Blog w kategorii: Znani blogują     Następny »   Szukaj bloga:   Pisz bloga 


Szukaj
Linki
Napisane dnia...
<Październik>
PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  
Archiwum
Statystyka
Wejść 204323
Komentarzy 8693


11 września 2008

Wiele osób pyta mnie jaki będzie nadchodząc sezon polityczny, jak będzie działał klub parlamentarny Lewicy, którym kieruję? Jak będzie zachowywać się w Sejmie Lewica?

Te pytania stawiane są coraz częściej, i wyczuwam w nim odniesienie do głosowania w sprawie ustawy medialnej – wtedy, nie było mnie wówczas w kraju, klub poparł weto Lecha Kaczyńskiego. Czy więc – pytają moi rozmówcy – teraz też będziecie głosować z PiS-em? Chodzić do prezydenta Kaczyńskiego? Zawierać pakty z PiS-em?

Więc odpowiadam – ja paktów z PiS-em zawierać nie będę. To jest formacja szkodliwa dla kraju, która podpalała Polskę, wypychała nas na obrzeża Europy, cofała w rozwoju. Której politycznym paliwem są oszczerstwa, straszenie Polaków,  i szczucie jednych na drugich. Która polowała na ludzi lewicy, której funkcjonariusze rozpowszechniali o nas kłamstwa, i chcieli zamykać nas do więzień.

Od rozmów z PiS-em są w naszym klubie posłowie Ryszard Kalisz i Krzysztof Matyjaszczyk, nasi reprezentanci w komisjach śledczych.

Ale słowa te nie oznaczają, że automatycznie przyklepiemy ustawy Platformy. Na to niech nikt nie liczy.

Więc jak zachowa się Lewica?

Moim celem jest, by zachowała się, po pierwsze, mądrze i przyzwoicie, a po drugie – jak lewica.

To są filary, na których opieram swą polityczną drogę. Że trzeba zachowywać się mądrze i przyzwoicie, oraz zgodnie z lewicowym systemem wartości. I nigdy na nich się nie zawiodłem. Patrząc w przeszłość widzę jak bardzo pomogły one w odbudowie lewicy, jak udało mi się zmienić w oczach opinii publicznej obraz SLD, obraz lewicy. Gdy przejmowałem SLD aż 52 proc. Polaków miało o tej partii zła opinię, trzy lata później – już tylko 32 proc. Powoli, krok po kroku, stawaliśmy się formacją poważną, kompetentną i obliczalną. Tego nie można stracić.

Dlatego też już od dłuższego czasu nad ustawami zdrowotną i kominową pracują nasi eksperci. Pod patronatem klubu parlamentarnego. Dostrzegamy w tych ustawach elementy dobre, modernizujące kraj, i elementy, których nigdy nie zaakceptujemy, rodem z elementarza dogmatycznego liberała. Prace naszych ekspertów są już na ukończeniu. Wstępnie, jestem z nich zadowolony. Lada dzień będziemy mieli gotowy pakiet propozycji – mądrych, wykonalnych, a co najważniejsze, wiernych lewicowym wartościom. Przedstawimy je opinii publicznej, przedstawimy Platformie. Da się remontować służbę zdrowia bez potrzeby sprzedawania prywatnym spółkom budynków szpitalnych. Da się ułatwiać działalność spółek skarbu państwa, nie narażając je na straty wynikające z finansowych apetytów prezesów.      

To będą nasze propozycje – nie żaden targ, siłowanie się, tylko spokojna refleksja nad Polską, nad jej modernizacyjnymi potrzebami. A także nad oczekiwaniami Polaków.

Jak zachowa się Platforma? Czy przyjmie nasze projekty? Które – otwarcie to mówię – zmienią kierunek zmian, które PO w swych ustawach zawarła. Bo chcemy zachować w nich wszystkie dobre elementy, które modernizują Polskę, a jednocześnie te nadmiernie liberalne, kujące w oczy, drażniące Polaków, zastąpić rozwiązaniami socjaldemokratycznymi.

Nasze propozycje będą testem dla PO. Ta partia musi wybrać – czy chce zmieniać Polskę, poprawiać ją, ale nie według własnego widzimisię, tylko uwzględniając opinie innych Polaków, czy też nie chce zmian, nie chce modernizacji, tylko chce wojny.

To jest wybór, który będę proponował Sejmowi w obecnym politycznym sezonie, nie tylko w sprawie ustaw zawetowanych już przez prezydenta, ale również tych, których skierowanie do Sejmu zapowiada rząd – panowie, bijatyka, obelgi, to nie my, to nie Lewica. Bójka polskich spraw nie posuwa do przodu. My mamy ważne projekty, ważnych ustaw. Przemyślane, przedyskutowane. Bardzo socjaldemokratyczne. Tak jak socjaldemokratyczna jest Europa.

Chodźcie z nami!

Wojciech Olejniczak (18:31)
48 komentarzy

23 maja 2008

 

Mniej więcej po dwóch godzinach słuchania premiera Tuska, który mówił o półroczu swego rządu spojrzałem w okno. No tak, deszcz pada, pada, Donald gada, gada...

I jeszcze mówił, że mógłby mówić wiele godzin, ma taki zapał, ale chwilowo nie chce... Otóż odniosłem wrażenie, że pobyt w Andach, na dużych wysokościach, podziałał na premiera jak trening wysokogórski – jest rześki, nie wiem czy znajdzie się dziś na świecie (bo Fidel Castro chory) polityk, który mógłby dłużej od niego przemawiać, szkoda tylko, że tak wiele słów zawiera tak mało treści...

To też pewna umiejętność, mówić dużo i nic nie powiedzieć. Bo przecież premier nie omówił choćby jednej konkretnej sprawy, którą jego rząd zrobił, bądź ją kończy. Jest fajnie – za to woła – bo wyprowadziliśmy z naszej chałupki PiS-owską kozę!

I przedstawia kolejne obietnice, plany, zapowiedzi.

Tylko dziś – to już za mało.

Dziś, szkoda że premier to pominął, więcej Polaków (47 %) uważa, że sprawy Polski idą w złym kierunku niż że idą w dobrych (40 %). W ciągu miesiąca liczba optymistów zmalała o 7 %, o tyleż samo zwiększyła się liczna pesymistów. Dlaczego? Bo rzeczywistość wygląda inaczej niż opowieści premiera.  Dostrzegam, że następuje tu pogłębiający się rozziew – pomiędzy światem rzeczywistym, a tym z opowieści pana premiera. Donald Tusk nie zauważył w swoim wystąpieniu rzeczy dla Polaków w ostatnim czasie najważniejszej – wzrostu kosztów utrzymania. Podwyżek cen energii, podwyżek cen żywności.

Premierze, coś trzeba z tym zrobić! Dlaczego pan milczy!

Donald Tusk skwapliwie pominął też fakt, że Polska jest krajem w Unii Europejskiej, w którym nierówności w dochodach i w dostępie do dóbr są jednymi z największych.

To go nie zainteresowało.

W sumie, to mnie nie zaskoczyło. Liberałów nie interesują przecież nierówności społeczne, fakt że państwo nie może rozwijać się harmonijnie.

Ale nas – socjaldemokratów bardzo to interesuje.

Uważamy, że nadmierne nierówności szkodzą społeczeństwu, że wykluczenie wielkich grup społecznych, skazanie młodzieży z tym grup na wegetację – to narodowe samobójstwo.

I pożywka dla takich polityków jak Jarosław Kaczyński, który uczynił z napuszczania jednych Polaków na drugich, główną oś swej polityki.  To była polityka społeczna PiS – pielęgniarki spod Kancelarii Premiera przepędzono, a ludziom, jako rekompensatę, pokazano Mirosława G. w kajdankach... Niech mają igrzyska...

Słuchając w piątek premiera, myślałem więc o milionach Polaków, których znów się ogrywa. Kaczyński nimi manipulował, szczując jednych na drugich, Tusk zagaduje.

Wiem jedno: dla tych ludzi, tak jak w Europie Zachodniej, najlepszą receptą jest normalna, europejska socjaldemokracja.  Tu nie chodzi o żadne cuda, żadne eksperymenty czy jakieś rewolucje. Nie. Tu chodzi o normalne, sprawdzone, socjaldemokratyczne rozwiązania. 

Trzeba o nie walczyć.

Dlatego warto być w polityce.

Wojciech Olejniczak (23:32)
89 komentarzy

05 kwietnia 2008

 

 



Mija tydzień od decyzji SLD dotyczącej rozwiązania koalicji z
Demokratami. Tydzień, podczas którego z uwagą  śledziłem reakcje i
komentarze na to wydarzenie. Mam wycinki prasowe, stenogramy wywiadów
radiowych i telewizyjnych. One pokazują ciekawą ewolucję, która na
przestrzeni minionego tygodnia miała miejsce. Od nastroju  niedowierzania,
zaskoczenia, oburzenia, po uznanie, po przyjęcie moich racji.
Pierwsze reakcje były  emocjonalne - że wszystkich zaskoczyłem, że
to nieeleganckie. Nie przyjmuję tego rodzaju krytyki. Kogo zaskoczyłem? Z
moją decyzją najpierw zapoznała się Rada Krajowa SLD, ona ją
przedyskutowała i zaakceptowała. Dopiero później  dowiedzieli się inni
- politycy i dziennikarze. Czy jest bardziej właściwa kolejność? Co by
powiedzieli członkowie Rady Krajowej, gdyby dowiedzieli się, ze decyzja
została podjęta, że uzgodniłem ją już ze wszystkimi, powiedziałem o niej
wszystkim, a oni wciąż nie wiedzą?
Uważam, że w tej sprawie byłem fair. W sposób wzorcowy.
Mówiono też, że postąpiłem brutalnie z Demokratami. Czyżby? Zakończyliśmy
koalicję z powodów programowych, sami Demokraci to przyznają. A
jednocześnie, proszę zwrócić na to uwagę, ani z naszej strony ani z ich nie
ma żadnych uszczypliwych uwag, ataków. Jest wzajemny szacunek, i poczucie,
że na tamtym etapie historii, warto było współpracować. To był najbardziej
elegancki  polityczny rozwód w historii III RP.
Inny rodzaj reakcji dotyczy oceny politycznej samego manewru. Obrońcy
koncepcji LiD-u argumentują, że zrywając z Demokratami osłabiamy się,
zamykamy sobie drogę do centrum.
Ten argument też mnie nie przekonuje. Bo, po pierwsze, nic nie zamykamy.
Przeciwnie - zwiększamy swoje szanse. 
Związek SLD z Demokratami w ostatnich miesiącach nie przynosił efektów, a
wręcz buksował. Z prostego powodu - dzieliły nas sprawy programowe. My
byliśmy za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej, oni za jej utrzymaniem. My
przeciw tarczy antyrakietowej - oni za. I takich, fundamentalnych
wręcz różnic, było coraz więcej. Więc jakim głosem mogliśmy mówić? Jedni
zaprzeczali drugim. To wszystko kończyło się tym, że wyborca lewicowy
odwracał się do nas, przekonany, że kręcimy. A wyborca centrowy odwracał
się od Demokratów.
Teraz mamy sprawę klarowną - Demokraci będą walczyć o centrum. A my,
już bez zobowiązań koalicyjnych, będziemy prowadzić dialog z  wyborcą
lewicy. Myślę, że i im, i nam, wyjdzie to na dobre.  
Tak zresztą pisze coraz więcej publicystów, także w mediach nie
sprzyjających lewicy. Tak mówią sondaże. A mówią one, że wyborcy oczekują
na partię lewicową, mądrą, która zacznie bronić interesów ludzi pracy
najemnej, która będzie pilnować, by awans cywilizacyjny nie dotyczył tylko
najbogatszych, ale wszystkich Polaków.
Takie jest moje zobowiązanie. Każdy przewodniczący SLD budował partię
według własnej wizji, pod siebie. Ja widzę SLD jako ugrupowanie lewicowe,
socjaldemokratyczne, które na nowo przedefiniuje najważniejsze problemy
Polaków.
Dziś najważniejszym problemem nie jest wejście do NATO czy Unii
Europejskiej - bo już tu jesteśmy. Nie jest reforma gospodarki -
bo to też zostało dokonane. Nie jest lustracja czy szukanie agentów -
bo to szaleństwo PiS, groźne dla Polski. Nie jest też problemem czy
prezydent dogadał się z premierem, bo to żenada.
Dziś najważniejszym problemem jest, by awans cywilizacyjny, którego
doświadcza Polska, był dla wszystkich. By każda rodzina miała szansę godnie
żyć. By miała szansę posłać swe dzieci do dobrej szkoły, by skończyły
studia. By mogła liczyć na dobrą opiekę zdrowotną, przyjazne państwo, i
czyste reguły gry.
To nie są żadne fanaberie - tak zbudowana jest zachodnia Europa,
wedle wzorców socjaldemokratycznych. Dlaczego więc nie mamy z nich
skorzystać? Dlaczego mamy wybierać jakieś eksperymenty?
Obecna debata publiczna jest przecież nieautentyczna, pełna strachów i
tematów tabu. Co słyszę - nie wolno mówić o płacach i gospodarce, bo
to źle. Nie wolno mówić o sprawach światopoglądowych i aborcji, bo Kościół
się obrazi. To o czym można mówić?
Panie i panowie, ja ten stolik, z waszymi dyżurnymi, nieistotnymi
tematami, przewracam!

Ku mojemu miłemu zaskoczeniu tę opinię podzieliło w minionym tygodniu
wielu publicystów. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów w artykułach
prasowych poświęconych SLD czytałem o sprawach, o działaniach, o tym, że
istnieje coś takiego jak lewicowy system wartości, a nie o personaliach,
gierkach, czy kolejnych oskarżeniach.
Jestem z tego zadowolony.
Zapowiadam, że w promowaniu socjaldemokratycznych wartości będziemy
konsekwentni. I, żeby była jasność, nie jest to żaden "powrót do
lewicowych korzeni", bo nie  zamierzam nigdzie wracać, nigdzie się
cofać, tylko skok do przodu. Do Europy. 
Więc obserwatorom sceny politycznej radzę zapiąć pasy i dobrze zasiąść w fotelach.

Najbliższe dni będą bardzo ciekawe! Obiecuję!

Wojciech Olejniczak (17:58)
115 komentarzy

30 marca 2008

Marzec 2008 to inny czas polityczny niż październik 2007. Te kilka miesięcy to w polskiej polityce epoka. Pół roku temu mówiliśmy o zagrożonej demokracji, o władzy, która zagrażała obywatelom, nasyłała na nich policjantów (jawnych i tajnych) i prokuratorów. Mówiliśmy o władzy, która nie respektowała europejskich norm, kompromitowała Polskę w świecie, swą nieporadnością na arenie międzynarodowej budząc u jednych śmiech a u drugich pogardę. 

PiS zagrażał Polsce, tak jak zagrażał Polsce i Polakom Jarosław Kaczyński. O którym dziś ci sami dziennikarze, którzy wtedy go chwalili, piszą, że jest „neurotyczny”.

W tamtych warunkach nasza koalicja z Demokratami była naturalna i potrzebna. Łączyły nas wspólne poglądy na najważniejsze wówczas sprawy – na konieczność obrony demokracji, konieczność utrzymania Polski w europejskiej wspólnocie.

W tych sprawach mówiliśmy jednym głosem. I mówimy nadal.

 

Tylko że dziś, w marcu 2008 roku na plan pierwszy wysuwają się inne sprawy. Dotyczące nie obrony demokracji, państwa prawa, ale urządzenia naszych polskich wewnętrznych spraw.

Etap transformacji, rozpoczęty w roku 1989 został zakończony. Polska jest w NATO, jest w Unii, poradziła sobie z PiS-owskim wirusem autorytaryzmu. Teraz nadszedł czas poważnej dyskusji jak Polska XXI wieku ma wyglądać.

Platforma, przy wszystkich jej meandrach i propagandowych grach, proponuje prawicowy kształt Polski. Platforma nie jest taką prawicą jak PiS, skrajną, wsteczną, autorytarną, ale jest prawicą. To widać gołym okiem. Spójrzmy jak Platforma zachowywała się w sprawie służby zdrowia, w sprawie Karty Praw Podstawowych, w sprawie apelu Rady Europy o złagodzenie ustawy antyaborcyjnej, w sprawie płacy minimalnej, w sprawie ulg, z jakim zapałem negocjuje sprawę tarczy antyrakietowej. 

We wszystkich tych sprawach Platforma proponuje rozwiązania prawicowe, faworyzujące najbogatszych, pogłębiające podziały, budujące bariery społeczne, których nie będzie można przekroczyć.

My we wszystkich tych sprawach mamy własny poglądy, nie są one jakąś ekstrawagancją, podobnie myślą socjaldemokraci w Europie Zachodniej. Ci którzy zbudowali dobrobyt Europy. Dobrobyt dla wszystkich.

Sęk w tym, że tych poglądów nie podzielali Demokraci. Rozumiem ich, bliżej im do wizji państwa liberalnego.

Więc uznałem, że pora wyciągnąć wnioski.

W nowej sytuacji politycznej nasza koalicja z Demokratami stawała się z każdym tygodniem coraz mniej czytelna. My mówiliśmy o Polsce socjaldemokratycznej, oni o Polsce liberalnej. My w Parlamencie Europejskim chcieliśmy budować silną frakcję socjaldemokratyczną, oni – liberalną. My mówiliśmy, że jesteśmy przeciw tarczy antyrakietowej, oni – że są za. My mówiliśmy, że chcemy europeizować ustawę antyaborcyjną, oni – że obecna ustawa im się podoba. Mieliśmy inne poglądy na sprawę ratowania służby zdrowia, czy jeśli chodzi o szeroko pojmowany socjał.

To wszystko tworzyło kakofonię.

Dlatego najbardziej uczciwym rozwiązaniem jest zakończenie dotychczasowej formy współpracy. Bez wzajemnych pretensji, bez cichych dni, bez uszczypliwości, bez przeciągania w czasie, bez narastających pretensji. Za to z szacunkiem i po męsku.

Taką podjąłem decyzję.

Jest obszar spraw, w których mamy wspólny pogląd – i tu, mam nadzieję, będziemy szli razem. I jest obszar – gdzie rozbieżności są zbyt duże. Więc tu będziemy szli osobno.

 

Myślę, że nowa sytuacja pomoże lewicy.

Pomoże nam pokazać Polakom socjaldemokratyczną alternatywę. To jest jedyna realna alternatywa wobec rządów Platformy, bo przecież nie jest nią PiS, w którym karty rozdawać zaczął Tadeusz Rydzyk.

Jestem pewien, że wielu Polaków na tę alternatywę oczekuje. Gdyż wiem, że tylko wizja socjaldemokratyczna gwarantuje i rozwój i sprawiedliwe dzielenie jego owoców. Gwarantuje Polskę dla wszystkich, a nie tylko dla najbogatszych.

Nowa sytuacja będzie też godziną próby dla wszystkich tych, którzy do tej pory gardłowali przeciwko Demokratom, którzy mówili że są lewicowi, tylko LiD im w tej lewicowości przeszkadza.

Panie i panowie, tego alibi już nie macie. Teraz pokażcie, co macie do zaproponowania.

 

Moja propozycja jest jasna: gdy przejmowałem SLD musiałem odbudować choć część jego wiarygodności, przeprowadzić przez trudne wybory, ocalić od katastrofy. Potem trzeba było odsunąć PiS od władzy. To wszystko się udało. Teraz przystępujemy do kolejnego etapu – do budowy socjaldemokratycznej, europejskiej, jak najdalszej od awanturnictwa, politycznej alternatywy. Poważnej, kompetentnej, odpowiedzialnej.

To projekt, w którym jest miejsce dla wszystkich, którzy chcą Polski nowoczesnej, europejskiej, Polski dla wszystkich Polaków.

Ruszamy!

Wojciech Olejniczak (14:24)
81 komentarzy

21 marca 2008

 

Mija kolejny tydzień w polskiej polityce. Mieliśmy w nim głosować ustawę
upoważniającą prezydenta do ratyfikowania Traktatu Lizbońskiego, ale nie
głosowaliśmy. Za to wysłuchaliśmy spotu reklamowego pana prezydenta (który nazwano orędziem) z podkładem muzycznym w tle.

Mieliśmy też zadecydować, czy w sprawie Traktatu oddajemy głos obywatelom, czy decydujemy się na referendum, ale Platforma zaczęła z tej idei się wycofywać.
Czy więc chce dogadać się z PiS-em? Czy prowadzone są jakieś rozmowy?
Jeżeli tak, to musza być bardzo tajne. Bo Platforma by się skompromitowała
negocjując z partią, która właśnie weszła w buty LPR, w buty Giertychów.
Co zresztą mieliby negocjować, skoro już oddali PiS-owi Kartę Praw
Podstawowych?

Tydzień przyniósł też inną klapę - to "biały szczyt",
którego wyniki nie mogą zadowolić nikogo. Ale który pokazał, w którą stronę
Platforma chciałaby żeglować - w kierunku współpłacenia przez pacjentów za
usługi zdrowotne i prywatyzacji szpitali.
W sprawie służby zdrowia premier Tusk popełnił zresztą błąd. Bo najpierw,
rano w radiu Tok FM mówił, że jest za współpłaceniem, a potem, po
opublikowaniu wyników sondaży, mówił, że jest przeciw. To jak to jest naprawdę z tym naszym premierem? Ma jakieś poglądy, czy też jego poglądami jest to wszystko co podpowiedzą mu panowie od PR?

Mieliśmy też w ubiegłym tygodniu debatę o mediach publicznych, i kolejny
samobój PO. Mieliśmy ileś spraw, które przemknęły, zostały zamiecione pod
dywan, jak choćby problem rosnącej drożyzny.

Ten tydzień pozostawiły na mnie wrażenie, że panowie Kaczyńscy już nie
panują nad swymi emocjami, że zagrali się na śmierć. A Platforma z kolei
buksuje, bo ile można unikać prawdziwych decyzji i kreować tematy
zastępcze?

Miałem też wrażenie, że Polaków coraz mniej to wszystko obchodzi. Bo w
najbliższych godzinach Polacy będą głównie jechać. By spotkać się przy
poświęconym jajeczku z najbliższymi.

Jest w tym wszystkim coś pięknego i fascynującego - tradycja Świąt
Wielkiej Nocy, drogi krzyżowej, tradycja święconki, bycia razem, składania
sobie życzeń. I wiosny, która przynosi nowe nadzieje.

Szanowni internauci,
Ci, którzy zaglądają na moją stronę regularnie, i ci co do czasu do
czasu.
Ci, którzy wpisują słowa poparcia i ci, od których dobrego słowa nigdy się
nie doczekam.
Kochani,
Życzę Wam wszystkiego dobrego
Rodzinnej atmosfery, ciepłych chwil, koniecznej zadumy, i wesołego
dyngusa

Dobrych Świąt Wielkiej Nocy!



