23 lutego 2014

Jak zabić kino, czyli historia Kodeksu Haysa.



Wszystko zaczęło się w roku 1912 wraz z pierwszą ekipą studia Universal, która zdecydowała się przybyć do nikomu nieznanego jeszcze miasteczka w Kalifornii i zatrzymać się w tamtejszym hotelu. Niedługo później, w odpowiedzi na pełne zachwytu opinie o klimacie pozwalającym kręcić filmy w zasadzie 365 dni w roku, dużym niezagospodarowanym terenie i krajobrazie idealnym dla produkcji filmowej, do miasteczka zaczęły napływać kolejne wielkie studia filmowe, aktorzy, reżyserzy, technicy jak również inni, złaknieni amerykańskiego snu i wielkiej kariery ludzie, z biletem w jedną stronę, co jak wiadomo prowadziło do poważnych życiowych dramatów, bo nie każdemu dany jest bilet na szczyt. Do dziś zresztą ta struktura społeczna, w której każdy zaczynając od barmana w podrzędnym barze wpisuje w rubryczce zawód-scenarzysta/aktor itp., stała się wizytówką L.A. A miasteczko rosło, wprost proporcjonalnie do samego przemysłu, tworząc mozaikę wzajemnych zależności, wielkich pieniędzy i ludzi, których prostota [większość gwiazd pochodziła w końcu z nizin społecznych] umysłów prowadziła często do zachłyśnięcia własnym bogactwem i popularnością. Było to o tyle bolesne, że osoby te, wcielały się na ekranie w postacie, które dla milionów amerykanów stanowiły coś w rodzaju oddalonych przyjaciół, postaci lubianych, cenionych, pewnych wzorców dla własnego postępowania. I tu zaczyna się cały problem z kodeksem Haysa, tak znienawidzonym przez resztę świata. Dla zrozumienia jego zapisów, trzeba bowiem zrozumieć mentalność przeciętnego Amerykanina – potomka wygnanych z Europy przez swój konserwatyzm purytan. Zrozumienie amerykańskiego kodu moralnego, jest niezbędne by przestać wciąż krytykować amerykańskie kino za wady, które tak naprawdę nie są prawdziwymi wadami a wynikiem pragnień tamtejszej widowni. I o ile początkowo kino i jego przedstawiciele odzwierciedlali, choć pozornie, wartości istotne dla przeciętnego Amerykanina, o tyle następujące lata 20. upłynęły pod znakiem wielkiej jazzowej karuzeli zakrapianej zakazanym alkoholem. Zaczęły pojawiać się pierwsze wielkie skandale związane z nocnym prowadzeniem się aktorów i może przede wszystkim ujawnianiem prawdziwych twarzy ulubionych bohaterów, jak głośna sprawa filmowego Flappa odtwarzanego przez Fatty'ego Arbucke zamieszanego w gwałt na młodej dziewczynie z użyciem rozbitej butelki czy skłonności „bezdomnego” Chaplina do romansów z dużo młodszymi dziewczętami. Na dokładkę do protestującej coraz głośniej ewangelickiej widowni dołączył się wyrok Sądu Najwyższego stwierdzający, że film nie podlega pod uprawnienia zawarte w tzw. pierwszej poprawce do amerykańskiej konstytucji dotyczącej wolności słowa. I tak grupa większych studiów filmowych, stojąc w obliczu perspektywy obligatoryjnej cenzury ze strony władz federalnych zdecydowała się powołać swoją komórkę do auto-cenzury Motion Picture Association of America [MPAA] biorąc na siebie odpowiedzialność za przywrócenie na ekranie ewangelickich wartości do których tak tęskniła widownia.

Prezesem tej organizacji mianowano protestanckiego pastora Willa H. Haysa, który w oparciu o dorobek sędziego Landisa [człowiek odpowiedzialny za oczyszczenie z korupcji królowej amerykańskiego sportu- baseballu] miał przywrócić zaufanie szeregowego widza do Fabryki Snów. Nie obyło się bez komplikacji, otóż początkowo studia sądziły, że sama jego obecność okaże się wystarczająca dla poprawy nastrojów, więc nikt szczególnie nie stosował się do wydawanych co jakiś czas przez Haysa zarządzeń, m.in. listy aktorów „niezatrudnialnych”, obowiązku dopisywania „klauzul moralności” do umów czy moralnych wskazówek dla producentów. Po jakimś czasie okazało się jednak, że sama obecność nie wystarczy. Stojąc pod groźbą strajku członków katolickiego Legionu Przyzwoitości studia zobowiązały się do skrupulatnego przestrzegania stworzonego na przestrzeni roku 1930-1934 Kodeksu Haysa – który obowiązując do roku 1960 bezpowrotnie zmienił amerykański film.

