Kręcąc głową pod prysznicem

Dominik Bielicki, Piotr Janicki, Tomasz Szewczyk, Andrzej Szpindler, Rafał Wawrzyńczyk

Piotr Janicki: Dominik, dopatrzyłeś się pewnej prawidłowości dotyczącej ścinania w ping-pongu. Przyznam że dla mnie jest ona nie do przyjęcia, mówi mianowicie, że piłeczkę można uderzyć na tyle osobno, by zyskała status ścinającej, o ile w chwili uderzenia będzie się znajdować nad stołem…

Dominik Bielicki: Starałem się wytłumaczyć, jak jest możliwe ścinanie, czyli — upraszczając — takie odbicie, po którym piłka leci bardzo szybko, a jednak odbija się po stronie przeciwnika. Sądziłem, że jest ono możliwe wtedy, gdy wektor nadany piłce przez rakietę tworzy z płaszczyzną stołu kąt ostry. Kiedy mamy do czynienia z lotem pochyło w dół (dalej w skrócie: LPWD). W innym przypadku bowiem i z uwagi na to, że istnieje siatka, piłka, aby trafić w stół, musiałaby w jakiś sposób „zapikować”. Pamiętajmy, że mówimy o silnym uderzeniu, właściwie dowolnie silnym uderzeniu, zatem nie ma co liczyć na przyciąganie ziemskie, które tylko w ograniczonym stopniu odchyla piłkę od początkowego wektora i jest zaniedbywalne w przypadku dużych prędkości początkowych na tak krótkim odcinku jak długość stołu. Co więc zostaje? Mam jedną hipotezę, ale wtedy jej nie miałem, idźmy więc tamtym tropem. Skoro piłka jest w LPWD, musi w chwili oderwania od rakiety (dalej: COOR) znajdować się ponad linią siatki (dalej: LS). Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się upierać, że piłka przesadzi siatkę tak jak się przesadza ogrodzenie! Zauważmy jednak, że piłka do ściny jest często, że tak nieładnie powiem, „brana spod stołu”, to znaczy w chwili zetknięcia z rakietą (dalej: CZZR) znajduje się poniżej linii stołu, tym bardziej więc poniżej LS. I tu dochodzimy do tego, co Piotrek chyba nazwał uderzeniem „na tyle osobno”. Chodzi o to, że piłkę trzeba „przykleić” do rakiety i wynieść nad LS. Moment styku piłki z rakietą (dalej: MSPR) posiada więc „trwanie” w odróżnieniu od zwykłych pacnięć, w których MSPR chce się raczej ujmować punktowo. Hipoteza z teraz: może piłka jednak skręca — skręca pod wpływem rotacji i oporu powietrza? Ścięta piłka przecież żywo rotuje trąc o powietrze… Można zatem postawić pytanie: czy jest możliwe ścinanie w próżni? Zastanawiam się jak by to sprawdzić empirycznie… Trzeba by grać w maskach tlenowych. Hm, hm.

Andrzej Szpindler: Ping-pong kojarzy mi się z chłopakami z poprawczaka słuchającymi Prodigy w opuszczonej mleczarni na zimowisku obok Szczawnicy, a zatem czy mogę rzucić ogryzkiem do kosza i zahaczyć łokciem o kowbojski rozkrok? Coś takiego: Medytacja stojąc. Pozycja stojąca jest przyrodzona człowiekowi bardziej niż siedząca, nawet ta w pozycji klasycznego lotosu. Kiedy stoisz, przepona znajduje się w naturalnym ułożeniu jamy brzusznej, a środek ciężkości ciała pozostaje w swobodnym balansie reagując na najmniejsze nawet zmiany pola energetycznego. Ciało pozostaje wolnym w swej woli zamiast tkwić w sztywnym unieruchomieniu. To niewiarygodne. Czyż nie stało się tak, że o utrwaleniu obyczaju siedzącej pozycji medytacyjnej zadecydowało zwykłe ludzkie lenistwo, szukanie oparcia jak najbliżej ziemi? Dominiku, to są słowa mistrza Zygmunta PioTroski, a widzę w nich Ciebie. Chodzi o pozycję w jakiej widziałem Cię recytującego. Taki zamach zawarty w kowbojskim zawieszeniu ciała na ludzkiej miednicy… hmm. Widzisz to?
Ale sprawa jest, zdaje się, większa. Oni (współczesna poezja polska) szpanują lotosami, a Ty: stoisz?

