90
196

Sindre Sandemo
Jaki pokazałeś film na tym festiwalu?
Volvo

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

Być jak Kuba W.


Idiota. Szaleniec. Tani prowokator. W świecie mediów do wszystkich tych trzech ról trzeba być predysponowanym,
aby w pewnym momencie stały się one konsekwentną strategią walki z obywatelskim lenistwem, antysemityzmem, ksenofobią i betonowym patriotyzmem. Taka postawa, jak udowodnił nam Kuba W., prowadzi do szczęścia. Bo Kuba to idiota szczęśliwy, który w swojej niedojrzałości szaleńca, poza kłującymi w oczy samochodami, widzi również, że źle dzieje się w kraju, w którym prezesem TVP zostaje były publicysta „Nazi Frontu” i „Szczerbca”. Nasza rozmowa jest zatem pochwałą niedojrzałości i głupoty.

Hanna Rydlewska: Będziesz dzisiaj kłamać?

To zależy, w jaki sposób zdefiniujemy kłamstwo. Czy będę występował jako człowiek, który ma na podorędziu szereg
spreparowanych życiorysów, zmuszony do tego, żeby nie było nudno, żeby uniknąć mielizny tych samych pytań. Czy zabrniemy w tak ekskluzywne rejony biografii mózgu i doświadczenia, że obie strony czymś się zaskoczą. Mogę obiecać,
że postaram się nie kłamać. Kłamstwo bywa wszak marzeniem złapanym na gorącym uczynku.

Adam Radecki: Co spowodowało, że korzystasz z kilku alternatywnych życiorysów?

Pewien banał, który nas otacza. Odnoszę wrażenie, że żyjemy w świecie, który się degeneruje i wędruje na skróty. Świat dziennikarski nie żyje w jakiejś enklawie, która by nie podlegała tym tendencjom. Tak jak skraca się droga do zawodu aktora czy polityka, skraca się też droga do zawodu dziennikarskiego. Jestem wychowany według zawodowego etosu, miałem takich mistrzów, którzy uważają, że dziennikarstwo to permanentne, by nie powiedzieć pernamiętne, szukanie guza. I jeżeli ktoś tego guza nie szuka, to mnie nie ciekawi, bo ja lubię konfrontację. Lubię się zmęczyć, intelektualnie spocić, lubię, jak mnie mózg boli, jak ktoś wydobędzie ode mnie coś, co mam głęboko zakopane, albo czego jeszcze sam nie zdefiniowałem. A jednocześnie strasznie ciężko jest mi się wpisać – z natury rzeczy, a nie z natury profesji – w taki trend, że należy być alfonsem swojej kariery i życiorysu. Nie potrafię być komiwojażerem, który sprzedaje swoją prywatność, wypruwa z siebie bebechy. Mnie inspirują rozmwy zawodowe, inspirują mnie rozmowy o Polsce, jeżeli mają mrożkowską czy gombrowiczowską estetykę, czyli uwikłane są w absurd, a nie w Sienkiewicza i Ilonę Łepkowską.

AR: Pytałem cię jednak o kilka wariantów autobiografii.
Jestem zmuszony do konstruowania ich na drodze nielicznych kompromisów, bo zawsze, definiując swój punkt wejścia do życia i zawodu, określałem siebie jako człowieka, który jest wolny i nic nie musi. Obronić suwerena w sobie to cudowna sprawa. Nie mam nic przeciwko pojemności umysłu przeciętnej czytelniczki „Gali”, nie zamierzam być jednak zalążkiem tego świata ani dostarczycielem jej zlewakow wzruszeń. W pewnym momencie udzieliłem tych wszystkich wywiadów kolorowym pismom – trochę z ciekawości, trochę na zasadzie rozpoznania innego wymiaru potrzeb. I dziękuję, starczy. Tam już byłem, nie jeżdżę do miejscowości, które mnie nie inspirują.

AR: Ale te magazyny nie zainteresowały się tobą z przypadku. Znalazłeś się w nich, bo byłeś w centrum, stałeś się nośnikiem sensów dla tych pism atrakcyjnych.
To bardzo miłe, co mówisz, ale odnoszę wrażenie, że jest to jednak pozorna atrakcyjność. Jestem celebrytą ŕ rebours.

