O pocieraniu aksamitem i papierem ściernym

Sposób w jaki dokonała się zmiana ustroju w Czechosłowacji jest nazywany „aksamitną rewolucją”. Zastanawiam się czy męczeństwo też może być takie aksamitne. W ostatni dzień koszmarnego roku 2010 (Smoleńsk) listonosz przyniósł stos listów z życzeniami świątecznymi i wezwanie z IPN. Zostałem poproszony, aby jako świadek złożyć zeznania w sprawie „zbrodni komunistycznej popełnionej w latach 1983-1984 w Barczewie przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego, polegającej na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad pozbawionymi wolności Piotrem Bednarzem, Romualdem Szeremietiewem i innymi”. Wróciły wspomnienia z tamtego okresu.

Latem 1983 r. wraz z Tadeuszem Stańskim i Leszkiem Moczulskim zostałem przetransportowany do więzienia w Barczewie (wcześniej od stycznia 1981 r siedziałem w Areszcie Śledczym na ul. Rakowieckiej w Warszawie). Wraz z nami osadzono kilku przywódców „Solidarności”. Nasze cele znajdowały się w wybudowanym przez Niemców w latach trzydziestych pawilonie. Każda miała powierzchnie ok. 6,5 m kw. Za Niemców były przeznaczone dla jednego więźnia (nas w celi było czterech - czwartym morderca odsiadujący karę 25 lat więzienia).

Cele zimne, zagrzybione, całkowicie zastawione pryczami, stołem, śmierdzącym kubłem (nie było kanalizacji). Drewniana podłoga, przegniła, położna na betonie wylanym bezpośrednio na ziemi. Pawilon ten służył do osadzania więźniów tzw. niebezpiecznych, ukaranych dyscyplinarnie oraz więźniów chorych na żółtaczkę zakaźną, a także dla przestępców hitlerowskich (siedział E. Koch, później przeniesiony w lepsze warunki do separatki szpitalnej). Wszystkich osadzonych dozorowali wspólni strażnicy, którzy pobierali dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia, a więźniowie chorzy zakaźnie i zdrowi korzystali ze wspólnej łaźni.

Zapytałem naczelnika więzienia, czy w takich warunkach powinni być trzymani więźniowie polityczni. Odparł, że w PRL nie ma żadnych więźniów politycznych i będziemy traktowani tak jak inni „kryminaliści”. Okazało się jednak, że nawet tego nie będzie. Na początku grudnia 1983 r. na polecenie z Warszawy „przykręcono śrubę”. Zabrano nam przywiezione z Rakowieckiej własne książki, ubrania, koce i odebrano hurtem wszystkie uprawnienia regulaminowe przysługujące więźniom kryminalnym. Nie mogliśmy np. pisać listów do domu, spotykać się z bliskimi i adwokatami. Mnie dodatkowo odmówiono zgody na pisanie pracy doktorskiej.

Podjęliśmy akcję protestacyjną. Więzienie chciało nas spacyfikować. Większość czasu przetrzymywani byliśmy w kajdankach. Kuto nas w sposób szczególnie dotkliwy – do tyłu, przekuwając jedynie na noc ręce do przodu. Zdarzało się, że oprócz zakucia w kajdany zaklejano nam plastrem usta w identyczny sposób, jak robili to hitlerowcy rozstrzeliwujący Polaków. Zakładano nam kaftany bezpieczeństwa, twierdząc, że jesteśmy psychicznie chorzy. Stosowano też specjalne urządzenie krępujące, wykorzystywane przy wykonywaniu kary śmierci przez powieszenie. Używano gazy paraliżująco-łzawiące.

Świadomie oblewano nam gazem oczy z odległości kilku centymetrów w celu uszkodzenia wzroku. Pamiętam słowa klawisza: „Daj mu mocniej po ślepiach niech oślepnie”. Byliśmy wielokroć zamykani do specjalnej celi. Było to pomieszczenie o pow. 5 m kw., bardzo szczelne, bez okien i dostępu powietrza nazywane z racji szczelności „termosem”. Już po kilku minutach osoby osadzone odczuwały brak tlenu. Wtedy obserwujący nas przez wizjer klawisz otwierał drzwi i... można było oddychać.

Takie podduszanie trwało godzinami. Stański nazwał tę celę „bunkrem głodowym” bowiem zdarzało się, że zamkniętym nie podawano posiłków. Np. w dniach 29 marca do 2 kwietnia 1984 roku osobom przebywającym w tym pomieszczeniu nie podano jedzenia. Podstawą prawną zastosowania takich metod było podobno zarządzenie ministra sprawiedliwości z 1975 roku pozwalające na stosowanie takiego rodzaju tortur.

Po kilku miesiącach nasz protest zakończył się sukcesem. Okupionym jednak dużymi stratami: Kropiwnicki i Słowik głodówką trwającą 64 dni spowodowali trwałe uszkodzenie zdrowia. Piotr Bednarz rozpruł sobie nożem brzuch, cudem uniknął śmierci, ale po wyjściu z więzienia nie był w stanie prowadzić żadnej działalności. Mimo młodego wieku przedwcześnie zmarł. Ja trafiłem do szpitala z poważną niewydolnością serca (kardiolodzy wykryli chorobę wieńcową). Ponadto pod sfingowanym zarzutem pobicia klawisza przygotowano kolejny proces i miałem spędzić za kratami następne kilka lat.

Spotkałem się z taką opinią: „w więzieniach Jaruzelskiego były warunki bardzo różne. A dlaczego różne, kto o tym decydował itd. itp., to jest zadanie dla historyków stanu wojennego.”

Chcąc oceniać represje władz PRL w czasach schyłkowych reżimu musimy zastanowić się czym był wówczas opór. System polityczny rozpadał się, chwiała się potęga sowiecka i przed ludźmi władzy stawało pytanie, czy nie trzeba będzie ponieść odpowiedzialności za popełnione zbrodnie. Po strajkach sierpniowych 1980 r. i powstaniu „Solidarności” reżim wyraźnie zakreślił granice ustępstw; można, uznając „kierowniczą rolę partii” reformować i naprawiać gospodarkę PRL, ale nie wolno domagać się dla Polski niepodległości.

Zamknięcie nas (kierownictwa KPN) w więzieniu w czasie „karnawału Solidarności” wskazywało, co spotka nieposłusznych. Jednak w wielomilionowym ruchu idea niepodległościowa zyskiwała zwolenników. Władze PRL zdawał sobie sprawę, że trzeba znaleźć jakichś sojuszników w społeczeństwie, aby uniknąć najgorszego. Wtedy po komuszej stronie zaczęły pojawiać się opinie, że nie każdy oponent musi być wrogiem.

Analitycy reżimowi bez wątpienia czytali książkę Adama Michnika „Kościół, lewica, dialog” w której autor ogłosił, że głównym wrogiem „lewicy laickiej” jest „polski totalitarny nacjonalizm”. W ośrodkach władzy z czasem pojawił się pomysł wykreowania „opozycji konstruktywnej”, z którą będzie można rozmawiać „jak Polak z Polakiem”, aby zapewnić ludziom władzy bezpieczne lądowanie. Zaczęło się zacieranie dawnego zasadniczego podziału na polską lewicę niepodległościową (PPS) i agenturalną, komunistyczną (KPP-PPR-PZPR).

Jednocześnie przypisywano środowiskom niepodległościowym faszyzm, nacjonalizm, antysemityzm, ciągoty autorytarne. Mimo to KPN zyskiwała na znaczeniu (np. legitymacje konfederackie miało 12% delegatów na pierwszy zjazd „Solidarności”). Wydaje się, że obok wielu przyczyn podjęcia decyzji o stanie wojennym była też chęć odwrócenie niekorzystnego dla władzy trendu. Represje stanu wojennego nie mogły jednak być zastosowane, tylko wobec wrogów reżimu PRL.

