Blog w kategorii: Znani blogują     Następny »   Szukaj bloga:   Blog specjalnyPisz bloga 

M.B. BLOG - czyli:

BLOG
MARKA
BOROWSKIEGO


ODWAGA
i kompetencje

Przeszukaj posty...

09 sierpnia 2008

Konflikt Gruzja - Rosja wywołał ogromne zaniepokojenie w świecie. W sposób naturalny nasza sympatia kieruje się w stronę Gruzji, która jest w porównaniu z Rosją państwem mikroskopijnym. Pojawiło się wspólne oświadczenie Polski i trzech krajów nadbałtyckich popierające Gruzję. Jest tylko pytanie, czy możemy przejść do porządku dziennego nad tym, kto pierwszy użył broni. Otóż, niestety, konflikt zbrojny podkreślam, nie konflikt w ogóle, lecz konflikt zbrojny zainicjowała Gruzja i ponosi za to odpowiedzialność. Jak stwierdzono w komunikacie gruzińskiego rządu, Gruzja postanowiła przywrócić porządek konstytucyjny w Osetii Południowej. Rosja też nie jest bez winy. Lotnictwo rosyjskie zaatakowało tereny Gruzji, choć Gruzja nie atakowała terytorium Rosji.

Gruzja  od 1990 roku ma problemy z Osetią i Abchazją. Obie te prowincje przejawiają tendencje separatystyczne. I nie chodzi tylko o ich rządy, ale także o obywateli. Zarówno Osetyńcy, jak i Abchazi nienawidzą Gruzinów i nie chcą pozostawać z nimi w jednym państwie. Przypomina to trochę sytuację w Kosowie, gdzie kosowscy Albańczycy nie znosili Serbów, a Serbowie Albańczyków. Zamiast uregulować ten konflikt polubownie, Serbowie postanowili przywrócić konstytucyjny porządek siłą. Czym to się skończyło wszyscy wiemy.

Saakaszwili popełnił ogromny błąd i jeśli Polska uważa się za prawdziwego przyjaciela Gruzji a myślę, że tak jest to powinna jej to szczerze powiedzieć. Potępiając Rosję za przeniesienie konfliktu na terytorium Gruzji, trzeba jednocześnie odnotować, że pretekst do takiego postępowania dał sam Saakaszwili.

A tak na marginesie: teraz nie ma już chyba wątpliwości, że dobrze się stało, iż Gruzja na razie nie została członkiem NATO po prostu jeszcze do tego nie dojrzała.    

Marek Borowski (23:01)
68 komentarze

10 maja 2008

Jakiś czas temu pisałem (chyba nawet dwukrotnie), że Platforma nie ma żadnego pomysłu na naprawę służby zdrowia. Najpierw była za prywatyzacją, potem wypierała się tego gorliwie, po wyborach okazało się, że kompletnie nie wie co robić. Premier Tusk stanowczo odmawiał dofinansowania szpitali, zanim ich nie "uszczelni", potem nagle dopuścił podwyższenie składki. Kiedy przestrzegano go, że niedofinansowane szpitale zaczną się zadłużać, p. min. Kopacz informowała, że zadłużenie spada i przestaje być problemem. Dziś dowiadujemy się, że w ciągu kilku miesięcy zadłużenie znacznie wzrosło i wynosi już ok. 10 mld zł!!! Zarządzanie przez chaos to zdaje się specjalność Platformy. Pomysł goni pomysł, a co jeden to gorszy. Teraz szpitale mają być przejęte przez samorządy, a potem sprywatyzowane.

No to, proszę Państwa, żarty się skończyły. W grę zaczyna wchodzić bezpieczeństwo zdrowotne Polaków, które rząd traktuje jak sprawę drugorzędną. Przy okazji obywatele zalewani są istną rzeką głupstw.

Po pierwsze, samorządy są już właścicielami szpitali powiatowych i wojewódzkich od 1999r., więc rząd nie może im niczego przekazać.

Po drugie, przymusowe przekształcenie wszystkich szpitali w spółki prawa handlowego oznacza odebranie, a nie przekazanie , samorządom majątku szpitali.