A co zawierał kodeks? Masę zakazów dotyczących pokazywanych na ekranie sytuacji – kontaktów międzyludzkich, tematów, wyglądu, ruchów zgodnie z zasadą „Don'ts and Be Carefuls”. Filmy nie mogły być produkowane w celu obniżania standardów moralnych i etycznych. Twórcy filmu tworząc go brali na siebie odpowiedzialność za jego wpływ na młode umysły – dlatego powinni pokazywać jedynie zaakceptowane społecznie, chrześcijańskie postawy. Kodeks kładł duży nacisk na świętość i nierozerwalność małżeńską, tradycyjny podział rodziny, sprzeciwiał się pokazywaniu przemocy a jeśli już to w małej ilości. Przemoc i zło nie mogły być pociągające [zauważcie, że ta zasada została złamana całkiem niedawno i to głównie za sprawą telewizji]. Zakazane było pokazywanie szczegółów zbrodni, mogących stać się filmem instruktażowym dla przyszłych przestępców. Zakazane było pokazywanie wszelkiego rodzaju używek – alkoholu, narkotyków [chyba że było to konieczne do fabuły]. Niedozwolony był oczywiście seks, zbyt intensywne pocałunki [pamiętam, że już jako dziecko zastanawiałam się czemu ludzie w filmach tak dziwnie się całują], nagość [za wyjątkiem filmów o rdzennych plemionach].

Absurdalność kodeksu sięgała i dalej w formie zakazu pokazywania „perwersji seksualnych” [homoseksualizm], mieszanych rasowo małżeństw, przypadków zniewolenia białego (!) człowieka, chorób wenerycznych, porodów, aborcji [nawet dorozumianej]. Kodeks regulował także kwestię używania w filmie słów wulgarnych, mających powiązania religijne [np. God, Christ, Hell, Gawd] czy innych [łącznie z „Madam” wypowiadanym do prostytutki]. Ciekawy jest szczególnie rozdział X ze swoim nakazem absolutnego szacunku dla flagi amerykańskiej [i tylko jej]. Hays byłby zdecydowanie dumny ze współczesnego kina rozrywkowego.

Celem kodeksu była pomoc w przekształceniu kina w rozrywkę wartościową, coś co można byłoby oglądać wraz dziećmi. Dobra rozrywka powinna w końcu pomagać narodowi w rozwoju, zła przyczyniać się do jego zepsucia. Ciekawe jest, że twórcy tego aktu nie widzą potrzeby w cenzurowani innych sztuk [muzycznych, plastycznych, literackich] upatrując w nich rozrywkę wyższą, przeznaczoną dla wybranych, dobrze wykształconych jednostek. Nie widzą tego jednak w „jarmarczym filmie”, które pokazując „zło” może przecież powodować dużo więcej szkód niż to samo „zło” zapisane w na stronach jakiejś książki. Twórcy kodeksu dość bezwstydnie przyznają również, że poziom intelektualny społeczeństwa jest dość niski i należy, te bezwiedne masy, chronić przed choćby ujrzeniem źdźbła złego zachowania.

