ALMA MATER - miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie


Historyk i antyczni bogowie

...Coraz ciemniej się robi. Czemu te światła gasną?

Taka była ostatnia myśl profesora Aleksandra Krawczuka zanim mrok oblepił go szczelnie i wciągnął do głębi, w której jest tylko ciemność. Działo się to na sali sejmowej, dziesięć lat temu. Ostatni utrwalony w świadomości profesora obraz wraca ze wszystkimi szczegółami, jak klatka filmu. Obrady prowadził Józef Oleksy, na trybunie przemawiał Aleksander Łuczak, a obok w poselskiej ławie siedział prof. Józef Kaleta. I te światła... – Na sali był też obecny minister zdrowia Marek Balicki, który sprawdził się wtedy bardzo dobrze jako lekarz! Poszedł rozległy zawał. Gdybym tak został w hotelu sejmowym – rano sprzątaczka znalazła by mnie tam martwego – zaznacza.

Mało brakowało. Gdyby temat debaty był inny, to na pewno zostałby w sejmowym hotelu, tak czuł się tego dnia zmęczony i słaby. Ale jak tu nie iść na dyskusję poświęconą polityce edukacyjnej? Wprost nie wypadało! Na szczęście Hermes, bóg opiekuńczy ludzi urodzonych pod znakiem Bliźniąt, wywiązał się z zadania – dopowiada.

Prosto z Sejmu pogotowie przewiozło go do lecznicy przy Emilii Plater. Po miesiącu już była znacząca poprawa, lekarz rozważał nawet wyjazd na leczenie sanatoryjne do Konstancina. Profesor leżał w separatce. Żona przychodziła do szpitala codzienne o dziewiątej rano. Tego dnia też. Kiedy mijała dyżurkę pielęgniarek, otrzymała propozycję wypicia kawy, która już nawet na nią czekała. Ale pani Barbara Krawczukowa podziękowała, chciała najpierw zajść do męża.

– Pamiętam ją, jak wchodziła w drzwi, a potem głowa mi opadła i znowu ten sam mrok. Po pierwszym zawale nastąpił drugi. Lekarze mówią o nim: dorzut. Jeszcze bardziej rozległy. Gdyby żona po drodze do szpitala dłużej stała w korku, albo jakby tak weszła do pielęgniarek, albo nawet przystanęła na korytarzu, aby sprawdzić zawartość torebki... Lekarze nie dawali mi szans. – Czy to znaczy, że nasze życie jest w rękach przypadku? – pytam. – Po pierwsze: w rękach ewolucji, a to jest mechanizm bezwzględny i w rękach przypadku. Ale to mnie nie skłania do żadnych religijnych refleksji. Stoję na stanowisku Epikura. Wszystko to są atomy, swobodnie poruszające się, które we wszelkich możliwych konfiguracjach tworzą niezliczoną ilość światów. Nasz jest tylko jednym z nich. A więc może być tak, że te moje przypadki kończą się zupełnie inaczej w innym świecie. A jak? Możliwości nie da się ogarnąć. Tak jak istnieje nieskończony ciąg liczb, tak samo nieskończona jest liczba światów. A w każdym takim świecie realizuje się coś innego. Na przykład w tym świecie zrealizowało się to, że ja z panią rozmawiam. Ale w innym świecie mnie już nie ma, a pani zadaje pytania komuś innemu – mówi profesor. Po chwili milczenia dodaje: – Nie uważam swojego życia za specjalnie ważne i warte dyskusji. Jest to życie zwykłe, monotonne. Urodziłem się w Krakowie i tu pozostałem. Tylko jeden raz, siedemdziesiąt dwa lata temu, zmieniłem miejsce zamieszkania, za to nigdy zawodu, ani zatrudnienia. Pisałem książki nie odkrywcze, no może jedyną moją zasługą jest to, że ożywiłem zainteresowania starożytnością oraz świadomość, że w cząstce jesteśmy spadkobiercami kultury greckiej i rzymskiej...