Po trzecie, prywatyzacja wszystkich szpitali niesie poważne zagrożenia:

A.skoro szpital ma być nastawiony na zysk, to będzie zamykał te oddziały czy przychodnie, które będą przynosiły straty.

B.jeśli właściciel uzna, że w ogóle mu się to nie opłaca, sprzeda lub zmieni przeznaczenie nieruchomości szpitalnych.

C.szpitale prywatne będą kierować pacjentów "droższych" do szpitali publicznych, które będą obowiązane ich przyjąć. W efekcie szpitale publiczne znajdą się w gorszej sytuacji.

 

Efektem takiej polityki będą powazne zakłócenia w funkcjonowaniu systemu, ograniczenie dostepu do świadczeń w wielu regionach i dla części chorych oraz podrożenie całego systemu.

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w telewizji oglądamy ładne obrazki z prywatnych szpitali? Ano dlatego, że stanowią one tylko 5-10% wszystkich jednostek, dzięki czemu moga wybierać sobie te świadczenia, które są najbardziej opłacalne i dodatkowo świadczyć usługi komercyjnie za pieniądze, czego nie mogą robić zakłady publiczne. Cały obowiązek zapewnienia dostepności do świadczń spoczywa na zakładach publicznych. Sprywatyzowanie np. 50% szpitali spowoduje, że pacjenci zostaną podzieleni na lepszych i gorszych - w zależności od grubości portfela.

Tak więc po szaleństwach Pani Katarzyny (Hall) mamy szaleństwa Pani Ewy (Kopacz). A nad tym wszystkim unosi się coraz bardziej tracący kontrolę i coraz mniej uśmiechnięty Donald Tusk.

To szleństwo trzeba zatrzymać! Dlatego Socjaldemokracja Polska i Partia Demokratyczna zainicjowały powołanie Społecznego Komitetu "STOP PRYWATYZACJI SZPITALI". Na stronie internetowej www.sdpl.pl można wpisywać poparcie dla tej inicjatywy. Zapraszam - chodzi przecież o bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów, czyli nas wszystkich.

Pozdrawiam.  serce 

 

Marek Borowski (09:49)
55 komentarze

19 kwietnia 2008

I stało się. Socjaldemokracja Polska będzie przemawiała własnym głosem. SLD zdecydował się rozbić porozumienie Lewicy i Demokratów, a następnie ogłosił, że odbudowa lewicy powinna toczyć się pod jego przewodnictwem. Obie decyzje są błędne, a przez to dla SDPL nie do przyjęcia. LiD po kilku miesiącach zniżki sondażowej odnotował wreszcie w końcu marca wzrost poparcia - zaczęła przynosić efekty wyważona i rozsądnie krytyczna polityka w Sejmie - i wtedy otrzymał nokautujący cios. Z kolei SLD - z powodów oczywistych -  nie nadaje się do odgrywania  przewodniej roli na lewicy, a dodatkowo ogłoszony "skręt w lewo" oznacza ograniczenie, a nie rozszerzenie kręgu wyborców. Po trzecie, współpraca wymaga minimum zaufania, a decyzja SLD, podjęta w trybie nagłym i z pełnym lekceważeniem partnerów, zaufanie to zredukowała praktycznie do zera. Oto powody, dla których SDPL nie zdecydowała się zawrzeć kolejnego porozumienia z SLD o wspólnym klubie.

Naszym zdaniem lewica musi się otworzyć, schować do przeszklonej gabloty dotychczasowe szyldy partyjne, zaprosić wszystkich o poglądach na lewo od Platformy Obywatelskiej i dopomóc w utworzeniu nowego ugrupowania centrolewicowego. Na czele muszą stanąć nowi ludzie, z partii obecnych i spoza nich, którzy mają dostateczne kwalifikacje przywódcze i jeszcze nie opatrzyli się wyborcom. Dlatego właśnie oświadczyłem, że w wyborach przewodniczącego SDPL, które odbędą się do końca roku, nie będę kandydował, jak również nie zamierzam kandydować w wyborach prezydenckich za dwa lata. Przecina to wieczne i bezsensowne komentarze tych, którzy uważają, że w polityce każdemu chodzi tylko o jego własny interes oraz władzę dla samej władzy.