AR: Nie wiem, czy to takie miłe.
Uważam, że jestem trójwymiarowym programem intelektualnym. I nawet jeśli uprawiam knajactwo, podmiejską dyskotekę albo koszary, to uważam, że tam się czai jakiś ferment. Głęboko w to wierzę i mogę spróbować to obronić. Wiem, że jestem postrzegany jako dawca wątpliwych intelektualnych afrodyzjaków, właśnie dla ludzi, którzy interesują się, kto z kim i czy Kasia Cichopek ma już rozstępy.

HR: Sam te afrodyzjaki podsuwasz, zadajesz takie pytania w swoim programie. Zadaję je, ale czy to znaczy, że muszę wchodzić do tego lombardu z prywatnością?
To jest świat, którym się bawię. Jestem urodzonym mordercą, ale tylko od 16 do 19. Tak jak poeta cierpiał za miliony od 17 do 19. Nie kupuję reguł tego świata, rozumiesz? Zajmowałem się kiedyś dziennikarstwem muzycznym,
nawet dochrapałem się własnych tytułów [„Brum” i „Plastik” – przyp. red.]. Lecąc na festiwal polonijny do Chicago, miałem okazję rozmawiać z Czesławem Niemenem, który mi powiedział, że po paru moich programach w „Trójce” i po paru moich recenzjach, które napisałem we własnej gazecie, on już wie, że wybrałem złą profesję. Dlatego że doszukiwałem się intelektualnej przygody w świecie, który on – doświadczony człowiek – definiował jako bardzo ubogi intelektualnie. Nawet emocjonalnie ubogi, bo to świat pozorów. I ostrzegał mnie, że przeintelektualizuję swoją przygodę z rock’n’rollem. Potem zdałem sobie sprawę, jak bardzo, robiąc wywiady prasowe z postaciami popkultury, sam wpakowuję ich na koturn, ubierając ich niejednokrotnie prostackie myśli w inteligentniejsze słowa. Zorientowałem się, że show-biznes, w którym się obracamy jest jak mecz piłki nożnej. Raz ty kopiesz, raz ciebie kopią, a któregoś dnia przychodzi właściciel stadionu i wszystkich z niego wyrzuca.

AR: Dlatego Idol był możliwy?
Kiedy pojawiła się propozycja Idola, byłem pracownikiem dużej korporacji internetowej, dyrektorem programowym, wraz
ze swoim wspólnikiem byłem twórcą filmowego show dla TVP 2. Byłem człowiekiem, który sprzedał dwie gazety i mógł zasilić klasę próżniaczą słodkim nic nierobieniem... Mój standard życia nie jest wyznaczany przez liczbę osób, które
odwrócą się na mój widok na ulicy, tylko moim wewnętrznym poczuciem satysfakcji. Do Idola wjechałem z luksusowym apartamentem, samochodem Porsche, zmywarką i bardzo komfortową sytuacją materialną. Nie miałem żadnych oczekiwań, także ambicjonalnych, mój program był takim wewnętrznym telewizyjnym sabotażem. Wewnętrzną opozycją w telewizji. Sądziłem, że zostanie szybko zdjęty. Nie dlatego, że nikt nie będzie chciał go oglądać, ale dlatego, że nikt nie
będzie chciał do niego przyjść.

HR: Ego jest spore? Myślę o twoim ego.

Ostatnio był u mnie Andrzej Chyra i ustaliliśmy, że bardzo łatwo jest grać w telewizji skurwysyna. Mam nadzieję, że nie ulegliście tej fantasmagorii. Nie jestem skurwysynem, nie mam nawet do tego predyspozycji, ale bardzo mnie bawi moje staranie... Tak samo jak nie jestem narcyzem ani rozwydrzonym bachorem, który ma niekontrolowane napady autoerotomanii. Mam bardzo wyraźną, bo podpartą faktami, wizję tego, co chcę robić. Wiedziałem to już od pierwszego roku studiów, nie miałem problemów ze znalezieniem pracy.