Pochylona gałąź

– Najdawniejszy utrwalony w pamięci obraz z dzieciństwa jest taki, że jacyś ludzie biegają po schodach, owijają druty, zakładają pierwsze radio na słuchawki. Działo się to w ich mieszkaniu, na trzecim piętrze, pod numerem 15 w Rynku Głównym. Nie wiem, ile miałem wtedy lat. Może pięć? Kiedy miałem sześć lat, ojciec zmarł. Jeśli chłopiec traci ojca w tym wieku, to potem żyje w cieniu śmierci. Tego się niczym nie wyrówna, nie zaleczy, trauma zostaje – taśma magnetofonowa rejestruje głos profesora.. Tłumacząc dalej stan emocji osieroconego dziecka nie dało się uniknąć żalu, że rówieśnicy ojców mają, a on nie i spotkała go niczym niezasłużona kara, tylko dlaczego? Tego profesor Krawczuk już mi nie mówi. Jest natomiast jedna prawidłowość, którą u siebie obserwuje i która go martwi. Jeśli kogoś widzi po raz ostatni przed jego śmiercią, wyczuwa trudny do zdefiniowania niepokój. Tego uczucia doznał, kiedy w latach pięćdziesiątych, jako młody asystent, spotkał kiedyś na ulicy prof. Ludwika Piotrowicza z żoną. Piotrowicz do niego z uśmiechem, że właśnie wyjeżdżają razem do Zakopanego. Aleksander Krawczuk też z uśmiechem, ale po cichu, sam do siebie z pretensjami: co też znowu? Dlaczego? Po raz pierwszy tego niewytłumaczalnego niepokoju doznał w dzieciństwie, kiedy ojciec przed pójściem do szpitala podszedł do jego łóżeczka uśmiechnięty, aby się pożegnać na te parę dni, które przecież szybko miną. To była prosta operacja, która się udała. Po informacji, że wszystko jest w porządku, Maria Krawczukowa 1 maja 1928 roku poszła odwiedzić męża. Weszła na salę, patrzy – a jego łóżko jest zasłane i puste. Szedł za trumną z młodszym bratem i mamą, która wtedy oczekiwała trzeciego dziecka. Dużo ludzi razem z nimi. Przemówienia. Ojciec był kierownikiem Drukarni Związkowej przy ul. Mikołajskiej, drukarzem, prezesem Związku Zawodowego Dziennikarzy, współpracował z Ignacym Daszyńskim. O przekonaniach lewicowych, socjalista. Matka natomiast, po seminarium nauczycielskim, zaprzyjaźniona z siostrą samego Michała Bobrzyńskiego, nie kryła poglądów prawicowo-konserwatywnych. Ojciec został pochowany na Rakowicach, w grobie ziemnym, nieokazałym, rodzina nigdy nie była zasobna. Z pogrzebu ojca zapamiętał jeszcze pochyłe drzewo, a szczególnie jedną gałąź, która prawie dotykała mogiły. Była ta współczująco pochylona gałąź i była, aż w zeszłym roku została ścięta.