DB: Wolę czytać wiersze stojąc, bo daje mi to większą swobodę ruchów, w tym ruchów przepony. Krzesełko, stoliczek, to warunki klaustrofobiczne dla tekstu. Trudniej popłynąć. Tekst się zmienia, trzeba na niego szybko reagować. Dla mnie to w sumie trochę jak ping-pong. Grać w ping-ponga siedząc na krześle? Czy to się jednak przenosi na moją pozycję we współczesnej poezji? Nie wiem. Chciałbym. Zauważ, że pozycja siedząca to pozycja człowieka w samochodzie. A kim jest człowiek w samochodzie? Hehe. Współczesna poezja może nie tyle szpanuje lotosami, co jeździ samochodem. Czasem stara się dotknąć czegoś na zewnątrz, ale nieudolnie i bez zapału, po co jej to, jest taka głęboka…

PJ: Porównanie DB przypada mi do gustu, chciałbym się jednak z nim zwaśnić na maszcie najdalej sięgającym (Heidegger) właśnie. Kim jest kierowca autobusu to przecież wiadomo: daje pasażerom odczuć Innego (przystanki). Tylko że kierowca autobusu jest bliżej Innego niż pasażer, zauważ, ma przynajmniej 5 punktów dzięki którym obce mu jest heideggerowskie opuszczenie bycia. To lusterka. Przypomniał mi się zresztą taksówkarz z Taksówkarza
Wracając do Twojego Dominiku, a także Andrzeja rozróżnienia i utrzymując się w istocie prawdy (Heidegger, tenże) — też mam wrażenie, że Twoja poezja unika wszelkich ułatwień, co więcej, a to już dzięki naszym rozmowom o niej — jakby składa świat wg wzoru.
No skoro najdalej sięgającym jest Hölderlin, byłbyś w tym zestawie Kantem, któremu wszelako nagle przyszło łatwiej posługiwać się skrótem (czytaj: frazą).
Zgadzasz się? I dalej: nie masz czasem pokusy pójść na skróty, tj. za „natchnieniem”? Albo jeszcze inaczej: czy uważasz, że w natchnieniu można zapomnieć o — dajmy na to — dębie matematyki?

DB: Prawdę mówiąc mam lekką alergię na natchnienie, na słowo „natchnienie”, konteksty jego użycia, czy jego ślady w już gotowym tekście — tekście pisanym pod natchnieniem. Albo to Romantyzm i wzloty ducha, albo logorea postmodernistów, albo jakaś inżynieria wittgensteinowsko-fregowska. Dwa ostatnie się zresztą ostatnio wymieszały i teraz zastępy neofitów machają francuskimi kluczami. Ale z tego nie ma ciekawych opowieści. A dla mnie najważniejsza jest opowieść. Ciekawość w ludziach. Gotowość wysłuchania opowieści. To że jeszcze komuś czasem chce się nadstawić ucha i wysłuchać, co mnie spotkało w pralni czy na poczcie. Coraz rzadsze zjawisko, bo jesteśmy odzwyczajani; od paradygmatu: „jedno mówi, drugie słucha” przechodzimy do paradygmatu: „muzyka zagłusza nas, my przekrzykujemy muzykę”. A że sam lubię słuchać różnych gawęd, pomyślałem, że z natchnieniem będę uważał. Że wszelkie formy tak zwanego puszczania wodzy — czy to ducha czy języka — to niekoniecznie ja. Zawsze się znajdzie ktoś, kto to zrobi lepiej. A ja po prostu opowiem, co się stało używając przecinków i dużych liter. I najlepiej, żeby to było coś, co się stało nie mi…. Tym bardziej, że jest nadzieja, że z czasem to tak zwane natchnienie przyłączy się do współpracy. To znaczy nie będzie lazło gdzie popadnie, w Krainę Pierdolenia (sorry, to z Henry Millera), tylko wesprze mnie i zrobi jakaś fajną strzelankę, jak ta, kiedy Butch wraca już samochodem z zegarkiem, staje na światłach, a po pasach kroczy najzwyczajniej w świecie Marsellus Wallace i właśnie odwraca ku niemu głowę. Jest nadzieja, bo czasem płynę, pod prysznicem czy autobusem, najrzadziej przed ekranem Worda. Problem więc może w tym, że są dwa natchnienia: literackie i nieliterackie. I kiedy otwieram Worda odruchowo pcha się to literackie. Rzecz w tym, żeby je zdusić. Żeby nie pisać literatury, tylko opowiadać historie. Literaturę zawsze piszą inni.
 