HR: Pierwsza rzecz, którą robiłeś?
Drugiego października poszedłem do redakcji magazynu muzycznego i od razu dostałem angaż. Przyszedłem z ulicy,
powiedziałem, że gram w zespole i jestem pasjonatem. A oni powiedzieli: „Właściwie najmłodszy z nas, chyba Wiesław Królikowski, ma 76 lat, fajnie by było, żeby ktoś bliższy mentalnie Dezerterowi u nas popracował”. Od tamtej pory nigdy nie miałem problemów z pracą. To mi dało bardzo konkretne poczucie pasji, umiejętności i gdzieś tam na końcu tej wyliczanki talentu. Inna sprawa: bardzo ciężko jest ludziom zrozumieć, że dzisiaj w telewizji gra się o stawki
wielosettysięcznych honorariów. Nie ukrywam, że jak „Super Express” pisze, że Marcin Prokop rozbił bank, bo zarabia 90 tysięcy miesięcznie, to my się wszyscy śmiejemy, bo mamy świadomość, że te kwoty są wielokrotnie większe. I dzisiaj
cudowną adrenalinę zapewnia balansowanie na granicy utracenia tego finansowego eldorado. To jest fantastyczna przygoda, ale nigdy nie wiesz, na którym zakręcie się wywrócisz. Bo „takich rzeczy w telewizji się nie robi”. A to są właśnie
momenty, w których ja spijam śmietankę samozadowolenia. Mój program przydarzył mi się znikąd i ma ciągle przedłużany okres ważności. Od ośmiu lat tym się bawię.

HR: Na co wydajesz pieniądze?
Mam wiele pasji poza medialnych, na przykład off road, czyli jeżdżenie gdzieś po nawierzchniach, które w Polsce uchodzą jeszcze za drogi, a za granicą są już bezdrożami. Stwierdziłem ostatnio, że mamy gorsze autostrady niż Maroko i Tunezja. Pieniądze pozwalają mi na to, żebym mógł ze swoją narzeczoną oraz przyjaciółmi przejechać prywatnie trasę rajdu
Paryż – Dakar. Dają mi możliwość odbicia się od tego, co inni wpisują tylko do swoich notesów jako pobożne marzenia. A ja mogę to mieć. Pieniądze dają mi to, że od wielu lat wakacje planuję w ten sposób: otwieram mapę i zastanawiam
się, czy może Wodospady Wiktorii, Alaska, czy może Wielki Kanion. Mogę swoje chłopięce pasje stawiania rządków z matchboksów, które kupował mi tata, przemienić w sportowe samochody w garażu.

HR: Zastanawia mnie, dlaczego ludzie publicznie boją się przyznać, że dużo zarabiają. Dlaczego kiedy „Fakt” pisze, że Ania Guzik zarabia półtora miliona rocznie, ona nie może powiedzieć głośno: „Zarabiam i bardzo się cieszę z tego powodu”?
Wszyscy jesteśmy zakładnikami pewnej poprawności. Pracownicy telewizji, ale też jej publika. To konfekcyjna elegancja. Patrzę na swoich młodszych kolegów z telewizji i widzę aktorów, którzy są mentalnymi halabardnikami. Boją się ruszyć, żeby nic nie spieprzyć. Pamiętaj też, jaki jest kontekst. Żyjemy w smutnym, szarym, zapyziałym kraju. Bogusław Linda był niedawno moim gościem i powiedział, że jest małym śmiesznym aktorem w małym przaśnym kraju. Sami zakładamy sobie tłumiki. Ja się czasem wyłamuję. Jeżdżę od lat sportowymi samochodami i nie będę dostosowywał swojego stylu życia do mentalności, która u nas panuje. I tak nie kupuję sobie samochodu dla szpanu, nie lansuję się w nim, tylko się nim przemieszczam. Moje pieniądze dają mi szansę na przekuwanie chłopięcych fantasmagorii w rzeczywistość. Biorę swojego jeepa wranglera i jeżdżę nim po amerykańskich bezdrożach. Dla wychowanego na Easy Riderze i Znikającym punkcie chłopaka jest to otarcie się o swoją wymarzoną rolę z plakatów. Największa brednia, powtarzana u nas non stop,
brzmi: pieniądze szczęścia nie dają. Bo dają, trzeba tylko wiedzieć, jak z nich korzystać. Nie stać się biednym chłopcem z dużą kasą.

HR: Kiedy mówisz o swoich chłopięcych marzeniach, o plakatach wiszących nad łóżkiem, muszę zapytać: co na nich było?
Na każdą dekadę mojego życia, a były już cztery, miałem innych idoli. W tym pierwszym mało świadomym okresie miałem połówkę plakatu King Konga. Wisiała u mnie dupa wielkiej małpy. Plakaty promujące film z Jessicą Lange były gigantyczne, udało nam się przekonać faceta, który rozlepiał je na ulicy, żeby nam jeden odsprzedał. Kolega wziął górę, mi przypadł dół. Pytanie, co na to powiedziałby Freud.