Lewica ma w Polsce szansę. Musi być jednak inteligentna, twórcza, i skończyć ze sloganami. Musi także dotrzymywać słowa.

Niby nie ma się z czego cieszyć, ale jednak ktoś się ucieszył. Oto pewien prominentny działacz SLD na swoim blogu aż tryska radością, że LiD się rozpadł. Tak długo rozwiercał tę strukturę, tak długo pod nią rył, aż wreszcie rozpadła się. Więc teraz się cieszy, choć niby sie martwi, a najbardziej o swego szefa, który niepotrzebnie LiD popierał, choć przecież to on właśnie zadał mu ostatni cios. I tak, walcząc między sobą, młodzi przywódcy zburzyli dom, który własnymi rekami zaczęli stawiać. roza 

Marek Borowski (18:49)
88 komentarze

13 kwietnia 2008

Pani Minister Hall zapowiedziała, że od 1 września 2009r. do pierwszej klasy pójdą już wszystkie sześciolatki i kazdy pierwszak dostanie bezpłatny komplet podręczników. Pani minister fizycznie w niczym nie przypomina niezapomnianego Romana Giertycha, ale zachowuje sie niestety podobnie. Co i raz padają jakieś obietnice, jest ich coraz więcej i juz wiadomo, że na pewno nie zostaną zrealizowane. Przede wszystkim na ich realizację  potrzebne są spore pieniądze, a tych pani minister sobie nie zagwarantowała. Mało tego: pani minister popiera wszystkie pomysły rządu, które prowadzą do obniżenia dochodów budżetowych, czyli piłuje gałąź , na której siedzi. Ale nie tylko o to chodzi. Jestem zdecydowanym zwolennikiem realizacji pomysłu: "pięciolatki do zerówki, sześciolatki do szkoły". Nie jestem wyznawcą hasła: "nie zabierajmy dzieciom dzieciństwa" bo to hasło jest tylko pozornie wyrazem troski o dziecko i tak naprawdę jest po prostu nieprawdziwe. Inna sprawa, że uważam, iż rodzice, którzy chcą posłać dziecko do szkoły w wieku 7 lat - powinni mieć taką możliwość. Natomiast pomysł, aby w jednym i to nieodległym roku posłac do pierwszej klasy dwa roczniki - to jakiś horror! W szkołach nagle pojawi się 700 tysięcy zamiast 350 tys. dzieci! A gdzież oni się pomieszczą? Jeśli ma to się skończyć zagęszczaniem klas, to dziękuję za taką reformę. A gdzie przeszkoleni nauczyciele? Jeśli chce się uniknąć tych kłopotów, trzeba wyasygnować duże pieniądze, tyle że nikt nie policzył, jakie i skąd je wziąć. Początkowo obniżenie wieku szkolnego miało następować w trzech etapach, rozłożone na trzy lata. To był jakiś sposób , też niełatwy w realizacji, ale mający ręce i nogi. Była kiedyś taka książka (i chyba film) "Szaleństwa Majki Skowron". Opisywała  wyczyny rzeczonej Majki: nieszkodliwe, a nawet sympatyczne. Szaleństwa Pani Katarzyny będą nas niestety wiele kosztować. Apeluję o rozsądek!

Pozdrowienia.   żal 

 

Marek Borowski (22:13)
20 komentarze

03 kwietnia 2008

1 kwietnia skończył się wreszcie koszmarny taniec wokół traktatu lizbońskiego. Prezydent i PiS "zakiwali się"prawie na śmierć(polityczną,oczywiście).

Pozycja Jarosława Kaczyńskiego osłabła. Nie tylko dlatego,że          40% (!) jego klubu w Sejmie nie poparło traktatu, ale jeszcze bardziej dlatego, że w Senacie w PiS-ie było aż 60%  przeciwników Europy! 

