Posts Tagged ‘ogrodnictwo’

Posted on: December 25th, 2011 by Permakulturnik 1 Comment

Mamusie oszukasz, ale życia nie oszukasz! Czyli o strefach w projektowaniu permakulturowym

Jeden z pierwszych artykułów jakie napisałem na bloga był poświęcony pojęciu stref w permakulturze, było to jeszcze w czasach, gdy napisanie kilkunastu zdań zajmowało mi pól dnia… Nie o tym będzie ten artykuł, choć Szanowni Czytelnicy (zwłaszcza Ci oddani) zapewne wiedzą, że pisanie o sobie to mój ulubiony (i najciekawszy!) temat… Wróćmy jednak do stref! (more…)

Posted on: April 21st, 2011 by Permakulturnik 32 Comments

Co to jest hugelkultur’a?

Jakiś czas temu znalazłem informacje o (Czytelnicy wybaczą, że użyję angielskiego) hugelkulture raised bed. Samo słowo hugelkulture pochodzi z języka niemieckiego i zostało upowszechnione przez Seppa Holzera. Oznacza mniej więcej “pagórkowatą uprawę”.  Hugelkulturowa grządka jest odmianą wzniesionej grządki (czym jest wzniesiona grządka możesz przeczytać tutaj). Istotną różnicą miedzy konwencjonalną wzniesioną grządką a grządką hugelkulturową jest to, że główną część kopca wypełnia nie zwykła ziemia a drewno (gałęzie, pnie, konary, korzenie…). Dlaczego drewno jest lepsze niż zwykłą ziemia? (more…)

Posted on: April 17th, 2011 by Permakulturnik 9 Comments

Jak uprawiać ziemniaki bez przekopywania ziemi?

Standardową procedurą w uprawie ziemniaków jest ich okopywanie. Jest to zabieg polegający na nasypaniu wokół łodyg ziemniaków dodatkowej ilości ziemi co sprawia, że roślina wydaje większą ilość bulw oraz oraz łatwiej zebrać plony.  To nasypywanie oraz fakt, że ziemniak pozostawia bardzo małą ilość resztek pożniwnych powoduje, że ziemniaki są jednymi z roślin, które bardzo “zużywają” glebę jeżeli chodzi o poziom materii organicznej. (more…)

Posted on: March 20th, 2011 by Permakulturnik 31 Comments

Zwierzęta Cię zniszczą!

Zbyt często  dane jest mi zaobserwować u nowych wieśniaków chęć życia “zgodnie z natura”.  Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że ludzie miastowi zwykle mają bardzo mgliste wyobrażenie tego co to życie “zgodne z naturą” oznacza. Albo jeszcze gorzej:  wiele osób ma bardzo sprecyzowane wyobrażenie dotyczące tego jak żywot zgodny z naturą wygląda. Niestety często jest to wyobrażenie dalekie od przyziemnej rzeczywistości. Co wtedy? Tym gorzej dla rzeczywistości! Sarenki przecież powinny podchodzić pod obejście, stukając noskiem w szybę po czym wdzięcznie pić wodę ze stawku a jelenie z majestatem przechadzać się po rubieżach naszej posesji zabawiając nas kontaktem z dziką przyrodą… (more…)

Posted on: February 8th, 2011 by Permakulturnik No Comments

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem – jak stworzyć warunki do rozwoju naturalnych wrogów szkodników?

Jeden z Czytelników poprosił mnie bym napisał coś więcej o metodach zwiększania liczebności naturalnych wrogów szkodników upraw. Skupimy się głównie na szkodnikach owadzich i to od strony ekologiczno-rolniczej teorii. Dzięki temu Czytelnicy dowiedzą się jak rozwiązywać te problemy systemowo. Co zatem musimy zrobić by naszych sprzymierzeńców było więcej? (more…)

Posted on: November 17th, 2010 by Permakulturnik 46 Comments

Dieta permakulturowa a tradycyjna

Jednym z częściej spotykanych zarzutów względem permakultury a zwłaszcza leśnych ogrodów jest dobór gatunków roślin, zwierząt czy grzybów jaki używany jest w projektowaniu permakulturowym. Kiedyś nawet mój ulubiony bloger napisał krytyczną uwagę względem mrozoodpornego kiwi. Różnych (jeszcze) obcych i nieznanych naszej kulturze roślin, zwierząt, grzybów używa się by osiągnąć “pełnię produktywności”. No tak, ale dlaczego nie możemy tego samego osiągnąć używając rodzimych i tradycyjnych roślin?