Wojciech Olejniczak (00:26)
52 komentarzy

14 marca 2008

Mamy kryzys polityczny. Parlament nie może przyjąć ustawy ratyfikacyjnej. Jarosław Kaczyński szantażuje Sejm, że jego partia nie poprze Traktatu Lizbońskiego. Tego samego, który negocjował prezydent Lech Kaczyński w Brukseli i premier Jarosław Kaczyński w Warszawie (panowie bracia kontaktowali się telefonicznie).

Układ sił w parlamencie jest taki, że bez głosów przynajmniej części polityków PiS, ustawa upoważniająca prezydenta do ratyfikacji Traktatu nie zostanie uchwalona.

Czy z tego impasu jest wyjście?

Oczywiście, że jest. To referendum. Jeżeli politycy nie mogą podjąć decyzji, bo Donald Tusk zaplatał się w jakieś dogadywanie z Kaczyńskim, a Kaczyński idzie na pasku księdza dyrektora Rydzyka, to dajmy przemówić Polakom. Niech zdecyduje najwyższy suweren – naród. Niech Polacy głośno powiedzą – czy chcą Polski w Unii Europejskiej czy nie? Czy chcą Polski coraz bardziej zachodniej, respektującej zachodnie standardy czy też wybierają PiS i księdza dyrektora Rydzyka?

Droga do referendum jest dość prosta. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z roku 2003 głosi, że gdy parlament nie przyjmie ustawy ratyfikującej, gdy zabraknie 2/3 głosów, to wówczas jest możliwość powrotu do kolejnej uchwały, która daje możliwość przeprowadzenia referendum.

Więc tak zrobimy. Nie oglądając się na złożerczenia PiS.

O wynik referendum jestem spokojny. Polacy w październikowych wyborach na margines wypchnęli czołowych eurosceptyków – Romana Giertycha i Andrzeja Leppera. Teraz nadchodzi pora, by na ten margines wypchnąć Jarosława Kaczyńskiego. Polityka, który przyniósł Polsce więcej zła niż dobra, a teraz – gdy widzi, że w jego partii karty zaczyna rozdawać Tadeusz Rydzyk, woli ośmieszyć Polskę przed światem, ośmieszyć swego brata, ośmieszyć samego siebie, byle tylko utrzymać się na powierzchni.Patrzę na jego szamotaninę z niesmakiem. I nie jest mi go żal.

Referendum będzie klęską dla Kaczyńskiego. Będzie zwycięstwem marzeń Polaków o silnej Polsce w silnej Europie. I bardzo mnie to cieszy.

Klęska Kaczyńskiego będzie też klęską tych wszystkich wojen na górze, które wszczynał, tego sposobu uprawiania polityki.

Może wówczas politycy zaczną zajmować się sprawami dotyczącymi zwykłych obywateli. Zajmą się służbą zdrowia (u marszałka Komorowskiego leżą trzy projekty naszych ustaw), zajmą się cenami energii (w Sejmie spoczywają nasze zapytania dotyczące rosnących cen gazu i elektryczności), zajmą się wzrostem kosztów utrzymania.

Może wówczas nasza polityka stanie się bardziej europejska.

Czego sobie i państwu gorąco życzę.

 

Wojciech Olejniczak (23:29)
57 komentarzy

09 marca 2008

Ole!

Mamy dobre wiadomości. Hiszpańscy socjaliści wygrali wybory i będą rządzić kolejne cztery lata.
Wygrali zresztą, jak informują sondaże exit-polls w pięknym stylu. Co nie było takie pewne, bo w ostatnich tygodniach ich przewaga nad Partią Ludową malała. Ale tendencja się odwróciła.
Co warto zapamiętać z hiszpańskiej lekcji?

Po pierwsze, warto realizować obietnice wyborcze, bo ludzie to pamiętają. Zapatero obiecywał wycofanie wojsk z Iraku i to uczynił. Stosunki hiszpańsko-amerykańskie z tego powodu nie przeszły w epokę lodowcową, wielka Ameryka się nie obraziła. Zapatero obiecywał podwyżki emerytur, większe becikowe i ulgi dla najuboższych – i tego dokonał. Obiecywał współpracę ze związkami zawodowymi – i współpracował. Gospodarka z tego powodu się nie zawaliła. Wręcz przeciwnie. Obiecywał też zniesienie obowiązku chodzenia na lekcje religii – i ten obowiązek zniósł.
W ciągu paru lat uczynił Hiszpanię bardziej sprawiedliwą, otwartą, przyjazną. Rządził – co ważne – bez afer.
Wyborcy to docenili.

Po drugie, nie warto bać się politycznych przeciwników i ich kampanii. Za prawicą otwarcie agitował Kościół, hiszpańscy biskupi wydali w tej sprawie komunikat. W kraju tak katolickim jak Hiszpania zabrzmiało to jak artyleryjski ostrzał. Z danych, które mam, wynika, że 78 % wyborców PSOE określało się jako ludzie wierzący, a 33 % jako wierzący i regularnie praktykujący.  I cóż się okazało? Że ci wierzący i regularnie praktykujący nie posłuchali biskupów. Że owszem, oni słuchają ich, ale w sprawach wiary, natomiast nie chcą, by Kościół wtrącał się do spraw polityki, w sprawy świeckie. Bo jest boskie i cesarskie.
Socjaliści wygrali też batalię o rząd dusz w dzielnicach robotniczych, w których Partia Ludowa agitowała hasłami zaostrzenia walki z emigrantami, zaostrzenia kar, zwiększenia ilości policji. Okazało się, że pomysły a la Ziobro w Hiszpanii nie chwyciły.   
Elektoratowi lewicy bardziej trafiły do przekonania zapowiedzi podwyższenia płacy minimalnej z 600 do 800 euro, oraz emerytur.
Trafiło – bo ludzie przekonali się, że Zapatero nie rzuca słów na wiatr. Że jest słowny.

Jest też trzecia nauka, którą powinniśmy wyciągnąć z hiszpańskiego zwycięstwa – lewica ma przyszłość. Pod warunkiem, że jest lewicą i się nie boi.

P.S. Eurodeputowany Ryszard Czarnecki napisał, że to nie ja piszę swojego bloga tylko moi współpracownicy. Ten sam Czarnecki, który parę miesięcy temu mówił, że przebierając się w szatni przed meczem politycy-dziennikarze spiskowałem z Januszem Kaczmarkiem. I on to podsłuchał. A teraz podsłuchał coś innego... Człowiek to wszystko czyta i nie może wyjść z podziwu, czegóż to ludzie nie zrobią, by być przez parę sekund w mediach. Więc eurodeputowanemu PiS wyjaśniam – potrafię pisać. I pisuję sam. A że rzadziej niż on? No cóż, nie każdy ma tyle wolnego czasu.

Wojciech Olejniczak (23:54)
48 komentarzy

Ole!

Mamy dobre wiadomości. Hiszpańscy socjaliści wygrali wybory i będą rządzić kolejne cztery lata.
Wygrali zresztą, jak informują sondaże exit-polls w pięknym stylu. Co nie było takie pewne, bo w ostatnich tygodniach ich przewaga nad Partią Ludową malała. Ale tendencja się odwróciła.
Co warto zapamiętać z hiszpańskiej lekcji?

Po pierwsze, warto realizować obietnice wyborcze, bo ludzie to pamiętają. Zapatero obiecywał wycofanie wojsk z Iraku i to uczynił. Stosunki hiszpańsko-amerykańskie z tego powodu nie przeszły w epokę lodowcową, wielka Ameryka się nie obraziła. Zapatero obiecywał podwyżki emerytur, większe becikowe i ulgi dla najuboższych %u2013 i tego dokonał. Obiecywał współpracę ze związkami zawodowymi %u2013 i współpracował. Gospodarka z tego powodu się nie zawaliła. Wręcz przeciwnie. Obiecywał też zniesienie obowiązku chodzenia na lekcje religii %u2013 i ten obowiązek zniósł.
W ciągu paru lat uczynił Hiszpanię bardziej sprawiedliwą, otwartą, przyjazną. Rządził %u2013 co ważne %u2013 bez afer.
Wyborcy to docenili.

Po drugie, nie warto bać się politycznych przeciwników i ich kampanii. Za prawicą otwarcie agitował Kościół, hiszpańscy biskupi wydali w tej sprawie komunikat. W kraju tak katolickim jak Hiszpania zabrzmiało to jak artyleryjski ostrzał. Z danych, które mam, wynika, że 78 % wyborców PSOE ukreślało się jako ludzie wierzący, a 33 % jako wierzący i regularnie praktykujący.  I cóż się okazało? Że ci wierzący i regularnie praktykujący nie posłuchali biskupów. Że owszem, oni słuchają ich, ale w sprawach wiary, natomiast nie chcą, by Kościół wtrącał się do spraw polityki, w sprawy świeckie. Bo jest boskie i cesarskie.
Socjaliści wygrali też batalię o rząd dusz w dzielnicach robotniczych, w których Partia Ludowa agitowała hasłami zaostrzenia walki z emigrantami, zaostrzenia kar, zwiększenia ilości policji. Okazało się, że pomysły a la Ziobro w Hiszpanii nie chwyciły.   
Elektoratowi lewicy bardziej trafiły do przekonania zapowiedzi podwyższenia płacy minimalnej z 600 do 800 euro, oraz emerytur.
Trafiło %u2013 bo ludzie przekonali się, że Zapatero nie rzuca słów na wiatr. Że jest słowny.

Jest też trzecia nauka, którą powinniśmy wyciągnąć z hiszpańskiego zwycięstwa %u2013 lewica ma przyszłość. Pod warunkiem, że jest lewicą i się nie boi.

P.S. Eurodeputowany Ryszard Czarnecki napisał, że to nie ja piszę swojego bloga tylko moi współpracownicy. Ten sam Czarnecki, który pare miesięcy temu mówił, że przebierając się w szatni przed meczem politycy-dziennikarze spiskowałem z Januszem Kaczmarkiem. I on to podsłuchał. A teraz podsłuchał coś innego... Człowiek to wszystko czyta i nie może wyjść z podziwu, czegóż to ludzie nie zrobią, by być przez parę sekund w mediach. Więc eurodeputowanemu PiS wyjaśniam %u2013 potrafię pisać. I pisuję sam. A że rzadziej niż on? No cóż, nie każdy ma tyle wolnego czasu.

Wojciech Olejniczak (23:44)
3 komentarze

05 marca 2008

 Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” w styczniu opublikowała tzw. Czarną listę barier, które utrudniają – zdaniem Konfederacji – działalność gospodarczą. Znalazły się tam m.in. postulaty: skrócenia okresu ochrony pracowników w wieku przedemerytalnym, rezygnacji z możliwości orzekania przez sąd o przywróceniu pracownika do pracy, ograniczenia okresu wypłacania przez pracodawcę wynagrodzenia za czas choroby z 33 do 14 dni.

 

Na odzew rządu Donalda Tuska nie trzeba było długo czekać. Otóż kierowane przez PSL Ministerstwo Pracy, w projekcie ustawy zmieniającym Kodeks Pracy, proponuje radykalne ograniczenie praw pracowniczych u pracodawców zatrudniających do 10 osób i u pracodawców będących osobą fizyczną nie prowadzących działalności gospodarczej. Oznacza to de facto wyłączenie 3,5 mln pracowników z takich przepisów prawa pracy jak: konsultacja związkowa wypowiedzenia lub rozwiązania umowy o pracę, przywrócenia do pracy w razie nieuzasadnionego wypowiedzenia lub rozwiązania umowy o pracę, ochrony stosunku pracy kobiet w ciąży oraz pracowników na urlopie macierzyńskim oraz w wieku przedemerytalnym, regulaminu wynagradzania, podróży służbowych, prowadzenia ewidencji czasu pracy.

 

Zamiast walczyć z patologiami w stosunkach pracy, rząd Donalda Tuska proponuje ograniczenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy. Zamiast walczyć z szkodliwym społecznie procederem unikania przez pracodawców zawierania umów o pracę, rząd proponuje rezygnację z przepisów, które w sposób potrzebny i prawidłowy ograniczają możliwość funkcjonowania umów cywilnoprawnych w sferze prawa pracy.

 

Lewica nie może przystać na takie stawianie sprawy. Pracownik jest zawsze słabszą stroną. Pozbawianie go tak podstawowych praw jak umowa o pracę, z którą wiąże się prawo do wypoczynku, ochrona w razie choroby i macierzyństwa etc., świadczy o zupełnym oderwaniu rządu od codziennych problemów milionów Polaków. Polacy potrzebują bezpieczeństwa, stabilizacji a nie kolejnego, skrajnie liberalnego eksperymentu.

 

Polski rząd powinien raczej zastanowić się jak lepiej chronić pracowników, zamiast pozbawiać ich kolejnych praw. Niech Donald Tusk nie liczy, że do kraju, w którym miliony osób pozbawione zostaną praw pracowniczych, powrócą młodzi ludzie, dziś zmuszeni do emigracji z powodów ekonomicznych.

 

Na tym nie koniec. Rząd chce ponadto skrócenia okresu wypłacania przez pracodawcę wynagrodzenia za czas choroby z 33 do 14 dni. Taki pomysł wiąże się z kosztami dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w wysokości około 2 mld zł. To kolejne uszczuplenie finansów publicznych – po obniżeniu składki rentowej. Takie działania wobec nie załatwienia spraw służby zdrowia i nauczycieli stawia pod znakiem zapytania prawdziwe intencje tego rządu.

 

Mam nadzieję, że Donald Tusk wycofa się z tych antyspołecznych zapędów.

 

Jeżeli omawiany projekt trafi do Sejmu, Lewica i Demokraci wraz z autentycznymi związkami zawodowymi, stanowczo zaprotestują przeciwko takiej polityce. Nie zgodzimy się na ograniczenie udziału pracowników we wzroście gospodarczym, powiększanie rozwarstwienia społecznego, politykę dzielenia pracowników na lepszych i gorszych.

 

Wojciech Olejniczak (16:18)
64 komentarzy

27 lutego 2008

 

Zginęli kolejni polscy żołnierze w Afganistanie.

Jestem zły, że tak się stało. Współczuję rodzinom ofiar, ich najbliższym.

Sądzę, że rozumiem ich ból. Zwyczajny ludzki ból. Rozpacz po stracie syna, brata, męża, ojca.

Te śmierci po raz kolejny stawiają na porządku dziennym pytania: czy Polska powinna wysyłać swoich żołnierzy na misje do Iraku i Afganistanu? Czy to jest nasza wojna? Czy musimy tak mocno w nią się angażować? Proporcjonalnie bardziej, niż inne państwa europejskie? Czy realizujemy w niej nasze interesy? Czy nie pora przewartościować naszej polityki?

Moim zdaniem – pora.

Czas najwyższy postawić polską politykę zagraniczną na nogi.

Czas najwyższy zacząć poważnie o niej dyskutować.

 

Ten brak powagi, ucieczka od realnych spraw, skłonność do teatralnych zachowań i wypowiedzi, to szalenie w polskiej polityce razi.

A przecież było to aż do bólu widoczne podczas „obchodów” stu dni rządu Donalda Tuska. Kiedy to, z jednej strony, PiS puszczał kabaretowe filmiki i piosenki, a premier, dla odmiany,  sypał kolejnymi obietnicami, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości.

To wszystko było niepoważne.

To także obrażało obywateli – bo PiS i PO potraktowały ich jak durni, których można kupić tanimi chwytami.

 

Niestety, w polityce jest tak, że za niepoważne działania, za niemądre decyzje, trzeba płacić. A płacą – obywatele.

To zmusza polityków do szczególnej odpowiedzialności.

 

Tymczasem odnoszę wrażenie, że tego poczucia odpowiedzialności, a także głębszej refleksji, premierowi i jego ministrowi spraw zagranicznych, brakuje.

 

Zakopani jesteśmy w misjach w Iraku i Afganistanie, w stopniu nieadekwatnym do naszych możliwości. Z mglistymi perspektywami na ich zakończenie.

 

Angażujemy się w budowę tarczy antyrakietowej, której elementy mają być rozmieszczone w Polsce. Zupełnie bez sensu – przecież wiadomo, że tarcza ZMNIEJSZY nasze bezpieczeństwo. Bo stanie się, automatycznie, celem.

Również zmniejszy bezpieczeństwo Europy, bo nakręcać zacznie spiralę zbrojeń.

Dlaczego więc politycy prawicy (i PO i PiS mówią o tarczy jednym głosem, pełnym zachwytu) chcą zmniejszyć bezpieczeństwo Polski? Dlaczego nie czują, że igrają życiem Polaków? Życiem naszych rodzin? Cóż im się stało?

My, lewica, jesteśmy tarczy zdecydowanie przeciwni.

Tarcza nie ma sensu.

 

Oczywiście, czytałem, że premier stawia Amerykanom twarde warunki, że jest gotów powiedzieć im „nie”. Więc niech powie!

Ale też usłyszałem gdy premier powiedział, że stanowisko Ameryki „pozytywnie ewoluuje”.  Więc cóż – wygląda na to, że premier do tarczy przebiera nogami, i tylko mydli nam oczy jakimiś negocjacjami. 

Po co te gierki?

Niestety, obecny rząd, i obecny minister spraw zagranicznych, dali przykłady i innych dziwnych zachowań.

Jak chociażby w sprawie Kosowa.

 

W tej sprawie Polska zachowała się również mało poważnie.

Najpierw szef MSZ Radosław Sikorski ogłosił, że Polska Kosowo uzna. Potem rząd decyzji nie podjął. A premier zaczął szukać pomocy u prezydenta. Gdy jej nie znalazł, zaczął opowiadać o Serbach jak o ludziach specjalnej troski, którym wyśle misję.

A zaraz po tym puszczonym w świat pomyśle, rząd Kosowo uznał.

Czy była to przemyślana decyzja?

Premier Tusk, tłumacząc ją, mówił, że po jednej stronie są Chiny i Rosja, a po drugiej Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Więc on w sposób oczywisty stanął u boku Zachodu.

Przepraszam bardzo, ale to jest infantylna wypowiedź. Już pomijam, że nieprawdziwa, bo Unia jest w sprawie Kosowa podzielona…

Ale zapytam: czy tak premier podejmuje decyzje? Patrzy gdzie jest Ameryka , a gdzie Rosja, i – mechanicznie – podnosi rękę jak Ameryka? To własnego rozumu już nie ma? To Polska nie ma już własnych interesów? Własnej wyobraźni? Umiejętności analitycznych?

Kosowo porusza kolejne kostki domina, nie tylko na Bałkanach. Rozbija układankę, którą kilka lat temu z trudem udało się ułożyć.

Otwiera drogę do kolejnych zmian granic na Bałkanach, do rozbijania Macedonii, Czarnogóry, Bośni i Hercegowiny, do kreślenia granic według kryteriów nacjonalistycznych, do prześladowania mniejszości narodowych, do kolejnych wojen. Dlatego, by te scenariusze się nie ziściły,  trzeba w sprawach bałkańskich tak dużej rozwagi i ostrożności…

 

O tym premier nie myślał, tylko patrzył gdzie jest Rosja a gdzie Ameryka?

Zapomniał, że na Bałkanach są polscy żołnierze i policjanci?

Czy o nich pamiętał?

 

P.S.

Przepraszam za ciężki ton. Ale polityka to jest poważna sprawa, a nie radosna paplanina.

Wojciech Olejniczak (00:28)
50 komentarzy

10 lutego 2008

 

To była Polska czy to był ubekistan? Każdego dnia dochodzą do nas upiorne informacje. Usłyszeliśmy, że czasach rządów PiS-u ABW założyła 94 nielegalne podsłuchy. W każdym razie – dotychczas o tylu wiadomo. Wychodzi na jaw, że podsłuchiwany był m.in. Jerzy Szmajdziński, pod wydumanym zarzutem, i że do jego mieszkania włamała się ABW, i zrobiono mu tajną rewizję. Ale PiS-owcy podsłuchiwali też swoich, m.in. prokuratora Engelkinga, zastępcę Zbigniewa Ziobro. A szefa MSWiA Janusza Kaczmarka śledzono za pomocą programu do zwalczania terrorystów. Podobno super-tajnego i oczywiście super-nowoczesnego.

To wszystko wychodzi na jaw, dość powoli, bo – jak można się domyślać – trwa też zacieranie śladów. Giną karty SIM, topią się laptopy.

Ludzie, w jakim kraju to się działo?!

Jaka władza tak działa?!

Przecież to wszystko są przestępstwa.

 

I teraz co się dzieje?

Ci, którzy tę prawdę odkrywają, są wściekle przez PiS atakowani.

Posłuchajcie PiS-owców, na kogo się nasadzają – to już wiecie, kogo się boją, kto dla nich jest niebezpieczny.

Taka jest dziś myśl polityczna tej partii.

 

Z wielkim niesmakiem, słucham, jak PiS-owcy, gdy wychodzą na jaw kolejne fakty, wszystkiemu zaprzeczają, idą w zaparte, pokrzykują.   

Patrzę na te agresywne twarze. To już panowie zapomnieliście, jak jeszcze niedawno mówiliście, że uczciwi nie mają się czego bać?

To czego się boicie?

To już nie mówicie, że wszyscy Polacy są równi wobec prawa? I że także ci, którzy byli na szczytach władzy, jeżeli popełniali przestępstwa, to muszą być ukarani? I że trzeba wyjaśnić każdą podejrzaną sprawę?

To już prawda was nie interesuje?

 

I niech mi nikt nie opowiada, że jak śledzi się polityków, to nic strasznego, że to jakieś rozgrywki na górze, które nie dotyczą zwykłych ludzi.

Otóż – dotyczą.

Bo jak można podsłuchiwać i śledzić osoby ze świecznika, to tym bardziej można podsłuchiwać i śledzić Kowalskiego. Każdego, kto się nie spodoba władzy. Tej w Warszawie, albo tej w powiecie. Bo źle mówi, bo się nie podoba, bo trzeba kogoś rzucić na żer…

  

Powtarzam te słowa, bo jestem zdeterminowany, by te wszystkie sprawy wyjaśnić do końca, tak by winni zostali ukarani.

Inaczej nie będzie normalnej Polski, w której każdy obywatel będzie czuł się bezpiecznie, będzie czuł się jej gospodarzem.

 

O tej normalnej Polsce, w której każdy czułby się gospodarzem myślałem wiele podczas obrad Rady Krajowej SLD. To nie było zwykłe partyjne posiedzenie, to był początek przygotowań do czerwcowego Kongresu, początek dyskusji programowej, a także – takie mam przekonanie – nowy początek polskiej lewicy.