Trumienka sosnowa i grób

Z Rynku Głównego, skąd z okna widać było kościółek św. Wojciecha i Mariackie wieże, rodzina Krawczuków w 1932 roku przeprowadziła się do Podgórza, na ul. Widok (potem Radockiego, obecnie Stawarza). Nieduży domek zaczął jeszcze budować ojciec. Jak się udało matce wykończyć go z nauczycielskiej pensji? Skromnie żyli. Ona przerabiała, cerowała, uczyła francuskiego, robiła swetry na drutach. Wzięła pożyczkę z Banku Gospodarstwa Krajowego i długo ją spłacała. Z tego małego domku miał blisko na Kopiec Krakusa. Stoi jakieś 1200 lat, w pogodne dni z jego wierzchołka widać Tatry. To jest najstarszy monument w Krakowie. Możliwe, że był grobowcem księcia. Zwłaszcza, że związana z kopcem zabawa ludowa obchodzona od czasów pogańskich – Rękawka – zawdzięcza nazwę nie rękawom, w których miano nosić ziemię, a czeskiemu słowu rakev, czyli trumna, chorwackiemu – raka, rakva, czyli skrzynia, co w języku starosłowiańskim oznaczało grób. Może miała pierwotnie stanowić pamiątkę stypy i pogrzebu? Była związana z wielkim celtyckim świętem przesilenia wiosennego. Na naszych rdzennych ziemiach mieszkały różne ludy. Wandalowie, Celtowie, Germanie. W piątym wieku, w czasie wielkiej wędrówki ludów, odpłynęli za zachód, a ich miejsce zajęli przybysze z poleskich błot, znad Dniepru – Słowianie. Dowodzą tego badania wybitnego w skali europejskiej archeologa prof. Kazimierza Godłowskiego, ale niektórzy historycy wolą przeczyć faktom, byle tylko wyglądało, że kogo jak kogo, ale plemion germańskich nad Wisłą nigdy nie było. Tymczasem możemy zaręczyć, że ekspedycja cesarza Nerona po bursztyn, która przez Śląsk i Kujawy dotarła nad Bałtyk, stykała się po drodze z Wandalami, Burgundami, Wenedami, ale ze Słowianami – jeszcze nie. – Dobrzy bogowie ustrzegli mnie przed zajęciem się historią Polski! – mówi do mnie prof. Krawczuk z wdzięcznością w głosie. – Aż tak! – nie mogę pojąć. – Bo nasza historia jest zafałszowana od początku do końca! Od genezy Słowian po dzień dzisiejszy! Gdybym pisał prawdę, byłbym opluty, wyklęty i potępiony. Zmuszony do tego, aby przeczyć nawet temu, co widziałem na własne oczy. Proszę łaskawie zauważyć, że w wieku 82 lat ogarniam pamięcią prawie jedną dziesiątą udokumentowanych dziejów Polski. Miał zaledwie 17 lat, kiedy życie jego i całego wojennego pokolenia młodzieży naznaczyło piętno wojny i śmierci. Nie zdawali sobie sprawy, że tak to może być. W lipcu 1939 roku młodzież licealna z dużego wówczas województwa krakowskiego odbywała dwutygodniowe przeszkolenia z przysposobienia obronnego. Aleksander Krawczuk był wtedy uczniem IV Liceum im. Adama Mickiewicza przy ul. Zamojskiego. Pojechali do Starego Sącza. Chłopcy ubrani w zielone mundury przemaszerowali radośnie z dworca kolejowego nad Poprad, do świeżo wybudowanych baraków. Rano i wieczorem apel, musztra, nauka rozpoznawania sylwetek samolotów wojskowych polskich i niemieckich, strzelanie ze starych, jeszcze austriackich karabinów i najważniejsze w tym wszystkim: silne przekonanie, że wojna, jeśli wybuchnie, to nie potrwa długo, a my za kilka tygodni będziemy w Berlinie! Nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły Rydz, nasz drogi dzielny wódz, sam komendant nam go dał! – śpiewali i wierzyli, że tak będzie. Nuciło się też inną piosenkę, niby żartobliwą, dosyć krótką. Wymieniało się imię i nazwisko po czym następował refren: Trumienka sosnowa i grób. To przemieszanie prawdziwego tragizmu sytuacji z komizmem jest tematem na film, na wielką literacką epopeję, której on napisać nie potrafi. To musiałby być ktoś rangi Iwaszkiewicza. Za parę miesięcy te same baraki posłużyły Niemcom. Zwozili tutaj Żydów z całej Sądecczyzny i mordowali w okolicznych lasach. W czerwcu 1999 roku na tym terenie zbudowano ołtarz, przy którym odprawił mszę świętą polski papież Jan Paweł II. Formacja Żelbet, 13. kompania, pseudONIM Brutus