Pozostawienie w spokoju przew. Wałęsy i jego doradców skompromitowałoby ich i uczyniło nieużytecznymi w sterowaniu nastrojami społecznym. Dlatego 13 grudnia 1981 r. zamykano wszystkich, traktując możliwie łagodnie, „aksamitnie”, przyszłych partnerów i surowo, „zgodnie z prawem stanu wojennego”, zdeklarowanych wrogów reżimu. To zdaje się powodowało, że w więzieniach Jaruzelskiego były warunki bardzo różne.

Kiedy trafiłem do Barczewa zastanawialiśmy się z Tadeuszem Stańskim co sprawiło, że wywieziono nas z Rakowieckiej. Byli tu „skazani”: Edmund Bałuka, działacz związkowy jeszcze z grudnia 1970 r. (5 lat), Piotr Bednarz zastępca przew. regionu Dolny Śląsk (4 lata), Władysław Frasyniuk przew. regionu Dolny Śląsk (6 lat), Patrycjusz Kosmowski przew. regionu Podbeskidzie (6 lat), Jerzy Kropiwnicki zastępca przew. regionu Ziemia Łódzka (6 lat), Leszek Moczulski KPN (7 lat), Andrzej Słowik przew. regionu Ziemia Łódzka (6 lat). Tadeusz Stański KPN (5 lat), Romuald Szeremietiew KPN (5 lat).

Dlaczego zgromadzono taką grupę w dalekim od stolicy miejscu, co nas łączyło? Otóż wszyscy umieszczeni w Barczewie odrzucali porozumienia z reżimem (Frasyniuk zmienił zdanie po wyjściu z więzienia). Sądzę, że zostaliśmy wyselekcjonowani jako ci, których chciano doprowadzić do takiego stanu, aby nie przeszkadzali w zawieraniu porozumień z ugodowcami. Przypadek Piotra Bednarza wskazuje, że było to realne.

Późną jesienią 1983 r. dotarła za pośrednictwem mojego obrońcy i przyjaciela śp. Jerzego Woźniaka wiadomość, że czerwony rozpoczął poufne rozmowy z wyselekcjonowaną grupą działaczy i doradców „Solidarności” siedzących na Rakowieckiej. W tych kontaktach mieli uczestniczyć przedstawiciele Kościoła, a jakieś rozmowy toczyły się w rządowym pałacyku w Otwocku. To było miejsce gdzie w czasach saskich spotkali się król August II Mocny, który zlikwidował wojsko Rzeczpospolitej (służyli w nim starcy, brakowało broni i koni - na pułk jazdy przypadał 1 koń!) z carem Piotrem I budującym imperialną potęgę Rosji. Obaj monarchowie snuli wtedy plany rozbioru Polski.

Stański zauważył, że teraz w Otwocku też mogą omawiać coś równie paskudnego. Rozważaliśmy, czy możemy w jakiś sposób utrudnić te konszachty. Postanowilismy wykorzystać protest, który podejmiemy w związku z zaostrzeniem reżimu więziennego. Jerzy Kropiwnicki i Andrzej Słowik podjęli bezterminową głodówkę. Była to bierna formą oporu. Moczulski znając nasze obiekcje w sprawie głodowania zaproponował głodówkę „rotacyjną” – kolejnego dnia miała głodować kolejna cela. Był to taki protest na niby. Uznaliśmy z Tadeuszem, że należy podjąć opór czynny, głośny na zewnątrz, aby w konsekwencji zepsuć klimat sprzyjający otwockim spotkaniom.

Więzienie jest miejscem, gdzie panuje cisza. Hałas burzy panujący porządek. Postanowiliśmy więc hałasować o różnych porach dnia i nocy.

Poinformowaliśmy o planie Kosmowskiego. Bez zastrzeżeń zgodził się uczestniczyć w akcji. Namówiliśmy Frasyniuka, nie wspominając o głębszych powodach naszej deczyzji. Nie udało się porozumieć z Bednarzem, który był w głębokiej depresji. Dopiero później dowiedziałem się, że Piotrowi, który przed uwięzieniem był odważny i bojowy, podawano od pewnego czasu leki psychotropowe. Przedstawiliśmy koncepcję Moczulskiemu. Nie zgodził się z nami, wolał głodować „rotacyjnie”. Podobnie uważał Bałuka.

Zostałem przywódcą buntu i ja miałem dawać sygnały do rozpoczynania akcji. Rozpoczęliśmy walkę w czterech i ta grupa została poddana najostrzejszej pacyfikacji. Ciężkie chwile przeżywali też Słowik i Kropiwnicki. Ich usiłowano karmić siłą stosując bardzo brutalne metody. Zgodnie z przewidywaniami protest miał swoje reperkusje poza więzieniem. Mimo izolacji byliśmy w stanie przekazywać grypsy z informacjami o stosowanych torturach. Stało się to przedmiotem pytań dziennikarzy zachodnich na konferencjach prasowych rzecznika rządu Urbana.

W Polsce zjawiła się delegacja szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Nie wpuszczono jej do Barczewa. Zaczęły się interwencje Kościoła, także Ojca Świętego. W końcu władze nie mogły wytrzymać nacisku i polecono naczelnikowi, aby spełnił nasze żądania. Wywalczyliśmy warunki jakie powinny przysługiwać więźniom polityczny. Wygraliśmy. Na pierwszym spotkaniu z adwokatami dowiedziałem się, że w czasie naszego protestu otwockie rozmowy przerwano.

Należałem do wrogów systemu PRL. Był to mój świadomy wybór. W następstwie podjąłem walkę cywilną z reżimem. Walkę, a to oznaczało, że po przeciwnej stronie był wróg, którego należało pokonać. Uwiezienia nie traktowałem jako przerwy w walce. To też było „pole bitwy”. Mam dowód, że tak było - w aktach IPN jest opinia o więźniu Szeremietiewie z Barczewa.

„Zachowanie skazanego od samego początku odbywania kary jest niewłaściwe. Nie przestrzega ustalonego porządku dnia i wymogów regulaminu. Odmawia dostosowania się do ogólnie przyjętych wymogów jak: słania łóżka, meldowania się przełożonym (klawiszom – RSz), wstawania na pobudkę i na apel. Twierdzi, że regulamin wykonania kary pozbawienia wolności go nie dotyczy – domaga się przyznania „statutu więźnia politycznego” (chodziło o status, naczelnik nie zrozumiał - RSz). W stosunku do przełożonych (tj. klawiszy – RSz) jest ironiczno - cyniczny. Bezkrytycznie ustosunkowany do popełnionego przestępstwa oraz obecnego postępowania. Popełnił kilkadziesiąt przekroczeń regulaminowych, za które był łącznie kilkanaście razy karany dyscyplinarnie.

Skazany był inspiratorem wszelkich wystąpień skazanych z pobudek politycznych przeciwko administracji zakładu karnego, co stanowi groźne niebezpieczeństwo dla bezpieczeństwa zakładu. Za stawianie oporu przy wyjściu z celi na przeszukanie był zastosowany w stosunku do skazanego szczególny środek bezpieczeństwa w postaci siły fizycznej w dniu 7.12.1983 r. Za swoje wysoce naganne zachowanie został decyzją Komisji Penitencjarnej w dniu 28.02.1984 r. zdegradowany do rygoru obostrzonego. W dniu 29.03.1984 r. dopuścił się czynnej napaści na wykonującego obowiązki służbowe funkcjonariusza SW.

Ogólna ocena zachowania – negatywna.”

Zastępca Naczelnika Zakładu Karnego,

podpis nieczytelny. 30.03.1984.