HR: A teraz?
Jestem kolekcjonerem DVD, mam spory zbiór filmów, szczególnie polskich, szczególnie z lat 70. Ale moim idolem z plakatów jest Pedro Almodovar, facet, który kiedyś robił punkowe filmy, a dzisiaj robi arcydzieła. Niektórzy twierdzą, że zieje z nich pustka, kicz, banał. Ja w każdym jego filmie widzę policzek wymierzony drobnomieszczańskiej obyczajowości. To homoseksualista, który potrafi pięknie opowiadać o kobietach. I o seksie. Zastanawiam się, kiedy ludzie przestaną mnie pytać, dlaczego robię tyle aluzji do seksu, tyle o nim mówię. Powiedzmy, że odpowiem tutaj, raz na zawsze: Bo się znam, bo lubię, a moja praktyczna przygoda z tematem zaczęła się w ósmej klasie podstawówki. Lubię mówić o rzeczach, na których się znam.

AR: Zastanawiające jest to, że masz szansę mówić tym językiem, którym myślisz, językiem naszej dzisiejszej rozmowy, na żywo, publicznie, w telewizji. I nie zawsze korzystasz z tej szansy. Nie mówisz wprost, że jesteś wrogiem konserwatywnej mentalności, nie nazywasz hipokryzją zachowań medialnych swoich kolegów po fachu. Skąd taka strategia?
Rozumiem, że pytasz mnie o metodologię przewrotności, bo to jest żywioł, w którym czuję się najlepiej?

AR: Tak, pytam o to, dlaczego mając tak sprecyzowany pogląd na świat, tak dookreślone opinie, wyrażasz je w skomplikowany sposób. Za pomocą żartu, prowokacji, licząc na to, że prawda wyjdzie pomiędzy wierszami.

Mam poczucie, że ta metoda jest skuteczniejsza niż mówienie wprost, niż ideologiczna krucjata. Sprowadzam język pedagogiki kulturowej i obyczajowej na taki poziom komunikacji, że jest ona zrozumiała dla ogółu. Poprzez gesty, symbole i ikony popkultury można powiedzieć więcej, a ludzie chcą tego w dodatku słuchać. Nie mają oporu, że ktoś prawi im kazanie. Wyrażam się jasno. To właściwie pierwszy wywiad, w którym ktoś chce zajrzeć poza rampy telewizyjne, by dotrzeć do człowieka, który sobie coś wymyślił. Jesteśmy w innym wieku, ale podejrzewam, że stoją za nami podobne lektury. Jeżeli moje pokolenie chłonęło Gombrowicza z nielegalnych drukarni, jeżeli nawet Hłaskę czytaliśmy z jakichś
wydawnictw wyciąganych z ulicy Mokotowskiej, z rejonu Solidarności, to gdzieś w nas mocniej wchodziło poczucie nie poszukiwania sensu, rezygnacji, to, co w Transatlantyku porusza Gombrowicz – dymajmy jakiekolwiek przymusy i służbę
komukolwiek, w imię realizacji własnych fantazji. Mnie się marzyło, żeby dać do zrozumienia, co myślę, ale nie stawać się jednocześnie żadnym mentorem. To jest po pierwsze, odpowiedzialność, a po drugie, pozbawiłoby mnie to tej szalonej
skłonności do aberracji. Dla mnie rozmowa jest jak spacer po polu minowym: muszą latać urwane członki, musi być krew, muszą być pokazane wnętrzności, nie na tabloidową, ale na emocjonalną nutę. Mam swoją specyfikę, poczucie
humoru i metodologię, żeby to było widać i czuć. Wybierając swój medialny los, wybrałem szaleństwo. Zawsze definiowałem siebie jako kabotyna podążającego za swoim instynktem. Mariusz Treliński powiedział mi, że ogląda mój program, żeby zobaczyć spektrum masek, które potrafię przywdziać. A mnie się zawsze wydawało, że raczej wkładam lub zdejmuję te maski swoim gościom. Moim żywiołem, wytworem jest chaos, pewnie ciężko to zrozumieć.

AR: To nie jest wcale ciężkie do zrozumienia, bardziej zastanawiający jestcel takich działań.
Pamiętasz Gombrowicza, który mówił: będę robił literaturę przeciwko Mickiewiczowi, bo uważam, że on robi nam krzywdę?

