła to bez porozumienia.

Roman Kotliński, choć nie wierzył w zwycięstwo, chciał podczas kampanii promować antyklerykalne wartości i wspierać „Fakty i Mity”. By jak najwięcej ludzi usłyszało, że żyjemy w państwie wyznaniowym. – Lubię walkę z Kościołem, bo wiem, że mam rację – mówi naczelny. – Nie wystarczy już tylko pisać. Trzeba działać i się organizować. Bo kropla drąży skałę.

Redaktor Kotliński widzi duże zasługi tygodnika w prowadzonej przez siebie krucjacie. Wierzy, że oświeca opinię publiczną co do zgubnej roli Kościoła i księży w życiu każdego Polaka. Fakt, że w pierwszym wystąpieniu po przegranych wyborach Jarosław Kaczyński przywołał „Fakty i Mity”, stawiając je w rzędzie wrogów PiS obok „Gazety Wyborczej” – też o czymś świadczy. I choć ten ogólnopolski wymiar sukcesu jest bezsprzeczny, mąci go nieco drobna porażka, którą Kotliński poniósł ostatnio w życiu osobistym.

Chodzi o 16-letniego pasierba, który jest dla redaktora naczelnego niczym syn. Zaczął chodzić na lekcje religii. Choć Kotliński traktuje to jako policzek, na jego usprawiedliwienie trzeba napisać, że żona podjęła tę decyzję wbrew redaktorowi naczelnemu.

Cezary Łazarewicz