...Pokolenie młodzieży urodzonej w latach dwudziestych, jego pokolenie. Mieli – gdyby tak Hitler odważył się zaatakować – wkrótce defilować na ulicach Berlina. Tymczasem – łapanki, obozy koncentracyjne, śmierć... – Ale czas okupacji to nie było tylko bohaterstwo, obozy, cały ten koszmar. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie. I pani też. Byliśmy młodzi, chodziliśmy na pierwsze randki, nauka na tajnych kompletach była darem, głodni, byle jak ubrani cieszyliśmy się życiem, nie zdając sobie sprawy z tego, ile razy ocieramy się o śmierć. Wiosną 1940 roku 18-letni Olek wędrował sobie przez miasto nie przejmując się wcale tym, że jest już po godzinie policyjnej. Nic mu nie dało do myślenia nawet to, że ulice są puste. Już był przy Kalwaryjskiej, a tu z bramy wypada kobieta: – Łapanka, nie chodź tam! Cofnął się dwa kroki. Przy kościele św. Józefa stała buda. Kogo złapali, jechał do Oświęcimia. W jednym z pierwszych transportów. Pewnie by tam zginął. – Jeśli żyjemy, to musimy służyć ojczyźnie – myśleli zgodnie wszyscy, i on też. – Młody Polak powinien być w AK. Wstąpił brat, Włodek, i najmłodsza z nich, Krysia. Aleksander Krawczuk składał przysięgę przed dowódcą 13. kompanii kapitanem Marianem Rokoszem. Formacja Żelbet. Przyjął pseudonim Brutus. – Niski, w okularach, zawsze byłem w wojsku nieudacznikiem – mówi o sobie. Dobrze, że jego bóg Hermes stale był w pogotowiu i czuwał. Do regularnej armii Aleksander Krawczuk trafił na początku 1945 roku. Został skierowany do pułku łączności, który częściowo ulokował się w Sieradzu, gdzie trwało szkolenie zapasowej kadry. Trzon żołnierzy stanowili ci, którzy szli znad Oki na Berlin. Jakby tamci wyginęli – oni mieli ich zastąpić. Przygotowywano ich na tę zaszczytną śmierć. Łącznościowcy byli ulubionym celem niemieckich snajperów. Na szczęście wojna się skończyła i przestali być potrzebni. Krawczuk, krótkowidz, doszedł w wojsku tylko do stopnia starszego strzelca. W dodatku co to był z niego za żołnierz, który w szafce przechowuje książki! – A przechowywał pan? – No tak. Wziąłem ze sobą, aby nie wyjść z wprawy, podręcznik do łaciny, Antygonę po grecku i Listy Pliniusza. – Niech pani Olek opowie, jak wrócił! – zachęca męża pani Barbara. I nie czekając, robi to za niego. Dobrze pamięta opowieść rodzinną. Matka, Maria Krawczukowa, wyjrzała przez okno, a tu stoi koło furtki jakiś żebrak w długim płaszczu obwiązanym byle jak i z tobołkiem niedużym. Nie zastanawiając się wcale ukroiła kawał chleba, wychodzi, aby mu dać, bo chyba głodny. Patrzy – a to Olek! Trzyma w ręku te swoje książki do łaciny i greki.

Pająk wychodzi o zmierzchu...