 
Rafał Wawrzyńczyk: Wiesz, podoba mi się ten zdrowy minimalizm, o którym mówisz, ale zastanawiam się nad czymś takim: czy tego rodzaju motywacja („opowiedzieć historię”) nie odpowiada lepiej prozie. Czy takie wyraźne postawienie sprawy („chcę opowiedzieć o wizycie na poczcie”) nie odbiera wymiarów temu, co chciałoby się ujawnić jako wiersz. Mówiąc obrazowo: wydaje mi się, że błony, na których trzymasz w sobie historię, jej początek, zarys itp., źle znoszą światło autorskiej świadomości, i w rezultacie powstawać może coś w rodzaju „prześwietlonych” wierszy. Takich… domkniętych. W których zbyt wiele jest „wyjaśnione”1. Co o tym myślisz? Piszesz też opowiadania, masz jakieś doświadczenia związane z właściwościami tych form, wiersza i prozy?

DB: Jeżeli poezja kiepsko sobie radzi z opowieścią, tym gorzej dla poezji. A serio… Nie wydaje mi się ten stan rzeczy jakąś metafizyczną właściwością świata, tylko skutkiem przyzwyczajeń i tego, że pewne środki wypracowano, innych nie. Zdarzenia — bo powiedzmy, że opowieści składają się na swój mereologiczny sposób ze zdarzeń — są czymś bardziej nieuchwytnym, postrzępionym i pełnym białych plam (polecam Doderera), niż owe liryczne potworki okupujące miejsca w większości „młodych wierszy”. Gdyby więc mieć dla nich więcej czułości, świetnie by się na wiersze nadawały. Może tylko jest pewnym problemem pisanie o nich tak, by były — uwaga, wstrętne słowo — „poetyckie”, oczywiście „mimochodem poetyckie”. Uchwycenie ich delikatnie, żeby nie zagadać, jakby się je opisywało po raz pierwszy. Bez klisz albo używając klisz świadomie, ironicznie. I nie dając nura w jakimś w efektownym momencie w głąb własnego bezkresnego „ja” (dusza, intelekt, wiersz guru). Tylko wytrzymać do końca „na zewnątrz”.

Tomasz Szewczyk: To są ciekawe kwestie. Może jest tak, że podchodzi się do wiersza nastawionym już na jakieś zagęszczenie, kompresję, zanim jeszcze zacznie się go czytać; sprawa tych przyzwyczajeń, o których Dominik mówisz. Chodzi chyba o to, że słowa w wierszu — co by o tym nie mówiono i jakich okularów nie zakładano — wciąga się inną dziurką niż te z prozy, tutaj uruchamia się więcej jakichś zakrzywień, odkształceń, na zupełnie elementarnych poziomach (czyli jakich? hehe). Czy to są dobre warunki dla tak stawianej przez Ciebie „zdarzeniowości”? Czasem mam wrażenie, że wolałbyś, żeby Twoje wiersze jeść po prostu sztućcami od prozy, tak wyraźny w nich jest ten czynnik antyliryczny.

ASz: Taak. Bo co my tu mamy: zdarzenia, próba wytrzymania do końca „na zewnątrz”, kiedy poezji przypisuje się fotel w postaci podmiotu („z daleka wyglądam jak samochód” — Laurie Anderson?) i na potrzeby ledwo żywych definicji wiersza podmiot (i bezpośredniość oddziaływania samej jego czmychającej obecności) (jako głos?) robi za warunek wierszowości tegoż wiersza. Pierwsza rzecz jaka się nasuwa (i w to uderzył Rafał i w to uderzył Tomek) to kwestia granicy poezja/proza (a więc i definicja wiersza). Druga rzecz to (święta) pokora, święta pokora — jedyny portal ku potędze abstraktu wielkiego zewnętrza. Bo czy Ty byś nie chciał przypadkiem żeby to zewnętrze Ci za Ciebie mówiło?
A jeszcze ta rzecz prozy. Bo podobno w poezji dzieje się w języku, a w prozie dzieje się w fabule (dzieje się to chyba znaczy, że coś wyskakuje zza winkla lub za winklem czyha krwawo). A u ciebie (w wierszach) dzieje się fabuła na polu języka, tak? Ale czy jest fabuła, która nie mieści się w języku? Negujesz natchnienie, znaczy odmawiasz mu siebie, tak? A jak rozumiemy natchnienie my, którzy możemy nie rozumieć, czym jest trwoga (przepraszam, podchodzę do człowieka, mówię „my” i jest on połknięty)? Natchnienie = cud? Czy natchnienie = ożywienie intelektualne (tam gdzie duch i intelekt grają razem jako duch), które to ożywienie jest tak chwilowe i tak uparte, że nie daje sobie odmówić? I kiedy mowa o prozie, więcej razy można powiedzieć: praca, a kiedy jest poezja można powiedzieć: fart?