AR: Pamiętam, ale pamiętam też Gombrowicza, który mówi: „I wszystko nagle opadło w martwej impotencji”. Sądzisz, że już jestem w tym punkcie?
Zaraz do tego przejdziemy. Skoro mówimy o wektorach przeciwnych, anarchizujących pewne zastane matryce zachowań, pomyślmy, co kontestuję. I od razu widzę Polskę uwikłaną w czczenie Katynia, powstania listopadowego, powstania warszawskiego, lecz niepotrafiącą sobie poradzić z własnymi przewinami, na przykład z Jedwabnem albo z pogromem kieleckim. Taki kraj mnie męczy. To bezwład kolejnych pokoleń, które czytają Sienkiewicza, spijają z niego piankę
tandetnej polskości, a nie znają na przykład listów Sienkiewicza z Ameryki, które pisał do swojego kolegi, redaktora krakowskiej gazety. On w nich przybiera ton właściwy potem Mrożkowi, jest prześmiewczy, ironiczny. Polacy wolą od tego literaturę ku pokrzepieniu serc, literacki Klan. Wiecie, dlaczego mam poczucie, że moja metoda ma sens? Prowadzę zajęcia ze studentami na jednej z wyższych uczelni i wiem, jak reagują na mój program, co zostaje im w głowie. Oni sami dobrze wiedzą, gdzie zaczyna się teatr marionetek, kto jest hipokrytą, kto ściemnia. Ostatnio spotkałem Krzysztofa Krauzego i pogratulowałem mu akcji związanej z bojkotem TVP 3 maja, bo on jest pierwszą osobą, która otrząsnęła się z lenistwa, która próbuje obudzić ludzi już przyzwyczajonych do tego, że trzydziestoletni publicysta gazety „Nazi Front”, periodyku „Szczerbiec”, cudowne dziecko Tejkowskiego, jest szefem największej telewizji w tym kraju. Człowiek, który fotografował się na tle plakatów: „Pozbawmy Żydów ich praw. Biała siła, aryjska moc”.

HR: I podnosił rękę w upiornym pozdrowieniu.
On zdefiniował siebie w wieku piętnastu lat jako skinheada. W Jarocinie w ’93 roku bałem się skinheadów w glanach, więc tylko dlatego, że noszą garnitury, nie przestaję bać się ich teraz. Krauze i kilku intelektualistów słusznie postanowiło stawić temu opór.

HR: Nie wszyscy ten opór pochwalają. Jerzy Pilch w swoim felietonie do „Dziennika” napisał, że to wątpliwy gest wolności – nie włączyć te
lewizora.
Cóż, Asia Szczepkowska też powiedziała, że jej się nawet nie śniło, że usłyszy jeszcze kiedykolwiek hasło „bojkot” względem telewizji. Ale takie mamy czasy, to nie jest moment na niuanse. Z Szymonem Majewskim ruszamy zaraz znowu do akcji związanej z wyborami do europarlamentu. To jest dopiero temat w kontekście Polski Paździerzowej. Czy znowu będziemy wybierać Bońka i Marylę Rodowicz, czy wreszcie zawodowych polityków? Bo nasza polityka to smutny koncert życzeń, tajski gabinet masażu, w którym ludzie chcą sobie zrobić dobrze. Nasza kinematografia oscyluje pomiędzy Katyniem a tanecznym show. Może zastanówmy się nad tym, czy patriotyzm dzisiaj to jest wyłącznie cecha tych ludzi, którzy nie znają języków albo nie dostali wizy?

HR: Polskie produkcje historyczne, które święcą triumfy na naszych ekranach, zrobione są na poziomie szkolnych akademii. Weźmy Generała Nila: niesamowita postać, cała plejada najlepszych polskich aktorów, a film położony, bo jest tak czarno-biały, wyłożony łopatą.
Napisał do mnie Maciej Kozłowski, mój serdeczny kumpel, który gra w tym filmie: „Kto jeszcze nie był na Generale Nilu, do kina marsz”. Akurat byłem w dobrym humorze, więc odpisałem mu: „Maćku, byłem na pierwszej części – Złoto Nilu – i było nudno”. Dostałem od Maćka niezłe cięgi i zdałem sobie sprawę, że granica między fikcją a rzeczywistością w tym kraju nie istnieje. Polska jest dzisiaj miejscem, w którym można udowodnić każdą tezę. Że jest państwem nowoczesnym, modernistycznym, innowacyjnym, ale też że jest zacofana, szara i rozmodlona.

AR: Boisz się powagi?