– Najbardziej zafałszowana jest historia najnowsza, powojenna – mówię, bo sama pamiętam, jak Halina Gembalowa, moja licealna nauczycielka historii, męczyła się bardzo, aby coś nam powiedzieć przy użyciu słów-kluczy. To była kiedyś sztuka! – Jeden z niemieckich historyków trafnie zauważył – mówi na to profesor – że historia kończy się na upadku Cesarstwa Rzymskiego, a potem, kiedy na jego gruzach dochodzi do powstania narodowych państw – zaczyna się publicystyka. Nie to, aby historyk od razu kłamał, nie. Ale tak to zinterpretuje, coś tu przemilczy, tam doda i wyostrzy, że prawdy za wiele nie widać... Historia Polski jest zakłamana poczynając od 966 roku, od samego chrztu. My tutaj w Małopolsce zostaliśmy chrześcijanami sto lat wcześniej, z tym że podlegaliśmy biskupstwu praskiemu, o czym się nie mówi. – A potem historia obrastała kłamstwami coraz bardziej i tak do dnia dzisiejszego... – Proszę pani! – profesor macha ręką i dodaje jeszcze jeden argument, który przemawia za tym, że powinien badać antyk, który buduje i podnosi na duchu, a nie narodowe dzieje. – Polska historia jest po prostu bardzo smutna. Prawie wszystko kończy się nie tak. A poza tym – pełna deklaracji, megalomanii. I jak tu, daleko nie szukając, napisać na przykład prawdę o powstaniach? Wszystkich. Na Powstaniu Warszawskim kończąc. Już Michał Bobrzyński dowodził, że Polacy są sami sobie winni. Aż to wydaje się nieprawdopodobne, jak można było takie olbrzymie państwo zniszczyć! No – niestety. W tym olbrzymim państwie decyzje podejmowali ludzie o mentalności naszych obecnych polityków. Oni są dziś dokładnie tacy sami! Aby pozostać wiernym sobie, Aleksander Krawczuk po ukończeniu na Uniwersytecie Jagiellońskim historii oraz filologii klasycznej wybrał historię starożytną. W 1960 roku doktoryzował się u prof. Józefa Wolskiego (Kolonizacja Sullańska), w trzy lata później był już po habilitacji (Virtutis ergo – nadanie obywatelstwa rzymskiego). Po uzyskaniu stopnia doktora a przed habilitacją – wziął ślub. – Podręcznik Sylwestra Zawadzkiego, który mi pożyczył, był zakurzony, a na domiar wymaszerował z niego prawdziwy pająk... Ale pająk widziany o zmierzchu podobno przynosi szczęście! – mówi Barbara Krawczukowa. Takie szczegóły są w stanie zapamiętać jedynie kobiety i teraz też tak jest. Mężczyźni skupiają się na istocie sprawy, wyłącznie. – Do dziś pamiętam, jak była ubrana moja żona, kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy. W zielonym sweterku siedziała dziewczyna tchnąca świeżością... To był kolejny szczęsny przypadek w moim życiu – mówi profesor, ale aby połączyć to pierwsze ich spotkanie z pająkiem, potrzebna jest dalsza relacja pani Barbary Krawczukowej. Jako studentka I roku historii nie znalazła się w grupie Krawczuka, ale prowadzący z nimi ćwiczenia z historii starożytnej zachorował i on przyszedł na zastępstwo. Od razu zaczął pytać. Dotąd pamięta. Kazał na przykład wymienić po kolei wszystkie dynastie faraonów. Kilka osób poległo, ona miała serce w gardle, na szczęście dał jej spokój. Po raz drugi spotkała go w czasie egzaminu z historii starożytnej u prof. Wolskiego. W przerwie głośno zapytała, czy ktoś może jej pożyczyć na parę dni książkę, którą należało „wpruć” na egzamin z ekonomii politycznej socjalizmu. Nikt nie miał, a tu odzywa się doktor Krawczuk: – Ja pani pożyczę.

Przyszła po nią do katedry bardzo stremowana; w tamtych czasach nie tak, jak to bywa obecnie, do każdego wykładowcy student podchodził z należytym szacunkiem. – A ten pająk? – pytam – Co pani mówi! Nie śmiałam się odezwać. Po egzaminie, kiedy przyszła oddać książkę, on zapytał: – A może poszłaby pani ze mną do kina? Ona na to: – Muszę zapytać cioci! U niej mieszkam. Jeśli pozwoli... Na wszelki wypadek zakupił bilety na dwa filmy. Jeden to był western, a drugi Tańcząc wśród gwiazd, z taka piękną melodią. I na to poszli, chociaż on po cichu liczył, że ona wybierze western... Ślub odbył się w krynickim kościele. Tam uciekając ze Lwowa zatrzymała się rodzina pani Barbary. Też okaleczona wojną. Ojciec zginął w Oświęcimiu. – Rok 1962 był dla mnie szczęsny także dlatego, że wtedy ukazała się moja pierwsza książka – Gajusz Juliusz Cezar. Potem było ich trzydzieści, dlatego następne już mniej pamiętam. – Przeczytałam w pana internetowej biografii pod hasłem „Kto jest kim w Krakowie”, że napisał pan kilkaset rozpraw naukowych, artykułów i esejów oraz czterdzieści książek. – Może. Nie liczyłem...