Myślę o reakcji prezydenta Komorowskiego na krytyczne opinie po zaproszeniu gen. Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydent podkreślił, że w przeciwieństwie do swoich adwersarzy ma osobiste doświadczenia związane ze stanem wojennym, w wyniku którego nawet trafił do obozu internowania. Mówił: "Być może część tego wściekłego ataku na mnie to po prostu przejaw jakiegoś kompleksu tych, którzy albo czmychnęli za granicę w okresie stanu wojennego i stamtąd byli bohaterami zza płota, albo tych, którzy nigdy nie zaryzykowali niczego i stan wojenny przeczekali spokojnie mocząc nogi w miednicy z ciepłą wodą"

Rzeczywiście Komorowski był od grudnia 1981 do czerwca 1982 internowany w obozie w Jaworzu. Mamy opis obozu:

„Ośrodek w Jaworzu był jednym z kilku zaledwie obozów internowania stanu wojennego, który umieszczono nie w więzieniu, lecz w wojskowym domu wczasowym podległym dowództwu wojsk lotniczych. (...) Był to obóz niewielki, liczba internowanych rzadko przekraczała 60 osób. (...) Cechą najbardziej charakterystyczną, odbiegającą od przeciętnej innych obozów był skład osobowy Jaworza: przebywali w nim intelektualiści - pisarze, artyści, naukowcy i - jak się po kilku latach okazało - przyszli politycy z pierwszych miejsc w kraju.

Ośrodek odosobnienia w Jaworzu, jako jeden z bardzo niewielu w kraju, odpowiadał warunkom internowania zapowiadanym przez władze stanu wojennego: dwa pawilony spełniały standard wczasowy, w pokojach ok. 10 m2, z przedpokojem mieszczącym szafę i umywalkę, mieszkały 3 osoby. Dwa prysznice i cztery kabiny WC na piętrze przypadały na 20-30 osób. Czystość w pokojach, na korytarzu i w pomieszczeniach sanitarnych utrzymywali sami internowani.

W oknach nie było krat, pokoje były otwarte, panowała swoboda poruszania się po korytarzach i wewnątrz pawilonu - ale już nie swoboda wychodzenia na zewnątrz, na teren bez muru i wieżyczek strażniczych. Spacery odbywały się pod nadzorem, w kółko po wyznaczonym terenie. Posiłki, przyrządzane smacznie, podawano do stolików w stołówce. Osobistą kontrolę nad obozem sprawował adiutant gen. Kiszczaka, pułkownik Romanowski - on eskortował transport helikopterami z Warszawy do Jaworza, on też odwiedzał regularnie obóz.

Stała, SB-cka część załogi Jaworza, nie ulegała zmianie ... (..) Opiekę duszpasterską nad obozem sprawował początkowo sam ordynariusz diecezji koszalińskiej, bp Ignacy Jeż; (...) W obozie istniała doskonała samooroganizacja dla zagospodarowania czasu: działała ,,wszechnica jaworzyńska?, której wykłady odbywały się początkowo codziennie - później dwa razy w tygodniu, co sobotę odbywały się wieczory PEN-Clubu, a także wieczory poezji, seminaria historyczne i filozoficzne, spotkania okolicznościowe, działały lektoraty językowe. W Jaworzu - i tylko w nim - pojawił się poważny problem, którego nie znały inne obozy. Była w nim świadomość wyraźnego uprzywilejowania w stosunku do innych miejsc odosobnienia...”

W połowie kwietnia 1981 r. żona Bronisława Komorowskiego skierowała prośbę o udzielenie przepustki jej mężowi ze względu na śmierć dziadka. Komorowski dostał przepustkę i ją przedłużał prowadząc rozmowy z esbekami. Moja żona też występowała o przepustkę dla mnie w związku z pogrzebem babci. Nawet jej nie odpowiedziano. Może dlatego, że rodzice żony nie mogli ją wesprzeć w tych staraniach; ojciec inżynier, w czasie wojny był w Szarych Szeregach, żołnierz AK, matka bibliotekarka – w latach 50. nie przyjęta na polonistykę bowiem była córką przedwojennego policjanta.

A skoro wspomniałem żonę. Mówi Komorowski: „Ale najbardziej byłem z niej dumny, kiedy siedziałem internowany. Ania znalazła Jaworze na mapie, dojechała tam 31 grudnia 1981 roku, brnęła kilka kilometrów przez śnieg, z plecakiem dotarła do ośrodka." Moja Iza nie mogła w grudniu 1981 r. odwiedzać mnie w więzieniu. Sama znalazła się za kratami. Z racji nazwiska ( była tylko szeregowym członkiem „Solidarności”) została o północy z 12/13 grudnia 1981 r. skuta przez esbeków kajdankami i następnie zawieziona do więzienia.

Samochodem ciężarowym z plandeką w zimie, z Leszna – gdzie wówczas mieszkaliśmy - do Ostrowa Wlkp., odległość ponad 100 km. Witali ją w kryminale strażnicy z psami, trzymano w celi stosując surowy regulamin więzienny. Nie było żadnych paczek i tym podobnych fanaberii. Jak się okazało żonę zamknęli, aby wymusić podpisanie lojalki. Nie dała się złamać – zdawała sobie sprawę, że w ten sposób chciano uświnić nasze nazwisko – w „Trybunie Ludu” napisaliby, że Izabela Szeremietiew popiera stan wojenny. Po wyjściu z więzienia spotkał ją prezent od tzw. naszych.

Kolega pojechał do działającego przy Kościele ośrodka pomocy represjonowanym. Powiedział, że zgłasza osobę bez środków do życia, która ma męża w więzieniu, a sama niedawno wyszła z internowania. Usłyszał: „oczywiście trzeba pomóc, jak ta pani się nazywa”. Podał nazwisko: Szeremietiew. „To nazwisko nas nie interesuje” – usłyszał.

Komorowski szczyci się dzielną żonę, która pierwsza „przedarła się” do Jaworza i dostarczyła mu paczkę. Moja żoną musiała z Leszna Wlkp. do Barczewa pod Olsztynem (gdzie siedziałem) najpierw pokonać 700 km pociągiem, co trwało ponad dobę i mogła raz na miesiąc dostarczyć 3 kilogramową paczkę, jak przewidywał regulamin, a w niej to, co mogła kupić na kartki, odejmując sobie od ust. Zdarzało się kilka razy, że pod bramą więzienia mówiono jej, iż odebrano mi prawo do widzenia i musiała wracać z niczym. Do dziś pamiętam, jak kiedyś przyjechała do mnie zimą, miała na nogach grube skarpety i letnie buty z odkrytymi palcami. Nie miała pieniędzy na kupno zimowych butów.

Byliśmy obaj z Bronkiem prześladowani przez reżim PRL. Przy czym jego „czerwoni” potraktowali aksamitem, a takich jak ja chyba papierem ściernym. Nie skarżę się, chciałbym jedynie, aby pan prezydent używał argumentu swego męczeństwa z pewnym umiarem. I chyba warto pamiętać kto kim był, lub "gdzie stał", a raczej gdzie i jak siedział.


Romuald Szeremietiew
teksty autora...
www.szeremietiew.blox.pl

4.89655
Ocena czytelników: 4.9 (głosów: 29)
 
To jest: Krzysztof M

Pouczające to. Dziękuję.

Pouczające to. Dziękuję.

A co dziś wiemy o Piotrze Bednarzu? Co o nim wiedzą ludzie młodzi?

To jest: Rozpuszczalnik

Wstrząsające.

A ten drugi wciąż w aksamitach.
Na opublikowanej w dzisiejszym Naszym Dzienniku fotografii, ma wygląd kiszonego ogórka, trzymanego w słodkich ramionach:

Komorowski Michnik II.jpg

Nie miałem pojęcia, że "pocieranie papierem ściernym" mogło aż tak wyglądać.
Wyrazy szacunku, Panie RSz.