Prezydent w ostatniej chwili uratował resztki autorytetu, wycofując kuriozalny projekt ustawy ratyfikacyjnej własnego autorstwa i przekonując brata, żeby nie pogrążył go ostatecznie.

Sejm odegrał komedię pozorów, przyjmując dziwaczną uchwałę "gwarancyjną". Tusk udawał, że uchwała rzeczywiście coś gwarantuje, a Kaczyński - że w to wierzy. A potem wszyscy się dziwią, że Polacy nie lubią polityków. 

Obserwując to wszystko Europa była przerażona. A my po prostu lubimy robić kawały. Prima aprilis!

Pozdrowienia.   hehehe 

Marek Borowski (00:26)
37 komentarze

22 marca 2008

Niestety, Pan Prezydent mnie nie zaskoczył. A już myślałem, że jego inicjatywa ustawodawcza będzie polegała na zmianie Konstytucji i wprowadzeniu do niej tzw. ustawy organicznej (pisałem o tym w poprzednim wpisie). Tymczasem przepisał on po prostu projekt brata, tyle, że  to, co było na końcu, dał na początku i odwrotnie. Znów jesteśmy w punkcie wyjścia.

Zaskoczył mnie natomiast Donald Tusk. Czy pamiętają Państwo, jak w expose zapewniał solennie, że nie sięgnie ani po złotówkę do kieszeni obywateli? Jak niedawno stanowczo odcinał się od pobierania opłat za świadczenia medyczne? Właśnie zmienił zdanie i zapowiedział, że od 2010r. obywatele będą dodatkowo wpłacać na Narodowy Fundusz Zdrowia 1% swych dochodów. Trudno w tym wszystkim dostrzec jakikolwiek sens. Po pierwsze, służba zdrowia potrzebuje pomocy natychmiast, a nie za 2 lata. Po drugie, aby opieka medyczna funkcjonowała u nas przyzwoicie, potrzeba znacznie więcej niż ten 1%. I po trzecie wreszcie, po co w 2009r. obniżać podatek z 19 do 18%, aby w następnym roku odebrać to, co się darowało. A przecież nie od dzisiaj wiadomo, że kto daje i odbiera......

Nie przepadam za tym rządem, ale bardziej bym go szanował, gdyby zachowywał się w sposób logiczny i przewidywalny. Niestety, coraz więcej w jego działaniach chaosu i zaskakujących "zwrotów akcji". Doceniam rolę improwizacji w życiu naszego narodu, ale może przydałoby się trochę profesjonalizmu?

Marek Borowski (01:05)
60 komentarze

17 marca 2008

Lech Kaczyński wystąpił jako mąż stanu, na tle muzyki z serialu "Polskie drogi". Stanął już całkowicie po stronie brata, powtarzając te same nieprawdy, które już wielokrotnie słyszeliśmy: zaleją nas Niemcy i geje. Ręce opadają. Za jakie grzechy nas to spotyka???Prezydent zapowiedział - a jakże! - wniesienie własnego projektu ratyfikacyjnego, który "zabezpieczy interes Polski". Wszyscy zachodzą w głowę, co też to takiego może być. Jeśli ustawa pokroju tej, co wymyślił Jarosław Kaczyński, to będzie ona niekonstytucyjna. Ustawa ratyfikacyjna - jako że uchwalana jest dwiema trzecimi głosów - nie może zawierać niczego ponad krótkie zdanie, upoważniające Prezydenta do podpisania jej. Tak zwane "gwarancje", albo raczej pseudogwarancje bądź preambuła mogą być ewentualnie zapisane jedynie w ustawie zwykłej, uchwalanej zwykłą większością głosów. PiS-owi chodzi jednak o to, aby te "gwarancyjne" zapisy nie mogły być w przyszłości inaczej zmienione, jak większością kwalifikowaną 2/3 głosów. Czy to możliwe, jeśli nie przewiduje tego Konstytucja?  Otóż tak, to jest możliwe: trzeba zmienić Konstytucję i wprowadzić do niej artykuł, pozwalający na uchwalanie tzw. ustaw organicznych, które zarówno dla uchwalenia jak i zmiany będą wymagały większości nie zwykłej, ale kwalifikowanej(np. 3/5 lub 2/3). Nie zdziwię się, jeśli Lech Kaczyński taką właśnie zmianę Konstytucji zaproponuje.