Wynika to z tego, że wiele nisz ekologicznych w naturalnych ekosystemach jest w Polsce niezagospodarowanych. Nawet w (polskich) ekosystemach klimaksowych! Stosunkowo mała ilość gatunków drzew (i innych roślin)  jest spowodowana specyficzną budową geologiczną i tektoniczną  Europy – W czasie ostatniego zlodowacenia wiele gatunków roślin z powodu barier geograficznych nie miało możliwości się “wycofać” na cieplejsze południe, gdyż  “na południu” były łańcuchy górskie (wraz ze wzrostem wysokości spada średnia temperatura powietrza, zatem przesunięcie się na południe nie dawało wielu gatunkom możliwości “ucieczki”. Inną barierą geograficzną było np. Morze Śródziemne. Stosunkowo słabe “połączenia” z Azją (między Morzem Kaspijskim a południowym podnóżem Uralu) i Afryką (w pewnym sensie Gibraltar?)  sprawiły, że bioróżnorodność Europy jest dużo mniejsza niż ta na sąsiednich kontynentach (a zwłaszcza w porównaniu z Azją do której Europa częściowo ma podobny klimat). Za kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy lat zapewne i bez udziału człowieka bioróżnorodność Europy wzrosłaby, czy wyrażając się inaczej – powróciłaby do dawnego stanu.



Mapa hipsometryczna Europy z zaznaczonymi barierami geograficznymi (czerwone strzałki), które uniemożliwiły niektórym gatunkom wycofanie się na południe.  Czarnymi kreskami zaznaczone jest potencjalne miejsce skąd do Europy po ustąpienia ostatniego zlodowacenia mogły dostawać się w łatwy sposób gatunki, które ocalały w Afryce i Azji.

Zupełnie inną i dużo mniejszą parą kaloszy niż rośliny występujące w Europie “naturalnie” są rośliny jadalne czy chociażby użytkowe, które można uprawiać w Polsce. Najmniejszą z tego grupę stanowią rośliny które w  naszych warunkach klimatycznych nie tylko przeżywają zimy (w przypadku roślin wieloletnich), ale takie, które dają nam jakieś rozsądne plony. Nie da się ukryć, że rośliny takie jak chociażby:

  • Mrozoodporne kiwi
  • Nasturcja większa
  • Bataty (słodkie ziemniaki)
  • Oliwniki wielokwiatowe, baldaszkowate
  • Karaganę syberyjską*
  • Kasztan hybrydowy
  • Kolcowój pospolity
  • Klajtonia przeszyta
  • Amarantus
  • Cykorii
  • Asyminę trójklapową (Pawpaw)
  • Świdośliwy
  • Jagoda kamczacka

trudno nazwać tradycyjną polską żywnością. Nie będę z tym poglądem polemizował, bo nie ulega wątpliwościom, że większości z nich nasi przodkowie nie jedli. Obawa i niechęć do nich uzasadniona jest wrodzonym konserwatyzmem ludzi. Nie jest to co prawda nic złego, jednak konserwatyzm wcale nie oznacza odrzucenie wszystkiego co nowe.  Chciałbym pokazać, że dana roślina “tradycyjną” stać się może bardzo szybko. Kilka przykładów takich “tradycyjnych” roślin:

  • Borówkę amerykańską sprowadzono do Polski tuż po II WŚ.  (1)
  • Pierwsze pomidory na Ziemiach Polskich wyhodowano w 1880 roku. Jego uprawa upowszechniła się dopiero II WŚ  (2)
  • Kapustę pekińską wprowadzona do polskiego menu i uprawy (w Polsce) na przełomie lat 7o/80 tych ubiegłego wieku(3).