To jest: RemWM

"Anegdotka interniowaniowa" - wysoce niesmaczna

14 grudnia 1981 r. internowano również dr K. syna gen.K - byłego v-min. MSW, byłego szefa m. in. wywiadu Informacji Wojskowej itd. Matka owego dr, (którego nazwiska ujawnić nie mogę, gdyż swego czsu był doradcą premiera Cimoszewicza, a dzisiaj jest doradcą i zusznikiem najbliższych doradców premiera Tuska, tudzież kompanem od kieliszka szefów przynajmniej dwu służb specjalnych, i jednym telefonem wsadzi mnie do mamra na 72 h za złe przejście ulicą. - Bynajmniej nie przesadzam)- jako ostatnia żyjąca członkini KC moskiewskiego Kominternu, tudzież posiadaczka stosownych wysokich sowieckich, chlebowych orderów, zadwoniła bezpośrdnio do Moskwy i powiedziała co myśli o "uwięzieniu" swojego syna! Na trzeci dzień z rozkazu gen. Paszkowskiego, szefa lotnictwa PRL-u synek został helikopterem z Koszalina odwieziony do Warszawy. Od tamtej pory wszędzie można przeczytać, jak strasznie cierpiał, i jak to był internowany w Stanie Wojennym.

Remigiusz Włast-Matuszak

ps. zaznaczyłem, że anagdotka jest niesmaczna, dlatego upraszam Pana Dantego, Pana Sławka i paru innych sympatyków GW, by jej nie czytali i sobie darowali ewent. komenty.

To jest: Krzysztof M

Niezła jazda

:-)))))

PS. Bardzo proszę, niech pan to wszystko spisuje. Nie musimy wiedzieć, że pan to robi. Ani gdzie jest szuflada, gdzie to leży. Ale niech pan spisuje.

To jest: Corve

Dziękuję

Więcej takich tekstów może ludziom otworzą się oczy.

To jest: Michał Pluta

Świetny tekst i bardzo pouczający. Dziękuję!

Świetny tekst i bardzo pouczający. Dziękuję!

Michał Pluta

To jest: Alej

Dzięki

5

To jest: Mariusz Wiącek

Męczeństwo na pluszowym krzyżu.

5

Takie to sformułowanie ukuł Stanisław Michalkiewicz przed laty. Pasuje jak ulał.
Mnie nurtuje natomiast pytanie na ile obecna opozycja jest sterowane/infiltrowana, aby program wyborczy skrócony do hasła byle nie Kaczyński potrafił skutecznie dawać szansę na wygrywanie kilku wyborów z rzędu.

co robić aby nie psuć gospodarki?

Pozostawienie w spokoju

Pozostawienie w spokoju przew. Wałęsy i jego doradców skompromitowałoby ich i uczyniło nieużytecznymi w sterowaniu nastrojami społecznym. Dlatego 13 grudnia 1981 r. zamykano wszystkich, traktując możliwie łagodnie, „aksamitnie”, przyszłych partnerów i surowo, „zgodnie z prawem stanu wojennego”, zdeklarowanych wrogów reżimu.

Niestety dla Polski i Polaków - dopiero po latach - (po owocach) poznaliśmy, kto był pocierany aksamitem a kto papierem ściernym.
Obecnie, już wszystkich Polaków pociera, jak leci, stalową raszplą - niejaki Gross - co jest konsekwencją wcześniejszego pocierania aksamitem, wybranych kanalii.

chłop jag

Nalezy sie przygotowac.


Dziekujemy za te wspomnienia, nie pozostawiajace zadnych zludzen co do innego losu "styropianowej", licencjonowanej przez sowieciarzy -"opozycji".
To wazne wspomnienia.Wazne dlatego, bo...ponadczasowe -pokazujace dzialania rezymu, broniacego "wartosci" przed silami niepodleglosciowej opozycji.

Pana nastepcy, p. Szeremietiew, dostapia samych "zaszczytow". Wg. mnie demo-liberalny rezym moze sie nawet w przyszlosci, posunac do mordow. Kto mu w tym przeszkodzi? Kto je wspomni w europejskiej, demo-liberalnej prasie?

Juz dzis, tepiac "anty -demokratyczna" opozycje, "sily porzadkowe prez. Komorowskiego" stosuja - np. wobec ONRu - te same esbeckie metody : zatrzymywania, bezprawne rewizje, niszczenie mienia prywatnego...Kiedys Rubikon przekrocza.

Jerzy Kleban

Errata.

Jest "ONR" a chcialem oczywiscie napisac "NOP" -"Narodowe Odrodzenie Polski". Przepraszam.

Jerzy Kleban

To jest: Mariusz Wiącek

Poskładać ten obrazek.

W to zdanie ja nie uwierzę nigdy: Ale najbardziej byłem z niej dumny, kiedy siedziałem internowany. Ania znalazła Jaworze na mapie, dojechała tam 31 grudnia 1981 roku, brnęła kilka kilometrów przez śnieg, z plecakiem dotarła do ośrodka."

W Styczniu 1982 roku urodził się mój syn. Trzeba zawiadomić teściów, mieszkających w innym województwie. Telefony w łączności między wojewódzkiej nie działają. Co robić? Poradzono mi telegram. Napisałem telegram, Na telegramie pieczątkę przybił ordynator oddziału noworodków, uwiarygodniłem to w Urzędzie Stanu Cywilnego i poszedłem po akceptację do Urzędu Spraw Wewnętrznych (dzisiaj komenda policji). Tak uzbrojony napisałem że Ewa urodziła syna i jego imię. Pani na poczcie przyjęła telegram pieczęcie i podpisy zrobiły wrażenie.

Jakież było moje zdziwienie gdy mieszkania moich rodziców o godzinie 18 (trzy po nadaniu telegramu) przyszła wystraszona pani z poczty i oddała pieniądze mówiąc że telegram nie przeszedł bo cofnęła go cenzura wojskowa.

Teściowa przyjechała dno nas dwa miesiące później - bo wyżebrała jakąś delegację do mojego województwa i mogła wracać do siebie przez moje miasto, ale musiała podbić delegację na dworcach PKS-u przejeżdżanych miast.

Ja nie byłem żadnym konspiratorem, czy wielkim działaczem -a miałem trudność z przekazaniem prostej życiowej informacji, tak że informowanie o tym że żona internowanego działacza 31 grudnia mogła się bez przeszkód do niego dostać uważam za stulanie bajek.
Ja w to po prostu nie wierzę.

Pierwsze dni stanu wojennego pamiętam, pracowałem na dwie zmiany, powrót po godzinie 23 pełno patroli na ulicach. Pamiętam jeszcze jedno zdarzenie, dostałem większy pokój w hotelu robotniczym gdzie mieszkaliśmy, zatelefonowałem do kolegi: słuchaj Krzysiek zaczynamy akcję przeprowadzka i słyszę w słuchawce rozmowa kontrolowana i nagłe przerwanie rozmowy.

co robić aby nie psuć gospodarki?

To jest: mikolaj

Ma Pan racje - trzeba jednak wziasc pod uwage,

ze zona Pana Komorowskiego miala rodzicow (co prawda w 1981 r juz na emeryturach) - pracownikow centrali MSW ( a dawniej SB), a Pan Komorowski ( jak przystalo na prawdziwego Wallenroda) zamieszkiwal, wraz z zona w "resortowej" kamienicy.
To - co dla Pana (i dla wiekszosci owczesnych zwyklychobywateli o opozycjonistach nie wspominajac) bylo niemozliwe - w tym dobrym towarzystwie bylo na porzadku dziennym - wszak wystarczylo pojsc "do sasiada" generala MSW, czy poprosic ojca o "zalatwienie" przepustki....

Dwa swiaty - i dwie rozne historie...

To jest: Mariusz Wiącek

To co innego

W takim razie ni opowiadajmy dyrdymałów: o bohaterskim przebijaniu się do uwięzionego męża, no chyba że chodziło o możliwość zamarznięcia.

co robić aby nie psuć gospodarki?

To jest: mikolaj

Gombrowicz mawial, ze kazdemu mozna dorobic "gebe".

Komorowski sam sobie dorabia...

To jest: StefanDetko

Twarda obróbka uszlachetnia diament

causa Romualda Szeremietiewa wpisuje się w logikę procesu restauracji systemu sowieckiego, jaki miał miejsce - używając skrótu myślowego - w Magdalence...