Bedzie to oznaczało, że spirala obłędu nakręca się. W takiej sytuacji nie pozostanie nic innego, jak referendum z dodatkowym , konsultacyjnym pytaniem o zgodę na przyjęcie Karty Praw Podstawowych przez Polskę bez zastrzeżeń. A wszystkich, którzy jeszcze wahają się, jakie w tej sprawie zająć stanowisko, uprzejmie informuję, że dziś Lecha Kaczyńskiego z całą swoją mocą i wdziękiem poparł Roman Giertych. Ten fakt powinien przekonać tych jeszcze nieprzekonanych, że trzeba iść na referendum i odesłać PiS-owców do kąta, gdzie spotkają się z Giertychem, Lepperem i im podobnymi szkodnikami.

Pozdrawiam.

Marek Borowski (21:56)
28 komentarze

14 marca 2008

Jeśli jeszcze gdzieś przetrwał mit Jarosława Kaczyńskiego jako "genialnego stratega" (gdzie są dziś ci dziennikarze i politolodzy, co tak sławili talenty tego polityka...) , to po ostatnich zachowaniach w sprawie traktatu rozpadł się on ostatecznie. Bezczelny szantaż, jakiego dopuszcza się Kaczyński, łamiąc swoje własne obietnice, igranie losem nie tylko Polski, ale i Europy tylko po to , aby zapobiec rozłamowi we własnej partii - kompromituje go ostatecznie. Ciekawe, czy w PiS-ie znajdą się ludzie, majacy wystarczająco dużo odwagi, aby powiedzieć: dość!

Lewica i Demokraci prezentują jasne stanowisko: szantażystom nie należy ulegać. Platforma Obywatelska - mimo naszych przestróg - już raz szantażu się przestraszyła nie podpisując Karty Praw Podstawowych. LiD domaga się od PO klarownej postawy: jeśli szantażyści nie wycofają się ze swoich żądań, trzeba odwołać się do referendum, do woli społeczeństwa. Czy można jednak zmienić uchwałę Sejmu, który wybrał drogę parlamentarną? Prawnicy nie są jednomyślni. Mam jednak dla nich i dla nas wszystkich ważną wiadomość : problemu nie ma! Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 27 maja 2003r. K 11/2003 , rozpatrując skargę Romana Giertycha i innych przeciwników Unii Europejskiej na ustawę o referendum ogólnokrajowym odrzucił wszystkie zarzuty i m.in. stwierdził:

"Dopuszczalna jest interpretacja art.90 Konstytucji przyjmująca, że w przypadku nie uchwalenia ustawy upoważniającej Prezydenta do ratyfikacji umowy z powodu nie uzyskania kwalifikowanej większości głosów możliwe jest podjęcie przez Sejm kolejnej uchwały i przekazanie rozstrzygnięcia suwerenowi działającemu bezpośrednio(czyli narodowi w formie referendum - przyp. mój). "

Jest więc rozwiązanie prawne dla traktatu lizbońskiego. Szantaż nie przejdzie - no pasaran!

