Masakry chrześcijan

Masakry chrześcijan

Wyznawcy Chrystusa są w wielu krajach brutalnie prześladowani


Krzysztof Kęciek


Mordercy przyszli nocą. Zablokowali wszystkie drogi ucieczki. Do krytych trzciną chat ciskali pochodnie. Wybiegających z płomieni przerażonych ludzi mordowali siekierami i maczetami. Nie mieli litości dla kobiet i małych dzieci. Gromko krzyczeli: "Allah akbar!" (Bóg jest wielki).
W masakrach, do których doszło 7 marca w trzech nigeryjskich wioskach w pobliżu miasta Jos, zginęło co najmniej 300, może nawet 500 osób, przeważnie chrześcijan. Napastnicy chcieli mieć pewność, że zabijają tylko "niewiernych". Przed atakiem ostrzegli muzułmańskich mieszkańców wsi w przysłanych im SMS-ach. W regionie dochodziło już wcześniej do konfliktów między chrześcijanami a mahometanami, toteż w feralną noc obowiązywała godzina policyjna. Siły bezpieczeństwa nie zapewniły jednak wioskom ochrony, militarne punkty kontrolne nie były obsadzone. Wezwani na pomoc żołnierze przybyli dopiero po dwóch godzinach, kiedy już było za późno na wszelką pomoc.
Nigeria to najludniejszy kraj Afryki (154,7 mln mieszkańców). Populacja podzielona jest mniej więcej równo na wyznawców Proroka i Chrystusa. Muzułmanie mieszkają na północy, chrześcijanie zaś na południu. Prowincja Płaskowyżu, w której znajduje się miasto Jos, stanowi strefę pośrednią. Żyją tu chrześcijańscy rolnicy z ludu Berom. W ostatnich latach na płaskowyż przybywają pasterze z muzułmańskiego plemienia Fulani, poszukujący pastwisk dla swych stad. To oni dokonali rzezi w trzech wioskach. Władze, a także niektórzy nigeryjscy duchowni, np. abp John Onaiyekan, twierdzą, że nie jest to wojna religijna, lecz typowy konflikt o ziemię między rolnikami a pasterzami. Pewne jest jednak, że Fulani nie wybijaliby wieśniaków tak bezlitośnie, gdyby ci nie wyznawali innej religii. Organizacja starszyzny chrześcijańskiej z Prowincji Płaskowyżu określiła ataki jako prowokację

i kolejny akt dżihadu.

Nie tylko w Nigerii chrześcijanie żyją niebezpiecznie. Jak pisze tygodnik "Der Spiegel", ewangelicka biskupka Hanoweru Margot Kässmann określiła chrześcijan jako najbardziej prześladowaną wspólnotę religijną na świecie. Jest w tym wiele prawdy. Media z uwagi na poprawność polityczną lub obawę przed gniewem muzułmanów często nie informują o cierpieniach wyznawców chrześcijaństwa, jednak fakty są przerażające.
Na świecie żyje obecnie 2,2 mld chrześcijan. Według danych organizacji chrześcijańskiej Open Door, 100 mln poddawanych jest upokorzeniom i szykanom. Chrześcijanom często nie wolno kupować Biblii, wznosić kościołów, nie mają dostępu do odpowiedzialnych stanowisk w administracji czy w ogóle dobrych miejsc pracy. W skrajnych przypadkach wyznawcy Chrystusa są więzieni, wypędzani i mordowani. Open Door sporządza coroczny indeks prześladowców (World Wide List). Tę mroczną listę otwiera surrealistyczno-stalinowski reżim Korei Północnej, ale osiem z dziesięciu pierwszych miejsc zajmują państwa muzułmańskie, w których islam jest religią państwową. Wśród nich są Iran, Arabia Saudyjska, Somalia, Afganistan, Malediwy. W wielu krajach islamskich - Jemenie, Afganistanie, Pakistanie, Katarze, Somalii, Mauretanii - za "apostazję", czyli odstępstwo od islamu, np. przejście na chrześcijaństwo, grozi kara śmierci.
Całe regiony Afganistanu, Somalii czy Pakistanu znajdują się pod kontrolą radykalnych islamistów. Władze państwowe usiłują utrzymać wpływy, konkurując z fanatykami w gorliwości religijnej. Chrześcijanie są ofiarami.
Bardzo dramatyczna sytuacja panuje w Iraku. Jan Paweł II ostrzegał przed amerykańską inwazją na ten kraj, rozumiał bowiem, że wywoła ona