Jak wiadomo, najwartościowsze brylanty powstają w wyniku najtwardszej obróbki...
Przyzwoici Ludzie, Patrioci i Niepodległościowcy, tacy jak Romuald Szeremietiew, nie mają "zastosowania" w systemie politycznym, w którym Orła Białego otrzymują piewcy Stalina i kolaboranci KGB, i w którym człowiek do cna sowiecki, organizator tego systemu w Polsce, rozpryskując wokół krew Stoczniowców i Górników, wchodzi do Pałacu Prezydenckiego, "udzielać" porad.

Jestem bardzo ciekaw, który z dyżurujących tu "oponentów" ośmieli się napisać, iż jego zdaniem RSz. - w imię wyższej racji stanu - też zaprosiłby pana Jaruzelskiego do Pałacu...
z poważaniem
Marek Stefan Szmidt
Ceterum censeo Conventum esse delendum.

Różne były drogi pokojowej

Różne były drogi pokojowej walki z komuną ale wybrana przez R. Szeremietiewa niewątpliwie najbardziej ryzykowna. Dziś czytając ściska się gardło. Cóż więc dopiero wtedy. Oni przecierali szlaki. Nie wiedzieli czy przeżyją, czy zaznają życia rodzinnego. Historia komunizmu dawała raczej negatywne odpowiedzi.Niewątpliwie byli pierwszą linią oporu.Dzięki nim inni byli traktowani bardziej łagodnie (jako mniej radykalni).
Można się dziś spierać czy ta droga była skuteczna. Można z tą drogą się zgadzać lub nie ale nie można zarzucić by w tej drodze wyznaczyłi sobie wroga wśród innych nurtów opozycji. Michnik w tekście "Kościół, lewica dialog" ogłosił że głównym wrogiem „lewicy laickiej” jest „polski totalitarny nacjonalizm".
Gdzie on widział TOTALITARNY NACJONALIZM.
To sformułowanie to była prawdziwa lojalka. Wskazał komunie wspólnego wroga. Do dziś zbiera profity tej lojalki i nadal jest wierny tej linii. Tylko to co dla niego jest totalitarnym nacjonalizmem, dla nas jest patriotyzmem.
Pozdrawiam.

"Prawdopodobieństwo przypadkowego powstania pierwszej komórki jest równie małe jak narodziny Boeinga 747 wskutek tornada wirującego na złomowisku." prof. Fred Hoyle

To jest: Alej

Ciekawe:

Dzięki nim inni byli traktowani bardziej łagodnie (jako mniej radykalni).

Ciekawe.
Jakoś tak pamiętam, że i 3 stycznia 1981 w Radomiu i w pierwszych miesiącach stanu wojennego najradykalniejsi byli akurat ci traktowani, jak się dowiadujemy, "bardziej łagodnie".

Coś mi się musiało poplątać, bo jakżeż to ...?

Domyślam się, że chciał pan napisać tak:

"Jakoś tak pamiętam, że i 3 stycznia 1981 w Radomiu i w pierwszych miesiącach stanu wojennego najbardziej radykalni - traktowani byli bardziej łagodnie".
Czy się mylę? Jeśli coś mi się poplątało - proszę o naprowadzenie mnie na właściwy trop. A przy okazji - co się ważnego działo w Radomiu 3 stycznia 1981, że przywołuje pan ten dzień?

antares

To jest: Alej

Myli się Pan

Napisałem to co chciałem i radbym by tak to odczytywać.

Rzecz jasna po uwzględnieniu ewidentnej pomyłki - chodzi oczywiście nie o 3 stycznia, a o 3 grudnia.
Odbyło się wtedy ostatnie przed 13 grudnia posiedzenie Komisji Krajowej NSZZ "S".
Sporządzone tam potajemnie nagranie służyło ówczesnej propagandzie do uzasadniania wprowadzenia stanu wojennego.
Bo były to wojownicze wezwania do rozprawienia się z "komuchami" i zapewnienia, że "bój to będzie ich ostatni". Autorami tych enuncjacji byli akurat ci, o których teraz dowiaduję się, że traktowani byli "bardziej łagodnie".

Skądinąd próbowałem na temat posiedzenia "krajówki" z 3 grudnia 1981 w Radomiu coś znaleźć w Sieci (by sprawdzić czy dobrze pamiętam). Bez powodzenia.

Pamiętam też doskonale kto na początku stanu wojennego nawoływał Polaków by każdy z nas został "małą przenośną barykadą".
Nie był tym kimś pan Romuald Szeremietiew.
Ten "ktoś" nie tylko nawoływał, pisał też w więzieniu listy (otwarte), a nawet potrafił napisać książkę.

To jest: RSz

"Myli się Pan" - kto się myli?

1. POWSTANIE

Pamiętam też doskonale kto na początku stanu wojennego nawoływał Polaków by każdy z nas został "małą przenośną barykadą".
Nie był tym kimś pan Romuald Szeremietiew.

Rzeczywiście nie nawoływałem do walki zbrojnej. Tym kimś nawołującym na pocz. stanu wojennego był Jacek Kuroń. Tomasz Wołek, w recenzji książki Adama Michnika „Wściekłość i wstyd” (Gazeta Wyborcza, 03.03. 2006.) , tak ocenia to Jackowe „nawoływanie”: "(...) zdarzały się omyłki zgoła horrendalne. Tak było w 1982 r., kiedy odcięty od świata Kuroń wzywał zza krat do „ataku na ośrodki władzy i centra informacji” – czyli de facto do powstania narodowego. Szczęście, że ten apel nie dotarł do zapalnej młodzieży. Mogłoby się skończyć niewyobrażalną tragedią... Stwierdzenie (Michnika – RSZ.), iż wówczas „Jacek wierzył w możliwość prędkich rozstrzygnięć”, jest eufemizmem". To wezwanie Kuronia było głupie, by nie powiedzieć - bezrozumnie zbrodnicze. „Solidarność” nie miała przecież żadnych struktur zbrojnych. Wzywanie nie przygotowanych na walkę zbrojną bezbronnych ludzi do atakowania „ośrodków władzy”, gdy reżim wyprowadził uzbrojoną po zęby armię, skończyłoby się masakrą atakujących. Wzywanie w tamtym czasie do powstania jest więc co najmniej dowodem braku odpowiedzialności. Bez wątpienia nie zasługuje na uznanie.
Jako kierownictwo KPN od początku zresztą uważaliśmy, że nie będziemy mieli szans w starciu z reżimem PRL jeżeli podejmiemy walkę zbrojną . Szanse na zwycięstwo widzieliśmy w walce cywilnej.
Na marginesie: Po „okrągłym stole” Kuroń mówił, że jego wezwanie do powstania wynikał z przekonania, że władze ostatecznie zamknęły drzwi do porozumienia. Podkreślał, że nie miał racji i wtedy wygłupił się.

2. RADOM

Bo były to wojownicze wezwania do rozprawienia się z "komuchami" i zapewnienia, że "bój to będzie ich ostatni". Autorami tych enuncjacji byli akurat ci, o których teraz dowiaduję się, że traktowani byli "bardziej łagodnie".

No to trochę więcej na ten temat, czyli jeden przykład: wiceprzewodniczącym MKZ radomskiej "Solidarności był nasz kolega z KPN nieżyjący Jacek Jerz.