Nie jest to miejsce, by cytować własne wystąpienie, jest zresztą ono na stronie sld.org.pl, więc każdy może je przeczytać. Do czego zachęcam…

Ale jedną myśl chciałbym przedstawić – otóż marzy mi się Polska socjaldemokratyczna, zbudowana na wzór zachodni. Miliony Polaków jeżdżą do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Szwecji, widzą jak tamten świat wygląda. O nie, nie powiem, że jest w zasięgu ręki. Powiem, że ten dobrobyt został ciężko wypracowany. I powiem też, że to się udało, dlatego że Europa Zachodnia przyjęła socjaldemokratyczny model rozwoju.

To socjaldemokracja zbudowała pomyślność tego kontynentu. Jej rozwiązania.

Dlaczegóż więc nie mamy z tego skorzystać? Po cóż eksperymentować, kiedy mamy gotowe rozwiązania?

Jestem przekonany, że coraz więcej Polaków będzie tę opinię podzielało.

Bo prawica tak naprawdę niewiele może Polakom dać. Może dać tarczę antyrakietową, bardzo się o to stara, może dać Kościołowi to co Kościół będzie chciał, na pewno nie będzie refundować in vitro, i na pewno nie będzie chciała prowadzić dialogu społecznego. Nie miejmy złudzeń, ten rzekomo socjalny PiS, przepędził pielęgniarki sprzed drzwi Kancelarii Premiera, gdy przyszły upominać się o niewielką podwyżkę… Taką pokazał twarz.

 

Mój optymizm jest tym większy, gdyż czuję jak Polska się zmienia.

Polacy stają się coraz bardziej wymagający. Wymagamy kompetencji.

Już nie ma pogody na polityków-krzykaczy, minął czas Lepperów, Giertychów, mija czas Kaczyńskich.

Tych wszystkich szczujów, awanturników, ludzi ze złymi twarzami.

W Polsce zaszła w ciągu ostatnich lat gigantyczna zmiana. Ludzie nie chcą szaleńców na szczytach. Tak jak nie chcą szaleńców w innych dziedzinach.

Chciałbym, by politycy lewicy przekonali do siebie wyborców kompetencją, obliczalnością, pracowitością.

Tacy chcemy być – przypominam, że do tej pory zgłosiliśmy w Sejmie 20 projektów ustaw, najwięcej ze wszystkich klubów! I to ustaw fundamentalnych. Takich jak na przykład projekt abolicji podatkowej dla zarabiających za granicą.

Chcemy widzieć jasną stronę księżyca.

To jest prawdziwa recepta na sukces. Nie tylko w futbolu.

Wojciech Olejniczak (02:46)
214 komentarzy

01 lutego 2008

 

Niejaki „Pershing”, nazywany szefem gangu pruszkowskiego został zastrzelony w górach, gdy wsiadał do swojego mercedesa. Na miejsce morderstwo szybko przyjechała policja. Widząc policjantów dziewczyna towarzysząca „Pershingowi” (nie pamiętam czy była to jego córka czy znajoma…) podniosła jego telefon, wyjęła z niego kartę SIM, i – na oczach wszystkich – ją zjadła.

Ta scena przypomniała mi się gdy usłyszałem Zbigniewa Ziobro, który chwalił się na konferencji prasowej. „Tak, miałem cztery (!!!) telefony komórkowe na kartę - mówił. I zdając je, zniszczyłem ich karty SIM”.

Hej, panie Ziobro, dlaczego zachowuje się pan jak dziewczyna „Pershinga”?

 

Ziobro to wie, a ja się domyślam.

A z każda godziną moje domysły się potwierdzają.

Oto mieliśmy rząd PiS – panowie dzwonili do siebie z telefonów na kartę. Żeby uniknąć podsłuchów? Być może, ale pewnie dlatego, żeby nie było bilingów. Żeby nie był wiadomo z kim pan Ziobro i jego koledzy się kontaktowali. Takie mieli obyczaje. Jak bandyci.

Za to chętnie zakładali podsłuchy innym. To są oficjalne wypowiedzi ludzi, którzy zajrzeli do dokumentów ABW: jeśli chodzi o podsłuchy to ekipa Jarosława Kaczyńskiego łamała prawo. I podsłuchiwała kogo chciała. Bez zgody sądu. Nielegalnie.

Po co?

W ostatnich godzinach dowiedzieliśmy się zresztą o państwie PiS więcej. Na przykład to, że BOR zagłuszał telefony protestujących w Kancelarii Premiera pielęgniarek. Po co? Jak wynika z pierwszych wypowiedzi czyniono to na rozkaz zwierzchników. Czyli kogo? Kogo z PiS-owskiej ekipy opętało szaleństwo?

Wiemy też, że pan Ziobro zniszczył laptop. Nie wiadomo tylko czy po to, by zniszczy ć jego zawartość, więc ze strachu, czy też w napadzie jakiegoś szału. Być może, jak jego twardy dysk zostanie odzyskany, dowiemy się więcej. Dowiemy się, co Ziobro chce ukryć.

Tak jak i dowiemy się - mam nadzieję - na jakiej podstawie urzędnicy z gabinetu politycznego ministra sprawiedliwości korespondowali z prokuraturą w sprawie kampanii wyborczej SLD. Co tak zajmowało prokuraturę w SLD? Przecież nasze sprawozdanie było wielokrotnie prześwietlane… A co ma do tego gabinet polityczny?

W jakim kraju żyliśmy?

Co to była za władza???

Od podsłuchów, telefonów na kartę, tajnych śledztw przeciwko politycznym rywalom… Od napuszczania na swoich prawdziwych lub  urojonych wrogów ABW, prokuratorów, CBA, a nawet BOR…Od fałszowania dokumentów…

Panowie z PiS, nie wiem, czy do was to dotarło, ale za takie rzeczy staje się przed sądem. I idzie do więzienia. Bo Polska to nie jest ubekistan tylko demokratyczna Rzeczpospolita.

Więc dzyń, dzyń, panie Ziobro, dzyń, dzyń panie Kaczyński. Nadchodzi czas zapłaty.

I nawet jeżeli Donald Tusk wam odpuści, to my – na pewno nie.

 

A dla lewicy nadchodzą obiecujące czasy. Profesor Reykowski ukończył swój raport, analizujący wynik wyborczy LiD w październiku 2007. Raport jest uczciwy do bólu, i jest znakomitym punktem widzenia do dalszej dyskusji. Tak zgodnie twierdzą wszyscy liderzy partii tworzących LiD.

Teraz, na bazie raportu, powołujemy grupy problemowe, najpewniej cztery, w skład których będą wchodzić naukowcy, eksperci, a także politycy, i będziemy pracować nad programem centrolewicy, debatować nad najważniejszymi dla Polski sprawami.

A prezydent niech awanturuje się z premierem, skoro tak lubi, my w tym udziału brać nie będziemy.

Zapraszam więc wszystkich, tak sympatyków lewicy, jak i naszych przeciwników do lektury raportu prof. Reykowskiego. Jest na naszych stronach internetowych.

Proszę o komentarze.

Zachęcam też do udziału w dalszych debatach.

Czas wreszcie mówić o prawdziwych problemach Polaków i prawdziwej Polsce.
Wojciech Olejniczak (20:20)
94 komentarzy

28 stycznia 2008

Powtórzę to jeszcze raz. W Polsce są dwa światy. Pierwszy to świat realny, realnych problemów, i realnych konfliktów. Drugi to świat pana Prezydenta i pana Premiera. Oni mają własny świat, w którym toczą swoje bitwy. Lech Kaczyński z Donaldem Tuskiem, Donald Tusk z Lechem Kaczyńskim. Co parę dni widzimy więc kolejną żenującą awanturę – kto jest ważniejszy, kto co komu powiedział, kto do kogo zadzwonił lub nie zadzwonił.

Teraz mamy kolejny epizod – prezydent wezwał w trybie pilnym szefa MSZ. Z Brukseli, z narady europejskich ministrów spraw zagranicznych. Ma wszystko rzucić, ma do niego przylecieć, przybyć natychmiast, bo przez telefon prezydent nie będzie rozmawiał…

 

Prezydent z premierem tłuką się między sobą jak mali chłopcy, horyzont polityki Kaczyńskiego to dokopać Tuskowi, horyzont polityki Tuska to dopiec Kaczyńskiemu.

Każdy pretekst jest dla nich dobry, żeby się publicznie pokłócić.

Służba zdrowia? Proszę bardzo… Katastrofa lotnicza i śmierć 20 oficerów? Ależ oczywiście… Panowie, nie tylko wstydu nie macie, ale i przyzwoitości.

To co robicie jest żałosne i niepoważne. I niebezpieczne dla państwa.

 

A obok tych awantur toczy się życie.

A raczej stoi – bo stoją tysiące tirów na granicy wschodniej. Na granicy Unii Europejskiej! Premier wreszcie to zauważył, po kilku dniach alarmujących relacji. Dlaczego dopiero teraz?

Liczył na cud, i myślał, że kolejki same z siebie znikną?

A może to kolejna wojna z prezydentem tak zaabsorbowała, że nic już innego nie widział?

A może po prostu jest kiepskim premierem i dopiero uczy się rządzenia?

O tym, że celnicy będą się domagać podwyżek, i że z tego powodu będzie wielka awantura mówiliśmy już w listopadzie 2007 roku. W grudniu, podczas debaty budżetowej klub LiD zgłosił poprawkę, żeby przesunąć 90 milionów zł z administracji na służby celne. Te pieniądze, które i tak rząd będzie musiał dać celnikom (a pewnie da więcej…) rozwiązałyby sytuację. Nie mielibyśmy zablokowanych granic.

To mówiliśmy!

I co? Grochem o ścianę! Posłowie PO i PSL odrzucili nasza poprawkę. Nie myśleli z wyprzedzeniem.

I tym sposobem strzelili sobie w stopę.

 

Tych strzałów spodziewam się więcej.

To widać gołym okiem – ta ekipa nie potrafi rozwiązywać konfliktów społecznych, nie lubi rozmawiać z ludźmi.

Złości się, gdy swoje postulaty przedstawiają celnicy, lekarze, pielęgniarki, nauczyciele… Nie potrafi przewidzieć, że za chwilę do tych grup dołączą kolejne.

 

Poniekąd można to zrozumieć, Platforma jest więźniem swych zasad – liberalizmu, przekonania, że lepiej wspomagać bogatych niż biednych.

Ale fakt, że Tuska rozumiem nie oznacza, że akceptuję jego działania.

Panie premierze, z ludźmi trzeba rozmawiać! I to nie wtedy gdy pożar, gdy pół Polski stoi, tylko kilka miesięcy wcześniej. To jest abecadło rządzenia.

 

Trzeba też umieć wyciągać z konfliktów społecznych wnioski – a dla mnie są one oczywiste – Polacy chcą, by inaczej dzielono nasz wspólny dochód, bardziej sprawiedliwie. By nie było marginalizowanych grup. Po prostu, Polacy chcą normalnej, europejskiej socjaldemokracji.

 

Dlatego też nie wierze, by przy tak skrojonym budżecie, de facto autorstwa trzech partii – PiS (bo to oni go napisali) , PO i PSL (to oni go przegłosowali) możliwy był do przeprowadzenia zwrot w polskiej polityce. Przeniesienie pieniędzy tam gdzie są najbardziej potrzebne – dl szkolnictwa, służby zdrowia, czy też w takie sfery, by granica była zablokowana…

Platforma tych pieniędzy nie przeniesie, choć może dużo obiecywać…

Nie przeniósłby ich także PiS, nie miejmy tu żadnych złudzeń. Opowieści o tym, że PiS jest socjalny to zwykła lipa.

Przypomnijcie sobie państwo, jak Jarosław Kaczyński pacyfikował latem pielęgniarki. Co o nich mówił, co mówił o nauczycielach.

Jestem więc dziwnie pewien, że gdyby dziś Kaczyński był premierem, i miał strajk celników, to także by z nimi nie rozmawiał. Tylko by ich straszył.  A w gazetach zaprzyjaźnionych z PiS-em czytalibyśmy artykuły o teczkach celników, o ich PRL-owskiej przeszłości (jakiś doktor z IPN zaraz by to pokazał w Misji Specjalnej), o tym że współpracowali z WSI (tu byłby pomocny minister Macierewicz) , i że brali łapówki. Co udowadniałby Mariusz Kamiński na kolejnej konferencji prasowej.

Tak by było.

Bo taka jest polska prawica. Ta platformerska chowa głowę w piasek, ta pisowska wyciąga pałę. Ale ani jedna ani druga nie potrafi załatwić w sumie oczywistej w europejskim państwie sprawy…

Oczywistej – dla socjaldemokracji.

 

Więc apeluję do prezydenta i premiera o gospodarskie myślenie. Panowie, przestańcie się okładać, weźcie się do prawdziwej roboty.

A rząd powinien jak najszybciej usiąść do stołu z przedstawicielami związków zawodowych, niezadowolonych grup, i przedstawić im realną „mapę drogową” podwyżek. Kto, kiedy i ile dostanie. I jak przebudowywane będzie państwo, zmieniane jego finansowe priorytety. I jak prowadzony będzie stały dialog władzy z obywatelami.

To nie są żadne brewerie. Tak funkcjonuje większość europejskich państw.

 

 

Wojciech Olejniczak (22:19)
39 komentarzy

20 stycznia 2008

Polska rzeczywistość toczy się w dwóch przestrzeniach. W świecie realnym, który czasem przyjeżdża do Warszawy, by pokazać politykom, że istnieje,  i w świecie partyjnych gier, gdzie chęć podstawienia nogi politycznemu rywalowi starcza za cały horyzont.

Ta gorzka refleksja nasunęła mi się, gdy przeczytałem stenogram z posiedzenia Rady Gabinetowej.

Zacznijmy od świata realnego. W polskich szpitalach wrze, bezpieczeństwo pacjentów jest zagrożone, lekarze domagają się pieniędzy, albo choćby „mapy drogowej”, która prowadziłaby nas w kierunku dobrych rozwiązań. Za chwilę do lekarzy dołączą pielęgniarki.

I oto co mamy w sytuacji zapaści służby zdrowia, do zapaści której przyczynili się wszyscy, którzy już rządzili – i Platforma, bo to jej politycy wprowadzali pierwszą reformę służby zdrowia (i Jerzy Buzek, i Donald Tusk i Bronisław Komorowski i inni), i lewica (choć Marek Balicki wiele uczynił, by sytuację unormować, Marku, wielkie dzięki ci za to), i PiS (który zmarnował dwa lata na nic niezrobieniu). I teraz, gdy przychodzi pora, by uderzyć się w piersi, i jeszcze raz usiąść do stołu (proponujemy to od miesięcy), co robią politycy rządzący Polską?

Kłócą się!

Kto ważniejszy! Kto kogo dopuści do głosu! Kto na kogo nakrzyczy!

Służba zdrowia w tej awanturze zeszła na trzeci plan!

 

Panie prezydencie, panie premierze!

W tym stenogramie zaprezentowaliście się obrzydliwie.

Tyle władzy prezydenta, co nakrzyczał na Ewę Kopacz.

Tyle powagi premiera, co w telewizorze.

Podczas tej Rady obaj się skompromitowali. Obaj chcą się prezentować jako wielcy gracze, a pokazali się jak krętacze.

Chłopcy z piaskownicy…

 

W piątek znów do Warszawy przyjechała Polska prawdziwa. 12 tys. nauczycieli demonstrowało przed Kancelarią Premiera, przed Sejmem.

Byłem z nimi!

Jestem z tego dumny, bo wiem, że to Oni mają rację, że powinni więcej zarabiać.

A co słyszą? Znów te wykręty, wiecie, rozumiecie, nie ma pieniędzy w budżecie…

Otóż to nieprawda. W budżecie, o największych dochodach w historii III RP, są na to pieniądze.

A dlaczego rządząca koalicja PO-PSL ich tam nie widzi?

Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta: bo nie jest lewicą.

Nauczyciele w Polsce mieli pecha. Gdy rządziła lewica to najpierw nie było na nic pieniędzy, bo trzeba było zasypywać dziurę Bauca, a potem niektórzy liderzy SLD zakochali się w podatku liniowym i podobnych wynalazkach. Potem przyszli PiS i minister Giertych, i zaczęli wojnę z polską szkołą i polskimi nauczycielami. Lustrowanie, endekizowanie, musztrowanie, szczucie…

A teraz mamy Platformę, która podchodzi do szkolnictwa i edukacji jak do biznesu. I strzela pomysłami – bony oświatowe, likwidacja „zerówek”, atak na Kartę Nauczyciela.

Nie mam złudzeń – takie są, i takie będą zamiary Platformy.

I wiem, że się nie powiodą. Lewica zrobi wszystko, a możemy więcej niż niektórym się wydaje, by obronić nauczycieli. By wspomóc ich słuszne postulaty.

 

W naszej, lewicowej wizji państwa, sprawy edukacji są jednym z głównych filarów. My nasz budżet podzielimy inaczej niż prawica. W naszym budżecie, pieniądze dla nauczycieli będą.

Może ich nie być na rozbuchane Kancelarie Prezydenta i Premiera, na wojnę w Iraku i w Afganistanie, na IPN, ale na edukację będą. To jest nasz wybór cywilizacyjny. Jeżeli chcemy, by nasze dzieci jeździły do Anglii nie na zmywak, ale na najlepsze posady, muszą być wykształcone. I tylko państwo to wykształcenie może im dać.

     

Tych prostych prawd prawica nie rozumie. Im szkoła potrzebna jest do czego innego.

 

Tak oto na naszych oczach tworzy się nowy polityczny podział. Na prawicę, PO i PiS, które gryzą się między sobą, nie patrząc o co, byle tylko się pokłócić (a będzie coraz gorzej…), i na kolejne grupy społeczne, które domagają się elementarnego porządku. Porządnych szpitali, porządnych szkół, uczciwego systemu wynagradzania. Także w kopalniach.

Tak naprawdę domagają się porządnego, europejskiego, socjaldemokratycznego państwa.

Tego państwa prawica im nie da.

Więc wszystkim tym, którzy w ubiegłym tygodniu fałszywie troskali się o los lewicy, dziennikarzom „Rzeczpospolitej”,  odpowiadam: pogłoski o naszej śmierci są przedwczesne. Lewica ma się dobrze. Wahadło historii ruszyło w nasza stronę.

Wojciech Olejniczak (10:26)
65 komentarzy

16 stycznia 2008

Kto jest dziś najważniejszym politykiem Platformy Obywatelskiej? Sądząc z ilości komentarzy najważniejszy jest Janusz Palikot. Bo o nim piszą najwięcej, nim zajmuje się cała gromada PiS-owskich polityków.

Czym sobie zasłużył na te popularność? To chyba wiedzą już nawet dzieci – zapytał na swym blogu, czy prezydent Lech Kaczyński nadużywa alkoholu?

No i się zaczęło.

Kancelaria Prezydenta zapowiedziała, że za te pytania postawione w blogu wytoczy Palikotowi proces.

Oni szykują się do tego na poważnie.

Więc, przyznam, czekam na ten proces z zaciekawieniem. Na korowód świadków, którzy będą mówić czy w Sejmie plotkowano o przypadłościach Kaczyńskiego czy nie plotkowano. Na korowód lekarzy. Ekspertów. Którzy będą mówić co prezydentowi dolega. Na dokumentację prezydenckich chorób. Odwoływanych wizyt. Na dywagacje, czy cztery butelki wina, które Lech Kaczyński wypił razem z Donaldem Tuskiem to już nadużywanie czy jeszcze konsumpcja? I kto pił więcej? I dlaczego panowie nie wyszli później do mediów?

Do Palikota chce też strzelać klub PiS. Żąda, by pozbawić go funkcji, ba!, zdaje się, chcą też, by Platforma wyrzuciła go z klubu.

No i sama Platforma, jak to Platforma, trochę się cieszy, że Kaczyńskiego opryskało, i trochę boi, że hałas. Już kombinują, jak tego Palikota upomnieć, ukarać… Może wyrzucić…

Panie i panowie z Platformy, apeluję, nie wyrzucajcie Palikota!

Bądźcie poważni! Dość tego cyrku!

 

Patrzę na to wszystko z wielkim niesmakiem.

Oto jak żre się polska prawica. Oto co ich naprawdę interesuje, co ich rusza.

Kto kogo obraził.

Patrzę, i nie mogę wyjść ze zdumienia nad delikatnością PiS-u i panów Kaczyńskich.  

Dla nich straszliwą obrazą jest parę pytań zadanych na blogu szeregowego posła. A sami co robili? Co mówili?

Spieprzaj dziadu, ZOMO, lumpeninteligencja, ścierwojady…

Panowie Kaczyńscy – kto mieczem wojuje, od miecza ginie! A Palikot jest po prostu waszym pilnym uczniem.

Pamiętam jak politycy prawicy nazywali ludzi lewicy. Nie w formie pytań, o nie, takiego Wersalu w tych kręgach nie ma, tylko w formie „oczywistych oczywistości”: że pijak, że złodziej, że agent, że ma konto w Szwajcarii, że wspólnik bandyty, że hołota.

Ten rynsztok płynął z ust  polityków prawicy bezustannie. Bez zahamowań. Im było wolno. 

Musieliśmy łobuzom wytaczać procesy, żeby się uspokoili. I dalej będziemy wytaczać.

Aż wreszcie tę przypadłość polskiej prawicy – obrażanie innych – wypchniemy na margines.

 

Więc niech przygoda z Palikotem będzie dla was nauczką. Bo on pokazuje was – jak w lustrze. Więc jeżeli jest kontrowersyjny, to kontrowersyjna jest cała prawica. A jeżeli jest posłem klaunem, to posłami klaunami jesteście także wy.

 

Nie podoba mi się blogowy wpis Palikota.  Te metody załatwiania ludzi.

Ja nigdy czegoś takiego bym nie napisał. Ja mówię otwarcie – Lech Kaczyński jest bardzo słabym, stronniczym prezydentem. Nie daje sobie rady.  I to jest prawdziwy problem, a nie dywagacje na temat pitego przez niego alkoholu.

Jeszcze mniej podoba mi się ta cała załgana debata, która w tej sprawie rozgorzała. Ta wrażliwość, którą nagle poczuli w sobie najwięksi brutale.

Ale mnie nie dziwi. Bo czegóż innego można się po was spodziewać? Po polskiej prawicy?

Kochani, tak po prostu macie…

Wojciech Olejniczak (22:23)
138 komentarzy

09 stycznia 2008

 

W życiu są rzeczy poważne i są rzeczy śmieszne. I nie należy ich mylić. I nie należy do rzeczy poważnych podchodzić byle jak, na zasadzie obiecanek-cacanek.