A jakie były efekty tej niezbyt mądrej uchwały? Na pewno polepszenie, choć chwilowe, samopoczucia środowisk religijnych, pewnie i znacznej części amerykańskiego społeczeństwa, ale długofalowo spowodowało ogromny regres w rozwoju w porównaniu z późnymi latami 20. i wczesnymi latami 30. Ludzie, w normalnym życiu wciąż popełniali przecież zbrodnie, uprawiali seks, mieli różne orientacje seksualne itp. więc zniknięcie tych tematów z kina [docierającego z przekazem do mas] było sygnałem – patrz te zjawiska są złe, wstydź się i ukrywaj. Zamiast uczyć tolerancji, zamknięto miliony amerykanów i nie tylko [eksport] w bańce, w której wszystko jest dobre a zło zawsze przegrywa. Sama instytucja happy endu poczyniła więcej szkód niż oglądanie rytualnego zarzynania świń. Setki, jeśli nie tysiące filmów zostało pociętych przeciwstawiając się właściwym pomysłom swoich twórców, pewnie na zawsze utraciliśmy oryginalne sceny i zakończenia – przez co znaczna część filmów powinna być wyłączana tak 5/10 min przed końcem – by nie zniszczyć sobie wrażenia nie pasującą do niczego „poprawną moralnie” papką, zwaną zakończeniem. Zakaz pokazywania kobiet wyzwolonych – np. bohaterki Mea West [ubiór, taniec itp. zakazy] cofnął o dekady proces emancypacji kobiet w kinie, wciskając je na nowo w ramy tradycyjnego podziału, z miejscem kobiety dwa kroki za panem-mężem. Widoczne jest to do dziś w postaci braku prawdziwych kobiet [definiowanych przez inne kryteria niż „bycie kobietą”] w pierwszoplanowych rolach w kinie rozrywkowych. Dalej strach przed nagością, gdzie idealnym przykładem jest skandal wokół niewinnego Wstydu McQeena.

Kino na długi czas zatraciło kontakt z życiem codziennym własnej widowni, zachłystując się stworzonym przez siebie mitem idealnego, amerykańskiego, opływającego w dobrobyt życia. Jasne nawet w tych ograniczonych ramach powstawały arcydzieła nie do podważenia, ale warto zauważyć, że zawsze były to filmy na krawędzi, sprawnie manewrujące na granicy zachowań zakazanych.

Początek końca formalnego obowiązywania kodeksu przypadł na lata 50, gdzie wraz z napływającym z europy powojennym kinem rozliczeniowym, bezkompromisowym, nie wolnym od tematów zakazanych dla filmowców amerykańskich zaczęło powoli wypełniać tworzącą się od dwóch dekad niszę i zapotrzebowanie widowni na filmy „prawdziwe”. Drugim powodem był upadek systemu wielkich studiów filmowych, które za sprawą niekorzystnego wyroku sądu najwyższego z 1948 [USA vs Paramount Picture] zostały znacząco ograniczone w ich dotychczasowych praktykach marketingowych [zakaz zmuszania kin do kupowania pakietów filmowych i sprzedaży własnych sieci kin]. Do tej pory studia nie musiały przykładać dużej wagi do rentowności danego przedsięwzięcia filmowego w czasie przygotowań do produkcji, bo wiadome było, że we własnych sieciach kin będą mogły wyświetlać buble nawet latami aż do zwrócenia się kosztów. Wraz z koniecznością sprzedaży kin [a pamiętajmy, że to nadal okres, w którym zejście obrazu z ekranu był końcem pobierania zysków – żadnych płyt czy figurek jeszcze nie sprzedawano]. Zwiększone ryzyko produkcji musiało pociągnąć za sobą większą swobodę w wyborze tematu i sposobu jego realizacji, przez co kodeks Haysa stawał się coraz większym utrapieniem. Zwyczaje widowni mogą zmieniać się szybko, obowiązujące prawo nie.

Ostatecznie w roku 1960 zniesiono niesławny kodeks, zastępując go obowiązującym do dziś systemem oceniania już gotowego filmu, który nie zakazuje, nie ingeruje w treść filmu, jedynie wskazuje odpowiednim oznaczeniem widzowi proponowane przeznaczenie wiekowe.

Upadek kodeksu utożsamia się również z końcem Złotej Ery Hollywoodu i początkiem Nowego Hollywood lat 60' i 70'.

(pełny tekst kodeksu wraz z poprawkami - tutaj )

ps. jak zapewne zauważyliście po miesiącach ciszy radiowej na blogu odechciało mi się pisać kolejnych nudnych recenzji, beznadziejnych filmów [tak, mam kryzys i nic mi się nie podoba ostatnio, a co], a dla nowej miłości do space oper jakoś nie widzę tu miejsca, dlatego postanowiłam po realizować amatorsko moje wielkie, niespełnione marzenie i pobawić się samozwańczego historyka kina. 

21 komentarzy:

  1. ,,... Przemoc i zło nie mogły być pociągające [zauważcie, że ta zasada została złamana całkiem niedawno i to głównie za sprawą telewizji] ..''
    A skąd, tak na maxa, to w ,, Bonnie & Clyde'' ad. 1967.