eksplozję muzułmańskiej nienawiści

i zagrozi istniejącym nieprzerwanie od czasów starożytnych chrześcijańskim wspólnotom na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Te obawy papieża okazały się słuszne. Dżihadyści w różnych regionach Iraku urządzili prawdziwe polowanie na chrześcijan. Wielu uprowadzono i mordowano. W marcu 2008 r. w Mosulu terroryści porwali i pozbawili życia arcybiskupa katolickiego Kościoła chaldejskiego, Paulosa Faradż Rahho. Irackim chrześcijanom pozostaje niekiedy tylko ucieczka. Organizacja Human Rights Watch poinformowała, że od 2003 r. dwie trzecie tamtejszych chrześcijan musiało porzucić rodzinne strony. Wielu szuka schronienia za granicą. Szacuje się, że przed amerykańską inwazją w Iraku żyło 550 tys. wyznawców Chrystusa. Obecnie pozostało ich niespełna 400 tys.
Do serii morderstw doszło na krótko przed wyborami parlamentarnymi w Iraku, które odbyły się 7 marca. W Mosulu porwano i w okrutny sposób zgładzono ośmiu chrześcijan. Jedną z ofiar jest Adnan Hannah al-Dahan, właściciel sklepiku. Fanatycy porwali go już wcześniej. Powiedzieli: "Jesteś chrześcijaninem, musisz płacić podatki". Darowali wtedy Adnanowi życie w zamian za okup w wysokości 5 tys. dol. Za drugim razem nie stawiali już żadnych żądań. Wychłostali Adnana, złamali mu obojczyk i uśmiercili swą ofiarę strzałem w usta. "Nie zrobiliśmy nic złego. Mój ojciec nie był politykiem ani policjantem. Był człowiekiem pokoju - kochał ludzi i ludzie go kochali", żaliła się Vivian, córka zamordowanego. Po ostatnich aktach terroru z Mosulu i okolic uciekło ponad 4,3 tys. chrześcijan. Zbiegowie schronili się przeważnie w irackim Kurdystanie, gdzie mogą czuć się bezpiecznie. Wstrząśnięci iraccy chrześcijanie urządzili pochody protestacyjne w kilku miastach, domagając się od władz ochrony.
W Kuala Lumpur, stolicy Malezji, odbywa się proces trzech mężczyzn podejrzanych o podpalenie chrześcijańskiego kościoła. Oskarżeni odpowiadają z wolnej stopy. W Malezji wyznawcy Chrystusa stanowią tylko 8% populacji. 60% to muzułmanie, którzy w niektórych regionach radykalizują się.
W wielu prowincjach Malezji obowiązuje surowa wykładnia prawa koranicznego. Za picie piwa skazano pewną muzułmankę na sześć uderzeń bambusowym kijem. Rządząca partia UMNO traci wpływy na rzecz islamskich fanatyków i usiłuje odzyskać popularność, przejmując ich program. Spór wywołała absurdalna sprawa - czy miejscowym chrześcijanom wolno nazywać Boga Allahem (innego słowa nie znają). Chrześcijanie mówią o Bogu Allah w innych krajach muzułmańskich i nikomu to nie przeszkadza. Ale ekstremiści islamscy w Malezji nie zgadzają się, twierdząc, że "niewierni" będą wykorzystywać

podobieństwo nazw Boga

do nawracania wyznawców Proroka. Przez trzy lata malezyjskich chrześcijan obowiązywał zakaz mówienia o Bogu Allah, władze konfiskowały Biblie z zakazanym słowem. 31 grudnia 2009 r. trybunał konstytucyjny w Kuala Lumpur rozstrzygnął jednak, że także chrześcijanie mają prawo do Allaha. Rozsierdzeni imamowie wezwali do oporu, a premier Nadżib Razak oświadczył, że jeśli ludzie chcą protestować, rząd nie może ich powstrzymać. Niektórzy uznali to za zachętę do przemocy. Zaatakowano butelkami z płynem zapalającym 11 kościołów oraz szkołę klasztorną w mieście Taiping. Niektóre świątynie spłonęły. Chrześcijanie wzięli odwet, porzucając przed meczetem