A takie przedstawienie, wobec spraw służby zdrowia,  zaprezentował nam premier Donald Tusk. Jak było we wtorek? Najpierw zebrał się rząd, potem okazało się, że posiedzenia rządu nie ma, potem nic nie było wiadomo, a potem okazało się, że było to nieformalne spotkanie ministrów. Oni spotkali się towarzysko, by posłuchać co minister Ewa Kopacz ma do powiedzenia.

Okazało się, że ma coś innego niż oczekuje premier – który nie zgodził się na kluczowe propozycje pani minister – na współpłacenie pacjentów (i słusznie) oraz na podwyższenie składki zdrowotnej (co dziwne).

A potem, na konferencji prasowej, premier zapowiedział, że rząd przeprowadza właśnie wielką reformę służby zdrowia.

Panowie z Platformy, czy ja dobrze słyszę? Robicie jakąś reformę?

Jak?

Fakt jest taki, że gadulstwem i krzykiem chcecie przykryć wielką klapę.

Pani Kopacz była ministrem zdrowia w gabinecie cieni PO. Przez wiele miesięcy przygotowywała się do dzisiejszej roli. I co? Klapa! Ma pożar w służbie zdrowia, którego nie potrafi zagasić. I ma premiera Donalda Tuska, który odrzuca jej propozycje, rozumiem, że przygotowane w czasie działania gabinetu cieni, i zaakceptowane przez premiera gabinetu cieni - Donalda Tuska.

Pani Kopacz przyjmuje to z pokorą i uśmiechem, a powinna złożyć dymisję. Bo własny szef wystawił ją do wiatru.

I ogłosił – że składka nie wzrośnie, ale służba zdrowie będzie super – będą przyjazne szpitale, i że pacjenci będą w nich leczeni bez żadnych zbędnych formalności i kolejek. Że będzie nowy cud Tuska.

Oj, ten premier z Platformy chyba już uwierzył, że trzeba udawać Marcinkiewicza…

 

Ale dalej jest jeszcze dziwniej – otóż premier ogłosił, że rząd nie przedstawi swoich ustaw dotyczących służby zdrowia w formie inicjatywy rządowej, tylko w formie inicjatywy poselskiej. Wolne żarty, panowie, to idziecie na skróty? To już zaczynają się kombinacje? To może w ogóle, rozwiążmy rząd, i wszystko załatwiajmy w Sejmie?

Do tego puszył się marszałek Komorowski, który wołał, że opozycja w sprawie służby zdrowia powinna siedzieć cicho.

Słucham, panie marszałku?

A z jakiej racji mamy być cicho? Przecież to wasz eurodeputowany, Jerzy Buzek, rozpoczął tę nieudaną reformę, po której żadnej z ekip nie udało się postawić służby zdrowia na nogi. I SLD, i PiS-owi, i – po raz drugi – wam.

Jeszcze najbliżej sukcesu był Marek Balicki, ale jemu nie starczyło czasu…

I żeby była jasność – żeby pan Tusk i Komorowski nie udawali zaskoczonych: panowie, na razie to co nazywacie „reformą służby zdrowia” to tylko zapowiedzi zapowiedzi. Tego nie ma. Wasz gabinet cieni okazał się gabinetem cieniasów. Wy to dopiero piszecie, gdzieś tam na kolanie. A tak czy inaczej – jedno jest pewne: LiD nie zgodzi się na pomysły, by pacjenci współpłacili za wizytę u lekarza, ten pomysł liberałów w ogóle nie wchodzi w grę. I nie zgodzimy się też na prywatyzację szpitali – bo w polskich warunkach grozi to ich rozszabrowaniem. Dalej też uważamy, że dla rozwiązania problemów służby zdrowia potrzebna jest uczciwa debata, okrągły stół. (O tym można przeczytać więcej na stronie www. sld.org.pl)

I będziemy wciąż domagać się refundacji in vitro. Tego nie odpuścimy.

I proszę nas nie atakować, że w naszych czasach, gdy rządziliśmy my, to mogliśmy tę refundację wprowadzić. Bo to Marek Balicki przygotował w tej sprawie projekt ustawy, i tylko wybory przeszkodziły, by weszła w życie. A wcześniej? Wcześniej mieliśmy dziurę Bauca i budżet, w którym na wszystko brakowało. Więc najpierw trzeba było go odbudować. A jeśli ktoś nie wierzy, że tak było, radzę zerknąć na strony internetowe ministerstwa finansów. Budżet na rok 2002: dochody – 145 mld zł, wydatki – 185 mld zł. Budżet na rok 2008: dochody – 281,8 mld zł, wydatki – 308,9 mld zł. Tak, tak, Donald Tusk ma prawie dwa razy więcej pieniędzy niż miał Leszek Miller, o 136,8 mld zł więcej.

Panowie, co wy robicie z tymi pieniędzmi, że wam na wszystko brakuje?

 

 

 

Wojciech Olejniczak (21:15)
138 komentarzy

31 grudnia 2007

Jestem na krótkim urlopie, wyskoczyłem na narty, ale i tu dopadła mnie polityka. W kolejce do wyciągu!  Kilka osób zaczęło rozmowę, w zasadzie z jednym pytaniem: chyba LiD nie odpuści in vitro?

Więc odpowiadam jeszcze raz: LiD nie odpuści. Walka o refundację in vitro będzie jednym z naszych najważniejszych celów w roku 2008. Będziemy w tej sprawie prowadzić wielką akcję informacyjną, będziemy zbierać podpisy, mobilizować Polaków, przypilnujemy, by sprawa została poddana debacie publicznej, złożymy nasz projekt ustawy. Tu się nie wycofamy, żadne krzyki, żadne inwektywy, żadne groźby, czy to biskupa, czy polityka prawicy, nas nie przestraszą.

Jesteśmy po stronie kobiet, które chcą mieć dzieci (one też nie boją się biskupów!), jesteśmy za państwem pomagającym swoim obywatelom, jesteśmy za państwem świeckim, a nie państwem wyznaniowym. Koniec, kropka.

Jeśli lewica ma być Polsce i Polakom potrzebna, to takie boje musi prowadzić.

Zresztą, tych batalii w roku 2008, mimo że będzie to rok bez wyborów, zapowiada się więcej.

Polska się zmienia, jest krajem coraz bardziej podobnym do państw dzisiejszej Europy, tej na zachód od Odry, więc i nasze polityczne spory będą coraz bardziej europejskie.

W roku 2008 na nowo wróci debata o miejsce Kościoła w państwie, o jego rolę. In vitro, matura z religii, są jej zwiastunami. My w tej sprawie mamy jasny pogląd, nie jesteśmy wrogami Kościoła, ale przecież nigdy nie zaakceptujemy pomysłów i działań, które funduje nam w tej sprawie prawica.

A premier Donald Tusk milcząco się na to zgadza.

Więc w tej sprawie sprezentujemy premierowi i jego partii przykrą niespodziankę – bo milczeć nie będziemy.  

Polska się zmienia, jest coraz bogatsza, więc w roku 2008  trzeba będzie inaczej spojrzeć na kwestie społeczne, na podział dochodu narodowego.

Są już możliwości, by był bardziej sprawiedliwy. By więcej zarabiali nauczyciele, pielęgniarki, lekarze. By lepiej potoczyły się negocjacje górników. Te grupy mają nasze poparcie.

Gdy to mówię, to nie jest tylko odruch serca. Po prostu – jeśli chcemy, by nasze dzieci były dobrze wyedukowane, a my wszyscy dobrze leczeni, nie możemy ludziom pracującym w oświacie czy służbie zdrowia płacić grosze!

Czas najwyższy to zrozumieć.

Rok 2008 będzie też dla lewicy ważny z innych powodów – LiD będzie zmieniał się organizacyjnie. Myślę, że nadchodzi już czas, by trzy partie lewicowe SLD, SdPl i UP zaczęły nie tylko trwale współdziałać, ale i realnie myśleć o zjednoczeniu. Czas też zacieśnić współpracę z Demokratami.

To konieczne, jeśli chcemy, by nasze pomysły na lepszą Polskę, bardziej sprawiedliwą, bardziej europejską, mogły przebić się do publicznej debaty. Przez prawicową ścianę, którą zbudowały PiS i PO.

W roku 2008 czeka nas więc multum pracy

I takiego roku 2008 życzę wszystkim Polakom

Pracowitego, ale żeby praca przynosiła owoce!

Wszystkiego Najlepszego!

Wojciech Olejniczak (17:05)
131 komentarzy

24 grudnia 2007

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia

 

To najpiękniejsze dni.

W Święta jest wspaniale. Bo zawsze, jak sięgam pamięcią, tak było.

Wigilia to nasze rodzinne spotkanie, w tym roku na kolacji wigilijnej będzie nas ponad 35 osób. Nie wiem dokładnie ile, ponieważ spodziewam się, że – jak co roku – moja mama zaprosiła samotnych znajomych. Będziemy składac sobie życzenia, śpiewać kolędy, i oczywiście będzie Mikołaj, który przyniesie dla każdego prezent (no, może prezenty to będą dla dzieci, a dla dorosłych to będą prezenciki). 

Dziekuję swoim rodzicom za te wszystkie wspaniałe Wigilie, kiedy czuje się bardziej niż kiedykolwiek, co znaczy rodzina - dziadkowie, rodzice, maluchy, co znaczy wspólnota, także sąsiedzka, dobre słowo, wzajemna życzliwość.

 

Tego Polacy najbardziej oczekują – życzliwości, poczucia wspólnoty, bezpieczeństwa, przekonania, że nie są sami, że razem możemy więcej.

 

Więc jeśli ktoś (a jednak wciąż wychodzi ze mnie polityk…) nie zrozumiał jeszcze co zdarzyło się w Polsce 21 października, to – jestem przekonany – 24 grudnia zrozumie. Że nie da się żyć w kraju ciągłej wojny, ataków, podsłuchów, oskarżeń, poniżania ludzi,  i władzy walczącej ze swoimi obywatelami.

 

Moje dzieci najbardziej lubią w Święta choinkę i Mikołaja. Ja lubię coś innego. Po pierwsze, przedświąteczną krzątaninę, kiedy sprzątamy, kiedy szykujemy smakołyki, szykujemy prezenty, ubieramy choinkę,   kiedy jest ten czas budowania.

A po drugie – świąteczne życzenia. To wspaniały zwyczaj, kiedy możemy złożyć sobie życzenia, otworzyć się na innych.

Tych życzeń otrzymałem już całą masę, jest mi bardzo przyjemnie, za wszystkie z całego serca dziękuję.

I przypominam: w tych dniach ludzie lewicy pamiętać powinni o bezdomnych, o samotnych, o dzieciach w domach dziecka, tam powinniśmy być, zostawić prezenty, choćby nieduże, a przede wszystkim dobre życzenia.

 

Ja również życzę wszystkim Polakom spokojnych, dobrych Świąt. Jesteśmy różni, ale jesteśmy razem. Podzielmy się opłatkiem.

Wojciech Olejniczak (01:13)
50 komentarzy

21 grudnia 2007

Tak miało być. Wreszcie powstała sejmowa komisja śledcza, która zbada okoliczności śmierci Barbary Blidy.

Jeśli ktoś kiedyś myślał, że zrezygnujemy z jej powołania, że o wszystkim zapomnimy – to źle myślał. To znaczy, że nas nie znał.

Dziewięć razy składaliśmy w poprzedniej kadencji wniosek o powołanie komisji śledczej, dziewięć razy marszałek Dorn, pokorny sługa Jarosława Kaczyńskiego, ten wniosek pakował do szuflady. PiS, z jednej strony krzyczał, że nie boi się komisji, ba!, że jej chce, a z drugiej robił wszystko, by jej nie było.

Teraz też tak robi.

Krzyczy, obraża, kłamie.

Patrzyłem w Sejmie na ich twarze, patrzyłem jak się zachowują.

Tam królował strach.

To ze strachu ta agresja.

To ze strachu te wszystkie kruczki prawne, byle tylko opóźnić powstanie komisji, to ze strachu te wszystkie barykady, to partyjne mięso armatnie rzucone do boju, czyli posłanka Beata K.

Myślę, że powoli dociera do nich, że będą musieli ponieść konsekwencje za swe czyny. Że jak się popełnia rzeczy niegodziwe, to kiedyś, raczej wcześniej niż później, prawda wychodzi na jaw, i nadchodzi godzina zapłaty.

Dzyń, dzyń, panie Ziobro.

To panu bije dzwon.

 

Tak będzie. Popieramy też komisję śledczą, która zbada działania CBA. Pamiętam dzień, gdy głosowano w Sejmie nad powołaniem CBA. Wtedy przestrzegaliśmy przed taką tajną służbą, przestrzegaliśmy, że może z tego narodzić się partyjna bezpieka, chroniąca swoich, organizująca prowokacje przeciwko wrogom. Byliśmy w tym osamotnieni. To my mieliśmy rację, ale byliśmy sami. I Samoobrona, i Platforma były za. Karpie głosowały za Bożym Narodzeniem. A Jarosław Kaczyński zacierał ręce.

Słucham debaty nad powołaniem komisji, słyszę te krzyki PiS, że komisja śledcza będzie walczyć z tymi, którzy walczą z korupcja, że będzie zbierać haki na PiS.

Panowie, czy to nie Jarosław Kaczyński mówił, że uczciwy nie ma się czego obawiać??? Więc jak rozumieć wasze krzyki?

 

Tak może być. I tak będzie. Zapłodnienie in vitro powinno być refundowane z budżetu państwa. To jest nasz projekt. I go zrealizujemy.

A jeśli ktoś myśli, że z niego zrezygnujemy, że o wszystkim zapomnimy – to źle myśli. To znaczy, że nas nie zna.

W styczniu złożymy projekt ustawy. I zaczynamy zbierać podpisy pod listami poparcia. I wygramy.

Teraz przeciwko refundacji in vitro są wszyscy. Przeciwne jest PiS, przeciwny jest premier Tusk. Jeszcze parę tygodni temu był za, teraz jest przeciw.

Przestraszył się biskupów.

Bo Rada Episkopatu ds. Rodziny wysłała do posłów list, w którym pisze, że metoda in vitro jest „niegodziwa i niedopuszczalna”, a że to „wyrafinowana aborcja”.

Cała Europa refunduje in vitro, pomaga parom cierpiącym na bezpłodność, a w Polsce ma być inaczej? Bo Kościół nie pozwala?

To we Włoszech, we Francji, w Hiszpanii nie ma już katolików, zostali tylko u nas? A może jest odwrotnie, może to nasz Kościół przeradza się w jakąś sektę?  

Problem niepłodności dotyczy około 10 proc. kobiet, co w skali naszego kraju daje 900 tys. kobiet.  Szanowni biskupi, z nimi wszystkimi chcecie walczyć?

Wmawiać im, że nie powinny mieć dzieci?

Dziś barierą, która odbiera kobietom nadzieję na własne, upragnione dziecko, są pieniądze. Zabieg kosztuje około 10 tys. zł, często trzeba powtarzać go parokrotnie. Bez refundacji, prawo do in vitro to przywilej tylko dla zamożnych par. Więc trzeba tę barierę rozbić.

Teraz drugą barierę budują biskupi. A politycy prawicy, od Kaczyńskiego po Tuska i Pawlaka, im przytakują. Oto samodzielni politycy, którzy kroku nie zrobią bez zgody biskupa.

Wstyd na was patrzeć, panowie...

 

 

 

 

Wojciech Olejniczak (12:23)
155 komentarzy

17 grudnia 2007

 

 

Nagle mamy dziwny spór – prezydent spiera się z premierem (oni zawsze będą się spierać) o to kiedy wyprowadzić mamy polskie wojska z Iraku. Premier Donald Tusk mówi, że w październiku 2008. Prezydent Lech Kaczyński, że później, bo Polacy nie uciekają. Słucham tego i uszy przecieram, panie prezydencie, to chciałby pan tam zostać na zawsze?

Ale premier też mnie nie przekonuje. Bo patrzę na kalendarz i się pytam: skąd wzięła się data 31 października? Panie premierze, to szczerze pan chce wycofać te wojska, czy też tylko pan tak udaje?

Prawda jest taka, że polscy żołnierze nie mają już czego szukać w Iraku. Naszą misję wypełniliśmy tam już dawno, wykonaliśmy 1000 proc. normy, i pora wracać.

Z Iraku wracają Anglicy (właśnie przekazali Irakijczykom Basrę), wrócili Hiszpanie, Włosi, Ukraińcy, Czesi i Słowacy.

Prawda też jest taka, że Donald Tusk w kampanii wyborczej mówił, że jego rząd zakończy misję w Iraku. To dlaczego kończy tak opieszale? Przecież, jeżeli ogłosimy datę 31 października, to wszystko przeciągnie się jeszcze o parę miesięcy. Więc się pytam: po co to?

Zachowanie rządu w sprawie wycofania polskich wojsk w Iraku przypomina mi starą anegdotę czym różni się ambasador radziecki od angielskiego. Otóż, ambasador angielski, gdy chce wyjść z przyjęcia, to z nikim się nie żegna, tylko wychodzi. A ambasador radziecki  - odwrotnie.

Otóż widzę w zachowaniu premiera Donalda Tuska metodę ambasadora radzieckiego.

I teraz warto zapytać: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego premier w sprawach Iraku skrada się, zamiast postąpić jak… premier?

Boi się Amerykanów? Nie potrafi powiedzieć im prosto w twarz: ta misja jest skończona? Chyba tak – ale to fatalnie o nim świadczy, bo okazuje się, że premier Donald Tusk bardziej liczy się z amerykańskimi urzędnikami niż z obywatelami Rzeczpospolitej. Którzy mają dość tej wojny.

Fatalnie świadczy podwójnie – bo oznacza, że Hiszpanie, Słowacy, Włosi, Czesi tego strachu przed Ameryką nie mają. A on – ma. Oni potrafią sprawę załatwić – a on nie.

Donaldu Tusku – odwagi!

A może premier jest przekonany, że cała operacja wycofania 900 żołnierzy jest tak skomplikowana, że musi trwać 10 miesięcy? 

Jeżeli tak uważa, to także nie wystawia mu to dobrego świadectwa. Niedawno gen. Balcerowicz mówił, że wycofać nasze wojsko z Iraku możemy błyskawicznie. Wystarczą do tego dwa statki. Więcej nie trzeba, bo części sprzętu i tak nie ma sensu wieźć do kraju, można go sprzedać na miejscu, lub doposażyć armię iracką.

Więc o co w tym wszystkim może jeszcze chodzić?

Otóż dostrzegam w tym drugie dno – wzajemną rozgrywkę między prezydentem a premierem.

Tuskowi mniej chodzi o wycofanie wojsk, bardziej o ogranie Kaczyńskiego, i jego ośmieszenie.

Gdyby premierowi zależało na zakończeniu irackiej eskapady – to by powiedział – wracamy w najszybszym możliwym terminie, czyli w lutym. Albo w marcu. I jadę uzgodnić to z prezydentem.

Ale on powiedział – 31 października. Bo chce zjeść ciastko i je mieć. Chce opowiadać jednym Polakom – ja wycofuję wojska z Iraku, i drugim – będziemy w Iraku do końca. Puszcza oko tu i tam.

A przy tym zupełnie zlekceważył prezydenta, bo prezydent o wszystkim dowiedział się z radia.  Więc, jak było do przewidzenia, obraził się. I zaczął popełniać błędy. I opowiadać, ustami Michała Kamińskiego mało mądre rzeczy.

Tak oto, w nieskomplikowany sposób Donald Tusk ogrywa Lecha Kaczyńskiego. Lekceważy go, wsadza mu palce w nos, a potem patrzy jak ten krzyczy i się awanturuje. O to Tuskowi chodzi.

 

Czy to będzie udawało się zawsze?

Jest taka możliwość. Lech Kaczyński widzi świat w mało skomplikowany sposób: Rosja jest zła, Europa podejrzana, a Ameryka dobra. Więc wszystko co służy Ameryce jest dobre. W ten uniżony sposób Kaczyńscy prowadzili politykę zagraniczną, na dodatek wmawiając Polakom, że to była polityka mądra i pełna godności. 

Wolne żarty!

 

Ale ma to swoje konsekwencje. One nazywają się nie tylko Irak ale i tarcza antyrakietowa.

I tu już nie jest śmiesznie.

Tu zaczyna być groźnie. I nie tylko dlatego, że Rosjanie jasno powiedzieli – jeżeli w Polsce będzie tarcza, to rosyjskie rakiety zostaną w nią wycelowane, i nie wykluczamy, że coś może wystrzelić przez pomyłkę…

Daleki jestem od lekceważenia tych gróźb, tak jak i daleki jestem do paniki. Ale jest to dla mnie jednoznaczny sygnał, który potwierdza wszystkie obawy najpoważniejszych ekspertów: tarcza antyrakietowa zmniejszy bezpieczeństwo Polski. I nic nie jest w stanie nam tego zrekompensować.

A jeżeli tak – to mówię „nie”. Tak jak i miliony Polaków. To aberracja, że za uściśnięcie dłoni prezydenta Busha, panowie Kaczyńscy zgodzili się, by Polska była tarczą broniącą USA.

Byśmy byli na pierwszej linii antyamerykańskich rakiet – czy to tych z Iranu (co mniej prawdopodobne) , czy też tych z Rosji (to bardziej).

Panowie: nie, nie, i jeszcze raz nie.

Panie Kaczyński i panie Tusk! Żadnej tarczy rakietowej w Polsce nie będzie. A jeżeli komuś przyjdzie do głowy ją zakładać, to go zmusimy, by stanął twarzą w twarz z każdą polską rodziną i powiedział: tak bardzo chcę dobrze zrobić amerykańskim politykom i amerykańskim biznesmenom, że zgodziłem się, by najpierw strzelano w Polskę. W nasze domy i w nasze dzieci.

Jestem pewien, że podobnie myśli większość Polaków. Widać to chociażby w dyskusjach na forach internetowych. Tam znalazłem zagadkę: Na czym polega patriotyzm XXI wieku? Zamontować w Polsce tarczę antyrakietową i wyjechać do Irlandii.

No więc – ja zostaję.

 

 

Wojciech Olejniczak (20:02)
82 komentarzy

13 grudnia 2007

Myślę, że większość internautów tę scenę pamięta: telewizyjna debata Kaczyński-Tusk, i nagle Tusk zaczyna atakować Kaczyńskiego: dlaczego nie chce pan podpisać Karty Praw Podstawowych? Czy wie pan, że w związku z tym miliony Polaków będą pozbawione europejskich standardów, nie skorzystają z dobrodziejstwa wejścia do Unii? Dlaczego w ten sposób chce pan obniżać standardy życia Polaków? I tak dalej, i z zapałem…

Dziś premier Tusk to nie jest tamten Donald Tusk (panie Donaldzie, panie Donaldku, panie Donaldziku, to jak mam się do pana zwracać???). Dziś premier Tusk jest jak premier Kaczyński – nie podpisze Karty Praw Podstawowych.