Pozdrowienia. papa 

Marek Borowski (17:23)
83 komentarze

10 marca 2008

Trzy miesiące temu, 2 grudnia 2007r. zamieściłem blog o "tanim państwie". Skomentowałem m.in. zapowiedź Donalda Tuska, iż będzie podróżował rejsowymi samolotami, aby obniżyć koszty funkcjonowania rządu. Postulowałem, aby dać sobie spokój z takimi pomysłami, bo jak mawia staropolskie powiedzenie: "tanie mięso psi jedzą". Oszczędności premier powinien poszukać gdzie indziej. Np. w ministerstwach gospodarki i pracy. Pan wiceminister Szejnfeld, a za nim pani minister Fedak ogłosili, że po trzech miesiącach ciężkiej harówki powstał pakiet rozwiązań, których wdrożenie radykalnie przyspieszy rozwój polskiej gospodarki. Znalazły się w nim takie pomysły, jak możliwość zwalniania z pracy kobiet w ciąży, likwidacja zapłaty za godziny nadliczbowe, wyprawianie pracownika w delegacje służbowe za jego własne pieniądze  itp. Prawdziwy "wesoły autobus". Po ostrych reakcjach związków zawodowych i Lewicy i Demokratów Platforma ze wszystkiego się wycofała, okazało się, że to wszystko nieprawda, a ci, co nad tym pracowali i promowali, wykonali masę dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Pytam więc nieśmiało: a ile to kosztowało? Ekspertyzy, konsultacje, praca urzędników, uzgodnienia międzyresortowe... Takich przypadków jest znacznie więcej i gdyby tu premier poszukał oszczędności, zarobiłby na przelot samolotem rządowym. Donald Tusk woli jednak robić tzw. wrażenie i śmieszność tej sytuacji go nie zraża.

Chociaż...... Zaczynam się zastanawiać, czy w tym szaleństwie nie ma czasem metody. Kilku kolejnych premierów przymierzało się już do kupienia samolotów rządowych i każdy ustępował pod nawałnicą oskarżeń o marnotrawstwo.Zwłaszcza tabloidy pastwiły się nad takim nieszczęśnikiem. Coś mi się zdaje, że Tusk przyjął chytrą taktykę. Swoim uporem w podróżowaniu "rejsowcami" doprowadził już do tego, że opozycja (p. niniejszy blog) wzywa go, aby kupił wreszcie te cholerne samoloty. Jeszcze trochę, najlepiej wtedy, gdy lecąc "rejsowcem" gdzieś się spóźni, zażąda tego naród (od czegóż są sondaże). I wtedy wałęsowskie "nie chcem, ale muszem" znów będzie w użyciu. Prośmy tylko Opatrzność, aby do tej chwili nic się aby premierowi nie stało!

Pozdrawiam. hehehe 

Marek Borowski (16:28)
23 komentarze

02 marca 2008

To, że tarcza antyrakietowa zwiększa zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, nie jest przez nikogo kwestionowane. Mówią o tym zarówno Donald Tusk, jak i Radek Sikorski. Dlatego - jak powiadają - potrzebujemy dodatkowego uzbrojenia: rakiet Patriot i innych rodzajów broni, które obronią nas przed atakiem. W Polsce trwa w związku z tym dziwaczna dyskusja, w której politycy z partii "protarczowych" bezmyślnie powtarzają wyuczone formułki i odpowiadają na dziesiątki pytań, z wyjątkiem jednego: a po co to wszystko? Zagrożenie atakiem rakietowym Stanów Zjednoczonych czy Europy przez Iran nie znajduje żadnego uzasadnienia w jakichkolwiek rzetelnych analizach, w tym także amerykańskich. Jeśli już Iran w ataku samobójczej manii chciałby dokonać aktu agresji, to zaatakowałby Amerykanów w sąsiednim Iraku lub po prostu Izrael. Przed tym tarcza w Polsce nie ochroni. Natomiast tym, którzy opowiadają o groźbie ze strony Korei Północnej, proponuję zakupienie globusa.

Nie po raz pierwszy debata publiczna w Polsce nurza się w oparach absurdu. Kiedy szukam jakiejś metafory, która obrazowo opisywałaby tę sytuację, przychodzi mi na myśl następująca:

Oto ktoś rozpala ognisko na środku pokoju w naszym domu. "Dlaczego Pan to robi?" - "Musimy wypłoszyc nietoperze" - "Ależ tu nie ma nietoperzy!?" - "Być może, ale mogą być" - "Przecież to niebezpieczne!" - "Dlatego zainstalujemy na suficie zraszacze, a przed domem będzie stale stał w gotowosci wóz strażacki".