Raczej frapuje mnie poszukiwanie śmieszności, w każdej postaci. Nie chodzi mi o napastliwy atak. Czytam wspomnienia żony Presleya Priscilli i dowiaduję się, że króla rock’n’rolla atak serca dopadł na kiblu. Król rock’n’rolla zmarł na kiblu! W jednej biografii Szopena doczytałem się, że gdy zapuścił on brodę, konserwował ją tylko z prawej strony, bo był nią odwrócony do publiczności. Lewej i tak nikt nie widział. To jest śmieszne, ale u nas się o tym nie mówi. Uważam, że obaj z Szymonem Majewskim znaleźliśmy język dotarcia do młodych ludzi.

HR: Polacy są poważni do bólu?
Najlepiej czerpać swoją wiedzę na temat Polaków z rocznika statystycznego i od cudzoziemców. Z Małgosią Walewską,
diwą operową, ustaliliśmy na podstawie rocznika, że przeciętna polska rodzina chodzi do opery raz na 70 lat. Mój brat przez 12 lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych, a tam najgorszą możliwą wiadomością dla rodziców było: mamo, tato, wychodzę za Polaka. Samolot do Chicago wygląda jak autobus relacji Warszawa – Grójec, brakuje w nim tylko gęsi. Bezzębni, odziani w marmurki hydraulicy nie bardzo potrafią wyjść z lotniska i nie ma to nic wspólnego z zabawną komedią z Tomem Hanksem. Percepcja Polski na świecie jest daleka od naszych megalomańskich wyobrażeń. Jesteśmy narodem z chorą duszą.

HR: Duch narodu to już mocno prawicowa kategoria.
Jak się patrzy na prawicę i lewicę na Zachodzie, różnice są niewielkie, u nas to jest przepaść. Patriotyzm jest przymiotem ludzi małych i mściwych. Boję się słowa patriotyzm. Kiedy naprzeciwko domu mojej mamy postawiono pomnik Dmowskiego, który słowo naród odmieniał przez wszystkie przypadki, to ścierpła mi skóra. Czytaliście Myśli nowoczesnego Polaka? On tam podjął się analizy fenomenu Hitlera, który robiąc porządek we własnym kraju, musiał wyrzucić z niego Żydów. Ten agresywny facet stoi sobie teraz naprzeciwko Łazienek Królewskich. I się dziwili nasi narodowcy, że jest obrzucany farbą.

AR: Ja na przykład nie lubię Żydów.

To nie ma nic do rzeczy, bo osobiste sympatie nie powinny mieć wpływu na życie publiczne. Jeżeli ktoś wręcz fizycznie
nienawidzi jakiegoś narodu, jeżeli się w tym jednoczy z innymi, paraduje z pochodniami, a potem zostaje prezesem telewizji, to trzeba protestować. Nie zaskakujesz mnie swoim wyznaniem...

AR: To żart. Tania prowokacja obliczona na grubszy efekt, na obnażenie emocjonalności – bardzo ci przecież bliska.

Ach tak. W każdym naszym domu, prędzej czy później, padają dowcipy o Żydach i pedałach. Szczególnie przy świątecznym stole... To, czy jesteś Izraelitą, tak samo jak to, czy pochodzisz od małpy, to twoja prywatna sprawa.

AR: Żyd, na równi z pedałem chyba, to najbardziej pogardliwe i obraźliwe inwektywy obecne w mentalności polskiej. Nawet według badań opinii społecznej to słowo wygrywa w konkursie na obelgę roku, „chuj” jest dopiero na trzecim miejscu.

HR: Moim zdaniem obelgi są mniej niebezpieczne niż z pozoru niegroźne, ale w środku brunatne powiedzonka, typu: „Kochajmy się jak przyjaciele, liczmy się jak Żydzi”.
Tak jak kiedyś się mówiło, że partia rozpuści się w narodzie, to teraz antysemityzm rozpuścił się w nas. Mogą się o tym na przykład przekonać chasydzi przyjeżdżający do Polski. Pamiętacie sprawę z Warki sprzed paru miesięcy, kiedy Żydzi szukający swoich miejsc pamięci zostali pobici przez naszą „młodzież”? Tradycja w narodzie nie ginie.