Mimo że mówił parę tygodni temu, jakie to ważne, i atakował z furią Jarosława Kaczyńskiego (w debacie życia!), że ten nie chce Karty.

Oto premier Pinokio – oszukał nas wszystkich. I to w sposób koncertowy, bo niezmiernie rzadko się zdarza, by polityka można było tak łatwo przyłapać na kłamstwie. Że co innego mówi w niedzielę, a co innego w poniedziałek. I nawet okiem przy tym nie mrugnie…

Witaj, kłamco!

I niech mi nikt nie mówi, że to nieważne, że Tusk dobrze zrobił, bo ta Karta, to jakieś zapisy eurokratów, że po co szarpać się z Kaczyńskimi…

Panowie z PO i PiS! Jeżeli to jest nieważne, to podpiszcie! Co wam szkodzi???

Szlag mnie trafia, gdy patrzę jak PO-PiS oszukał miliony Polaków, zaśmiał im się w twarz. Karta Praw Podstawowych jest bowiem jednym z najważniejszych europejskich dokumentów, katalogiem europejskich praw człowieka, praw socjalnych, praw związkowych. Gwarancją, co się obywatelowi Unii Europejskiej należy.

Tę Kartę podpisało 25 państw Unii. Z wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Polski. Co jest więc w tej Karcie takiego, że Polska nie może się na nią zgodzić?

Skrót? Że KPP?

A może gwarancje dotyczące praw związkowych? Z tego powodu Karty nie podpisała Wielka Brytania. Ale to by było i śmieszne i straszne zarazem, jeślibyśmy z powodu gwarancji związkowych odrzucili Kartę. 13 grudnia! My, kraj Solidarności, gdzie w imię wolności związkowych ludzie szli do więzienia. Więc co, szanowny PO-PiS-ie, teraz te wolności wam przeszkadzają? Już zapomnieliście, że jedni z was nazwali się Polska socjalną, a drudzy Polską liberalną, i że też było to wielkie kłamstwo, bo wy – i jedni i drudzy – związki zawodowe macie za zło i za hetkę petelkę?

A może nie chcecie Karty, bo nie chcą jej biskupi? Przepraszam panowie, ale w jakim kraju żyjemy? To chyba tylko w Iranie duchowni decydują, które ustawy są słuszne, a które nie…

Przyznam, że w związku z tym przeżyłem dwa zaskoczenia. Po pierwsze, zaskoczyło mnie stanowisko biskupów, którzy są przeciw Karcie. Bo, o ile wiem, papież Benedykt XVI przeciwko Karcie nie jest. Kościół powszechny ją akceptuje. Czyżby więc polscy biskupi wiedzieli lepiej co jest zgodne z naukami Kościoła? Zaskoczył mnie też ton, w jakim polscy biskupi zwrócili się do polskich polityków. Ton ultymatywny. To zły znak.

Natomiast nie zaskoczyła mnie, niestety, reakcja polityków prawicy, którzy potulnie pobiegli wypełnić polecenie biskupów. I tych z PiS, i tych z PO, partii przecież chadeckiej. Oni tacy są.

I tylko Donald Tusk udawał w kampanii wyborczej kogoś innego.

Na marginesie dyskusji o Karcie Praw Podstawowych (czyli KPP), warto przypomnieć argument, którym szermują przeciwnicy Karty – że jej wprowadzenie otwiera drogę do małżeństw homoseksualnych.

Panowie, strachy na lachy! To czy w Polsce będą mogły być zawierane małżeństwa homoseksualne nie zależy od Kart Praw Podstawowych. Żaden z jej zapisów o tym nie mówi, i drogi ku temu nie otwiera. To czy w Polsce będą mogły być zawierane małżeństwa homoseksualne zależy od samych Polaków, od tego czy to zaakceptują, od postawy społecznej. Jeżeli Polaków będzie to kuło w oczy – tych małżeństw nie będzie, jeżeli je zaakceptują – to będą. Po cóż więc teraz straszyć konserwatywną Polskę gejami? Co to, Giertych wraca i jego Wszechpolacy? A może w was, panowie z prawicy, obudziły się jakieś fobie?

Tak oto Polska, która 21 października miała powrócić do Europy, zejść z drogi prowadzącej do jakiejś nadwiślańskiej wersji putinady, znów odwróciła się plecami do Europy.

25 państw Kartę podpisało. Tak bogate jak Francja czy Szwecja, i tak nam bliskie jak Czechy, Słowacja czy Litwa. Tam nikt nie bał się, że Karta wzmocni związki zawodowe (niech wzmacnia, bo Polsce potrzebny jest silny i wiarygodny partner społeczny!), nikt nie bał się „europejskiej zarazy”, nikt nie straszył małżeństwami homoseksualnymi.

Tylko u nas, w Polsce, wciąż w głowach jakieś zakołowacenie. Wciąż w głowach PiS. I premier, który miał czynić nowe, a jest jak drobny krętacz.

 

PS.

Przesyłam linki do:

a) Karty Praw Podstawowych, niech każdy internauta przeczyta ją, zobaczy jak wygląda i jakie tam „złe” rzeczy są zapisane; 

b) mojego wystąpienia w Sejmie, podczas debaty nad wotum zaufania dla Prezesa Rady Ministrów. Mówiłem wówczas sporo o Karcie, o stosunku do niej Lewicy i Demokratów. I, w przeciwieństwie do Donalda Tuska, swego zdania nie zmieniłem. Tak samo myślę dziś, jak myślałem wczoraj.   

Wojciech Olejniczak (13:07)
130 komentarzy

26 października 2007
Ciekawy artykuł opublikował w czwartek Władysław Frasyniuk, odnosząc się do zakończonej w niedzielę kampanii wyborczej. Jego główną tezą jest stwierdzenie, że młode pokolenie poparło PO w ramach jednorazowej mobilizacji, a elektorat tej partii okaże się w najbliższych miesiącach mało stabilny, co może stać się szansą dla Lewicy i Demokratów. „Za jakiś czas – pisze Frasyniuk – LiD może okazać się ugrupowaniem atrakcyjnym dla młodych wyborców”.

Zgadzam się z Frasyniukiem, choć akurat inną z tez jego artykułu wystawiłbym jako tezę wiodącą. Ta teza brzmi: LiD jest na początku drogi. Na scenie politycznej ciągle jest duża przestrzeń do zagospodarowania przez socjaldemokratów. Partia – dowodzi polityk Partii Demokratycznej – która odwoła się do klasy średniej, zarówno do nauczycieli, policjantów, jak i drobnych przedsiębiorców, ma szansę osiągnąć spory sukces.

Tak, LiD potrzebuje wewnętrznego dialogu, rozmowy o przyszłości – ale nie tylko w kontekście kampanii wyborczej, która była epizodem dokonującym się zbyt wcześnie w stosunku do naszych możliwości organizacyjnych i programowych. LiD musi określić własny język komunikacji – tak z elektoratem młodzieżowym, który dziś szturmem poparł Platformę Obywatelską, jak i z elektoratem ludzi starszych, ludzi zagubionych, ludzi sfery budżetowej ze strefy bezpośredniego oddziaływania państwa. Dawna komunikacja, odwoływanie się do tzw. stałego elektoratu, budowanie przyszłości koalicji w oparciu o zdeklarowaną grupę wyborców, już nie wystarcza. My musimy znaleźć sposób dotarcia do nowych grup społecznych, dzisiaj pozostawionych samym sobie lub – co gorsza – przy użyciu socjotechniki przejętych przez PO lub PiS. Chyba najszybciej zrozumieli to nauczyciele: już dzisiaj żądają od Donalda Tuska realizacji przedwyborczych obietnic. Przypominają mu te obietnice, rzucają w przestrzeń publiczną słowa: pamiętamy, rozliczymy! I mają rację – nie wolno szafować programami bez pokrycia! – i trzeba stworzyć taką sytuację, w której nauczyciel, policjant, pielęgniarka mają swoją polityczną reprezentację. Nie od wielkiego dzwonu, nie okazjonalną, ale trwałą, na stałe.

Nie da się dzisiaj rozmawiać z wyborcami wyłącznie za pomocą obietnic i tylko raz na cztery lata, przy okazji wyborów. To jest nakaz ciągłej pracy: tak, jakby kampania wyborcza i działania związane z pozyskiwaniem wyborców i członków partii miały trwać pełną kadencję. Debatę o przyszłości LiD trzeba zatem rozpocząć już dziś i my to zrobimy – ale bez „anonimowych” wypowiedzi na łamach prawicowej prasy, która lubuje się we wzajemnym szczuciu liderów LiD, bez wojen podjazdowych – w męskiej dyskusji.

Nie obawiam się takiej dyskusji, więcej – zachęcam do niej. I cieszę się, słysząc głosy racjonalnej oceny nie tylko samej kampanii, ale przede wszystkim całego politycznego projektu Lewicy i Demokratów. Będę bronił tej idei, bo uważam, że budowa w dłuższym horyzoncie czasowym silnej partii centrolewicowej ma w Polsce wielki sens. I że trzeba tego dokonać nawet wówczas, jeśli będzie nas bolało, jeśli będziemy obrywali od naszych przeciwników i jeśli będziemy narażali się na krytykę ze strony naszych zwolenników. Taka centrolewica – budowana ponad podziałami – jest Polakom po prostu potrzebna. Z Frasyniukiem czy bez Frasyniuka, z Olejniczakiem lub bez – jest potrzebna.

Kto uważa inaczej? Czekam na kontrargumenty.


Wojciech Olejniczak (00:09)
328 komentarzy

24 października 2007
Czas pokaże, ile naprawdę osiągnęliśmy. Jeśli LiD ma pozostać opozycją, to będzie nią w sposób mocno konsekwentny i rzeczowy. Nie ma innej drogi. Lekcja, którą wyciągamy z tych wyborów brzmi następująco: jesteśmy na drodze budowania silnej i zwycięskiej centrolewicy, podnosząc się po porażce wyborczej z 2005 roku. Nie mamy prawa zapominać, jaka była ówczesna ocena czteroletnich rządów SLD, jak surową nauczkę dali nam wyborcy i jak bardzo zależało nam na tym, by dźwignąć się i nadal liczyć się w politycznej grze.

I liczymy się. Coraz bardziej się liczymy.

W Sejmie z przewagą PiS i jego koalicjantów, wspieranych przez Prezydenta RP, nasza opozycyjność miała wymiar symboliczny. Byliśmy w opozycji, ale mieliśmy głównie prawo do krzyku - obie prawicowe partie grały w nim własną grę i jeśli chciały, mogły przegłosować niemal wszystko. Dzisiaj, w obliczu głębokiego konfliktu między PO i PiS oraz planowanej koalicji PO z PSL, rola posłów LiD ulega znaczącej zmianie. W biznesie określa się to mianem "pakietu blokującego" - LiD właśnie taki pakiet posiada i będzie robił z niego użytek zawsze wtedy, kiedy proponowane ustawy będą szły w poprzek naszego programu wyborczego. Bo my ten program, nasze 100 Konkretów, traktujemy bardzo serio.

Dyskusja o kampanii wyborczej będzie trwała jeszcze kilka tygodni, choć już teraz dziennikarze i jeden przegrany  bloger próbują ustawiać sytuację na polskiej lewicy, rozliczać i przyśpieszać nasze kroki. A ja odpowiadam - spokojnie, panowie. Zapowiadaliśmy długi marsz i jesteśmy w jego trakcie. Wspólnie z wyborcami osiągnęliśmy sukces, odsuwając od władzy nieudaczników z PiS, których polityka pchała Polskę na skraj chaosu i wzajemnych, wyniszczających oskarżeń. Przed nami, mam nadzieję, trochę spokoju i zamiast koncentrować się na walce z Prawem i Sprawiedliwością, możemy skupiać się na budowaniu silnych związków z wyborcami, na przekonywaniu do naszego programu i zasady pokonywania politycznych podziałów. W myśl marketingowej zasady, że najważniejszy jest klient - musimy nauczyć się odpowiadać na oczekiwania wyborców, budować politykę zgodną z ich wolą, potrzebami i priorytetami.

I to jest nasz cel. Można go osiągać mając w Sejmie 53 posłów i walcząc o całą zwycięską pulę w przyszłości. Można go osiągać gromadząc wokół naszego środowiska coraz większą grupę młodych ludzi, bo jak pokazały te wybory - to właśnie najmłodsze pokolenia Polaków chcą mieć coraz większy wpływ na władzę. To zresztą staje się przekleństwem Platformy: jeśli młodzi zobaczą, że cuda jednak się nie zdarzają, mogą odwrócić się nie tylko od PO - co wcale nas nie zaboli - ale również od polityki, co może odbić się bardzo niekorzystnie na kolejnych aktach wyborczych.

Jesteśmy i chcemy być, co przypominam, atrakcyjną ofertą programową dla ludzi młodych. Tzw. "stare nazwiska" nie pociągnęły na listach wyborczych młodego zaplecza LiD - ale w wyborach, które przybrały kształt plebiscytu chyba jednak nie było na to zbyt wielkiej szansy. Wygrywało słowo NIE, a nie słowo: PROGRAM. Wygrywał sprzeciw i stawka na silniejszego w tej grze, nie zaś oferta programowa, ludzie, ich merytoryczna jakość i możliwości skutecznego działania. Nie wygrywał Kwaśniewski, Olejniczak, Borowski, bo to nie było głosowanie ZA, to był głos PRZECIW, a w tej konkurencji silniejsi mieli większą możliwość przyciągania głosów.

Ale następne wybory będą inne. Naszą wartością jest program i ludzie, a nie głośne, oparte na wierze w cuda hasła sprzeciwu.

 
Wojciech Olejniczak (00:03)
113 komentarzy

22 października 2007
Dziękuję za wszystkie Państwa głosy – zarówno te oddane na Lewicę i Demokratów w całej Polsce, jak i te, które przypadły mojej kandydaturze w Łodzi, ale przede wszystkim – za wszystkie głosy oddane w wyborach! To wspaniałe: widzieć, jak rozwija się demokracja.

LiD osiągnął dobry, trzeci rezultat. Gratulujemy zwycięzcom – Platformie Obywatelskiej, która bierze teraz na siebie ciężar odpowiedzialności za państwo. Gratuluję Donaldowi Tuskowi, to także jego osobisty sukces. Mam nadzieję, że niezależnie od różnic dzielących politykę obu naszych ugrupowań, znajdziemy w nowym parlamencie formułę porozumienia w najważniejszych dla Polski sprawach. My będziemy opozycją i gwarantujemy, że swoją rolę zamierzamy wypełnić jak najlepiej, zawsze z korzyścią dla Polaków. Ważne jest jednak, by w wielu kwestiach, w których nie jest Polsce potrzebny, szukać konsensusu, a przede wszystkim – rozmawiać. Rozmów, dialogu, brakowało nam najbardziej.

Więcej refleksji w kolejnych dniach. Gratuluję Państwu udanych wyborów!

 
Wojciech Olejniczak (00:53)
189 komentarzy

19 października 2007
Głosowanie już za dwa dni. Nie wiem jak Państwo przetrzymają te dwa dni, ale wiem, że kolejnych dni i lat – czterech lat! – pod rządami Prawa i Sprawiedliwości wytrzymać się nie da!. Tę nieudolną ekipę trzeba odsunąć od władzy. Po prostu – idąc na wybory, głosując przeciw PiS-owi.

Na kogo? Zachęcam do głosowania na Lewicę i Demokratów. Na ludzi politycznie obliczalnych, dojrzałych i kompetentnych. Na młodych z LiD-u, których jest coraz więcej i którzy odgrywać będą rosnącą rolę w polskiej polityce. Zachęcam do głosowania na spokój, który pragniemy wnieść do polityki – po okresie hałaśliwych rządów Kaczyńskiego. Zachęcam do głosowania na LiD – jedyną dziś alternatywę, która daje pewność, że do władzy nie wróci PiS i jego nieobliczalny lider.

Tak, to wymaga pewnej odwagi – zagłosować na LiD, wbrew sondażom, wbrew oczekiwaniom polityków Platformy Obywatelskiej, którzy już widzą siebie w roli zwycięzców. To wymaga pewnej odwagi, bo po porażce z 2005 roku polska centrolewica dopiero odradza się, buduje nową wartość – wspólnie z legendami dawnej Solidarności, przerzucając mosty ponad podziałami. My chcemy być najsilniejszą partią najbliższych wyborów – pójść do władzy z programem, który poznaliście Państwo w tej kampanii, pójść i w całości go zrealizować.

Tak, to wymaga pewnej odwagi, bo prawica wiesza psy na polskiej lewicy od wielu lat, wkładając do uszu wyborcom nieprawdziwe tezy o naszych zamiarach, intencjach i poglądach. My jednak mówimy: to właśnie lewa strona polskiej sceny politycznej jest dziś stabilna i uporządkowana, to my mamy klarowny program – prawica ciągle podlega erozji, nieustannie można rejestrować wstrząsy, przepływy liderów z jednej formacji do drugiej.

Kto z Państwa ma pewność, że dzisiejszy działacz PO jutro nie stanie u boku Jarosława Kaczyńskiego? Kto z Państwa wie, jaki ruch polityczny wykona dzień po wyborach Donald Tusk – mają Państwo pewność, że nie podejmie próby zbliżenia się do PiS-u? Jak inaczej oceniać woltę Kazimierza Marcinkiewicza, transfery między partiami, roszady kadrowe w Platformie, ucieczkę Jana Rokity?

Ci ludzie szukają swojego miejsca na scenie politycznej, można nawet powiedzieć, że szukają go od zawsze, lawirując pomiędzy partiami i koleżeńskimi układami. W takim sensie – układ obecny jest w Polsce od lata i to układ rządzi: kolegów i koleżanek, którzy legitymacjami partyjnymi przerzucają się na wyścigi; byli w tylu ugrupowaniach, że dzisiaj ich polityczne CV stało się balastem, a nie zaletą.

Warto na takich ludzi głosować? Moim zdaniem – nie.

PiS, jeśli wygra wybory, przygarnie sieroty po Platformie. Platforma, jeśli wygra, przejmie skruszonych z PiS-u. Do władzy dostaną się ludzie, którzy stale są na tej samej orbicie – i nikt nie wie, dlaczego nie potrafią stworzyć jednej, silnej i trwałej formacji...? Przecież to niemal pewne, że najpóźniej za dwa lata znów będą podzieleni, zwaśnieni, i znów będą tworzyli kolejne kanapowe struktury, kolejne partyjki służące niezaspokojonym ambicjom swoich liderów.

Jest więc LiD –Lewica i Demokraci. Czyli stabilność. Odpowiedzialność. Obliczalność. Mądre rządy zamiast głupich wojen.  I nasze 100 Konkretów – najbardziej konkretny, jedyny taki program w tej kampanii wyborczej. W kampanii, która polegała na obrzucaniu się błotem: czyżbyśmy teraz mieli głosować na tych, którzy rzucali nim ładniej, sprytniej, za większe pieniądze, z większym rozmachem?

Wierzę, że nie. Że mają Państwo własny pogląd w tej sprawie. Że nie dali się Państwo omamić cudom, że nie ulegli Państwo emocjonalnym szantażom i tej brudnej wojnie, której jedynym celem było utrzymanie władzy w rękach prawicy.  

Głosujmy na LiD. W akcie odwagi, przekory, w akcie rozsądku. Tylko my dajemy pewność, że PiS nie wróci do władzy pod żadną postacią.

Zachęcam – Wojciech Olejniczak.

Wojciech Olejniczak (11:20)
252 komentarzy
Z przepięknego albumu muzyki etiopskiej słucham ballady jazzowej Tesfy Maryam Kidane i myślę, jak bardzo muzyka potrafi oddać klimat państwa, w którym powstaje. Tę muzykę tworzono w czasach cesarza Haile Selassie, wówczas, gdy zabroniony był i jazz, i rock, i saksofon, a jednak tliła się ona gdzieś w duszach Etiopczyków, grano ją z dala od dworu i policyjnych tajniaków, szukając inspiracji w lokalnym folklorze i tematach, które wówczas poruszano w cichych rozmowach. Dzisiaj można jej słuchać do woli, jest wyjątkowo piękna, subtelna, niepowtarzalna, choć ma w sobie to ziarno niepokoju, które sprawia, że saksofon brzmi tak, jakby nie do końca wierzył, że już wolno mu swobodnie grać.

Słucham i myślę – co pozostanie po naszych czasach, po ostatnich dwóch latach? Jaka muzyka, jakie filmy, jaka literatura? Kto to opisze, pokaże, zagra? Władysław Bartoszewski mówił wczoraj o moralnych karłach, Tadeusz Mazowiecki dzisiaj o władzy absolutnej, która tak bardzo kusi braci Kaczyńskich. Aż strach bierze, gdy wyobraźnia zaczyna podpowiadać w jakim kierunku podążaliśmy i w jakim nadal moglibyśmy podążać, gdyby nie wybory i perspektywa pozbawienia PiS-u władzy. Policyjne państwo pełne podsłuchów, dziennikarze na celowniku władzy, politycy opozycji pod kontrolą rządu, napuszczanie jednych przeciwko drugim, dzielenie społeczeństwa, pozorowana walka z korupcją, której efektem nie jest rozbijanie jej źródeł, lecz pokazowe zwalczanie skutków – służące wyłącznie telewizyjnym prezentacjom.

W takim stanie jesteśmy od dwóch lat. We Wrocławiu parę miesięcy temu powstały tajne komplety, na których dyskutowano o nowej literaturze, historii i sztuce – wiem, że to przewrotna, żartobliwa forma nadana prywatnym spotkaniom, ale przecież nie byłoby jej, gdyby czasy sprzyjały otwartej debacie. Prosty przykład z telewizji publicznej – skurczone twarze dziennikarzy, którzy już chyba sami nie wierzą w to, co każe im się mówić i pokazywać w programach ustawionych na promocję obsesji jednej partii i jednego polityka. W polityce – istne ściekowisko, epitety, żałosne porównania, spory, których poziom zszedł poniżej rynsztoka. W wielu domach – kłótnie; nawet Kościół dostrzegł całe zło mijającej kampanii.

Kto to opisze? Jakimi słowami i kiedy? Bo przecież nie bieżąca publicystyka – prawicowe gazety już odwracają się od Kaczyńskich i biorą kurs na Platformę Obywatelską, widać to w komentarzach, w tonie publicystyki. Już mało kto stoi murem za Kaczyńskim, Ziobrą, Dornem i całym ich politycznym cyrkiem. Kampania kończy się w bryzgach błota pomówień, pozorowanych rozliczeń i procesów o kłamstwo. Tak dogorywa Czwarta RP, utopijny projekt niespełnionego wodza PiS, któremu nie udało się – na szczęście – zrobić z Polski Etiopii z czasów cesarza Haile Selassie: państwa obłudy, niekompetencji, hipokryzji i korupcji – opartego na absolutnych rządach jednego monarchy. Tamto państwo potrzebowało dwóch dekad, by w pełni odetchnąć po rządach cesarza – ile czasu będziemy potrzebowali w Polsce, by zapomnieć, że rządziła nami rodzina Kaczyńskich?