Całkiem nowe są te “tradycyjne” uprawy. O ile życie bez kapusty pekińskiej jestem sobie w stanie wyobrazić (choć do sałatki z tuńczykiem i serem żółtym jest niezastąpiona), to bez borówek czy pomidorów mój żywot byłby dużo mniej szczęśliwy – moja jakość życia prawdopodobnie by ucierpiała (choć z drugiej strony czy doskwiera ludziom brak rzeczy których nie znają?). Podobne zjawiska zachodzą również w dziedzinie kultury, bo czy ktoś poza garstką amerykanistów i antropologów słyszał w Polsce w latach 80-tych o Walentynkach czy Halloween? Nie mówiąc nawet o ich obchodzeniu? A spróbuj mając dziewczynę w wieku kilkunastu lat zignorować Walentynki!**

Do czego zmierzam… Ograniczając wybór roślin tylko do tych “rodzimych” i “tradycyjnych” (cokolwiek to znaczy) bardzo ograniczamy swoje możliwości oraz przyszłych pokoleń możliwości wyboru. Całkiem możliwe, że w tym przypadku botaniczny konserwatyzm jest czynnikiem kulturowym ograniczającym plony.

Kolorem zielonym oznaczone są rośliny występujące “w naturze”, żółtym te które mogą być uprawiane w Polsce,  kolorem czerwonym te, które mogą dać sensownych rozmiarów plony/korzyści. Koła po lewej obrazują sytuacje w której w wyborze roślin ograniczymy się tylko do Europy i roślin w chwili obecnej uznanych za “tradycyjne” i “rdzenne”. Koła po prawej pokazują możliwości jakie daje nam korzystanie z zasobów przyrodniczych całego świata. Wraz z większymi możliwościami wiąże się potencjał do wyższych plonów.

Całkiem możliwe, że czy się nam to podoba czy nie za 2-3 pokolenia pizza z ogórkiem kiszonym, kiełbasą śląską i śledziem będzie uznawana za tradycyjną potrawę. Nie uważacie, że warto potomnym zostawić lepszą spuściznę niż jakąś przaśną pizzę?

*IMO strąki karagany smakują  dość marnie – w chwili obecnej to raczej jedzenie na czas wojny lub innego podobnej klasy kataklizmu.

**Jeśli jest się ściemniaczem wysokiej klasy to oczywiście wszystko przejdzie. Kara za nieobchodzenie Walentynek nie dotyczy również ludzi z kręgu “alternatywnego” (punków, hipisów, metalów i innych co “fuck the system”)

Jak zwykle jestem ciekawy co o tym myślisz.

Posted on: October 15th, 2010 by Permakulturnik No Comments

Leśny ogród cz.13 Jak zapobiegać chorobom drzew i krzewów owocowych?

Jednym z największych wyzwań dla każdego ogrodnika nie chcącego używać chemii w swoim ogrodzie są choroby roślin. Gryzonie, mszyce i inne szkodniki nie są zwykle aż tak trudne do zwalczenia jak niektóre wirusy, bakterie czy choroby grzybowe. Ich zwalczanie w sadzie konwencjonalnym nie nastręcza większych trudności, choć i to może być problemem w roku z niesprzyjającą pogodą (np. taką jak w tym). Jednemu z moich przyjaciół mimo ochrony chemicznej uschło większość śliw z powodu jakiejś choroby grzybowej albo wirusowej – (pamięć już nie ta co za młodu, więc nie pamiętam szczegółów ;) .

Mączniak – jedna z wielu chorób grzybowych roślin. Zdjęcie dzięki uprzejmości Wikipedii.

Rolnicy konwencjonalni korzystając z wielu różnych środków chemicznych (np. fungicydów – środków grzybobójczych) radzą sobie z problemem chorób zwykle poprzez zniszczenie patogenu (czynnika chorobotwórczego).

O ile konwencjonalni sadownicy również stosują różne środki zapobiegawcze, to oni mogą zawsze polegać na środkach chemicznych. Zwykle również stosują rutynowe opryski zgodne z tzw. programami ochrony roślin – sady czy pola konwencjonalne opryskiwane są według pewnego harmonogramu (nawet gdy nie ma śladów danej choroby). Nie oceniam w tej chwili czy to dobrze czy źle (choć Czytelnicy pewnie mają w tej kwestii zdanie wyrobione) – tak po prostu jest.