    OdpowiedzUsuń
  2. o space operach jako fan bym z chęcią poczytał :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym z chęcią poczytała, ale jak na razie nie znalazłam w sieci miejsca, w którym zamiast je krytykować- wielbiono.

      Usuń
  3. Całkiem nieźle Ci to wyszło. Mam tylko jedno zastrzeżenie. Dlaczego Roscoe Arbuckle'a nazywasz Flapem, skoro ta ksywa należała do innego grubasa, Olivera Hardy'ego?

    "Bonnie i Clyde" to jeden z tych filmów, który radykalnie łamie zasady kodeksu. Zgodne z kodeksem jest jednak to, że Zło musiało przegrać. A we współczesnych serialach telewizyjnych już nie jest to regułą, wystarczy przypomnieć "Dextera", gdzie morderca jest nieuchwytny przez cały czas.

    Lata 1930-34 i wcześniejsze określane są jako "pre-code", bo chociaż zasady kodeksu zostały sformułowane w 1930 to były ignorowane do roku 1934. Na przykład w filmie "The Barbarian" (1933, reż. Sam Wood) jest scena z nagą Myrną Loy w kąpieli. Zaskakującym filmem jak na lata 30. jest "Dr Jekyll i Mr Hyde" (1932, reż Rouben Mamoulian), gdzie mamy brutalne traktowanie dziwki, a także pewną "erotyczną" scenę z Miriam Hopkins.

    Na szczęście Kodeks Haysa nie zabił kina, w klasycznym okresie hollywoodzkim powstało mnóstwo znakomitych filmów. Ale prawda jest taka, że wielu współczesnych kinomanów nie ma ochoty oglądać starych filmów, gdyż brak dosadnej przemocy i seksu czyni z nich dzieła mało ekscytujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Materiały do tekstu czerpałam po części ze stron anglojęzycznych i źle przetłumaczyłam ksywkę - poprawię.
      Ej, i jak nie zniszczył jak zniszczył, Ameryka tamtego okresu to złote lata mafii, przemocy, imprez itp. niezbyt grzecznych zachowań, a kino z dnia na dzień się od tych zjawisk odcięło, a dosadna przemoc i seks nie powodują przecież ekscytacji widza a jedynie ukazują otaczającą go rzeczywistość. Kodeks stworzył piękny, prawy świat. który niestety nie miał nic wspólnego z real lifem. Ten kodeks był tylko hamującym postęp, widzi misie wykrzykujących konserwatystów.

      Usuń
    2. To widać zależy od tego, jak zdefiniowiać 'kino'. Jeśli kino to rekonstukcja rzeczywistości to faktycznie Kodeks to zniszczył, ale nie do końca, bo np. powstawały udane filmy gangsterskie, więzienne czy psychologiczne, a wytwórnia Warner Bros. zyskała uznanie dzięki filmom bliskim rzeczywistości.

      Usuń
  4. Kompletnie nie zgodze sie ze zdaniem, ze Kodeks Haysa zabil (zabijal?) kino. Nie byla to zbyt rozsadna rzecz, choc jak sie spojrzy na owczesne amerykanskie kino nie budzi zdziwienia, ze podjeto decyzje o wprowadzeniu tych regulacji. Juz predzej odpowiednik Haysa dla komiksow rzeczywiscie wyrzadzil pewne szkody.
    Dlaczego Hays wedlug mnie nie zniszczyl kina? Bo filmowcy stosunkowo szybko nauczyli sie omijac owe zakazy, a co za tym idzie, niejako z przymusu, zaczeto traktowac widza, jako osobe inteligentna. Aluzje, jak i delikatne gesty o wiele lepiej sie w ostatecznym rozliczeniu sprawdzaja, niz pokazywanie pewnych rzeczy wprost. Chocby film Laura, gdzie mamy cala mase roznych seksualnych frustracji, a wszystko pokazane w sposob pomyslowy. Zreszta, charakterystyczne jest to, ze filmy z okresu Haysa w praktyce dominuja na wiekszosci list najlepszych filmow...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dominują na tej liście dlatego, że cechą amerykańskiego kina jest ekspansjonizm prostej formy i przystępności języka, którym mówi większa część globu. To, że coś jest szeroko reklamowane nie znaczy jeszcze, że jest "najlepsze", co najwyżej dobre.