DB: Tą granicą poezja/proza, to ja bym się za bardzo nie przejmował. Mówi Tomek o sztućcach do prozy. Jednak z czytaniem jest trochę inaczej niż z jedzeniem, bo w tym wypadku sztućców nie dobiera się przed. Dostaję tekst, a czy on jest wierszem, czy opowiadaniem, to się dopiero okaże w czytaniu. I nie jest takie znowu ważne. Ważne ewentualnie, czy to literatura, czy nie, stopień referencyjności. I to też się okaże. Czy się jako literatura obroni. Egzaltowani czytelnicy zapewne „zasiadają do poezji”: zapalają świeczkę, zaparzają yerba mate, nacierają się olejkiem i robią inne rzeczy, ale uwaga — to l u d z i e,  k t ó r z y  n i e  l u b i ą  c z y t a ć. Poezja w ogóle jest świetnym rozwiązaniem dla ludzi, którzy nie lubią czytać. Krótkie to i głębokie — czego chcieć więcej?! Można się w pół godziny oczytać tyle, co miłośnik kryminałów w rok. Dla ludzi, którzy nie lubią czytać, lektura jest sposobem awansu. Byłem wczoraj na Międzynarodowych Targach Książki w Pałacu Kultury, dawno nie widziałem tylu ludzi, którzy nie lubią czytać, w jednym miejscu.

Andrzej, słowo „natchnienie” ma chyba jakieś kontinuum znaczeń, którego jednym biegunem jest „ożywienie intelektualne”, a drugim „podszept Ducha”. Ożywienie intelektualne dotyczy właściwie psychologii tworzenia i nie ma co o nim gadać, bo znaczy mniej więcej tyle co „lampka szampana”. Założyłem jednak, że Piotrek użył słowa „natchnienie” w znaczeniu zbliżonym do drugiego, w którym ma ono wpływ na „co” tekstu, nie tylko na „jak” tekstu. W rezultacie powstaje „tekst pisany pod natchnieniem”, a w gorszych wypadkach — tekst, który wręcz krzyczy: „jestem pod natchnieniem, jestem pod natchnieniem!”. Makabra.

RW: Ja tam myślę, że w każdym „co” macza paluszki dajmonion, którego tak tu spychasz do kąta! „Co” tekstu wynika z „jak” tekstu, a nie leży na nim jak dżem na rogalu.

DB:Wszyscy tak mówią, ale jak przychodzi co do czego, to… [ociera łzę] Kto dopiero co sugerował, że zdarzenia nie nadają się do wierszy? Byłoby bardzo pięknie, gdyby poeci, którzy tak często i mądrze o tym powiązaniu formy i treści mówią, trochę bardziej w nie wierzyli. Prawdopodobnie czytywałbym wtedy pasjami wiersze. Wyszukałbym sobie autorów, którzy krążą wokół takich tematów, jak skrawarka metali, transport pralek, obsługa wątków w języku Java… A tu klops. Jelenie konceptów na rykowiskach dusz.

RW: Nie chodziło mi o to, że zdarzenia nie nadają się do wierszy, a o to, że zasiadanie do napisania wiersza z wyraźnym planem, zamiarem, „motywacją opowiedzenia historii”, wydaje mi się ryzykowne — zupełnie inaczej niż w prozie. Jest mnóstwo dobrej poezji opartej na zdarzeniach. Może nawet większość. Bogiem a prawdą miałbym wielki problem ze wskazaniem autorów potrafiących poradzić sobie bez stelażu „zdarzenia” i czarujących samym językiem. Mówię o poezji krajowej, bo tej czytuję więcej. Może jeden Sosnowski, obecnie. Może Wiedemann ma podobne zakusy. Oczywiście grono twórców celujących w oderwanie od anegdoty i swobodny rejs po Śniardwach stylu jest o wiele liczniejsze, jednak na ogół poezje te są smutne, nieudane. Nudne. Komicznie nadęte w swoich pretensjach, jeśli zestawić je choćby z ich warsztatem. Czasem to zupełnie groteskowe historie. To całe wycieranie sobie twarzy Językiem przez ludzi puszczających na papier kalekie zdania… Te debiuty „uciekających przed znaczeniem”, uciekających w kaszankę niestrawnych metafor… To jest jakaś chłopomania współczesna, to jest to samo, co się działo po balladach Mickiewicza, kiedy wszyscy zaczęli pisać o strzygach, południcach i zaczarowanych zamkach. Nawet nie chce mi się w to wchodzić. Nazwiska nie padną. Pomówmy o czymś sympatycznym.
 