„Jacek Jerz był współzałożycielem radomskiej "Solidarności", Konfederacji Polski Niepodległej i Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania (KOWzP). Był NSZZ "Solidarność" a następnie członkiem Zarządu Regionu. Przewodniczył radomskiej KPN, a po aresztowaniu przywódców KPN znalazł się w ścisłym kierownictwie ogólnopolskim Konfederacji, tzw. "Siódemce". Był członkiem władz krajowych KOWzP, który na jego wniosek został uznany przez I Krajowy Zjazd NSZZ "Solidarność" za oficjalną agendę praworządności "Solidarności". Jacek Jerz był inicjatorem najważniejszych działań opozycyjnych i niepodległościowych na Ziemi Radomskiej, w tym strajku okupacyjnego i późniejszego przejęcia budynków WRZZ (reżimowych związków zawodowych) na siedzibę NSZZ Solidarność, strajku studenckiego na radomskiej WSI, wybudowania pomnika katyńskiego na radomskim cmentarzu rzymskokatolickim (przygotował i wkopał krzyż brzozowy, który przez lata stał w miejscu obecnego pomnika) oraz pomnika Czerwca '76 (współorganizował jego odsłonięcie i uroczyste obchody rocznicy w 1981 r. z udziałem L. Wałęsy i A. Walentynowicz). W 1981 r. Jacek Jerz brał udział w rozmowach ze stroną rządową na temat ukarania winnych i rehabilitacji ofiar Czerwca '76, co doprowadziło do usunięcia skompromitowanych "|ścieżkami zdrowia" I sekretarza PZPR Prokopiaka i komendanta wojewódzkiego MO Mozgawy, walczył o przekazanie budynków MO i SB na potrzeby szpitala wojewódzkiego, zorganizował ogólnopolski zjazd KOWzP w budynku NOT w Radomiu. Jerz współorganizował największe w regionie manifestacje, w tym obchody Święta Niepodległości 11 listopada 1981 r., w trakcie których w przemówieniu na Rynku starego miasta wobec kilku tysięcy zgromadzonych wypowiedział się o sowieckiej okupacji, Katyniu, Jałcie i ofiarach komunizmu oraz stwierdził, że celem działań jest obalenie zbrodniczego ustroju oraz wolna i niepodległa Polska, a nie jedynie reformowanie socjalizmu. Było to jedno z najodważniejszych publicznych wystąpień czasów pierwszej "Solidarności".
Jacek Jerz był delegatem na I Krajowy Zjazd NSZZ "S" w Gdańsku Oliwie gdzie m.in. przedstawił w imieniu władz KPN Plan Stabilizacji Gospodarki - pierwszy pro-rynkowy program gospodarczy w PRL. Kandydował do Komisji Krajowej "Solidarności" i uczestniczył w jej pracach. Był inicjatorem ważnego, zamkniętego posiedzenia Komisji Krajowej w hali "Radoskóru" w Radomiu (własnie to 3 grudnia 1981 r. - RSz), brał udział w obradach KK w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego.
Aresztowany w nocy 12/13 grudnia 1981 r. po powrocie z obrad KKP NSZZ "Solidarność" w Gdańsku, został pobity i wywieziony do lasu pod Radomiem gdzie w środku nocy usiłowano wyrzucić go z samochodu na leśną polanę. Ponieważ próby te nie powiodły się, pozostaje jedynie domyślać się czy miało to być zastrzelenie "przy próbie ucieczki" czy jedynie zastraszenie.
Jerz był jednym z najdłużej internowanych działaczy w kraju - ponad 12 miesięcy - przebywając kolejno w więzieniach w Kielcach, Radomiu, Gębarzewie, Bydgoszczy (szpital więzienny) oraz Kwidzynie. Wolność odzyskał dopiero 19 grudnia 1982, tj. w dniu zawieszenia stanu wojennego. Jednocześnie Prokuratura Wojskowa w Warszawie wszczęła przeciwko niemu postępowanie "o kierowanie nielegalnym związkiem mającym na celu obalenie ustroju PRL" w ramach procesu kierownictwa KPN; postępowanie to umorzono w dniu jego śmierci. W trakcie internowania w Kwidzynie, podczas pacyfikacji protestów głodowych, Jacek Jerz został kilkakrotnie ciężko pobity.
Zmarł nagle 31 stycznia 1983 r. w wieku 38 lat, zaledwie miesiąc po opuszczeniu więzienia. Jego pogrzeb stał się wielką manifestacją z udziałem ponad 10.000 mieszkańców Radomia i było to jedno z największych zgromadzeń w historii miasta. W dzień po pogrzebie grób Jacka Jerza został sprofanowany przez funkcjonariuszy SB, którzy połamali wiązanki i powyrywali szarfy - raport zachował się w archiwach, a jeden z funkcjonariuszy awansował i sprawował przez wiele lat eksponowaną funkcję w radomskiej policji.
Jerz oceniany był przez SB jako jeden z największych i najbardziej zdeterminowanych wrogów ustroju w kraju, a nadzór nad jego inwigilacją prowadziło kierownictwo MSW, w tym („ludzie honoru” - RSz) generałowie Kiszczak i Ciastoń. Wśród zachowanych dokumentów jest polecenie (sygnowane przez szefa SB w Radomiu płk. Stefana Ostapińskiego) zastosowania wobec niego po opuszczeniu ośrodka internowania uzgodnionych cytat: "przedsięwzięć specjalnych", co w kontekście jego śmierci zaledwie kilka tygodni później oraz w zestawieniu ze wcześniejszą próbą otrucia w Radomiu Anny Walentynowicz, skłania co najmniej do refleksji. Wobec krążących wśród radomian w lutym 1983 r. pogłosek o spowodowaniu jego śmierci przez SB, zarządzono przymusową sekcję zwłok, którą przeprowadzili wyselekcjonowani lekarze MSW i orzekli "zawał serca".
W 1990 roku radni Rady Miejskiej w Radomiu zmienili nazwę ulicy Gwardii Ludowej na ul. Jacka Jerza. Po kilku latach nowa, tym razem zdominowana przez SLD, Rada Miejska zmieniła nazwę ulicy ponownie na Gwardii Ludowej co odbiło się szerokim echem w całym kraju . Obecnie ulica nosi kompromisową nazwę Rodziny Winczewskich, działaczy Armii Krajowej.”

Na temat Jacka można przeczytać: http://www.polonus.mojeforum....
Jak więc widać, władze PRL doskonale wiedziały, kto jest ich wrogiem, i stosownie do tego postępowały. Wiedziały też kto w Radomiu bez groźnych dla reżimu konsekwencji tylko chlapał jęzorem „o targaniu po szczękach”.

3. KSIĄŻKA

Ten "ktoś" nie tylko nawoływał, pisał też w więzieniu listy (otwarte), a nawet potrafił napisać książkę.

Zdaje się, że to nie „ktoś” Kuroń w więzieniu „potrafił napisać książkę”. Książkę napisał Adam Michnik. Nie jestem pisarzem na miarę Michnika, ale książki pisać potrafię. A jednak poza kilkoma listami otwartymi (nt. tortur) i pewną ilością tajnych instrukcji organizacyjnych nie udało mi się nic więcej za kratami napisać. W więzieniu zastanawiałem się jakich sposobów używa Michnik, że potrafi w celi pisać książki, które "Kultura" czy "Aneks" zaraz drukują. Ja moje notatki musiałem pisać maczkiem na mini karteczkach i w przemyślne sposoby, myląc klawiszy, przemycać na widzenia - jeśli je miałem - by niepostrzeżenie przekazywać żonie lub adwokatowi. Tadek Stański żartował, że Michnik swoje teksty z racji objętości musi wynosić na widzenia w konewce.
Trafiłem nie dawno na wspomnienia gen. Kiszczaka. Pisze on, jak to skrytykowany ostro w jakimiś liście otwartym przez siedzącego na Rakowieckiej Adama z podziwu dla jego odwagi kazał wstawić mu do celi kolorowy telewizor. Odtąd mógł Adam oglądać Jaruzelskiego w kolorze. W tym czasie w mojej celi stał śmierdzący kubeł na odchody.
------------------------------------

PS 1. czyli co strasznego stało sie w Radomiu.
Zebrani tam stwierdzili: „rząd wybrał drogę przemocy, a odrzucił możliwość dialogu ze społeczeństwem”. Podkreślono, że „rząd postanowił utrzymać dotychczasowy system rządzenia gospodarką, powodując jednocześnie drastyczne obniżenie stopy życiowej ludności”, a także ostrzegano, że „zapowiadane przez władze partyjno-państwowe wprowadzenie tzw. środków nadzwyczajnych oznacza próbę likwidacji praw obywatelskich i pracowniczych wywalczonych w 1980 roku”. W tej sytuacji KK postanowiło „rozważyć przygotowanie strajku generalnego jako odpowiedzi na wypadek wprowadzenia stanu wyjątkowego”. Związek, jako minimum konieczne do uzyskania porozumienia uznał: „zaprzestanie represji, uchwalenie Ustawy o związkach zawodowych, demokratyczne wybory do rad narodowych, utworzenie Społecznej Rady Gospodarki Narodowej oraz dostęp do środków masowego przekazu”. Prezydium KK obradujące wespół z przewodniczącymi regionów w Radomiu stwierdziło, że także ewentualne siłowe stłumienie strajków studenckich przez władze, zostanie potraktowane, jako atak na "Solidarność" i spowoduje uruchomienie środków, które przewiduje Statut.