Czy starożytni znali obozy koncentracyjne?

Wrogowie z różnych obozów filozoficznych i religijnych utrzymują, że Epikur głosił jedynie pochwałę przyjemności i wygody, robiąc z tego cel ludzkiego życia, ale to jest uproszczenie i zamierzony fałsz. Pisze o tym profesor w swojej ostatniej książce, w Polsce za Nerona. – Epikur jest ze wszystkich filozofów najuczciwszy – uzasadnia wybór jego myśli. – Niczego nie obiecuje, nie zwodzi. Ludzkie ciało i dusza to jest tylko splot atomów, które rozpraszają się, kiedy ciało umiera. Śmierć jest końcem wszystkiego. A bogowie, jeśli nawet są, to nie interesują się losem człowieka, co widać gołym okiem. Człowiek jest zawsze sam. Może liczyć wyłącznie na własny rozum i pomoc myślących podobnie. I dlatego na przekór wszystkiemu ma żyć sensownie, postępować uczciwie, innym nie szkodzić, nie popełniać czynów niegodnych, a jako istota myśląca postępować racjonalnie i przyzwoicie. A wszystko to nie z powodu czekającej go nagrody po śmierci, ani też kary, ale dlatego, że jest igraszką losu i zaistniał. – A Hermes, który tyle razy panu pomagał? Możemy go nazwać Hermesem... – Ta opowieść o Bogu, który jest miłością... – mówi na to profesor. – Na przykład katastrofa Titanica. Ludzie modlili się o ocalenie. I niektórym udało się przeżyć. Czemu, można zapytać, Bóg ocalił ciebie, a nie kogo innego, kto na ocalenie bardziej zasługiwał, miał więcej zasług? Za Stevenem Weinbergiem powtórzę, że uczciwie możemy stwierdzić tylko bezlitosne prawa natury, a więcej nic. Podobne poglądy wyrażał Tadeusz Kotarbiński, zapewne Holocaust, którego był świadkiem, miał tu wpływ znaczący. A dusza nieśmiertelna... Czy to znaczy, że mamy istnieć przez wieczność ze świadomością swojej tożsamości, odrębności, z pamięcią, z bagażem wiedzy o tym, co się udało dokonać, a czego nie... Gorszego piekła nie można sobie wyobrazić! Milczymy. – Moja matka przed wojną uczyła języka polskiego w żeńskiej szkole, której już nie ma, przy ulicy Józefińskiej – kontynuuje po chwili prof. Krawczuk. – W Podgórzu mieszkało wielu Żydów, Żydówki stanowiły połowę klasy, co najmniej. Jedno z najtragiczniejszych dla mojej matki okupacyjnych przeżyć to widok jej uczennic, które idą do getta, a niebawem pojadą do Oświęcimia, na śmierć, a ona nie może im pomóc, ani je uchronić, nic. Machały do niej i uśmiechały się młodziutkie dziewczęta, które powinny żyć! Uczyła je, przybliżała polską literaturę i wartości, prawie każdą znała po imieniu. Do końca życia matka nie otrząsnęła się z tego, nie była w stanie zapomnieć twarzy tych dziewcząt. Halina Nelken, uczennica matki, której cudem udało się przeżyć, napisała wspomnienia z Podgórza. Pracowała po wojnie w Muzeum Narodowym w Krakowie. Wyjechała do Izraela. Nie wiem, jakie okupacyjne obrazy i zdarzenia nosił do końca swoich dni w bolesnej pamięci profesor Tadeusz Kotarbiński. Nie wiem także, czy starożytność znała obozy koncentracyjne, które można by porównać do Oświęcimia, do Bergen-Belsen, dokąd trafiła zatrzymana z ulotkami i podziemną prasą 16-letnia siostra profesora, Krystyna, albo do Stutthoffu, gdzie po upadku Mokotowa w Powstaniu Warszawskim została wywieziona moja matka. Ale nie pytam o to. Milczymy.