Osoby chcące mieć ogród ekologiczny lub prowadzące komercyjną uprawę ekologiczną  nie dysponują jednak tak potężnymi a zwłaszcza szybko działającymi środkami chemicznymi i muszą radzić sobie z chorobami innymi sposobami.

Większość z nich polega na wzmocnieniu “odporności” roślin.

W pewnym zakresie sposoby, które stosują sadownicy i ogrodnicy konwencjonalni wykluczają się z tymi stosowanymi przez ekologicznych. Nie chodzi nawet o to, że ogrodnicy ekologiczni za bardzo nie powinni używać Roundup’u (herbicydu totalnego produkcji firmy Monsanto). Nie w tym rzecz również, że ogrodnicy konwencjonalni by nie chcieli stosować pewnych przydatnych praktyk, których używają niektórzy postępowi ogrodnicy ekologiczni. Nie jest tego przyczyną również to, że “konwencjonalni” są źli i sprawia im przyjemność zatruwanie ludzi i środowiska”chemią” i nawozami sztucznymi.
Po prostu sposób w jaki użytkują swoje sady/ogrody wyklucza stosowanie innych. Podobnie jak nie można zjeść ciastko i mieć ciastko (no chyba, że mamy dwa, ale taka sytuacja psuje założenie filozoficzne tego przysłowia :) . Przykładowo stosowanie wszelkiego rodzaju fungicydów przeciwko chorobom grzybowym owoców uszkadza (a częściej nawet całkowicie niszczy) grzybnie pożytecznych (zazwyczaj) grzybów mikoryzowych. Drzewo czy krzew bez grzyba mikoryzowego traci “ochronę” (przed innymi grzybami i chorobami) jaką ten grzyb mikoryzowy mu w pewnym stopniu zapewniał – powoduje to więc jeszcze większą potrzebę stosowania  fungicydów w przyszłości…
Podobnie jest ze stosowaniem insektycydów do zwalczania szkodników – jeśli dokona się niektórych skutecznych oprysków na mszyce to giną również pasożytnicze osy, biedronki, złotooki i inne stworzenia, które żywią się (lub pasożytują) na mszycach. A jak już wcześniej pisałem drapieżniki nie są w stanie pokonać konsumentów pierwszego rzędu (w tym przypadku mszyce) w tempie rozmnażania.

Zatem co należy czyni, żeby w naszym leśnym ogrodzie czy na wzniesionej grządce nie było chorób? Co zrobić by mieć ogród bez chemii? Jak ten stan uzyskać najkrócej będzie używając starego, brytyjskiego  powiedzenia (w oryginale “nieeuropejscy” Brytyjczycy ciągle używają wstecznych jednostek imperialnych)

Dekagram zapobiegania wart jest więcej niż kilograma leczenia.
Truizmem będzie napisanie, że chorobom lepiej jest zapobiegać niż je leczyć. Mimo wszystko to napisałem ;) Często jednak zapominamy o tym, że zasada ta dotyczy również chorób roślin. Jak zatem zapobiegać chorobom roślin? Należy kierować się podanymi niżej wskazówkami (i pewnie kilkoma innymi o których nie napisałem):

Zadbaj o mikroelementy w glebie
Zarówno ludzie, zwierzęta jak i rośliny lepiej się mają gdy mają dostęp do wszystkich potrzebnych im mikroelementów. Niedobór żelaza w diecie ludzi będzie prowadził do anemii, niedobory cynku m.in. do wolniejszego gojenia się ran, pogorszenia kondycji włosów, paznokci i skóry. Jak myślicie, który człowiek przy innych czynnikach takich samych będzie bardziej podatny na choroby? Ten, który niedoborów nie posiada czy ten którego skóra jest w kiepskim stanie, sucha;  leży w szpitalu z powodu anemii i skarży się pielęgniarce, że pościel go przygniata?