Prawda jakie straszne? "Ludzie honoru" nie mieli wyboru, musieli wyprowadzać czołgi.

PS 2. Nieśmiała rada.

Napisałem to co chciałem i radbym by tak to odczytywać.

Na przyszłość radzę chwilę dłuższą pomysleć nim Pan zechce coś napisać.

R. Szeremietiew

To jest: Alej

Szanowny Autorze, podłamał mnie Pan

Wygląda na to, że ma Pan rację radząc mi "chwilę dłuższą pomyśleć nim zechcę coś napisać."
Do głowy mi nie wpadło, że mój wpis da się tak zrozumieć jak to zrobiliście Pan i pan Antares.

Mój wpis był przecież komentarzem do twierdzenia pana "A propos": "Dzięki nim inni byli traktowani bardziej łagodnie (jako mniej radykalni)."
Próbowałem zwrócić uwagę na to, że EWIDENTNIE INNE były powody tego "bardziej łagodnego" traktowania.

Jak mi się wydaje pański wywód wyraźnie moją opinię potwierdza.
Potwierdza to, że głównym powodem "niełagodnego" traktowania niektórych (w tym Pana) było przekonanie ówczesnych władz, że to właśnie oni (w tym Pan) są dla nich niebezpieczni.

Nie radykalizm (Pan przecież do wojny domowej nie nakłaniał) a niebezpieczny realizm był powodem tego, że Pan miał w celi kibel zamiast kolorowego telewizora.

Przykro mi, że zostałem najzupełniej opacznie (radykalnie odwrotnie niż chciałem) zrozumiany, cieszę się jednak z tego, że z pańskiej polemiki ze mną (takim jakiego mnie Pan widział) czytelnicy dowiedzą się o niejednym fakcie, z tych, wiedza o których nie jest powszechna.
Skądinąd nie bez powodów.

Aha, moje "myli się Pan" było potwierdzającą odpowiedzią na pytanie pana Antaresa o to czy nie myli się rozumiejąc moją pierwszą wypowiedź w sposób jaki przytoczył (a więc odwrotnie do moich intencji).

To jest: RSz

Cieszę się...

Cieszę się, że to polemiczne starcie było efektem nieporozumienia. Trochę jednak Pan zawinił używając niedomówień.

A teraz słów kilka nt. opozycji; tzw. nasza strona używała nawet określenia „opozycja demokratyczna” - czy opozycją niedemokratyczną była NSDAP zanim Hitler zdobył demokratycznie władzę?

W każdym razie ja uważałem, że w PRL nie można mówić o opozycji, skoro jej miejsce wg władz jest w kryminale. Uważałem też, że opowiadanie przez nas iż jesteśmy jakąś opozycją może mylić opinię publiczną na Zachodzie – skoro jest w PRL opozycja, więc to jest państwo demokratyczne!
W KPN używaliśmy więc pojęć "przeciwnicy reżimu", "siły niezależne", ale nie opozycja. Wpomniał Pan o radykalizmie. Rzeczywiście uważałem się za radykała. Jednak nie chodziło o radykalizm stosowanych środków, np. walka zbrojna., ale o radykalizm celu. W moim/naszym przypadku celem było odzyskanie niepodległości, co było uważane przez wielu "rozsądnych" za pozbawione realizmu, a nawet szkodliwe (szef SDP red. Stefan Bratkowski ostrzegał, że KPN domaganiem się niepodległości sprowokuje sowiecką interwencję i masakrę).

Poza nami „radykałami” wyróżniałem jeszcze dwa duże nurty polityczne, które nazwałem „lojalistami” i „reformistami”. Ci pierwsi uważali, że skoro jesteśmy w systemie jałtańskim i nie mamy sił by go usunąć, to trzeba zaakceptować rządy PZPR i starać się załatwiać ważne sprawy społeczne trzymając się z dala od polityki. Płaszczyzną takiej akcji miał być NSZZ „Solidarność” w czystej związkowej formule. Ta struktura miała być lojalna wobec reżimu w tym, że nie zamierzano odbierać władzy PZPR. Wzorcem miała być pozycja Kościoła katolickiego, który zachował znaczną niezależność nie zagrażając politycznie władzom. Zdaje się, że zwolennikiem takiej linii był Wałęsa i doradcy z kręgów inteligencji katolickiej. Drudzy, czyli „reformiści” uważali, że celem działania powinien być „socjalizm z ludzka twarzą”. Nawiązywano do nieudanej próby reform w Czechosłowacji (1968) i do zachodniego eurokomunizmu. Reformę PRL jako cel stawiało sobie środowisko KOR, a niewątpliwym liderem tego kierunku był Jacek Kuroń („Rzeczpospolita samorządna”). Środowisko to skupiało głównie dysydentów partyjnych i często dzieci komunistycznych aparatczyków i funkcjonariuszy.

W tych trzech nurtach sił niezależnych oczywiście buszowała i mieszała rozbudowana agentura Służby Bezpieczeństwa.

W miarę jak w Polsce potęgowały się zjawiska kryzysowe, a Związek Sowiecki zaczął się sypać, reżim zaczął szukać kandydatów do „porozumienia”. Było oczywiste, że partnerami mogą być, jeśli zechcą, „lojaliści” i „reformiści”.

Wniosek dla władz PRL: „radykałów” wytępić, lub co najmniej zmarginalizować, z resztą dogadać się dzieląc się władzą zapewniając sobie bezkarność. I tak właśnie się stało.

W przeciwieństwie do 1918 r. odzyskanie niepodległości w 1989 r. jest jakieś szare, nie budzi patriotycznego entuzjazmu. Podejmowano próby wywołania pozytywnych odczuć, ale zdaje się nawet beneficjanci okrągło stołowi czują, że takie zabiegi nie zdadzą się na nic. Ciągle wolimy rok 1918 i 1920 jako odniesienie do niepodległości.
Często jest tak, że postawy patriotyczne współczesnych Polaków wyrażają się w dysonansie do obecnego państwa nazywanego III RP. Były próby pogodzenia polskiego patriotyzmu z współczesnym państwem polskim (IV RP), ale z racji czy to nieudolności PiS, czy może siły obozu III RP (SLD-PSL-PO) to się nie udało. W moim przekonaniu, jeśli Polacy nie przezwyciężą tej zasadncizej sprzeczności patriotyzm versus państwo, to czeka Polskę głęboki kryzys, a może nawet katastrofa.
Pozdrawiam

R. Szeremietiew

Panie Alej

pisząc do p. dr Szeremietiewa "Do głowy mi nie wpadło, że mój wpis da się tak zrozumieć jak to zrobiliście Pan i pan Antares" zaliczył pan mnie do ludzi rozumnych. Dziękuję. Jeśli tak to proszę się zastanowić co powoduje, że pan rozumie te same słowa inaczej. Pozwoli to w przyszłości uniknąć straty czasu na wyjaśnianie kwestii "co pan miał na mysli". Szkoda czasu.

antares

Pan panie Alej genami z marszałkiem Niesiołowskim

się widzę wymienia. Usadził pan sążnistego byka, który świadczy o braku łączności pomiędzy głową a palcami; zaś mnie, ktory grzecznie sugeruje panu sprostowanie oczywistej bzdury zarzuca iż się mylę. Pójdzie pan w posły!

antares

To jest: Alej

Rozpieszcza mnie Pan pochwałami

Rzecz wyjaśniłem w poscie "Szanowny Autorze, podłamał mnie Pan".