Z jednym się zgadzam: woda rzeczywiście jest potrzebna. Ale lodowata i na głowę tych, co w dzieciństwie kochali bawić się żołnierzykami i niestety do dzisiaj z tego nie wyrośli.

Pozdrawiam.    myśli 

Marek Borowski (19:26)
22 komentarze

25 lutego 2008

Mamy nową tradycję wystawiania nowemu rządowi po pierwszych stu dniach cenzurki. Z jednej strony formułowane są daleko idące oczekiwania gotowych reform, przyjętych ustaw, rozwiązanych problemów.  Postaram się uczynić zadość tradycji biorąc pod uwagę wszystkie czasowe ograniczenia i oceniając nie tyle to, co rząd zrobił, ile kierunek, w jakim zmierza.

Najbardziej rzucającą się w oczy cechą rządu jest nieobecność w nim Romana Giertycha, Andrzeja Leppera, Zbigniewa Wassermanna, czy Zbigniewa Ziobry. Już tylko za ten fakt większość Polaków lubi i popiera rząd. W miarę jednak jak będą się przyzwyczajać, że tych ludzi nie ma, przestanie im to wystarczać. Rząd nie będzie oceniany za to, jaki nie jest, lecz za to jaki jest.

Porównując obietnice i ich realizację widać przede wszystkim odsuwanie rozwiązania wielu problemów na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dotyczy to zwłaszcza sfery budżetowej. Nauczyciele muszą się zadowolić pierwszym etapem podwyżek płac, bo na radykalne nie ma pieniędzy. W służbie zdrowia doprowadzono do chaosu, który wyjdzie na jaw za parę miesięcy. Niektórzy dyrektorzy szpitali podpisali z lekarzami i pielęgniarkami kontrakty na wyższe płace nie mając zabezpieczenia finansowego. W innych wynagrodzenia zostały po staremu. Rząd twierdzi, że da więcej pieniędzy na służbę zdrowia po uszczelnieniu systemu, ale perspektywy finansowe roku 2009 są gorsze niż roku 2008 ze względu na obniżenie podatku PIT, co oznacza ubytek 7-8 mld zł. Zapowiedziany podatek liniowy poczyni w budżecie jeszcze większe uszczerbki.

Najwyraźniej rządowi brakuje koncepcji. Popełniono poważny błąd decydując się na drugi etap uchwalonej jeszcze przez poprzedników obniżki składki rentowej.   12 mld zł, które stracił przez to budżet, wystarczyłoby nie tylko na zaspokojenie ważnych potrzeb społecznych, w tym podniesienie poziomu usług edukacyjnych i zdrowotnych, ale i na obniżenie deficytu budżetowego, co jest istotne z punktu widzenia naszych przygotowań do wejścia do strefy euro. Ale w tej ostatniej sprawie rząd wypowiada się bardzo enigmatycznie i niekonkretnie.

Nie ma harmonogramu działań dotyczącego organizacji EURO 2012. W resorcie pracy panuje tradycyjny bałagan coś nie ma on szczęścia do swoich szefowych. Co najmniej raz w tygodniu pani minister ogłasza kolejny projekt. Ale np. co dzieje się z emeryturami pomostowymi (sprawa bardzo pilna!) nie wiadomo. Pani minister szkolnictwa wyższego straszy płatnymi studiami, a pani minister edukacji bonem oświatowym, który różnicuje szkoły i uczniów na lepszych i gorszych. PO przed wyborami zarzekała się, że z tych koncepcji zrezygnowała, co przyczyniło się do uzyskania przez nią tak wysokiego poparcia. Donald Tusk pokazywał twarz zatroskaną o zwykłego szarego obywatela. Dziś zaczyna dzielić społeczeństwo na biednych i bogatych i coraz częściej zwraca się do tych drugich.

Lepiej rząd sobie radził z polityką zagraniczną, choć i tu nie uniknięto wpadek. Zbyt późno rozpoczęły się uzgodnienia z Ukrainą dotyczące ruchu przygranicznego w związku z wejściem Polski do strefy Schengen. Kontynuowane są rozmowy z USA o tarczy antyrakietowej, choć jako żywo nikt nie wie, przed czym i kogo miałaby ona chronić. 