 
PJ: Panowie! [wybiega -- mijają minuty -- wraca z zapisaną kartką] Część naszej rozmowy podsumowuje niewielkich rozmiarów dzieło, które napisałem pod wpływem… chwili [czyta]:

Trzy uczucia

Pomyśleć, że twoje nazwisko stoi w wierszu, bo szukałem dwóch sylab i zaraz potem pomyśleć, że w prozie nie miałoby to większego znaczenia.

TSz: [grzebie w szufladzie za widelcem, na stole parująca micha ryżu] No więc co będzie miało w prozie „większe znaczenie”? Doliczyłem się dwóch uczuć, Piotrek ładnie nie chce mówić o trzecim — przepraszam z góry, że będę wyciągał królika ze słomki, ale wracając do rozgraniczeń proza–poezja: jasne, chodziłoby o coś trzeciego, jakieś roztrzepane białko wrażeń, o podobnej konsystencji, niezależnie od tego, czy czyta się dobrą powieść czy dobry wiersz. Chyba bezwiednie postawiłem wcześniej równanie proza = fabuła, biję się w pierś… Czy Jane Bowles puszczała sobie z rzutnika fabułę i pisała „do niej”? A taki Buczkowski? Młody poeta w zamku, te granity, marmury, wrzucane do kisielu z sianem i trawą, pływające w nim… Dominik mówi, że w popularnej ostatnio poezji „jak” wyprzedza „co”. To pewnie jakiś diablo grząski i abstrakcyjny wątek, bo jeśli rzucić okiem na kanony literatury, są one niby stawiane na jakach, nie cosiach (trochę inaczej pojętych, wiecie), te drugie tworzą w każdej epoce jakby humus, na którym dopiero rozwijają się co lepsze pierwsze. Może więc chodzi o to, że dziś owo „jak”, czyli styl, przegub, motor — na życzenie własnych teorii — zostały mocno uprzedmiotowione. I kto daje temu wiarę, będzie rozwijał z zacięciem kobierce, rury, przekładańce, chcąc usilnie wygubić z nich „coś”, gdy w rzeczywistości — nie dostrzegając przesunięcia — pisze tak, jakby pożyczał tylko wspomnianą strzygę czy jezioro. A więc znów — „coś” [zjada swoją magisterkę].

DB: Chodziło mi tylko o to, że rozmowa o natchnieniu ma sens, kiedy uznać natchnienie za siłę mającą jakiś wpływ na „co” tekstu, kiedy natchnienie coś do tekstu wnosi; w przeciwnym razie mamy do czynienia z materią dobrą dla psychologa: po kawie lepiej mi się pisze niż po herbacie. Możliwe, że taka jest w ogóle geneza tego pojęcia, które potem spuchło, że ono wzięło się stąd, że po prostu są lepsze i gorsze chwile na pisanie. To samo z pewnością dotyczy choćby uprawiania matematyki, tylko że matematycy mający w zanadrzu pojęcie prawdy nie pozwolili widmu „natchnienia” tak się rozbestwić. Dla mnie najciekawsze pytanie brzmi: komu natchnienie najlepiej służy?

RW: Czytelnikom, hihihi. Będę się upierał. Czytam teraz Platformę Houellebecqa, którą zdjąłem z regału Tomka zachęcony Cząstkami elementarnymi, i o ile w przypadku Cząstek miałem wrażenie obcowania z rzeczą napisaną na jakiejś wielkiej fali — natchnienia, rozpaczy, uniesienia, czy czego tam jeszcze — to Platforma jest wg mnie mocno przeciętną powieścią, w dodatku momentami pretensjonalną. Zupełnie jakby nastąpił odpływ, wielkie wody odeszły, i na brzegu został dziwnie mały Houellebecq (po Cząstkach miałem go za współczesnego Verne’a!2) ze swoim żenującym chwilami cynizmem, przystrzyżonym do aforyzmów à la Chamfort, ze swoją słodką polityczną niepoprawnością. „W życiu może się zdarzyć wszystko, a zwłaszcza nic”, potem kropka, i przejście do „wyjaśnienia”. Albo: „Przerwaliśmy dyskusję i poszliśmy na obiad. W tym samym momencie niecały kilometr stąd dwóch młodych chłopaków mieszkających w blokowisku Courtillères rozwalało kijami bejsbolowymi głowę sześćdziesięcioletniemu mężczyźnie. Na przystawkę wziąłem makrele w białym sosie.”