HR: Bikont w książce My, z Jedwabnego też pisała o dzieciach, które współcześnie chodzą do szkoły z antysemickimi napisami na plecakach.
Dopóki lekcje religii będą prowadzone tak jak u moich bratanków, przez zakonnice, które są programowo i genetycznie zwolnione z życia rodzinnego i seksualnego, dopóty nie będzie dobrze. Dzieciom na lekcjach religii sączy się jad, karmi
się je chorym poczuciem wyższości, wpaja się im nietolerancję dla wszelkich odmienności, także etnicznych. My – jako ludzie, którzy mają wolne umysły – powinniśmy się przyglądać takim tendencjom. Nawet w takim programie jak mój i nawet w takim piśmie jak wasze – bo jest chyba popkulturowe – powinniśmy mówić: Kurwa, zastanówcie się, larum grają.

AR: A nie jest tak, że na wielu poziomach twój program jest zrozumiały tylko dla wybranych, a ludzie, których w wyrafinowany sposób chcesz „edukować”, myślą po prostu, że jesteś zabawny?
Nie zmienisz popkultury, nie zbawisz świata. Jest Polska „Tygodnika Powszechnego” i jest Polska telewizji Trwam. Ta druga zapewne ludniejsza. Muszę mówić tak, żeby chcieli mnie słuchać jedni i drudzy. Nie chciałbym, żeby obie strony się zamknęły, wolę dokonywać transmisji. Dresiarze pozdrawiają mnie na ulicy, kolesie w Katowicach mówią do mnie: „Jak ci, Kubuś, trzasną to Ferrari, my je tobie w dwa dni załatwimy”. Trafiam pod strzechę zupełnie innego umysłu, i to jest dobre.

AR: Naprawdę uważasz, że przemycasz jakieś głębsze treści pod taką strzechę?
Pierwszym krokiem jest to, że oni do mnie mówią. Że nie chcą mnie z miejsca zatłuc. Dialog, kochani, jest ogromną wartością. Ja sam zawsze byłem niszowy. Uważam, że to publiczność przyszła do niszy pod tytułem „Kuba Wojewódzki”, a nie ja wyszedłem z niszy. Mnie zawsze interesowało offowe dziennikarstwo. To nie jest próba tłumaczenia swojej pozycji rynkowej, naprawdę tak jest. Na przykład robię, co mogę, żeby nie występować w drugiej edycji programu Mam talent, bo staram się nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, szczególnie kiedy ona przepływa przez jarmark. Walczę, próbuję, ale pamiętajcie – przyjdzie właściciel stadionu i mnie wykopie. To są normalne zgniłe kompromisy: albo dymasz, albo jesteś dymany. Takie konstatacje przychodzą z wiekiem.

HR: A ideały z młodości? Byłeś podatny na ideologie?
Jestem solistą od urodzenia. Wszelkie subkultury, które wymagają, by mówić to co inni, nosić się jak reszta, są mi genetycznie obce. Uniformizacja jest dla mnie nieszczęściem. Zresztą powiem wam, że nie znam drugiego tak towarzyskiego człowieka, który tak by lubił samotność jak ja. Jeżeli pytasz o czasy młodzieńcze, to pewnie zręby mojej osobowości, dosyć bezkompromisowe postrzeganie świata, wyniosłem z koncertów rockowych. Siedziałem w Remoncie z Tomkiem Lipińskim i Robertem Brylewskim. To są ludzie, którzy nauczyli mnie, co jest dobre, a co złe. Wtedy mówiło się na to: Babilon.

HR: „Płonie, płonie Babilon”. Wiem, o co chodzi, ale trochę to naiwna wizja.

Być może, ale ludzie, którzy unoszą się nad ziemią, też są potrzebni. Albo tacy, którzy robią to parę razy w tygodniu. Jestem romantykiem na pół etatu i dobrze mi z tym. Lubię nie być oczywisty. W moim programie bywam idiotą, ale muszę się nieźle napracować, żeby to obronić. Szczególnie przy tak różnych gościach – raz wpadnie Doda, innym razem Jan Nowicki. „Pijąc alkohol, trzeba znać swoją miarę” – powiedział mi kiedyś Franciszek Starowieyski. Zapytałem go dlaczego. „Bo można wypić za mało”. I żyjąc, trzeba znać swoją miarę, bo można żyć za mało. „Ty, Kuba, znasz swoją miarę” – powiedział mi facet, który już nigdy do mnie nie przyjdzie. Taka definicja powoduje, że ja mam ochotę robić swój program, że w ogóle mam ochotę. x
Tekst: Hanna Rydlewska i Adam Radecki