Minister kultury

– Kiedy się było w PRL-u lewicowym, to się było w opozycji. Bo wtedy to nie był ustrój lewicowy. A teraz też to nie jest demokracja – mówi profesor Krawczuk. – Co nie znaczy, aby moje pokolenie miało tylko i wyłącznie bić się w piersi. Chociaż historycy skorzy do usług, a dużo jest takich, przedstawiają okres PRL-u wyłącznie jako „czarną dziurę”. Tylko, że co rusz z tej czarnej dziury wyskakują jakieś Iwaszkiewicze, Wajdy, odbudowane miasta, wyższe uczelnie, ogromny awans społeczny wsi, długo by tak można. A podwaliny obecnych reform ustrojowych kto położył? – pyta mnie profesor. Jako minister kultury i sztuki w latach 1986–1989 był członkiem ostatniego PRL-owskiego rządu, który ustąpił miejsca ekipie Tadeusza Mazowieckiego. – Rakowski. – Mieczysław Rakowski może mieć dzisiaj żal, że owoce jego reform skonsumowali inni. A jakie to były reformy, pamięta pani? – Ustawa o przedsiębiorczości, wymienialność złotego... – ...ustawa o stowarzyszeniach, czyli pełnej wolności słowa i poglądów oraz swoboda podróżowania i paszporty w szufladzie! Jak to już miał premier Mazowiecki, to dosłownie wystarczyło podnieść pokrywkę do góry, aby wszystko ruszyło! Kiedy w 1986 roku otrzymałem propozycję objęcia teki ministra kultury i sztuki, wiedziałem, że idziemy w kierunku dziejowej zmiany – mówi dalej profesor. Dotąd raz w miesiącu można go było oglądać w telewizji jako autora Antycznego świata profesora Krawczuka, jednego z najlepszych programów edukacyjnych, emitowanego nieprzerwanie od połowy lat siedemdziesiątych. Od 1986 roku – także jako ministra. – W każdym historyku jest trochę niespełnionego polityka. Ale co też był ze mnie za polityk! Tyle tylko, że kiedy otrzymałem okazję zrealizowania niektórych swoich wizji, to nie stchórzyłem, podjąłem ryzyko, pewną rolę „zmiękczającą” odegrałem na rzecz dokonania dziejowej przemiany drogą ewolucyjną, a potem – na rzecz przygotowania „okrągłego stołu”. Rakowski, Czyrek, Barcikowski, Messner, no i Jaruzelski dawali do zrozumienia, że oczekują podpowiedzi, polityk nie powie wprost wszystkiego... – Co im pan podpowiedział? – Kiedyś zaproponowałem Wojciechowi Jaruzelskiemu, aby opiekę nad Kopcem Kościuszki w Krakowie powierzyć krakowskiej chorągwi harcerskiej. On do mnie po chwili mówi: – To dobry pomysł, ale jeszcze poczekajmy... Mówiłem o literaturze drugiego obiegu, która jest Polsce potrzebna. Walczyłem o dopuszczenie do rozpowszechniania zatrzymanych przez cenzurę filmów. W przypadku Wiernej rzeki Kuźmińskiego – skutecznie. Byłem ostatnim ministrem kultury, który miał pieniądze – dwa procent budżetu! Teraz to jest jakiś ułamek procenta... W podsumowaniu swojego ministrowania, które można przeczytać w internecie, prof. Krawczuk zawarł parę dokonań. Renowacja kościoła w Rudkach na Ukrainie, gdzie jest pochowany Aleksander Fredo, rozpoczęcie prac przy renowacji Cmentarza Orląt we Lwowie i zakończenie budowy nowego gmachu Muzeum Narodowego w Krakowie. – A ryzyko? – pytam, bo przecież sam o tym ryzyku mi mówił. – Bałem się, jak mnie tam w Warszawie przyjmą. Nikogo nie znałem. Ale patrzę: jest w ministerstwie świetny specjalista od budżetu, jest bardzo dobry dyrektor gabinetu, który ma kontakty, to po co ich zmieniać? Dzisiaj się mówi o kluczu partyjnym. – Dzisiaj, czyli w okresie demokracji, której zdaniem pana nie ma – mówię, bo dobrze byłoby coś więcej na ten temat powiedzieć. – Najlepiej istotę demokracji oddają dwa terminy używane w Grecji jeszcze wcześniej, zanim Perykles wygłosił swoją słynną pochwałę demokracji, co miało miejsce w 430 roku p.n.e. w Atenach, w czasie pogrzebu żołnierzy poległych w bitwach ze Spartą. Pierwszy termin – isenomia – można przetłumaczyć jako równe dla wszystkich prawo. Drugi – isegoria – to jednakowe dla wszystkich prawo zabierania głosu. Czy środki przekazu są u nas zupełnie niezależne od orientacji politycznej i od kapitału? Taka drobna uwaga: jakim kapitałem trzeba obecnie dysponować, aby np. założyć ogólnopolski dziennik?