DB: Moim zdaniem mętniactwu. Też mniej lubię Platformę, ale i mniej lubię Cząstki — od Możliwości wyspy. Ta książka wywiozła mnie gdzieś daleko w pustkę, skąd musiałem później wracać na piechotę. Nawet strukturalnie taka jest: kształt z długą wypustką ostatniego rozdziału. Tą strukturą przypomina mi Miasto skazane Strugackich, ale samego Houellebecqa wywodziłbym raczej od egzystencjalistów, taki obdarty Camus. Szczególnie lubię się bawić podobieństwem Poszerzenie pola walkiObcy. Czemu ci się ten fragment nie podoba? Oni go tłukli w łeb, podczas gdy bohater zamawia obiad. A potem go zjada. I nie ma nic, żadnej, jak drzewiej bywało, odskoczni.

RW: Nie podoba mi się, bo bije mnie kontrastem „morderstwo — a tu smakosz nad makrelami w białym sosie”. Zauważ, że nie zamówił pomidorówki.

PJ: Hmm, w takim razie mamy teraz nowy problem: kuchni francuskiej. A może i polskiej, bo co powiecie na makrelę ze złotka? Chcę powiedzieć, nic nie mówiąc jeszcze o książkach Houellebecqa, że kąt nachylenia morderstwa do pomidorówki jest właśnie taki ostry, nawet powiedziałbym „polski”, bo w Polsce literatura boi się rejonów środkowych i zwykle lot w chmurach kończy się w Wilejce.
Zresztą wydaje mi się że H. może nam sprawiać tę trudność, że we Francji jest bogata tradycja aforystyki, a ziarna takich Zdań i uwag czekają na wiosnę.
 

 
Byłżebyś Bielicki Robinsonem strukturalizmu (zaryzykuję: „klepsydra” albo taki fragment: Dzielnica domków z ogródkami pamięta: / szedł tędy jeden dnia tego i tego.)? Nie chcesz mówić o jakach, ale gdyby wyłowić dwa Twoje wiersze z trzech prób, to znajdziemy się na prowadnicach nie giętszych niż u Kafki, nawet ratio oblegane w Grubej robactwem warunków w których przyszło mu żyć ociera się o dziwne maszyny w rodzaju meblościanki wydając obleśny (to o geologii tekstu) chichot, dokładnie jak w takim Zamku. Mówię Zamku, a do głowy mi przyszedł chichot z pierwszych stron Procesu, chichot towarzyszący zapowiedzi K., że wyciągnie wobec pokojowej konsekwencje, bo go nie obudziła jak co dzień.
Pamiętam go teraz bo dobrze w głowie umościłem obraz gazownika z „filk forever” — facet wypada z wiersza niczym gerbera z wazonu Kleina, tymczasem jak się okazuje, to człowiek równie nieodzowny co… mop. Tak więc słowo uderza z całą mocą o Byt, ale wektor daje mu tekst. Hę?

RW: Ale obojętnie jaka potrawa by była… Chodzi o sąsiedztwo faktów. Patrz i drżyj! Tu umierają, a ja jem. I żeby nie pozostawić wątpliwości co do tego, jak świat jest bestialski: jem „makrele w białym sosie”. No więc ta dbałość o to, żeby i wykwintem potrawy pogłębić nasz szok, ostatecznie pogrąża, jak dla mnie, ten fragment. Jest u Houellebecqa jakaś minoderia, której nie znoszę, i to jest jej przykład.

PJ: Zgadzam się, i mam jeszcze w butonierce dwie uwagi: jedna jest taka, że marne są motywy już u Sade’a, a druga, że marne są u Houellebecqa, właściwie Houellebecq składa się z samych motywów i w tym sensie jest abstrakcyjny, no i chyba jak Sade. Chyba że się nie zgadzacie, to odpuszczę…

RW: No właśnie, od lat mówisz o tym ratio Bielickiego, wytłumacz wreszcie, o co chodzi, hahaha.

DB: I ja chętnie posłucham. Nie przeszkadza wam, że będę jednocześnie kręcić powerballa? W pracy jestem.