      Usuń
  5. @ Mariusz

    Bonnie i Clyde giną nie dla tego, że tak chce Kodeks Haysa, tylko zgodnie z prawdą historyczną. Ludzie wychodzili z kin zapłakani i wkurwieni, bo tak ich pokochali. Tak, jak za chwilę pokochają notorycznych złodziei ( Butch Cassidy & Sundance Kid ) , cpunów - dealerów i pijaka nieroba ( Easy Rider ) , mafiosa ( Ojciec Chrzestny ), czy zbójów-killerów ( Dzika Banda ). To, że oni wszyscy giną , jeszcze bardziej ich uromantycznia - jednoznaczna atrakcyjnośc ,,Zła'' na taką skalę w kinie amerykańskim jest właśnie wynalazkiem z przełomu 60/70, to co się dzieje zw obecnych serialach jest jedynie tego dalekim pokłosiem.
    Z resztą na początku 70-tych weszły na ekran dwa głośne filmy, gdzie już ewidentnie przestano się bawic w ceregiele, głosząc otwarcie, że zbrodnia popłaca ( Charley Varrick, Ucieczka Gangstera ) W tym drugim złodziejska para to podobnie, jak w ,,B&C'' , ludzie bardzo atrakcyjni fizycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie się z tobą zgadzam, w tekście pewnie źle to ujęłam :)

      Usuń
  6. To że film powstał na faktach jeszcze bardziej podkreśliło słuszność zasady Kodeksu, dotyczącej nieopłacalności zbrodni ;) Ale z drugiej strony Penn i Beatty (który był producentem) nakręcili ten film w taki sposób, aby sympatia widza była po stronie zbrodni, zła i grzechu, co było w tamtych czasach zabiegiem nowatorskim. Do tego jeszcze pokazali bardzo realistyczne rany postrzałowe... Powstanie takich filmów jak "Dzika banda" czy "Ojciec chrzestny" było już tylko formalnością. Z tego co zauważyłem to w nowych serialach Zło rzadko kiedy jest atrakcyjne, zwykle jest mocno odpychające, a jednak głównymi bohaterami są często zbrodniarze (np. "Vikings", "Black Sails", "Dexter" i in.)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz powinieneś zatytułowac ,, Sierżant Kuna na tropie skuna''.
    W tym pierwszym zdaniu to sobie jaja robisz, c'nie ?
    ,,Dzika Banda '' formalnością... nawet Himmler czegoś tak rubasznego nie spłodził
    Chyba czas zapytac Wyroczni : ,, Co dalej ?''

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra rada: Jak nie masz nic do powiedzenia, to lepiej nic nie mów.

      Usuń
  8. Point Blank, Boormana, tak jak Bonnie and Clyde jest 1967 (Pauline Kael na końcu swojej recenzji Bonnie and Clyde wspomina o Point Blank; jak ktoś chce obczaić tą reckę, to mozna sprawdzić pod tym linkiem: http://www.newyorker.com/online/blogs/backissues/2011/10/essential-pauline-kael-film-reviews.html; trzeba kliknąć na “Bonnie and Clyde.”) i tam bohaterem jest przestępca, który przeżył (przynajmniej jestem stosunkowo pewien, że przeżył, już za bardzo nie pamiętam).

    Z Point Blank, The Getaway i Charley Varrick to jest chyba tak, że tam bohaterowie to niezależni przestępcy, wolni, z własnymi zasadami, które są bardziej prawe niż prawo. A złoczyńcy to przestępcy zorganizowani, żyjący zgodnie z narzuconym im systemem. Te filmy mówią, że wolność jest zajebista, a nie że zbrodnia popłaca. Zresztą, Bonnie and Clyde to chyba też hipisowski film o wolności, podobnie jak Easy Rider, Vanishing Point, czy Pat Garrett and Billy the Kid - dodatkowo Bonnie and Clyde pokazuje, że hipisi, poza byciem wolnymi, chcieli jeszcze strzelać do policjantów :)

    Mi się wydaje, że różnica w pokazywaniu atrakcyjności zła między współczesnymi serialami a filmami z lat 60/70 jest taka, że seriale po prostu pchają ta atrakcyjność jeszcze dalej: "Już nie tylko samotni zabójcy z zasadami, drogi widzu! Handlarze narkotyków, seryjni mordercy, skorumpowani politycy, tyrani uprawiający kazirodztwo, teraz im też możesz kibicować!" :)