A "styczeń" zamiast "grudnia" wziął mi się ... z roztargnienia (Pan coś innego podejrzewa?).
Pisałem akurat w styczniu.

Rozumie pan opacznie!

To nie była pochwała. Nie podejrzewam pańskiego roztargnienia . Zapytałem co się działo w Radomiu 3 stycznia 1981 skoro pan przytoczył tę datę. Dobrze, że nie pisał pan akurat 22 lipca - sytuacja byłaby jeszcze bardziej "klarowna".

antares

Nie wiem co się działo

Nie wiem co się działo 03.01.1981 w Radomiu.Wiem co się działo w kopalni "Wujek"...... Każda ofiara i poświęcenie godne jest szacunku. Czym innym jest jednak atak machiny komunistycznej na rozsadników idei wolności a czym innym na zarażonych "chorobą" wolności i niepodległości. Na ten temat można długo dyskutować.
Było wiele dróg. Było pokolenie które przekazywało pałeczkę myśli niepodległościowej, była "Wilna Europa", ....
Nawet ci co walczyli o "socjalizm z ludzką twarzą",o wieloświatopoglądowość socjalizmu, dodawali innym otuchy. Oni pokazywali że beton komunistyczny pęka, że pojawieją się szczeliny,że jest jakaś alternatywa. Jednak grupa Szeremietiewa była awangardą. Kto tego nie rozumie-niczego nie rozumie.
Nie zmienia tego fak,że w grupie tej znaleźli się konfidenci. Oni byli wszędzie.
Możemy z Szeremietiewem się nie zgadzać dzisiaj, ale za Jego walkę należy się szacunek.

"Prawdopodobieństwo przypadkowego powstania pierwszej komórki jest równie małe jak narodziny Boeinga 747 wskutek tornada wirującego na złomowisku." prof. Fred Hoyle

3 stycznia to było jeszcze kupę czasu

i do stanu wojennego i do Wujka. Stąd moje do p. Aleja zapytanie o dziwaczną w kontekście 13 XII 1981 datę 3 stycznia 1981. Co do dodających otuchy "socjalistów z ludzką twarzą" pozwolę sobie wtrącić trafną nad wyraz uwagę JKM-a iż komuniści zabijają szybko i sprawnie a socjaliści mordują powoli. Czy rzeźnik pierze wieprzka kijem by wlazł łacniej do ubojni czy kusi go miską z mlekiem - na końcu i tak przylutuje obuchem siekiery przez łeb i wsadzi nóż pod żebro.

antares

To jest: RSz

!

Przytoczę opinię przyjaciela z którym siedziałem w Barczewie. Patryk Kosmowski, bo o niego chodzi, mówił: co będzie jeśli kroplę białej farby wpuścimy do beczki z czerwoną farbą? Biała kropla zniknie. O jeśli do beczki z białą farba dodamy kroplę farby czerwonej? Biała farba zaróżowi się. Ot co! Socjalizm z ludzka twarzą - a twarz Stalina nadaje się?

R. Szeremietiew

Wiele było dróg

Dubczek był tak samo niebezpieczny dla Moskwy jak Solidarność.To były etapy zmagań o wolność. Myślę że nie powinno się lekceważyć innych dróg niż proponowała KPN.Sama KPN niewiele by wskórała. W odradzającym się życiu politycznym była jednak niewątpliwie bardzo ważnym punktem odniesienia dla pozostałych uczestników zmagań o Polskę.
Pozdrawiam

"Prawdopodobieństwo przypadkowego powstania pierwszej komórki jest równie małe jak narodziny Boeinga 747 wskutek tornada wirującego na złomowisku." prof. Fred Hoyle

I komunista Dubczek

podobnie jak komunista Dżilas i podobnie jak komunistyczne Lwy: Trocki (Bronstein)i Kamieniew (Rozenfeld) a także Grigorij Zinowiew (Hirsz Apfelbaum) byli niebezpieczni dla Moskwy. Zmagania o Polskę socjalistyczną mnie nie mobilizują a raczej jestem im przeciwny. Solidarność 1980 organizowali Bolki, ale 10 milionów członków Solidarności - to w większosci wrogowie socjalizmu. Solidarność roku 1989 to śmiech na sali. Wyznaczeni przez Kiszczaka przywódcy i masa leniwych i nieporadnych. A latarni przecie tyle było i czeka jeszcze do wykorzystania.

antares

To jest: mikolaj

Wszyscy wiemy (mam nadzieje), ze po Rewolucji Pazdziernikowej

bolszewicy wymordowali lub zeslali na Syberie wiekszosc "bialych" historykow - i zlecili "czerwonym" napisanie Historii Swiata od nowa.
Podobnie (choc jednak moze mniej drastycznie) postapiono w latach 40-tych i 50-tych w PRL-u.
Tej "zreformowanej " historii uczono nas (czyli wszystkich Polakow, ktorzy uczeszczali do szkol w czasach PRL-u) - choc spora czesc nauczycieli (tych przedwojennych) krzywila sie niemilosiernie w czasie "przerabiania" niektorych tematow (niektorzy nawet odwazali sie na niepochlebne komentarze) - lecz w latach 60-tych czy nawet 80-tych - zylo jeszcze sporo ludzi, ktorzy szkoly konczyli w czasach przedwojennych - i zachowywali pamiec (a nawet ja przekazywali mlodszym) o prawdziwej historii.

Gdy nastal rok 1989 - wszyscy mieli nadzieje na wielkie zmiany - i wydawalo sie, ze one nastapily (aczkolwiek zaslaniano sie czesto brakiem dobrych podrecznikow, brakiem wyksztalconych (odpowiednio) nauczycieli, itd. - wszak w Polskich szkolach (mimo zmian) w dalszym ciagu rzadzil i rzadzi afiliowany przy SLD Zwiazek Nauczycielstwa Polskiego...

Od kilku lat w przedstawianiu (oficjalnym- tym szkolnym i medialnym ) wydazen historycznych w Polsce daje sie wyraznie zauwazych "powrot " do tej historii pisanej od nowa w latach 50-tych - i kontynuowanej do dzisiaj - przedstawiajaca historie Polski z jedynie slusznego punktu widzenia: poslusznego dzialacza PZPR, popierajacego "pieriestrojke" i przemiany demokratyczne - ale nie zapominajacego o "tradycjach" PPR i ZPP...

Tylko nieliczne grono politykow zwracalo ( i zwraca) na takie zaklamywanie historii uwage na dodatek - ci politycy najczesciej sa przedstawiani przez media jako "oszolomy" lub katoliccy ekstremisci...

Dzisiaj obowiazuje znowu "nowa historia", ktora mowi o bohaterskiej "walce o wolnosc" Polski niewielkiej grupy ludzi pod przywodztwem Walesy - wspieranych przez .... Jaruzelskiego i Kiszczaka - nie ma wiec miejsca na te setki i tysiace ludzi represjonowanych (w rozny sposob) przez dziesieciolecia, zmuszanych do emigracji czy samobojstw (czesto z "drobna" pomoca...).

NIECH ZYJA BOHATEROWIE!!!

Nam - szarym obywatelom - czujacym sie jeszcze Polakami pozostaje jedynie szansa na utrwalenie wspomnien (bo inaczej zagina ) - i trzeba to robic - z nadzjeje, ze moze za kilka lat ( a moze za kilka pokolen) - ktos bardzo dociekliwy, dojdzie do prawdy...

Poki jeszcze pamietamy - starajmy sie opisac i przekazac innym - swoje wspomnienia - niekoniecznie "aksamitne" - czasem trudne... ale pamietajmy - i przekazujmy te pamiec nastepnym pokoleniom, bo inaczej za kilka czy kilkanascie lat okaze sie, ze i Jaruzelski otrzyma Order Orla Bialego...

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.