Brak ustaw rządowych (puste szuflady) sprawia, że Sejm ma niewiele do roboty. Projekty opozycji (21 projektów LiD) są trzymane w zamrażarce przez marszałka Sejmu albo przez przewodniczących komisji. To prosty sposób na pokazywanie wyborcom, że opozycja nic nie robi i nie ma żadnej koncepcji. Premier za to nie jest zadowolony z kontaktów z prezydentem. Tak się nimi zmęczył, że chciałby zmienić konstytucję. Gdyby do tego doszło, Polska byłaby chyba jedynym krajem w tej strefie cywilizacyjnej, która mniej więcej co 10 lat zmienia ustrój państwa.

Najwięcej i najdalej idące obietnice mają być zrealizowane po 3000 (trzech tysiącach) dni, czyli za 8 lat! Ćwiczmy zatem cnotę cierpliwości, a jak kto niecierpliwy, albo nie daj Boże nieufny, to zawsze może wyjechać do Irlandii. Wróci za 8 lat i będzie jak znalazł.

Marek Borowski (00:25)
68 komentarze

22 lutego 2008

Pan Premier jest zmęczony rządzeniem. A przecież to dopiero 100 dni, strach pomyśleć, co Go jeszcze czeka! Pan Premier jest zmęczony, bo Pan Prezydent denerwuje Go i bruździ. A to telefonu nie odbierze, a potem zarzuca, że nikt nie dzwonił, a to pytania zadaje, a to naburmuszony chodzi, a to wreszcie swoje niemądre poglądy głośno wypowiada. Pan Prezydent wprawdzie jeszcze niczego konkretnego, co by Panu Premierowi jakieś plany rujnowało, nie zrobił, ale torturuje Pana Premiera psychicznie. No i właśnie dlatego, że z Panem Prezydentem nie idzie wytrzymać, Pan Premier zażyczył sobie zmiany Konstytucji. Chce w niej - dla jasności oczywiście - zapisać, że Pan Prezydent ma Go słuchać i basta. No więc zróbmy to, a za dwa lata wybierzmy Pana Premiera Prezydentem, bo przecież tego samego dnia w innej gazecie oświadczył, że będzie się o prezydenturę ubiegał. I wtedy okaże się, że to Pan Premier denerwuje Pana Prezydenta, a nie, jak kiedyś, odwrotnie. Na pewno jednak sobie z tym kłopotem poradzimy: po prostu zmienimy Konstytucję.

Tak więc w PO jest zabawnie, ale i w PiS-ie ze śmiechu można dostać kolki. Wilk Tusk, udając Czerwonego Kapturka (czyli chyba LiD) nabrał Babcię (naród), ta wpuściła go do domku, a on ją oszukał (czyli zjadł). Trochę stary ten naród i bezzębny, ale niech tam. Było śmiesznie, ale naprawdę zabawnie zrobiło się, gdy na ekranie pokazał się Gajowy Jarosław i pogroził Wilkowi palcem. Czy Wilk się przejął - nie wiadomo, bo nie pokazali. Swój cel filmik jednak osiągnął. Ludzie kulali się ze śmiechu na widok Gajowego, bo przecież wszyscy dobrze pamiętali, że Babcia całkiem niedawno wygoniła go z lasu i dała mu ZWdL (zakaz wstępu do lasu).

Już post, a prawica - ta z bardziej i ta z mniej ludzką twarzą - bawi się w najlepsze za pieniądze podatnika.

Pozdrawiam    martini 

Marek Borowski (00:40)
57 komentarze
Historia mojego bloga...

Zdjęcie tygodnia...
Warszawskie Słowiki
Ksiega gości...
Zapraszam do wpisu pamiątkowego
Wpisy i opinie
Linki...
Blogi Polityków
Odwiedzający...
Przeczytano 173114 stron
Komentarze: 4732
Kalendarium...
<Październik>
PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Copyright 1996-2008 Grupa Onet.pl SA (system)
Marek Borowski(treść i ilustracje);