    OdpowiedzUsuń
  9. ,,Point Blank'' to nie jest film o wolności , tylko o zdradzie, zemście i manipulacji - wolnośc w działaniu bohatera -samotnika okazuje się iluzoryczna - jego dintojra jest od początku kontrolowana, służy celom, o których tak na prawdę nie ma pojęcia.
    ,,Charlie Varrick'' i ,, Getaway'' jak najbardziej traktują o tym, że zbrodnia popłaca. A że jednocześnie są pochwałą niezależności i indywidualizmu ? Mit zwycięskiego ,,mavericka'' był fundamentem plebejskiej, masowej kultury amerykańskiej już od zarania. Mało tego, obydwa filmy zwracają uwagę na pewne wartosci, dzięki którym łamiąc prawo uda ci się wyrolowac ( Varrick ) lub pozabijac ( Getaway ) prześladowców , wymknąc sie glinom i ujśc bezkarnie ze zrabowaną kasą : zmysł taktyczny, inteligencja i znajomośc reguł gry w pierwszym przypadku, wzajemna solidarnośc , zaufanie i wybaczenie w drugiom.
    ,,Bonnie & Clyde'' to film buntowniczy, afirmyjący hasło ,, lepiej spłonąc , niż się tlic'' - i nie ważne, że za cenę życia ilus tam szeregowych gliniarzy, czy urzędasów - bardzo amoralny i uwodzicielski. Śmierc bohaterów unieśmiertelnia ich. Śmierc gliniarzy, którzy padli z ich ręki jest bez znaczenia.
    ,,Pat Garrett & Billy the Kid'' to podzwonne dla kontrkulturowych i marzeń o wolności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe, że się mylę co do Point Blank - bardziej pamiętam książkę Westlake'a (nota bene zajebistą :)) niż film Boormana (muszę go sobie niedługo odświeżyć :)). W książce główny bohater to uber-profesjonalny, działający na własny rachunek, chłodny i bezwzględny, zawodowy przestępca z żelaznymi zasadami, a jego oponenci należą do wielkiego syndykatu, gnuśnego i zbiurokratyzowanego. I po prostu chce odzyskać pieniądze, które są mu winni.

      //,,Pat Garrett & Billy the Kid'' to podzwonne dla kontrkulturowych i marzeń o wolności.//

      Taka tęsknota za mijającymi czasami reprezentującymi (wyromantyzowaną) wolność jest w co drugim filmie Peckinpaha (i chyba w każdym jego westernie). Mi się wydaje, że The Getaway też jest bardziej o takiej tęsknocie za starymi, dobrymi czasami. McQueen to oldschoolowy outlaw, udaje mu się wyjść cało z ostatniego skoku i uciec z dziewczyną do Meksyku. Ale w Stanach władzę nad półświatkiem przejmuje nowy rodzaj przestępcy - reprezentowany przez zbirów, przed którymi McQueen ucieka.

      Usuń
    2. No , w ,, Getaway'' tak to mniej więcej wygląda.
      ,,Pat Garrett... '' to najbardziej pesymistyczny z westernów Sama. Wolnośc, Dziki Zachód, kontestacja, western - wszystko tu umiera : daremnie i na zawsze. Cable Hogue odchodzi w najszczęśliwszym dniu swego życia, jako człowiek spełniony, Pike i jego pistoleros giną w imię zasad, oczyszczając przy okazji teren z półtorej setki bad guyów.
      Świat w ,,Pacie Garrecie...'' kończy się po elliotowsku : nie z hukiem, a ze skomleniem.
      W ,,Point Blank'' Boormana sytuacja tylko z grubsza tak wygląda - a co ja Ci będę tłumaczył, obejrzyj film :)

      Usuń
  10. @ Mariusz

    Bez obrazy, spoko Orinoko :D Żartuję przecież ; wzystko musi byc takie 'serio' i na temat ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu nie zrozumiałem o co Ci chodzi. Jakiś sierżant Kuna, Wyrocznia, WTF?
      Twoje żarty są takie, że nie wiadomo czy się śmiać czy płakać ;)

      Usuń
  11. Przeczytałam i czuję się taka wyedukowana. Mogę teraz spokojnie oglądać śmieszne koty na yt do końca dnia.

    OdpowiedzUsuń

I co o tym sądzisz?