W świecie roślin jest podobnie, z tym, że poszczególne pierwiastki i mikroelementy pełnią inne funkcje. Czy wiesz, że budowa chlorofilu (zielonego barwnika w roślinach, które umożliwia przeprowadzanie procesu fotosyntezy) jest niemal identyczna jak budowa hemoglobiny (substancji, która umożliwia transport tlenu we krwi). Jedyna różnica to obecność w chlorofilu magnezu zamiast żelaza. Ponownie zapytam : Jak uważasz, że wpłynąłby na zdrowie kobiety w ciąży niedobór żelaza w diecie? Jak myślisz, że wpływ na zdrowie roślin niedobór magnezu w glebie lub występowanie go w formie niedostępnej dla roślin?
Zauważ proszę, że to co chcemy osiągnąć z większością drzew i krzewów owocowych to ułatwić im wydanie na świat ich “dzieci” (które my w pewnym momencie zjadamy). :/

Wysiłek jaki ma przed sobą jabłoń owocowa w pewnym sensie przypomina ciążę. Naszym celem jako ogrodników jest by była to ciąża możliwie mnoga.:) Im lepiej zaspokoimy potrzeby naszej “matki” (w mikro i makroelementy) tym większy plon wyda i tym mniej osłabiona będzie (co zapewni obfite plonowanie również w następnym roku). Dobrymi sposobami by pomóc zaspokoić zapotrzebowanie na mikroelementy jest stosowanie mączki bazaltowej i soli morskiej. Czasami trzeba również doprowadzić pH gleby do odpowiedniego poziomu by mikro i makroelementy były dostępne dla roślin. Zwykle w warunkach Polski to pH trzeba podnosić poprzez np. wapnowanie. Zdarzają się przypadki a nawet jest to dość częste, że danego pierwiastka w glebie jest w bród, niestety z powodu pH jest on dla roślin praktycznie bezużyteczny. Idealne pH gleby dla większości roślin to 6,4 – wtedy większość pierwiastków potrzebnych roślinom jest dla nich dostępna. Wyższe pH zapobiega również przed pobieraniem przez rośliny pierwiastków toksycznych  (metali ciężkich) dla człowieka (glin-Al, ołów-Pb, kadm-Cd…)

Tabela przedstawiająca dostępność poszczególnych pierwiastków dla roślin w zależności od pH gleby. Pozyskane na zasadzie fair use ze strony Uniwersytetu Południowej Walii.

Dbanie o grzyby mikoryzowe w glebie również powinno pomóc, gdyż mogą one dostarczać substancje mineralne (i wodę) roślinom w sytuacji gdy one (bez grzybów) nie dałyby sobie rady. Grzyby produkują silne enzymy, które są w stanie rozpuszczać skały oraz związki które powstały z powodu zakwaszenia gleby (a które są niedostępne dla roślin). Punktem wyjścia w kwestii dbania o grzyby mikoryzowe jest nie używanie środków grzybobójczych, w miarę możliwości pozostawianie sporej ilości martwej materii organicznej na powierzchni gleby, nie oranie czy może szerzej nie wzruszanie gleby (czyli należy ograniczyć również używanie np. glebogryzarki).

Jeśli wykonamy analizę gleby i okaże się, że jakiegoś mikroelementu brakuje, może potrzebne będzie użycie nawozu sztucznego, który dany składnik zawiera? Niektórymi pierwiastkami śladowymi nawozi się pola czy sady w ilości kilkudziesięciu – kilkuset g na ha, raz na kilka lat. Uważam, że to uzasadnione użycie techniki i energii nieodnawialnej o czym pisałem więcej w permakulturowym credo. Jakby nie było przecież zasoby nieodnawialne zostaną na coś zużyte, to czy nie lepiej by zostały przeznaczone na długoterminową poprawę gleby a nie jakieś nowe gadżety, które po roku zmienią się w śmieci?
Taka “wybrakowana” gleba będzie dawać plony deficytowe w dany składnik (lub składniki), co może powodować różne niemiłe problemy zdrowotne u roślin, ludzi i zwierząt. Tego typu działanie jest szczególnie pożądane jeśli chcemy większość żywności produkować u siebie na posesji a ograniczyć spożywanie jedzenia z zewnątrz. W takim przypadku większość żywności którą byśmy spożywali byłaby deficytowa, więc jej długotrwałe konsumowanie na pewno odbiłoby się negatywnie na naszym zdrowiu, a tego przecież nie chcemy, prawda?