Wojciech Olejniczak (00:16)
115 komentarzy

17 października 2007
Wyobraź sobie, że masz chwilę słabości. Wyobraź sobie, że wpadasz w kłopoty finansowe. I że w odpowiednim momencie poznajesz kogoś, kto fascynuje cię swoją osobowością i ma coraz większy wpływ na twoje życie. Wyobraź sobie również, że prowadzisz sklep, jesteś lekarzem, masz własną firmę, pracujesz w szkole – gdziekolwiek – i że wszystkie twoje rozmowy są podsłuchiwane, że ten kogo poznajesz wciąga cię w coraz głębszy wir swojej misternej, przygotowanej przez socjotechników i psychologów gry.

Wytrzymasz to? Chcesz żyć z taką świadomością? Chcesz mieszkać w Polsce ze świadomością, że w każdej chwili służby specjalne mogą zmontować przeciwko tobie korupcyjną intrygę, że podsuną ci atrakcyjną propozycję, że będą cię wodziły na pokuszenie, że zechcą cię zniszczyć – wykorzystując twoje małe słabości?

A wyobraź sobie również, że zostajesz posłem. Że trafia do ciebie człowiek z ulicy, poznajecie się, rozmawiacie. I że wkrótce potem roztaczasz przed nim wizję swoich nieograniczonych możliwości. Jak budujesz tę wizję? Na całkowitej abstrakcji – czy na realnych przesłankach? Na faktach i prognozach, do których masz dostęp w dyskusjach klubowych, czy na kompletnych zmyśleniach? Snujesz wizję w oparciu o istniejące programy – które zawsze można sprawdzić – czy w oparciu o baśnie Andersena?

Stawiam te pytania poruszony wyznaniem posłanki Sawickiej, jednocześnie analizując na zimno jej słowa. Skierowana przeciwko niej i trwająca od roku prowokacja – pytanie: z podsłuchami? jak długo? za zgodą sądu? – która zakończyła się wręczeniem łapówki, w sposób wyjątkowy obnaża cynizm i pogardę dla człowieka, jaką mają dziś służby specjalne pod patronatem PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Brzydzę się takimi metodami. Nie poznałem na własnej skórze działań UB, lecz myślę, że to są dokładnie jej metody. Obrzydliwość, panie Kaczyński. Obrzydliwość!

Ale w tym samym czasie budzi mój niepokój to wszystko, co dzieje się na uboczu tej niesławnej prowokacji – dzięki niej dowiadujemy się, co myśli, mówi i (co gorsza) proponuje posłanka Platformy Obywatelskiej, przez nikogo przecież nie zmuszana, przez nikogo nie nagabywana – co myśli o szansach związanych z prywatyzacją służby zdrowi?. Ona nie mówi: poczekamy, zobaczymy. Ona mówi do swojego znajomego: że z pewnością da się coś wykombinować, że można ukręcić jakieś lody. Jakie lody – panie przewodniczący Tusk – o jakich lodach związanych ze służbą zdrowia mogła mówić posłanka Sawicka? I na jakiej podstawie?

Takie pytania zadaje dziś sobie większość Polaków. O co tu chodzi? Co to za bagno? Co to są za prowokacje i perspektywy, w jakie zostajemy wciągani przez POPiS? Czy tak ma wyglądać życie w naszym państwie – że ludzie Kaczyńskiego prowokują obywateli do grzechu, a ludzie Tuska sondują możliwość uwłaszczenia się na szpitalach?

To jest ten cud? To są te zasady?
 

Wojciech Olejniczak (16:13)
165 komentarzy

16 października 2007
Donald Tusk ma wielki problem, choć udaje, że go nie ma: ten problem to złapana na korupcji jedna z posłanek Platformy Obywatelskiej. Mogę powiedzieć, że osobiście dobrze Donalda Tuska rozumiem. Kiedy wobec naszego środowiska padały zarzuty o korupcję, mnie, nam z kierownictwa SLD, przypisywano odpowiedzialność za całe zło. I nie uchylaliśmy się od tej odpowiedzialności, choć czasem zęby mi zgrzytały, kiedy musiałem brać na siebie ciężar win lub podejrzeń skierowanych przeciwko ludziom, których niekiedy nawet dobrze (lub w ogóle) nie znałem.

I teraz Platforma Obywatelska oraz sam Donald Tusk usiłują wyłgać się z odpowiedzialności politycznej za działania posłanki Sawickiej. Panie przewodniczący Tusk: NIE DA SIĘ! Opinia publiczna to właśnie Pana obciąża polityczną odpowiedzialnością za udział posłanki w korupcyjnym procederze. Ten skandal obciąża także konto Tuska i Platformy, tego nie da się odwrócić! Pan jest odpowiedzialny, to jedna z członkiń Pańskiej partii została złapana na gorącym uczynku!

Ale to jeszcze nie wszystko. Media donoszą o zakusach na prywatyzację polskiej służby zdrowia, jaką przejawiała przedstawicielka Platformy Obywatelskiej w otwartych rozmowach o przyszłości niektórych szpitali. To dopiero pokazuje jaką obłudą nacechowana jest Platforma Obywatelska i jej lider – wypierają się w żywe oczy, udają, że zapisów w sprawie prywatyzacji szpitali nigdy nie było, zasłaniając się... normami i regułami, jakimi w kampanii wyborczej powinno kierować się CBA.

Ale to nadal jeszcze nie wszystko! Oto kilkanaście minut temu posłanka Julia Pitera pokazała w telewizji tekst wywiadu dla „Newsweeka”, w którym PiS-owski minister Zbigniew Religa dopuszcza możliwość prywatyzowania szpitali, byleby nie za jedną złotówkę od sztuki! To już jest kompletne polityczne dziadostwo – jedni robią spoty przeciwko drugim zapominając co mówili kilka miesięcy temu! Czy można ufać takim ludziom?

Odpowiadam: nie! Wart Pac pałaca! Religa jednego dnia protestuje przeciwko temu, co sam dopuszczał w publicznych wypowiedziach jeszcze kilka miesięcy temu! Mamy spot przeciwko spotowi, kłamstwo przeciwko kłamstwu, sięgnęliśmy dna – a politycy PO i PiS pukają doń od spodu.

Jest dramatem polskiej polityki taka totalna obłuda. Tusk mówi, że wypali korupcję żelazem – a sam, jak się wydaje, miał w swoim najbliższym otoczeniu posłów o klejących się rękach. Można im ufać? Nie! Jarosław Kaczyński mówi, że walczy z korupcją – i hoduje w rządzie podejrzewanego o nią ministra. Można ufać Kaczyńskiemu? Nie! CBA pokazuje „taśmy prawdy” z Sawicką, ale nie pokazuje taśm z dilerem narkotyków w Kancelarii Prezydenta w roli głównej. Można ufać CBA? Nie! PiS broni służby zdrowia przed prywatyzacją – ale jego minister dopuszcza taką możliwość. Można ufać tej partii i jej ministrowi? Nie! Platforma zarzeka się, że nie będzie prywatyzowała szpitali – i patronuje temu procesowi, głosem swojej posłanki. Można ufać takiej partii? Też nie.

Słów brakuje. Słów mi brakuje, kiedy analizuję dokumenty programowe Platformy Obywatelskiej, a potem zestawiam je z wypowiedziami posłanki Sawickiej, która bez zażenowania mówi o prywatyzacji szpitali. Słów mi brakuje, kiedy oglądam spot z udziałem ministra Religi i widzę jego wypowiedź w „Newsweeku” – kiedy ci ludzie mówią prawdę, kiedy kłamią? Kiedy kłamie minister Religa – czy wówczas, gdy podpisuje się pod spotem „Ratunek dla bogatych, dla biednych śmierć” – czy wtedy, gdy zapowiada sprzedaż szpitali? Kiedyż wreszcie ci ludzie przestaną być hipokrytami? Czy będzie taki dzień?

Będzie. Odstawmy na bok kolegów z POPIS-u. Są siebie warci. Zagryzą się kiedyś na śmierć przy pomocy tajnych służb, zdławią przy pomocy prowokacji i skompromitują z użyciem własnych słów z wywiadów i programów. Myśmy już przeszli przez takie piekło, jesteśmy dziś mądrzejsi, doświadczeni, ostrzej widzimy pewne sprawy i szybciej potrafimy zapobiegać patologiom.

Żal patrzeć na takich polityków, na ich kłamstwa, obłudę, na kombinowanie, fałszowanie wszystkiego co tylko można – nawet własnych programów i własnych słów.

Wojciech Olejniczak (20:42)
75 komentarzy

15 października 2007
Znakomicie, że ta debata się odbyła. Że można było pokazać Polsce i Polakom jak może wyglądać dyskusja pomiędzy politykami. Że można było pokazać możliwość wymiany poglądów a nie wojnę na haki i spoty. Bardzo dobra debata, bardzo wyrównany pojedynek, bardzo dobry Aleksander Kwaśniewski – choć startował z przegranej pozycji.

Ta debata pokazała również, że Lewica i Demokraci to formacja bardzo Polsce potrzebna. Podatek liniowy Platformy Obywatelskiej i raj obiecany w Irlandii, która ma podatki wyższe niż w Polsce, szpitale za pieniądze – to wszystko są pomysły rodem z historycznych dokumentów Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a nie współczesnej Polski. Tutaj Donald Tusk poległ dokumentnie, to co miało być sztandarem PO – zostało przez Aleksandra Kwaśniewskiego po prostu ośmieszone. Donald Tusk nie potrafił znaleźć ani odpowiedniej riposty, ani merytorycznego argumentu – zwłaszcza wtedy, kiedy wysłuchał fragmentów z własnego programu... Smutne to: w kampanii wyborczej nie znać pomysłów programowych oferowanych całemu narodowi.

Napisałem dziś przed południem, że to debata zwycięzców. I nie pomyliłem się. Największym przegranym trzech debat jest Jarosław Kaczyński, zagubiony gdzieś w ostatnim tygodniu i nieobecny wskutek śląskiej grypy. Tak kończy swoje panowanie twórca czwartej RP, najbardziej chorego pomysłu politycznego ostatnich lat...

Zastanawiające jest, jak łatwo dał się ograć PiS i jak mało jego główni sztabowcy rozumieją z własnej klęski. Dla nich – winna była ostatnio publiczność, a dzisiaj... Dzisiaj winny był Aleksander Kwaśniewski: był za dobry na Donalda Tuska. Ha! To akurat było jasne od początku tej kampanii!

Nie ma lepszej alternatywy niż LiD.
 
Wojciech Olejniczak (22:39)
198 komentarzy
Wszyscy ekscytują się sondażami Platformy, niepomni porażki jaka dotknęła tę partię dwa lata temu: wówczas także szybowała w górę, po to, by w dniu głosowania wylądować na ziemi – mocno obita przez PiS. W tamtym czasie gorsze wyniki Prawa i Sprawiedliwości mobilizowały elektorat tej partii i usypiały czujność elektoratu PO oraz samych jej liderów. A pamiętajmy, że do wyborów jeszcze niemal tydzień i że spece od czarnej roboty w PiS-ie nie śpią i pewnie coś na Platformę szykują.

Z sondażami przedwyborczymi tak właśnie bywa, że odzwierciedlają wahania nastrojów społecznych raczej w długim horyzoncie czasowym i dopiero po uwzględnieniu wszystkich czynników mających wpływ na te nastroje. A my jesteśmy, przypominam, przed ważną debatą dwóch zwycięzców  i dopiero po niej można będzie postawić precyzyjną przedwyborczą diagnozę.

Ze strony LiD – kampania trwać będzie do ostatniego dnia, z miłym akcentem na zakończenie. Mam nadzieję, że końcowy spot Lewicy i Demokratów przypadnie Państwu do gustu, podobnie jak nasze ostatnie spotkania wyborcze oraz dzisiejsza debata. Mam przeczucie, że to dopiero ona będzie istotnym przełomem w politycznej bitwie o Sejm i że Jarosław Kaczyński popełnił błąd, lekceważąc zarówno Tuska, jak i Aleksandra Kwaśniewskiego, co sprawiło, iż ostatnie słowa w tej kampanii należeć będą właśnie do dwóch polityków, którzy pokonali premiera w bezpośrednim starciu. Tak umiera buta (premiera), przybierając postać przeziębienia... (Nawiasem mówiąc: czyżby spełniła się przepowiednia, że Kaczyński będzie bał się wyjazdu na Śląsk? Stchórzył?) Tak też kończy się mit o potędze jego spin-doktorów, których intuicja zawiodła w najważniejszych momentach.

PiS przegrywa, bo nie przedstawił wyborcom żadnej interesującej alternatywy. Sama walka z korupcją – skądinąd: oczywista oczywistość w funkcjonowaniu każdej władzy – i samo przekonanie, że wystarczy mieć CBA, by okiwać przeciwników, to za mało. Za mało, by utrzymać władzę (wszak wybory są skutkiem politycznej nieudolności Kaczyńskiego) i za mało, by sięgnąć po nią ponownie. Dzisiaj Kaczyński pewnie pluje sobie w brodę, że dopuścił do zerwania koalicji z najbliższymi sojusznikami – Samoobroną i LPR – bo mógłby cieszyć się swoimi zabawkami jeszcze przez dwa lata. A tak – dziś wieczorem zasiądzie w ciepłych papciach, z kubkiem malinowej herbaty, szalikiem na gardle i kotem w nogach do oglądania debaty dwóch polityków, którzy zagnali go w kozi róg. Bierny obserwator własnej porażki wyborczej – niedoszły wódz niedoszłej rewolucji – Jarosław Kaczyński.

Czekamy na debatę zwycięzców. Ten, kto w niej zwycięży, wygra w wyborach. Kaczyńscy już się nie liczą – wspólnie z Państwem odsuwamy PiS od władzy!

Wojciech Olejniczak (12:32)
174 komentarzy

14 października 2007
Ostatnia – i najważniejsza debata w tej kampanii: Aleksander Kwaśniewski i Donald Tusk. Obaj pokonali Jarosława Kaczyńskiego, obaj stoją na czele dużych i silnych struktur, obaj mają wielki wpływ na polską politykę.

To nie będzie show. Mam nadzieję, że spotkanie dwóch liderów będzie częścią programowego sporu pomiędzy dwiema wizjami Polski. Pierwszą z nich symbolizuje Lewica i Demokraci – koalicja czterech partii, które zdołały przełamać historyczne uprzedzenia i zbudowały porozumienie ponad podziałami, generując bardzo dobry program 100 Konkretów. Druga wizja to kraj widziany oczami Platformy Obywatelskiej – niestety, nie do końca wiemy w szczegółach jaka to będzie Polska: PO raczej unika jednoznacznych deklaracji programowych.

Będzie to więc starcie dwóch sił – konkretów i wiary w cud. My proponujemy konkrety, Platforma zapowiada cuda. Jeśli to miała być forma nawiązania do „Cudu nad Wisłą”, to wyszła tak sobie – cud nad Wisłą z roku 1920 był efektem starannie przemyślanej taktyki i znakomitego wywiadu. Platforma pozostaje w sferze wiary, licząc zapewne, że „jakoś to będzie”.

Aleksander Kwaśniewski chce podjąć z Donaldem Tuskiem rozmowę o przyszłości. O planach dla Polski. O konkretach. Dosyć już tego międlenia o tym, kto stał po której stronie muru stoczni i jaki kaliber miał pistolecik Jarosława Kaczyńskiego. Kogo to dzisiaj obchodzi? Kogo obchodzą spory między ludźmi ze styropianu? Polacy potrzebują konkretnych rozwiązań, projektów, które daleko przekraczają miarę braci Kaczyńskich. Właśnie z ich nadania ta kampania miała tak miałki charakter, to było wygodne dla PiS-u: toczyć spory ideologiczne, historyczne, wracać do bezsensownych podziałów na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną” – zwłaszcza, gdy tej drugiej plunęło się w twarz przygarniając do rządu „ludzi marnej reputacji” i obrzucając błotem takie postaci, jak Lech Wałęsa czy Władysław Bartoszewski.

Jest już zbyt późno, by toczyć narodowy spór o programy. W tej kampanii nie zdążymy. Mam jednak nadzieję, że poniedziałkowa debata dostarczy Polakom odpowiedzi na zasadnicze pytanie – kto z jakim programem pragnie prowadzić Polskę i rozwiązywać nasze problemy? Kto mówi językiem konkretów, a kto próbuje oczarować cudami? W tej debacie nie liczy już się Jarosław Kaczyński i nie liczy się PiS. Nieudolne rządy tej partii, jej słabnący premier i dyktatorskie zapędy zamknęły Prawu i Sprawiedliwości drogę do władzy. Dziś, przed poniedziałkową debatą, liczą się tylko dwie siły, Lewica i Demokraci oraz Platforma Obywatelska. Panom z PiS-u już dziękujemy.

Wojciech Olejniczak (23:44)
155 komentarzy
Platforma Obywatelska znalazła się w trudnej sytuacji. Rosnąca przewaga nad Prawem i Sprawiedliwością nie tylko prowokuje PiS do rzucenia na front walki z Tuskiem największych armat, łącznie z Kurskim i kolejnymi spotami (jestem przekonany, że wkrótce znów pojawi się jakiś „dziadek z Wehrmachtu”), ale przede wszystkim wpływa na proces kalkulacji związanych z politycznymi skutkami wyborów. Przewaga PO wymusza na Jarosławie Kaczyńskim wzmożenie działań rozłamowych wewnątrz samej Platformy, a w tychże lider PiS-u jest naprawdę mistrzem. To zresztą już się zaczęło...

W przyszłym Sejmie Platformę Obywatelską najbardziej może przecież zaskoczyć... Platforma Obywatelska. Już teraz mówi się, że rośnie grupa polityków PO, którzy gotowi są na polityczną secesję i którzy pójdą za Marcinkiewiczem, Gowinem, Rokitą (ściślej: małżeństwem Rokitów) i Mężydło, tworząc wraz z Maciejem Płażyńskim nowe stronnictwo, bliższe programowo PiS-owi i z nim planujące stworzyć rząd. To scenariusz wielce prawdopodobny, oznacza w praktyce izolację Donalda Tuska i sprawia, że będzie on musiał pójść na bardzo dalekie ustępstwa wobec konserwatywnego skrzydła swojej partii, albo też zgodzi się wprost na koalicję z Prawem i Sprawiedliwością, zachowując władzę, ale tracąc dużą część zwolenników – nie zgadzających się na koalicję z PiS-em.

Można przecież łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której – i takie są pewnie kalkulacje Jarosława Kaczyńskiego – Prawo i Sprawiedliwość znajduje porozumienie z ludźmi Rokity, Płażyńskiego i Gowina, zaprasza do siebie Polskie Stronnictwo Ludowe, najbardziej obrotową partię w parlamencie, i zamyka tym samym drogę do rządu Donaldowi Tuskowi. Taka porażka Tuska dyskwalifikuje go w obliczu przyszłych wyborów prezydenckich, co jest jednym ze strategicznych celów braci Kaczyńskich, dla których Rzeczpospolita Obojga Bliźniaków to wymarzony raj na ziemi.

Jeśli rząd stworzy PiS, część ludzi Platformy Obywatelskiej oraz PSL, to następne wybory odbędą się za kilka miesięcy – tyle czasu zajmie Kaczyńskiemu stłamszenie przystawek. Jeśli rząd stworzy PO z PiS-em, to wybory będą nieco później, ale w sytuacji dużo bardziej skomplikowanej: wyborcy stracą resztki szacunku wobec polityków, a stopień skłócenia pomiędzy rządzącymi partiami politycznymi sięgnie zenitu. Państwo przecież wiecie, jak wyglądają rządy prawicy w Polsce: permanentna wojna między sobą – o wszystko i z wszystkimi. Co było widać w piątkowej debacie pokłóconych kolegów.

To nie są złe scenariusze dla Lewicy i Demokratów: w każdym z nich możemy być najsilniejszą i jedyną parlamentarną opozycją, a jak uczy przykład rządów AWS, taka opozycja potrafi się mocno pożywić słabościami rządu i stworzyć wielką siłę społeczno-politycznej alternatywy. I my taką alternatywę budujemy: jeśli nie w tych, to w następnych wyborach – będziemy zwycięzcami.

Donald Tusk ma więc duży kłopot: musi tak ustawić swoją taktykę wyborczą, żeby wygrać – i jednocześnie nie przegrać. Bo na razie wygrał małą bitwę, osiągając sukces medialny w debacie z kolegą. Przegra, jeśli podskoczy koledze zbyt wysoko. Przegra, jeśli osiągnie wynik niewiele lepszy od PiS-u. Przegra, jeśli jego polityczni konkurenci ulokowani wewnątrz partii porozumieją się w sprawie tworzenia alternatywy wobec swojego lidera. I przegra, jeśli wejdzie w bezpośredni układ z PiS-em i stworzy z nim rząd.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że wybrał właśnie to ostatnie rozwiązanie.

Wojciech Olejniczak (00:24)
132 komentarzy

12 października 2007
To była dobra debata. Dobra, bo obnażyła jak bardzo Tusk z Kaczyńskim tkwią w przeszłości, jak bardzo wolą dyskutować i rozpamiętywać dykteryjki o pistoleciku w windzie i wspominać wywiady z 1993 roku niż mówić o przyszłości Polski. Jak na partię, która proponuje cud nad Wisłą – za mało futuryzmu. Jak na partię, która zajęta jest budowaniem IV RP na modłę rodziny Kaczyńskich – za mało o oligarchach, układzie (choć układ premier odnalazł w budownictwie) i za mało o psie Ludwika Dorna.

Ot, pogadali sobie koledzy. Ot, błysnęli znów paroma przygotowanymi przez sztaby grepsami, pokazali kilka wyuczonych gestów, a Donald Tusk nawet błysnął uśmiechem, ale w całości – jak to mówią młodzi: żenua. Nic dziwnego, że redaktor Sekielski nie mógł skutecznie dopytać posłów Schetyny i Brudzińskiego o to, co zapamiętali z całej debaty. Jeden zapamiętał krawat, a drugi zapamiętał, że liderem PiS-u jest nadal Jarosław Kaczyński. Nie mogąc powiedzieć nic przeciwko swojemu wodzowi – wybrał amnezję.

I tak oto w królestwie braci Kaczyńskich zdarzyła się pogawędka Donia z Jacusiem. Ładnie sobie koledzy pogadali. Po prostu miodzio.
 