PJ: Musiałbym zawrócić z lasu dawno przebrzmiałe echa pewnej metody…: (1.) dawno dawno temu (2.) Bielicki przebudził się (3.) w moim przekonaniu (Szanuj ludowe gusła, / jak „dystans do siebie” czy „moim własnym zdaniem”.3) pośrodku labiryntu, którego ściany nie przyjmują płatów czarnych dziur (z tej wiecie bajki), dzięki którym można by je przejść, a ponieważ nie został jednocześnie powołany — co nie jest w żadnym wypadku ujmą dla religii — do zwalczenia człowieka_w_sobie, z r o z u m i a ł, że jedyna droga prowadzi korytarzami. Pewnie Bielicki nie zgodziłby się na cytata z pierwszych jego wierszy, ale gdy przypomnę sobie frazę Znów nikt mnie nie kocha, pamiętam też, że za nią idzie rozpoznanie jakiegoś terenu (gdzie indziej: Mogłabyś być jego dziewczyną. / A ja nim. Jak to się ładnie w z m a g a. (podkr. — pj)) i w dalszej kolejności możliwości wyjścia (o tym chytrze w „pod każdym pozorem”), nie — wyspy, nie nie. Tym bardziej nie pojawia się pusta deklaracja zwana czasem kodą, która w 99% okazuje się mułem retoryki. Bohaterowie Houellebecqa zebrawszy do kupy flaki lecą do Tajlandii je w spokoju żreć, Bielicki siłą ratio zostaje w mieście (czy nie nadużywam teraz naszej znajomości mówiąc, że z trudem wyjeżdżasz z Warszawy? O tym w „wielkiej niedzieli”, a niedaleko tego w „* * *(W tym mieście jest taka jedna chwila)”). Widzę że nieznanym tłumaczę nieznane [odnosi skapniętą łzę do miejsca, w które upuścił swoją Bielicki].
Cóż, gdyby lampa Alladyna była projektorem, sam Dżin okazał się widmem pikseli — łatwiej odpowiedziałbym na zagadkę.
Czyli tak: Strugaccy a nie F. Herbert, Kafka a nie Leśmian w przygodach Sindbada, Świetlicki a nie… zaraz, Dominik, a czemu/skąd Świetlicki?

DB: Świetlicki ze Schizmy czy z Trzeciej połowy to przede wszystkim zachwycająca czystość linii i coś, co bym nazwał permanentnym humorem. Humor w poezji jest towarem raczej deficytowym, tymczasem u Świetlickiego wszystko jest podszyte humorem. „Dzisiaj kupiłem dwa pory na kolację” — temu zdaniu z wiersza „Przed wyborami” wiele zawdzięczam. Od tamtej pory powoli odchodzę od Świetlickiego.

PJ: Widzę teraz, że z tym strukturalizmem bies mnie podpuścił, no nic, ale powiedz Dominik, jak to jest ze światem jako kapelą zdarzeń (zaryzykuję: „klepsydra” albo taki fragment: Dzielnica domków z ogródkami pamięta: / szedł tędy jeden dnia tego i tego.)? To z jakiegoś XX-wiecznego myśliciela o ile dobrze kojarzę wieki, tylko że świtają mi w głowie jakieś modyfikacje teorii u Ciebie…

DB: Może lepiej nie poruszajmy tak modnych tematów.

PJ: … [rumieni się, obsiadają go szpaki]
 

 
RW: Czemu odchodzisz od Świetlickiego?

DB: No wiesz, Świetlicki jest autorem tak wyraźnym, nośnym… A większe przyciąga mniejsze. Teraz Sosnowski jest czarną dziurą, która wchłania początkujących autorów; dawno dawno temu był nią Świetlicki. Wiersze rówieśników roiły się od knajp, papierosów, awantur. Ale tej żyłki humorystycznej zawsze w nich brakowało, tego zmrużenia oka. Układanie słów ma tę dobrą stronę, że takie kwiatki, jak niezdrowy wpływ, szybko wychodzą na jaw i dzięki temu łatwiej to kontrolować. Może gdybym nie pisał wierszy, do dziś „jeździłbym czarnym golfem”. Chcę jednak podkreślić jedno: od Świetlickiego można było coś spokojnie uszczknąć, bez krygowania się. Lekcja Świetlickiego to lekcja humoru i precyzji. Świetlicki dbał o czytelnika. Jego natchnienie oszczędziło jego teksty.

RW: Jeżeli zmarli poeci wymuszają wiersze, / to niech to zdanie będzie wymuszone. To o natchnieniu. Jak dla mnie, prawie cały najlepszy Świetlicki wziął się z „natchnienia”, jakichś szczelin, które się objawiają, i w które się zagląda, żeby szybko zapisać to, co stamtąd dobiega, zanim się nie zamkną. Z wyłączeniem zmysłu „kontroli”, „zamierzonego humoru” itd. Potem, jasne, mógł je dopracowywać, szlifować w kąty atrakcyjne dla młodzieży. Mógł wrzucać między wiersze „podyktowane” jakieś środowiskowe rzeczy o alkoholu w południe. Te wiersze „z natchnienia” to zawsze jakieś strzępy, „notatki” (tak jest chyba w tytułach), zapiski na chusteczce. Wersy są nierówne, nie ma to nic wspólnego z toczonymi nóżkami sonetów Różyckiego, czy z modą na równanie wiersza I DO PRAWEJ. To nie są teksty „wykonane”, nawet „zdobyte”. To są teksty, które „zdobyły”. To nazywam natchnieniem. Gdyby nie teksty, których nie napisał, nie mówilibyśmy o nim — że tak powiem przewrotnie.