Dobrymi, naturalnymi i uniwersalnym środkami do nawożenia mikroelementami jest mączka bazaltowa i woda lub sól morska.

Zminimalizuj stres swoich roślin
W tym przypadku chodzi o stres roślin, choć oczywiście “wyluzowanie” w życiu również jest pożądane. Przyczyną stresu u roślin (a u nas z powodu chorób tychże!) mogą być następujące czynniki – od razu piszę jak dany czynnik zminimalizować:

  • Nieodpowiednie warunki wodno-glebowe – roślina może rosnąć w zbyt suchym/wilgotnym miejscu. Może rośnie w zbyt lekkiej glebie, może w zbyt ciężkiej? Jeśli gleba jest zbyt sucha to może warto wykopać swale’a albo rów zapobiegający erozji wodnej?
    W prawie każdym wypadku w razie wątpliwości warto zwiększyć poziom materii organicznej czy to na małym czy to na dużym obszarze. Zaszkodzi nie zaszkodzić a może pomóc…
  • Nieodpowiednie warunki świetlne -  tu rozwiązanie jest proste albo za gęsto się posadziło albo za rzadko. Jeśli za gęsto to sekator/piła w dłoń (czasami trzeba pamiętać o metryce drzew…), jeśli za rzadko (za dużo światła) to może warto pomyśleć o jakichś roślinach na wyższe piętra do produktywnego leśnego ogrodu?
  • Nadmiar/niedobór nawożenia – opisane zostanie w osobnym  punkcie poniżej
  • Nieodpowiednie sąsiedztwo roślin (np. jabłoń posadzona nieopodal orzecha włoskiego). Może warto poczytać o dobrym sąsiedztwie roślin (tzw uprawie współrzędnej)  i o gildiach roślinnych?
  • Nadmierna konkurencja wśród roślin (rośliny posadzone są zbyt gęsto) – po solidnym zastanowieniu wyciąć część drzew/krzewów/roślin lub jeśli to możliwe przesadzić je w inne miejsce. Stres ten często występuje w starych, zdziczałych sadach.
  • Wilgotne, “duszne” stanowisko – możliwe, że nasz żywopłot jest zbyt gęsty i nie przepuszcza odpowiedniej ilości powietrza. Zwykle produktywny żywopłot mający chronić uprawy wystarczy by zatrzymywał 80-90% siły wiatru. Niemal nieprzepuszczalne żywopłoty (np. z tuj) lepiej zostawić by ochraniać zimą zwierzęta, dom czy budynki gospodarcze od zimnych wiatrów czy hałasu (np. od torów czy ruchliwej drogi).
  • Zastoisko mrozowe – w tym przypadku dużo nie można zrobić poza doborem odpowiednich gatunków roślin. Inna opcja (nie zawsze możliwa do zrealizowania) to odpowiedni żywopłot, który sprawi, że mróz “spłynie” w dół (jakby mogło być inaczej ;) , po skośnie (względem stoku) posadzonym żywopłocie. Z drugiej strony źle zaprojektowany może sprawiać, że w miejscu w którym wcześniej nie było zastoiska może się takowe tworzyć.
  • Ataki szkodników owadzich – opisane zostaną również w osobnym punkcie
  • Uszkodzenia mechaniczne spowodowane np. silnym wiatrem (co może nastąpić gdy sad czy ogród nie są otoczone produktywnym żywopłotem lub gdy drzewa czy krzewy zostaną uszkodzone przez dzikie bądź domowe zwierzęta.

Podobnie jak u ludzi stres roślin ma zwykle niekorzystny wpływ na produktywność. Minimalny jego poziom jest korzystny w przypadku roślin również (to jednak temat na cały osobny wpis). Zwykle jednak tego stresu nasze rośliny mają aż nadto, więc lepiej zrobić wszystko by nasze rośliny miały lepiej. Nie zawsze jednak to lepiej oznacza łatwiej, co opisałem we wpisie dotyczącym “trenowania korzeni” w produktywnym leśnym ogrodzie.