 
Wojciech Olejniczak (22:43)
141 komentarzy

11 października 2007
LiD walczy o głosy promując własny program i nie angażując się w polityczne hece. Tak odpowiadam, kiedy dziennikarze dopytują mnie w sprawach, które wypełniać powinny raczej kroniki towarzyskie niźli relacje z kampanii wyborczej. Mam wrażenie, że naszym konkurentom skończyła się amunicja – stąd proces o honor  Saby i stan ministerialnych mebli, prezentacja (oczywiście apolityczna) filmu z dowodami na korupcyjną działalność doktora G., wyprawa premiera do szpitala (a do pielęgniarek trzeba go było siłą wyciągać...), stąd wreszcie tematy zastępcze, jak choćby wizyta w Szczecinie Jana Rokity czy ślub Jarosława Kaczyńskiego i Jolanty Szczypińskiej.

Mamy tydzień do ciszy wyborczej. Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska zajęły nam ostatnie dwa miesiące wojenką między Tuskiem i Kaczyńskim – cytując ich ostatnie inwektywy: między chamem i Urbanem – Samoobrona i LPR zajęły się budową nowego wizerunku z nowymi sojusznikami (Partii Gwałtu wcale to nie pomogło), a wyborcy jak nie mieli okazji poznać różnic programowych, tak nie mają. Nawet spotkania w stacjach telewizyjnych prowadzone są na jedno kopyto: częściej słychać pytania o wzajemne animozje i podteksty niż o różnice programowe.

A Państwo zapewne patrzycie na to z rosnącym coraz bardziej zdziwieniem: o co w tym wszystkim chodzi? Ja też czasami nie rozumiem. Wielu moich rozmówców narzeka na miałkość polityki, na show, jakim się stała, na brak konkretów, pomysłów, dobrych projektów gospodarczych. Tego nie ma, bo polityka przestaje spełniać swoją zasadniczą rolę – przestała być instrumentem sprawowania rządów, a stała się widowiskiem telewizyjnym, walką w kisielu, a niekiedy po prostu kabaretem.

Młodzi ludzie nie garną się do polityki, bo wszystko to widzą znacznie ostrzej niż nam się wydaje. Widzą i po swojemu komentują. To jest rola polityków: dawać przykład, pokazywać nowe przestrzenie dyskusji politycznej, wciągać wyborców do debaty o przyszłości Polski. LiD nieustannie usiłuje skierować kampanię wyborczą na merytoryczne tory, ale zarówno nasi przeciwnicy, jak i media wolą deliberować nad stanem mebli, chorobami i ślubami polityków. Nie ma szans, by w ciągu najbliższego tygodnia debata publiczna skoncentrowała się na kwestiach programowych, co dowodzi słabości jej uczestników i nie zjednuje politykom sojuszników. Efekt? Znowu można się spodziewać niskiej frekwencji, znowu będziemy mieli Sejm wybrany głosami ludzi, którzy głosują w ciemno – z pięknego, obywatelskiego obowiązku – głosując na niewiadomą.

Szkoda. Bo nawet krótka kampania mogła być kampanią merytoryczną.

Wojciech Olejniczak (02:07)
198 komentarzy

08 października 2007
Zapowiedzieliśmy to już wcześniej: Zbigniew Ziobro odpowie przed sądem za niegodziwe wypowiedzi pod adresem SLD, obciążające naszą partię za śmierć Barbary Blidy. To nie tylko skandal o wymiarze politycznym, to świadectwo moralności człowieka zwanego Zerem. Najpierw z jego ust rozstrzelany został doktor G.; do dzisiaj polska transplantologia nie może się pozbierać po nagonce na lekarza – warto przeanalizować tę słynną wypowiedź pod kątem jej wpływu na zmniejszającą się liczbę przeszczepów, a co za tym idzie zagrożeń dla życia i zdrowia Polaków. Później dowiedzieliśmy się, jaką uciechę sprawili sobie sympatyczni chłopcy z CBA, określając kryptonimem „Mengele” sprawę działalności warszawskiego kardiochirurga.

I wreszcie śmierć Barbary Blidy, nie wyjaśnione do dzisiaj okoliczności, dziwne zeznania o zachowaniu się Ziobry składane przez byłego ministra spraw wewnętrznych, przerwany film, pobicie adwokata Leszka Piotrowskiego, ślimaczące się dochodzenie, sprzeczne zeznania świadków, kręcenie funkcjonariuszy aparatu sprawiedliwości. Do tego kompromitacja związana z ekstradycją do Polski Edwarda Mazura. Do tego akcja przeciwko Andrzejowi Lepperowi, nadal chowana pod zielonym suknem ministerialnych gabinetów IV RP. I ten „gwóźdź”, który okazał się zupełnie innym magnetofonem niż ten, z którego rzekomo Ziobro nagrywał Leppera. I te masowe wezwania wolontariuszy PO i LPR przed oblicze prokuratury – w czasie kampanii wyborczej. I te buńczuczne, pełne wyniosłości komentarze pod adresem największych polskich autorytetów prawniczych. I w końcu ta skandaliczna wypowiedź – obciążająca przyjaciół Barbary Blidy winą za jej śmierć.

Ten człowiek, polityk o twarzy cherubinkowego, bezwstydnego cyborga, osiąga wyżyny braku wrażliwości, nie licząc się z odczuciami innych ludzi. Wszystko co on mówi – można przecież powiedzieć spokojnie i z godnością, nie obrażając nikogo. Wszystko można przedstawić, z poziomu ministra sprawiedliwości, z chłodem właściwym dostojności sędziego. Można być politykiem – i mieć klasę. Ale żeby mieć klasę – potrzebna jest przynajmniej odrobina przyzwoitości.

Wojciech Olejniczak (23:06)
125 komentarzy

07 października 2007
Na spotkaniach z wyborcami często słyszę zachętę: zaatakujcie, dlaczego nie atakujecie?! Dlaczego nie próbujecie dopaść PiS-u na kłamstwach i zniszczyć?

Na takie pytania nie ma dobrej odpowiedzi – przede wszystkim dlatego, że po PiS-ie wszelka krytyka ścieka jak woda po kamieniach; PiS jest impregnowany na słowa krytyki. Ta partia, zapatrzona w swojego wodza niemal tak samo jak w Ojca Dyrektora, nie widzi jak jej lider brnie w świat nonsensów i abstrakcji. Wczoraj rosły mi oczy ze zdziwienia, gdy słuchałem Jarosława Kaczyńskiego prezentującego swoją wizję państwa, którego początkiem stał się on sam, które zaczyna się i kończy na Prawie i Sprawiedliwości, które wcześniej nie istniało, nie funkcjonowało, a jeśli już – to było zaledwie układem, grą sił, systemem kolesi, a nie normalnym państwem.  

Jak w tym systemie wyrosło polityczne imperium Kaczyńskiego – tego się już nie dowiadujemy. Kto położył wszelkie inwestycje w Warszawie – też nie wiemy. Kto dokopał się do państwowej kasy, prywatyzując partyjny koncern prasowy, kto pełnił ważne role w aparacie państwa, kto tworzył fundacje zajmujące się politycznym sponsoringiem – tego lider PiS nie objaśnia. I nie mówi też, dlaczego nie pozwał do sądu Andrzeja Leppera, wprost zarzucającego premierowi przekręty. Nie wspomina już czasów świetności swojego rządu, tak silnie podpartego intelektem Romana Giertycha i szefa Samoobrony, który rozpadł się jak domek z kart miesiąc po podpisaniu ostatniej lojalki przez koalicjantów. (Nie wspomina też o innej lojalce, tym razem rodem z telewizji; gdyby dotyczyła prezesa wywodzącego się z lewicy, byłby on już dzisiaj ukamienowany przez Kurskiego...)

Nie mówi również o trójmiejskiej kancelarii, która zasłynęła jako łącznica między politykami prawicy i lokalnym oligarchą, nie mówi o swoich ulubionych ministrach: Lipcu i Kaczmarku, nie wspomina nazwiska Jaromira Netzela, swojego ukochanego prezesa, nie nawiązuje do handlu heroiną w środowisku jego własnego brata ani tym bardziej do koncepcji taniego państwa, której efektem są trzy dziesiątki ministrów, jacy przewinęli się przez jego rząd. Tanie państwo – dla rolników, którym odmówiono ulgi podatkowej – i drogie dla ministrów, których przyjmowano i zwalniano całymi stadami.

Premier nie odpowiada, kiedy go pytać o Telegraf, o Fundację Prasową Solidarności, o majątek osobisty i partyjny. Nie odpowiada, ponieważ zajęty jest cotygodniowym, nieustannym dialogowaniem z samym sobą, sumiennie pokazywanym w godzinach najlepszej oglądalności w telewizji publicznej. Toczy dialog mówiąc do kamery – jestem świetny, jestem piękny, ode mnie zaczął się świat i na mnie się on zakończy. A później choćby potop.

Więc – atakować? Kogo? Zapatrzonego w siebie wodza, który mówi do kamer – nie zważając, że mało kto go słuch
a? Gdyby żył Charlie Chaplin, nakręciłby film o Kaczyńskim.

Wojciech Olejniczak (22:49)
163 komentarzy
Powiem wprost: telewizję publiczną trzeba oddać dziennikarzom i menedżerom – wyrwać ją z rąk polityków, nie oddawać im ani kawałka władzy nad publicznymi mediami, zamknąć im (nam!) drogę do sterowania radiem i telewizją raz na zawsze. Dlaczego?

Naprawdę nie ma żadnego sensu, by udawać, że publiczne media zachowują się w tej kampanii obiektywnie. Informacje o liczbie godzin, jakie telewizja poświęciła poszczególnym partiom, biją na alarm. Są – jak to mówią ludzie PiS-u – porażające. Co mi po wiadomościach, jeśli wiem, że są preparowane na użytek jednego ugrupowania? Co mi po pozorach obiektywizmu, jeśli widzę jaki jest skład komentatorów i jaki jest poziom merytoryczny dziennikarzy? Co mi przychodzi z płacenia abonamentu, jeśli stał się on składką na rzecz promocji jednej partii? Co mi po określeniu „telewizja publiczna”, jeśli równego dostępu do niej nie mają wszystkie ugrupowania polityczne?

To trzeba przerwać. Zapisaliśmy w naszym programie 100 Konkretów wniosek o zmianie modelu funkcjonowania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. To chyba za mało, to tylko początek drogi. Media publiczne muszą uzyskać niezależność, wyjść z kręgu wpływów polityki – zarówno wtedy, gdy rządzi prawica, jak i wówczas, gdy rządy sprawuje formacja lewicowa (czyli po 21 października...!).

Władza nad mediami publicznymi daje iluzję posiadania pełni władzy. Można mówić co się chce – i jak się chce. Można sprawować rząd dusz, dopuszczając lub blokując niewygodnych polityków. Doprowadzono w ten sposób do ruiny rzetelność programów informacyjnych, nie osiągając celu: wyborcy, jeśli tylko mają możliwość – przełączają na stacje komercyjne. Bo tam jest barwniej, ciekawiej i prawdziwie. Bo tam może się spotkać Joanna Senyszyn z Januszem Korwin-Mikke. Bo tam można spodziewać się obiektywizmu zamiast nachalnej propagandy.

To jest to, co powinniśmy zrobić dla dobra publicznego: uwolnić publiczne media od władzy polityków. Zrobić to raz, ale dobrze. Może będzie to kosztowało utratę paru punktów w wyborach, może będzie bolało polityków, czyli nas samych, ale per saldo bardzo się polskiej demokracji opłaci. W przeciwnym razie – jeśli zwycięży PiS i jego koncepcja nadużywania władzy w mediach, telewizja i radio publiczne staną się doszczętnie pośmiewiskiem i bolszewickim wydziałem propagandy, a nie źródłem wiedzy o Polsce i świecie.


Wojciech Olejniczak (01:18)
118 komentarzy

05 października 2007
Rzadko zgadzam się z tezami Michała Karnowskiego, publicysty "Dziennika", ale tym razem z częścią jego opinii muszę się zgodzić. W dzisiejszym komentarzu Karnowski napisał o kampanii programowej Lewicy i Demokratów, trochę nam dokładając, a trochę chwaląc - głównie za to, że w ogóle prezentujemy program. I chociaż nie podzielam jego zdania, że zawartość 100 Konkretów można by spokojnie zmniejszyć o połowę - nie każdy projekt np. w edukacji czy kulturze - musi mieć wymiar liczbowy, żeby dało się go określić mianem konkretu - to jednak cenne jest, że Karnowski program zauważył, przeczytał i... docenił.

Problem w tym, że komentarz Michała Karnowskiego powinien być wstępem do znacznie szerszej refleksji. Kampania wyborcza ma w tym roku wyjątkowo karykaturalny. Politycy zajmują się głównie sobą (i stają w obronie swoich psów), robiąc wszystko, by uniknąć realnej debaty programowej. Koncentracja na wymyślaniu grepsów do dyskusji politycznej w telewizji, myślenie kategoriami prezentu, jaki trzeba wręczyć w pierwszej części debaty, wydumane tematy konferencji prasowych i konwencji - wszystko to jeszcze bardziej odstręcza wyborców od głosowania.

Mamy dwa tygodnie do wyborów i konia z rzędem temu, kto wie, jaki program będzie realizowała Platforma Obywatelska. Bo według najnowszego spotu ma to być program "damy wam wszystkim wszystko, o co poprosicie - w ramach cudu gospodarczego". Dajmy tylko dojść do władzy Donaldowi Tuskowi, a będzie wszystko.

To jest Kononowicz a'rebours: u Kononowicza było, że nie będzie niczego. U Tuska ma być wszystko. Można się spodziewać podobnego wyniku wyborczego.

Wojciech Olejniczak (21:10)
160 komentarzy

04 października 2007
Wreszcie jakiś zwrot w kampanii Prawa i Sprawiedliwości! Wreszcie PiS odniósł się do najpoważniejszych wydarzeń! Nareszcie programowy akcent w kampanii PiS – Ludwik Dorn wysłuchał spotu o jego psie, który zżerał majątek państwowy i postanowił – Dorn, nie pies – podać do sądu LiD za znieważenie majestatu. Marszałka Dorna, bo Saba nie wyraziła opinii. Irasiad nie pozwolił?

Otóż bardzo nam się wizja sądowego pojedynku z Ludwikiem Dornem i jego meblożernym psem podoba. To bardzo dobry pomysł: pokażmy światu, jak wygląda praca ministra i jego psa. Wskażmy na palący problem: urzędy i ministerialne rezydencje trzeba przysposobić do pobytu czworonogów, zamontować legowiska, wyznaczyć miejsca na toaletę, wytyczyć ścieżki spacerowe, zatrudnić opiekunów (wszak minister i marszałek muszą trochę popracować), a następnie – uruchomić rezerwę budżetową. To przecież tanie państwo! I jeszcze pozwólmy każdemu urzędnikowi trzymać swój zwierzyniec w miejscu pracy. Pan Marszałek Ludwik Dorn już dał przykład.

Tak, Panie Marszałku, opowiedzmy wyborcom historię Pańskiego psa. Pokażmy jak się wiodło Sabie w czasach Pańskiego urzędowania. Zróbmy to – opinia publiczna czeka!

Tak  oto psia sensacja zgrabnie przykryła politycznie kompromitującą, a moralnie – skandaliczną wypowiedź Ziobry o związku lewicy ze śmiercią Barbary Blidy. W przykrywaniu własnych afer PiS jest mistrzem. Tę – próbował przykryć psią mordą. Biedna ta Saba.
 

Wojciech Olejniczak (23:31)
83 komentarzy
Jarosław Kaczyński nie ma poczucia humoru. To wiadomo od dawna. Ale dzisiejszym swoim komentarzem ustrzelił dziesiątkę w strzelnicy na odpustowym konkursie ponuraków. Premier – przywołując słynny esemesowy greps „schowaj babci dowód” – uznał, iż wszyscy, którzy kolportują takie żarty podnoszę rękę na naród polski. Oni nie żartują, nie przesyłają sobie dowcipnego tekstu – oni podnoszą rękę na naród!

Przypomina to słynne powiedzenie o ręce, która zostanie odrąbana przez władzę ludową, gdy ktoś pochopnie podniesie ja przeciwko władzy. Widać, że premier dobrze odrobił lekcję wychowania obywatelskiego z lat głębokiej komuny, bo dziś strzela grepsami naprawdę na miarę tamtych czasów.

Premier zauważył ponadto, że autorzy tekstu „drwią sobie z naszego narodu, kpią z jego tradycji, drwią z tego co jest w nim tak naprawdę najlepsze” – i chyba wypada podzielić jego smutek. Po poniedziałkowej debacie wiemy, że to co jest w Polsce najlepsze, to rząd, Prawo i Sprawiedliwość oraz osobiście premier Kaczyński. Można więc śmiało uznać, że autorzy żartów kpią sobie i z rządu, i z PiS-u, i z Jarosława Kaczyńskiego, i że to właśnie tak mocno irytuje premiera. (Szkoda, że autorów nie można zamknąć...)

A swoją drogą, przecież wystarczyłoby użyć zjednoczonych mózgów Bielana i Kamińskiego, i wypuścić kontresemesa; choćby z tekstem: „Wszyscy chcemy wstąpić do PiS-u. Wstąp i ty!”... To dopiero byłby ubaw.


Wojciech Olejniczak (00:08)
221 komentarzy

02 października 2007
Dużo się dzieje – czasem brakuje wolnej chwili, żeby napisać, za co przepraszam. Dzisiaj zbieramy uwagi i komentarze po wczorajszej debacie, którą wygrało dwóch przeciwników – każdy przecież ogłosił zwycięstwo – a tak naprawdę wygrała ją opinia publiczna. Dziesięć milionów ludzi oglądało spotkanie dwóch polityków, których aktywność i wpływ na losy Polski nie podlegają dyskusji. Z tego punktu widzenia Jarosławowi Kaczyńskiemu należy się szacunek – bo nie tylko odważył się przyjąć wyzwanie, ale jednocześnie dzielnie próbował mu sprostać.

Według mnie, o czym mówiłem już wczoraj, to starcie wygrał Aleksander Kwaśniewski, przegrali go natomiast komentatorzy polskiej sceny politycznej, wyciągając wnioski zgodne z linią programową ich środowisk lub redakcji. Można było ze stuprocentową pewnością przewidzieć kto jaką opinię zaprezentuje – z tego więc punktu widzenia debata nie popchnęła nas do przodu. Wyjaśniła natomiast bezspornie, że w Polsce istnieje jedyna racjonalnie określona alternatywa wobec rządów PiS i że jest nią formacja Lewicy i Demokratów. I nie ma najmniejszego powodu do wściekłości Donald Tusk, który najpierw ogłosił projekt „wielkiej koalicji” od lewa do prawa (od Sasa do lasa...), a potem znów żalił się, że nie został dopuszczony do stołu rozmów. Dwóch na jednego dałoby pewnie większą psychiczną przewagę koalicji PO-PiS, ale nie zmieniłoby oceny zdarzeń: to Kaczyński miałby w duecie z Tuskiem rolę wiodącą – dziś, dzień po debacie, kiedy opadły emocje, widać to gołym okiem.

Nie będzie też, o czym donosi jak zawsze uprzejmie donoszący tygodnik „Wprost”, dogrywki w debacie Aleksandra Kwaśniewskiego z Jarosławem Kaczyńskim, bo taka dogrywka w niczym nie zmieniłaby publicznej pozycji obu konkurentów i nie zmieniłaby słabnącej pozycji Donalda Tuska.

Teraz nadeszła pora, by wszystkie partie przedstawiły swój program... A tu bryndza! PiS organizuje premierę nowego spotu, Platforma – nowego billboardu, może zresztą jest odwrotnie, już nie wiem, bo się gubię, zaś wyborcy nie wiedzą, na którego aktora mają głosować... Bo nawet w spotach bratnie partie wykorzystują tych samych ludzi. Jak to w rodzinie: sięga się do wspólnych znajomych. Mnie jednak mocno dziwi ta programowa posucha, LiD przedstawił swoją ofertę 100 Konkretów i już zbieramy bardzo korzystne dla nas oceny tego programu; jak doniosły media – z programem wystąpił też Waldemar Pawlak, i tylko dwie zwalczające się niemiłosiernie partie nie kwapią się z podobnym otwarciem.

Może one zapomniały, że to jest kampania wyborcza – a nie wyścig po nagrody w Hollywood? Może więc Panowie przypomnielibyście wyborcom – co Was łączy?
 
Wojciech Olejniczak (22:46)
146 komentarzy

30 września 2007
Dziś przedstawiliśmy nasz program. 100 Konkretów - to nie jest wyborcze hasło, to jest zbiór projektów we wszystkich dziedzinach życia społecznego, politycznego i gospodarczego, które dziś przedstawiliśmy pod ocenę wyborców. W wielu kwestiach poszliśmy bardzo daleko, w wielu pokazujemy, że można tworzyć zupełnie odmienną alternatywę, że można składać całkowicie odmienną ofertę polityczna dla Polski. I to nas różni od Prawa i Sprawiedliwości, od Platformy Obywatelskiej.

Ponieważ w telewizji publicznej transmitowano mszę, a telewizje komercyjne coraz mniej kwapią się do pokazywania konwencji programowych polskich partii politycznych (a szkoda), postanowiłem przedstawić tu Państwo główne tezy moich dzisiejszych wystąpień. Cały program LiD-u mają Państwo na naszej stronie lid.org.pl

Dzień dobry Państwu! (...) Mam takie marzenie. Marzy mi się Polska, w której nikt na nikogo nie krzyczy. W której nie ma miejsca na pogardę dla ludzi. W której rząd rządzi - a nie spiskuje. W której politycy dotrzymują obietnic, a ludzie nie boją się podsłuchów. Marzy mi się taki czas, w którym nasze dzieci będą dumne z Polski. (...)

Widzę Polskę tolerancyjną, szanującą wiarę i Polskę z Kościołem, który nie wtrąca się do polityki i nie zamienia twarzy Jana Pawła II na twarz ojca Rydzyka. Widzę kraj szacunku do sąsiadów, z którymi prowadzimy dialog i których traktujemy jak partnerów, a nie jak wrogów. (...) Mam 33 lata. Jestem przewodniczącym SLD i wierzę w przyszłość centrolewicy w Polsce i Europie. I mam prawo do marzeń. Więcej - mam wielką szansę zrealizować te marzenia! Wspólnie z Wami! Właśnie zebraliśmy pół miliona podpisów pod naszymi listami wyborczymi. Pół miliona - w pięć dni! To jest dowód naszej wielkiej siły. I kiedy mówimy o marzeniach, to właśnie pół miliona podpisów staje się świadectwem, że marzenia mogą się spełniać.