DB: Ale dlaczego nazywać to tak brzydkim słowem? Bohater Schizmy o silnym poczuciu autonomii żyje w trudnym społeczeństwie z jego obowiązkiem służby zasadniczej, wybujałym obrządkiem, patriotyzmem i Janem Polkowskim. Ma problemy uczuciowe i materialne. Rodzi mu się dziecko. Doświadczył, czym jest zło. Pije alkohol. Ślad tej egzystencji kładzie się smugą na szeregu dobrze napisanych tekstów. Nie wiem, czy on je wypluwał w dreszczach, czy wypracował. To pytanie interesujące dla psychologa twórczości albo biografa. Nie twierdzę, że Świetlicki natchnionym poetą nie jest, nawet napisałem „Jego natchnienie…” Chodzi mi o teksty. Tytuły w rodzaju „notatka” czy „zapisek” uwalniają według mnie słowa od balastu natchnienia. Pod natchnieniem nie pisze się (nie robi się) notatek. Notatki pisze się (robi się) wisząc na telefonie, kiedy jest tzw. młyn. Bohater znalazł się w życiowym młynie, w którym, dzięki jakiejś niesamowitej zdolności mediacji, każdy jego zapisek staje się świadectwem egzystencji. Zdjęciem zaułka egzystencji. Przez który wielu przełazi z duszą na ramieniu, w pośpiechu, nie zatrzymując się, byle dalej stamtąd. W ten sposób Świetlicki poszerza granice tego, co wspólne. Podczas gdy autorzy uprawiający twórczość natchnioną starają się raczej pogłębiać swoją własność, jakby to była fosa, która ma ich odgrodzić od nie-poetów, zapewnić, że poezji nikt nie czyta, a oni są wtajemniczoną elitą.

RW: OK, chyba rozumiem. Dla Ciebie słowo „natchnienie” ma jakiś pejoratywny wydźwięk, dla mnie — nie (oczywiście jestem świadomy jego żałosnego semantycznego garbu). Ty uważasz je za źródło pseudopoetyckiej papki, jaka nas obu denerwuje — ja za źródło naprawdę nielicznych, wyjątkowych tekstów. Chyba używamy tego słowa w zupełnie różnych znaczeniach.

ASz: Tak, od niegreckiego natchnienia groźniejsze (groźniejsze na rzecz trwogi) są chyba wyczepiste pomysły, takie jak mąka albo Dominika „Empatie” (a tam takie to: Nie ma czosnku, tylko / (znakomita świadomość klauzuli! — przyp. Andrzeja) to co widać. Tubki z jakąś pastą.). Dużo można powiedzieć. Świetlicki zdaje mi się wyrazisty (jak lato) tam, gdzie jego pomysłowość. Cieszę się, że mamy więcej niż definicję wiersza (między innymi tam, gdzie mówicie).

RW: No właśnie, Dominik, „wyrazistość” to chyba bliska Ci kategoria? Myślisz, że studia na Banacha4 są tu… przyczyną? Skutkiem?

DB: Sam nie wiem. Ale to jakoś tak: każdy opis prowokuje do wejścia w skomplikowaną (niemal nieskończenie) sieć zależności między rzeczami. Oczywiście, trzeba w którymś momencie powiedzieć „stop”, żeby w ogóle posuwać się do przodu. Ale to, co mnie cieszy, modyfikacja, złamanie, nadwyrężenie struktury, jest możliwe dopiero wtedy, kiedy ją się mniej lub bardziej oświetli. Muszę ją oświetlić, żeby ją nagiąć. Im bardziej ją oświetlę, tym większe znaczenie będą miały moje działania na niej. Chcę zostawić ślad, ale muszę mieć na czym. Tzw. „Jazda na maxa” nie wchodzi w grę, to dobre dla dyslektyków. To jak gra w ping-ponga bez siatki. Można sobie pościnać. Do znudzenia.

_____
1 Chwała etymologii polskiej! ^
2 Czy Huxleya, to byłoby pewnie bardziej po jego myśli. ^
3 Dodam natychmiast że ten fragment zawsze gdy go widzę wzbudza moje osłupienie, dlatego, że z tej pary frazeologizmów jeden brałbym za gusła… ^
4 http://www.mimuw.edu.pl/wydzial/zdjecia/wydzial/?id=8 ^


Bez komentarzy.