odcięte świńskie łby,

co jeszcze bardziej rozwścieczyło mahometan. Wyznawcy chrześcijaństwa w Malezji z niepokojem patrzą w przyszłość.
W Pakistanie sądy wymierzają chrześcijanom drakońskie kary zgodnie z archaicznym prawem przeciwko bluźnierstwom. 3 marca w mieście Kasur Rukkija Bibi i jej małżonek Munir zostali skazani na 25 lat więzienia za to, że rzekomo dotykali Koranu bez rytualnego umycia rąk. Wkrótce potem dżihadyści wdarli się do biura chrześcijańskiej organizacji humanitarnej World Vision i zastrzelili sześciu pakistańskich pracowników, w tym dwie kobiety. Siedem innych osób zostało rannych.
Największa chrześcijańska wspólnota w kraju arabskim to egipscy Koptowie, których Kościół istnieje nieprzerwanie od czasów starożytnych. Nad Nilem mieszka około 8 mln Koptów (10% populacji). Pozornie Egipt jest krajem z ustrojem świeckim, jednak miejscowi chrześcijanie są dyskryminowani, nie wolno im pełnić odpowiedzialnych stanowisk w administracji i siłach zbrojnych ani wznosić nowych kościołów. Władze ograniczają liczbę koptyjskich studentów. Niekiedy chrześcijańskie dzieci są porywane i wychowywane na muzułmanów.
Niektórzy przezorni Koptowie oznaczają swoje niemowlęta, zwłaszcza takie, które utraciły rodziców, tatuażem przedstawiającym znak krzyża. Urzędnicy często zmuszają chrześcijańskie kobiety, które wzięły ślub z muzułmaninami, do przyjęcia islamskiego dowodu tożsamości. "W Egipcie bez dowodu tożsamości nie można załatwić niczego, nawet pochować swoich zmarłych", żali się chrześcijanka Nahla, która rozwiodła się z muzułmaninem, jednak urzędnicy odmówili jej wydania chrześcijańskiego dowodu osobistego.
Do krwawej tragedii doszło
6 stycznia w Nag Hammadi, tysięcznym mieście nad Nilem. Wierni wychodzili z kościoła po pasterce (tego dnia wypadało koptyjskie Boże Narodzenie), gdy nieznani sprawcy otworzyli do nich ogień z przejeżdżającego samochodu.

Zginęło sześciu Koptów

oraz muzułmański policjant. W mieście doszło do rozruchów, płonęły sklepy chrześcijan i mahometan, dopiero interwencja sił bezpieczeństwa przywróciła spokój. Rzecznik egipskiego parlamentu stwierdził, że była to "indywidualna zbrodnia", a sprawcy zamierzali zemścić się za gwałt popełniony przez Kopta na muzułmańskiej dziewczynce. Brzmiało to niemal jak usprawiedliwienie zabójców. W marcu trzej domniemani mordercy stanęli przed sądem. To kryminaliści, którzy nie przyznają się do winy i twierdzą, że policja zmuszała ich do składania zeznań. Jeden z oskarżonych, Mohammed al-Kammuni, powiedział: "Policja wie, że jestem niewinny, wie też, kto naprawdę jest sprawcą tej zbrodni". Komentatorzy przypuszczają, że gdy nastroje się uspokoją, trzej podsądni zostaną po cichu uwolnieni.
Chrześcijanka Amira z Nag Hammadi żali się, że w Egipcie postępuje islamizacja, która powiększa wyznaniowe podziały: "Teraz wszystko jest religijne, podręczniki szkolne, media. Gdyby rząd uczynił więcej, aby usunąć przyczyny naszej frustracji, sytuacja mogłaby się poprawić. Nie sądzę jednak, aby do tego doszło. Zapewne wszystko zostanie po staremu aż do następnej katastrofy".
Prenumerata na prezent