Nawożenie we właściwym czasie i odpowiedniej dawce.
Wcześniej wspomniałem już o nawożeniu mikroelementami, teraz czas skupić się na nawożeniu “głównymi” pierwiastkami – tymi, które potrzebne są roślinom w większych ilościach. Wiele chorób jeśli nawet nie spowodowanych jest przez szeroko pojęte złe nawożenie, to to złe nawożenie bardzo mocno przyczynia się do chorób roślin. Jednym z takich przypadków jest późne (w przypadku nawozów szybko działających jak np. mocz to sierpień i później) nawożenie azotowe drzew i krzewów. Takie działanie pobudza roślinę do wzrostu wegetatywnego (gałęzie i liście). Powoduje to, że na zimę roślina ma sporo młodych, nie
zdrewniałych części, które są bardzo podatne na uszkodzenia mrozowe. Te rany powstałe w wyniku zimy są później wrotami zakażenia (miejscem w który do organizmu wdzierają się) patogenów. Porównując rośliny do człowieka raczej kiepskie są rokowania człowieka, który bez dostępu do fachowej opieki medycznej ma wiele odmrozin. Nie lepiej po prostu “założyć rękawiczki” czyli nie nawozić późno roślin nawozami bogatymi w azot?

Kolejnym przypadkiem w którym zbyt intensywne nawożenie może wpływać negatywnie na zdrowie roślin jest zbyt intensywne nawożenie nawozami azotowymi (obornikiem, kurzeńcem, gnojówką, gnojowicą, gnojówką z bogatych w azot roślin..). O ile samo w sobie zwykle to nawożenie nie wywołuje jakiejś strasznej choroby (czasem można rośliny “spalić”, ale chyba zgodzimy się, że to nie jest choroba a stan (przed)śmiertelny :) roślin. To nadmierne nawożenie bardzo lubią mszyce, które roznoszą choroby, o czym przeczytasz poniżej.

Czasami grzyby np.antraktoza orzecha atakuje dorosłe drzewa. Jeśli to się stanie to za bardzo nie można już wyplenić tej choroby. To co można jednak zdziałać to odpowiednio nawozić (dość obficie np. do 17g azotu na m2 na rok). Większość tej dawki powinna zostać zaaplikowana na wiosnę. Stosując ponownie odniesienie do człowieka to zachowanie przypomina podawanie nieuleczalnie choremu człowiekowi odpowiedniej ilości wysokiej jakości żywności bogatej w witaminy, białko i tłuszcz, by ten mógł lepiej i dłużej znosić walkę ze śmiertelną chorobą do końca swych dni.

Weź się za kontrolę szkodników osobiście lub zatrudnij robotników, którzy będą to robić za mniej niż miskę ryżu dziennie.
Chodzi o zmniejszenie populacji różnych szkodników np. Mszyc. Same mszyce oprócz tego, że mogą zeżreć część naszych upraw to przenoszą jeszcze różne choroby. Przypomina to sytuację gdy umawia się na kolacje ze śniadaniem z (za)bardzo nowo poznaną osobą. Samo takie spotkanie może być niebezpieczne (możemy zostać okradnięć, otumanieni narkotykami… To zagrożenia bezpośrednie. Drugą grupą zagrożeń związanych z takim postępowaniem mogą być właśnie rożnego rodzaju choroby francuskie. Niektóre z nich mogą  mieć bardzo nieprzyjemne i długofalowe konsekwencje. Z roślinami jest podobnie – jeśli ograniczy się tego typu niebezpieczne “wypady” poprzez zmniejszenie ilości szkodników to i chorób przez nie przenoszonych będzie mniej.

To oczywiście nie wszystkie sposoby w jakie można zapobiegać chorobom roślin w leśnym ogrodzie i na permakulturowej grządce. Nie mniej myślę, że może stanowić jakiś punkt odniesienia.