Szanowni Państwo! Polsce potrzebna jest taka formacja jak LiD. Polsce potrzebna jest demokratyczna lewica i demokratyczne centrum. (...) Jestem tu razem z Wami, ponieważ chcę żyć w państwie silnym, ale silnym wolnością swoich obywateli. W państwie prawa, rządzonym przez najlepszych fachowców. W państwie świeckim, w którym rolę Kościoła regulują umowy międzynarodowe, a nie tajemne dyspozycje.

Jestem tutaj z Wami, bo chcę, byśmy powiedzieli to głośno i jednoznacznie - nie pozwolimy się wpędzić w kanon ciasnych, konserwatywnych wartości. Mamy siłę być Europejczykami. Polska potrzebuje nowoczesnego patriotyzmu, a nie wojen na słowa. Dosyć tego! Polska potrzebuje oddechu, świeżego powietrza, a nie zaściankowej agresji.

Mamy odwagę mówić o sobie - jesteśmy centrolewicą! Oni - ukrywają swoją prawicowość pod płaszczykiem socjalnych obietnic i w cieniu politycznej demagogii.

Szanowni Państwo! Wystarczy pięć minut. Wystarczy poświęcić ojczyźnie pięć minut Waszego czasu!

Pięć minut w niedzielę, 21 października - w ciągu tych pięciu minut można zmienić naprawdę wszystko! Proszę! Zróbmy TO! Zróbmy TO razem! My mamy odwagę mówić - chodźcie z nami! Chodźcie z nami - głosować na pogodną Polskę, na Polskę uśmiechu i konkretów. Macie prawo widzieć w nas alternatywę. Jedyną alternatywę dla rządu nieudaczników i neobolszewików! My jesteśmy alternatywą! Jedyną alternatywą.

 
Wojciech Olejniczak (20:30)
137 komentarzy

29 września 2007
Debata Aleksandra Kwaśniewskiego z Jarosławem Kaczyńskim nie rozgrzewa wyborców tak mocno, jak grzeje polityków. Kiedy widzę rozżarzone oczy posła Nowaka, który próbuje odwrócić uwagę od poniedziałkowego spotkania liderów, kiedy słyszę jak mocno deprecjonuje znaczenie tej debaty, to myślę – o co ten cały rejwach? Dlaczego Platforma po prostu nie wzruszy ramionami i nie pójdzie dalej własną drogą? Kraj wytapetowany tysiącami czarno-białych i biało-niebieskich billboardów, wszędzie obietnica, że wszystkim będzie żyło się lepiej – więc czym się martwić?

Wyzłośliwiam się, bo aż śmieszne mi się zdaje to wypełnione żalem aspirowanie do zaszczytu przystąpienia do rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. Jeszcze nie zniknęły mi z pamięci te spotkania po ostatnich wyborach, kiedy przed kamerami telewizyjnymi nieudolnie montowano rząd Kaczyńskiego i Tuska – wtedy panowie mieli dużo czasu dla siebie i jakoś nikt z nich wsparcia ani tła dla siebie w Aleksandrze Kwaśniewskim nie poszukiwał. A teraz słyszę, jak z jednej strony czoło przed byłym prezydentem chyli Jacek Kurski, jak komplementuje go („szef”) Jarosław Kaczyński i jak bardzo, z drugiej strony, do rozmowy z premierem pali się Donald Tusk. Nagły przypływ sympatii? Cztery butelki wina z bliźniakiem premiera nie wystarczyły? Toż panowie Kaczyński i Tusk szansę nawet codziennych spotkań dostali od wyborców przed dwoma laty – i co? I zmarnowali ją, jak to na prawicy: kłócąc się o zabawki.

Pora zatem, by powiedzieć to, co na politycznych salonach słychać od dawna: rządzona przez Tuska Platforma Obywatelska słabnie z dnia na dzień. Poseł Nowak nie uratuje jej kolejnym tysiącem bezbarwnych billboardów i wojną na spoty w serialu „mordo ty moja”, senator Gowin nie podniesie notowań zaklęciami przeciwko lewicy, a Stefan Niesiołowski nie poprawi jej wizerunku jeszcze jednym żartem z premiera. Platforma bierze ostry zakręt po odejściu Rokity; poseł Palikot już w swoim blogu prorokuje, że rodzi się nowy rządowy tandem Marcinkiewicz-Rokita, tworzony na ewentualność porażki Tuska... Powoli, powoli... żegnamy Platformę, złaknioną kontaktów z PiS-em.

Na tym tle faktycznie tylko dwie partie wydają się mieć jasno sprecyzowane cele i konkurentów. Lewica i Demokraci  niczego nie udają, nie kombinują. My mówimy wprost od dawna: jesteśmy jedyną alternatywą dla rządów Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli nie chcesz, by dalej rządziło Prawo i Sprawiedliwość – głosuj na LiD, to proste. Donald Tusk tak sprawy nie stawia, nie buduje alternatywy wobec rządu Kaczyńskiego. Kunktatorstwo nie popłaca.
 

Wojciech Olejniczak (00:41)
120 komentarzy

27 września 2007
Z gospodarską, niezapowiedzianą wizytą przybył do Łodzi premier Jarosław Kaczyński. Powitały go chlebem i solą koparki ściągnięte na plac budowy z całego miasta, służące za rozwojowe tło Czwartej Rzeczypospolitej. I tak jak w czasach Władysława Gomułki, tak i teraz – władza rządowa i jej lokalna ekspozytura błysnęły malowaną na zielono trawą, pokazały ludzkie oblicze stojąc pośrodku zwolenników i ochroniarzy, przy czym ochroniarzy było zdecydowanie więcej niż tłumu.

Jedynym zgrzytem były – jak to bywa, niestety – obywatelskie głosy z zewnątrz, jawnie dyskredytujące dokonania PiS-u w Łodzi i wyszydzające sztuczność politycznej maskarady, jaką wymyślił duet doradców politycznych premiera – Bielan & Kamiński. Nie przewidzieli, że do premiera może zwrócić się (ratunku!!!) przedsiębiorcza mieszkanka, żądająca od lokalnych władz przyzwoitego tempa prac modernizacyjnych. Nie przewidzieli, że do premiera może pokrzykiwać szeregowy obywatel, żądając budowy drogi S-8. Można go było potraktować szorstkim „spieprzaj dziadu!”, ale chyba zabrakło konceptu i jak donoszą media: z powodu tych dwojga natarczywych intruzów impreza okazała się kompletną klapą.

Gdyby premier jeździł po kraju częściej niż raz na dwa lata, przy okazji kampanii wyborczej, wiedziałby, że takich problemów obywatele mają znacznie więcej i że władza jest dokładnie po to, by je rozwiązywać i umieć o nich rozmawiać. Premier Kaczyński był rozmową z łodzianami wyraźnie zaskoczony: przywykł do wojskowego drylu, do tego, że premierowi nikt nie podskakuje – a tu masz! Tak było dobrze, tak dobrze wyglądały te sprowadzone zewsząd koparki i nagle szlag wszystko trafił. Niedopatrzenie prezydenta Kropiwnickiego, niedopatrzenie wojewody, skandal, trzeba natychmiast wyciągnąć wnioski: to zadanie dla ministra Ziobry.

Spotkanie Kaczyńskiego na Piotrkowskiej to znakomita lekcja pokory dla ludzi, którzy przez dwa lata albo skakali z dyskoteki na dyskotekę (Marcinkiewicz), albo zaszyli się w swoich gabinetach ze strachu przed wyborcami. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż nigdy.

PS. Premier zażyczył sobie dzisiaj, by Donald Tusk przysiągł, iż nigdy nie zawiąże koalicji z Lewicą i Demokratami. Można i tak, choć warto by przypomnieć słowa Jarosława Kaczyńskiego, że z ludźmi marnej reputacji żadnej koalicji zawierać nie będzie – ich pointą stała się niemal dwuletnia symbioza z Lepperem i Giertychem. Dużo lepszym rozwiązaniem byłoby więc postawienie Donaldowi Tuskowi żądania następującego – niechby przysiągł, że Platforma Obywatelska przystąpi do sojuszu z PiS-em. Taka deklaracja jest na rękę Tuskowi i może dlań stanowić przepustkę do telewizyjnej rozmowy z Kaczyńskim...

Wojciech Olejniczak (23:21)
71 komentarzy

26 września 2007
Dziś byłem w sądzie, czyli w miejscu osobliwie dość bliskim mojemu przeciwnikowi politycznemu – Andrzejowi Lepperowi. Lepper dobrze wie, na czym polega lawirowanie w gąszczu przepisów, już od kilku lat udaje mu się wszak unikać kontaktów z wymiarem sprawiedliwości i świetnie się z tym czuje.

Ale tym razem chyba poczuł się nieszczególnie – on, słynący z grubiaństwa, z bezpardonowego języka, obrażający ludzi na prawo lewo („partia zboczonych kobiet...”) i miotający bezpodstawne oskarżenia, on więc nagle poczuł się jako ta panna, której delikatność skóry przebiła szpilka krawiecka – i zapłakał nad swoim losem, ciężko skrzywdzonego przez Olejniczaka. Jakiż wydelikacony jest pan wicepremier od czasu rozstania z Jarosławem Kaczyńskim, jakiż wrażliwy...

Na użytek kampanii – wszystko można. Na użytek kampanii nawet Donald Tusk wraz ze swoją gwardią odłożyli pod tapczan męską dumę i wyskakują jak Osioł, sympatyczny skądinąd bohater „Shreka”, z okrzykiem – ja!, ja!, wybierz mnie!, wybierz mnie! Rzecz idzie o debatę Aleksandra Kwaśniewskiego z Jarosławem Kaczyńskim, a głównie o to, że do rozmowy nie zasiądzie Donald Tusk. Padają argumenty, w których przeważa uczucie zawodu – dlaczego Kwaśniewski, a nie Tusk? Dlaczego nie lider Platformy? Czyż to nie on jest najsilniejszym przeciwnikiem Kaczyńskiego?

Otóż nie jest. A niby dlaczego ma być? Jeśli przez dwa lata głosuje się wspólnie z PiS-em w wielu  sprawach, w tym dotyczących lustracji, CBA a nawet Świątyni Opatrzności, jeśli między dwiema rzekomo rywalizującymi partiami stale przepływają politycy, jeśli różnice programowe obu partii pozwalają na swobodne przejście takich osób jak Zyta Gilowska i Zbigniew Religa, jeśli przez cały czas wisi nad nami widmo koalicji PO-PiS, to pytam: jaki ma sens publiczna debata kolegów z tej samej ekipy? Czym się różnią i jak bardzo te różnice mogą ekscytować opinię publiczną?

Niczym się nie różnią. Nie dziwi mnie zatem, że w imieniu formacji PO-PiS głos pragnie zabierać Jarosław Kaczyński i że to on został wskazany przez Aleksandra Kwaśniewskiego jako rozmówca w debacie o przyszłości Polski. Donald Tusk może walczyć na bocznym ringu. Taka jest cena politycznej nijakości.


Wojciech Olejniczak (22:52)
106 komentarzy
Premier Kaczyński jest winien zapaści w służbie zdrowia. Nieodpowiedzialna polityka rządu doprowadziła do tego, że już za kilka dni w polskich szpitalach może zabraknąć lekarzy i pielęgniarek. Dlaczego? Bo Jarosław Kaczyński – zajęty pozorowaniem rządzenia – nie potrafił znaleźć czasu, by spotkać się z protestującymi przedstawicielami tych grup zawodowych. Bo przedkładał walkę polityczną i zbieranie haków na swoich politycznych sojuszników oraz przeciwników ponad problemy społeczne. Bo to było łatwiejsze: PiS realizował politykę niszczenia a nie budowania, ignorowania problemów, a nie szukania najlepszych sposobów ich rozwiązywania.

Efekt? Lekarze złożyli trzymiesięczne wypowiedzenia, których termin mija z końcem września. Wielu dyrektorów szpitali dwoi się i troi, by nakłonić ich do powrotu, wielu nie ma na to żadnych szans – szpitale są bez pieniędzy, lekarze nie maja nadziei i wolą wyjeżdżać do pracy na Zachód niż czekać na łaskawe zainteresowanie ze strony premiera.

Premier zajęty jest teraz kampanią wyborczą. Rozumiem go – ma opiekę medyczną zagwarantowaną, lekarze w rządowej klinice są gotowi pomóc premierowi w każdej chwili. Co ma jednak zrobić zwykły obywatel z Rzeszowa, któremu z dnia na dzień może ubyć połowa wyższego personelu medycznego? Ma pisać do Kaczyńskiego prośby o pomoc? Czy może powinien pójść na wiec Prawa i Sprawiedliwości, by tam przy dźwięku fanfar dowiedzieć się jak jest dobrze i jak dobrze będzie, i komu marzy się stan wojenny.

Panie Premierze, czas, by na koniec swojego urzędowania zabrał się Pan wreszcie za robotę. Może trzeba zejść z mównicy, może trzeba wreszcie zmierzyć się z prawdziwymi problemami, a nie zlecać produkcję kolejnych reklamówek, którymi chcecie przykryć niewygodne dla was fakty. A one mówią same za siebie: jeśli wskutek braku personelu medycznego umrze w Polsce choć jedna osoba, ta śmierć obciąży Pańskie konto. Dokładnie tak samo, jak śmierć Barbary Blidy obciąża konto Pańskiego rządu.

Wojciech Olejniczak (00:07)
106 komentarzy

24 września 2007
W Łodzi i Kielcach – w ciągu zaledwie dwóch dni – usłyszałem setki głosów poparcia dla naszego umiaru, spokoju, programu i sposobu działania. To najważniejsza wiadomość, której nie przyćmi nawet największa telewizyjna kampania pokazująca kijowski incydent z udziałem Aleksandra Kwaśniewskiego. Dla mnie te dwa spotkania były dowodem trafności naszego wyboru sprzed kilkunastu miesięcy: utworzenie Lewicy i Demokratów było odpowiedzią na realną potrzebę wyborców, którzy szukają lewicowego skrzydła w centrum polskiej sceny politycznej. To słychać przede wszystkich w bezpośrednich rozmowach. Nie wtedy, kiedy na użytek telewizyjnej transmisji stajemy na scenie i wygłaszamy płomienne przemówienia. To jest element kampanii wyborczej, zgadzam się, ale solą działania politycznego są i pozostaną bezpośrednie spotkania.

Także takie, jak nasze spotkania na blogu. Czytam wszystkie komentarze. Nie, nie cenzuruje ich ani Onet, ani ja sam – po prostu mechanizm wprowadzania wpisu jest taki, że każda naniesiona zmiana automatycznie kasuje część komentarzy, a ponieważ dwukrotnie zdarzyło mi się nanosić drobne poprawki – znikała część Waszych postów. Sorry, to pewnie moja sprawka – są w blogowaniu takie detale techniczne, w których nie czuję się specjalistą.

Paru osobom winien też jestem wyjaśnienia. Blogującemu na wielu forach 100sikowi, który najczęściej wojuje z klerem, odpowiadam, że LiD opowiada się za rozdziałem Kościoła od państwa, za zniesieniem m. in. zasady wliczania ocen z religii do średniej oceny w szkole, ale jesteśmy zdecydowanie przeciwni politycznej walce z Kościołem. Nie ma sensu rozwijać tej myśli, stanowisko polskiej centrolewicy od lat jest w tej kwestii niezmienne – my po prostu musimy umieć dzielić się z Kościołem naszymi rolami. Jest rolą polityków dbać o świecką stronę życia w państwie, jest rolą duszpasterzy nadawać temu życiu duchowy wymiar – w stosunku do ludzi, którzy tego potrzebują, pragną, chcą.

Nie wyobrażam sobie powrotu do stanu partii walczącej z Kościołem, partii ulegającej Kościołowi, partii naigrywającej się z nauki Kościoła. Ale też nie wyobrażam sobie sytuacji, w której organy państwa rządzonego przez LiD stają się przedłużeniem duchowej władzy np. księdza Rydzyka. Ten duchowny spełnia olbrzymią i pozytywną rolę w budowaniu społeczności katolickiej, a jednocześnie jest czystej wody politykiem, czy wręcz – używając terminologii postgomułkowskiej, tak bliskiej Jarosławowi Kaczyńskiemu – oligarchą. Żadna ze spraw, którymi zasłynął w ostatnich latach ksiądz Rydzyk – obrażanie głowy państwa i jego żony, cegiełki Stoczni Gdańskiej czy antysemickie wystąpienia – nie została przez organy państwa wyjaśniona, ani nawet dogłębnie zbadana. Nie są zbadane źródła pochodzenia majątku i wpływów ojca dyrektora, tak jak nie są zbadane jego rzeczywiste związki z polityczną hierarchią IV RP.

O takim wpływie Kościoła na życie państwa – nie ma mowy, nie pod rządami LiD-u. I w tym kontekście proszę traktować nasz program nader jednoznacznie: jesteśmy i będziemy przeciwko państwu kościelnemu, opowiadamy się natomiast za państwem szacunku do indywidualnych poglądów, państwem wielu kultur i za religijną tolerancją.


Wojciech Olejniczak (23:32)
146 komentarzy

23 września 2007
Do niebywałej pogróżki posunął się wczoraj Jarosław Kaczyński, grożąc opozycji wprowadzeniem stanu wojennego. Jak inaczej można zrozumieć słowa, że "jeśli 21 października zwycięży szykująca się do władzy Platforma Obywatelska oraz Lewica i Demokraci, to będzie nowy 13 grudnia 1981 roku".
 
Komu Pan grozi, Panie Premierze? Naprawdę jest Pan zdolny wprowadzić stan wojenny tylko po to, by zachować swoja władzę? Tak bardzo Panu zasmakowała? Tak trudno się Panu oderwać od stołka? Tak bardzo boi się Pan porażki, że gotów Pan jest użyć siły - byle nie doprowadzić do zwycięstwa opozycji?
 
Nie wiem, co premier Kaczyński robił 13 grudnia pamiętnego roku; ja wiem, co będę robił 21 października 2007 roku - pójdę głosować w pełnym przekonaniu, że tego dnia władza Kaczyńskiego przejdzie do historii. I jest mi obojętne, czy w swoich wizjach Jarosław "Gomułka" Kaczyński chciałby do historii wjechać na czołgu, na bujanym koniku czy przejść pieszo z szabelką w dłoni. W każdej formie: jest to śmieszne i żałosne zarazem.
 
Wojciech Olejniczak (11:35)
229 komentarzy

20 września 2007
Pan Andrzej Lepper - kolejny w Polsce człowiek z zasadami, swego czasu przyjaciel Jarosława Kaczyńskiego i lidera skrajnie prawicowej Ligi Polskich Rodzin - właśnie poinformował, że buduje lewicową partię. Koń by się uśmiał.

Lepper powiedział dziś między innymi: SLD upadł - jeśli na czele LiD-u jest liberał Aleksander Kwaśniewski, albo Marek Borowski, to co tam zostało z lewicy? I zaraz potem podkreślił, że Samoobrona jest prawdziwą, patriotyczną, polską lewicą.

Od kiedy, Panie Przewodniczący? Od dnia, kiedy padliście sobie w ramiona z Kaczyńskim? Czy od dnia, w którym planował Pan rządy waszej bratniej koalicji na pięć kolejnych kadencji? Od dnia, w którym pozbawiono Pana ministerialnych apanaży, dostępu do stanowisk, synekur i wpływów? Czy może od momentu, w którym cała Polska przeczytała, jak traktowane są pracownice Samoobrony?

Informuję Pana, że na lewicy takie numery nie przejdą. Tutaj nie gwałci się kobiet.

Pewnie Pan tego nie wie, na lewicy nawet gwałt na prostytutce określany jest mianem gwałtu.  

To w Samoobronie linczowano ludzi, szantażowano ich wekslami i przyjmowano do pracy sekretarki - w zamian za seks. To Samoobrona bała się zakazu wprowadzenia do parlamentu osób z wyrokami. To w końcu lider tej lewicującej, patriotycznej Samoobrony wprowadzony został do kręgu podejrzeń w sprawie brania łapówek. I to Pan całkiem niedawno całował w kitę lisa - własną koalicję z LPR. Już Panu przeszła ta miłość? Teraz już nie prawica, a lewica ma Panu dać kolejną szansę uprawiania warcholstwa w parlamencie?

Partia Gwałtu - to jest najlepsza nazwa dla nowej formacji Leppera, gwałtu na zdrowym rozsądku, nazwa adekwatna do czynów i ideałów - dopiero występując pod takim szyldem Andrzej Lepper da nam pewność, że tym razem nikogo nie próbuje ocyganić.

 
Wojciech Olejniczak (13:41)
211 komentarzy
Świat chyba zwariował.

Zobaczcie Państwo na wiadomości z głównej strony Onetu, w środę przed północą. Co wiadomość, to szok, zdziwienie, osłupienie: Miller jedynką Samoobrony, Sikorski odrzuca oszczerstwa i urojenia premiera, znana prezenterka wychodzi z Wydarzeń po tym, jak skasowali jej partnera, PiS wije się w konwulsjach, Gilowska okłamała poznaniaków, policja przesłuchuje działaczy PO, Kaczyńscy przypominają mi faszystów...

Gdzie my jesteśmy? Dokąd doszliśmy? Proszę poczytać sobie część komentarzy pod moim blogiem, proszę zobaczyć to ściekowisko nienawiści, chamstwa, ordynarności - u ludzi, którzy najwyżej stawiają zasady, moralność, którzy mówią o sobie - my jesteśmy inni niż postkomuniści, my jesteśmy lepsi...

Dokąd doszliśmy? Jeśli prezydent i premier nie potrafią zgodzić się z powszechnie przyjętymi standardami zachowań politycznych, bo bardziej wolą schlebiać hucpie, arogancji i politycznemu chamstwu. Jeśli nie ma dnia bez wyciągania noży przeciwko politycznym przeciwnikom, Jeśli nie ma dnia bez oszczerstw i draństwa.

Panie Premierze Kaczyński, to Pańska retoryka podzieliła kraj na dwa nienawidzące się coraz mocniej obozy. To Pańska polityka doprowadziła do konfrontacji, w której sięga się po wzorce rodem z najgorszych, stalinowskich czasów. To Pańscy ludzie - sami w białych rękawiczkach, posługując się swoimi podwładnymi dworzanami w służbach specjalnych, prokuraturze i policji - budują w Polsce państwo policyjne, państwo, w którym pojawiają się słowa "faszyzm", "konwulsje", "oszczerstwa", "urojenia".

Panie Premierze Kaczyński, proszę się opamiętać. Gdzieś jest kres tego szaleństwa, które dzień w dzień widzę w Pana oczach. Wszyscy je widzimy.


Wojciech Olejniczak (00:16)
179 komentarzy
ostatnie posty

Copyright 1996-2008 Grupa Onet.pl SA (system)
Wojciech Olejniczak(treść i ilustracje);