Historyk i antyczni bogowie

Hermes, o którym profesor Krawczuk tyle razy wspominał, był opiekunem mówców, wynalazcą alfabetu, astronomii, miar i wag, co sprawiło, że na szczególną opiekę i pomoc z jego strony liczyli kupcy oraz podróżnicy. Jego posągi stały przy drogach i rozdrożach. Ale choćbyśmy nie wiem jak daleko jeździli i wędrowali – uważa profesor – to liczy się najbardziej to stałe, jedno miejsce. Od 1932 roku nieprzerwanie mieszka w tym domku, który wybudowała matka, stale go remontuje, chociaż jest nieudacznikiem w tym względzie, ale to jest konieczne, bo używane wtedy materiały były nie najwyższej jakości. – Moje łóżko stoi dotąd tam, gdzie stało we wrześniu 1939 roku. A więc gdybym tak przespał te 72 lata – to bym się obudził w tym samym miejscu. Ostatnio załatwiłem ważną dla mnie sprawę dysponowania grobem rodziców. Wiem, gdzie spocznie moja urna. Zwyczajem antycznym zostanę po śmierci poddany kremacji, co ma jeszcze i takie dodatkowe znaczenie, że nie trzeba czekać 25 lat, aby można było w tym grobie kogoś następnego pochować. Jest to zatem także postępowanie oszczędne. Myślenie o jednym własnym mieście, domu i grobie cechuje Europejczyka – mówi do mnie. I jeszcze jedno. Otóż wstąpienie Polski do Unii Europejskiej to dla niego wielkie i ważne wydarzenie, którego doczekał w swoim długim życiu. Unia jako twór polityczny jest mocno osadzona w tradycji Cesarstwa Rzymskiego. Drugim takim solidnym zakotwiczeniem są Olimpiady. Pierwsza nowożytna Olimpiada w 1896 roku oznaczała, że nareszcie po 14 wiekach Europa przerwała okres brudu, zakłamania, seksualnych kompleksów, ascezy i jeden Hermes to wie, czego jeszcze. Dopiero teraz wracamy do postawy ludzi antyku. Pozytywnego stosunku do własnego ciała i radości życia tu i teraz. Bo wszystko, co może nam się zdarzyć dobrego – powtarza Aleksander Krawczuk za Epikurem – ma miejsce tutaj. W tym świecie, w którym za sprawą ewolucji oraz przypadku zrealizowała się także nasza bardzo długa rozmowa jedna i druga.

Elżbieta Dziwisz



List do redakcji Redakcja Strona główna Uniwersytetu Jagiellońskiego Strona miasta  Krakowa Strona główna miesięcznika