Maz Fuzowski, Karolina Szmytko

Muzyka techno-ludowa

14-06-2009 , ostatnia aktualizacja 10-09-2011 17:49
Pierwsza parada odbyła się 20 lat temu i była manifestacją stylu życia fanów muzyki techno. Potem dodano politykę / Fot. Imago/East news

Techno uchodzi za idealną muzykę na imprezy, gdzie królują seks i narkotyki. Ale przez 20 lat istnienia kultura techno dowiodła, że znaczy znacznie więcej.

Rok 1991. Dawny wschodni Berlin. Klub dla młodzieży. Coś pomiędzy świetlicą a dyskoteką. Paul i Sasza puszczają muzykę dla rówieśników. Impreza jest dość monotonna, bo chłopcy mają tylko 20 płyt, które odtwarzają w kółko na zdezelowanym domowym sprzęcie, nieudolnie próbując miksować. Przyspieszają rytm, mieszają Roda Stewarta z amerykańską elektroniką tak, że trudno rozpoznać oryginalne dźwięki. I tak co sobota. Impreza za każdym razem kończy się przed 22, bo Paul musi wracać do domu. Słusznie, ma dopiero 13 lat.

Dziś Paul Kalkbrenner jest jednym z najpopularniejszych niemieckich muzyków techno. Wydał pięć autorskich płyt i kilkanaście albumów z remiksami, występował w niemal każdym zakątku globu. Paul jest także aktorem, choć na razie tylko jednej roli. Zagrał Ikarusa – fikcyjnego muzyka, didżeja i producenta w filmie „Berlin Calling” (premiera 16.06) Hannesa Stoehra. To opowieść o współczesnej berlińskiej scenie techno. O środowisku tworzonym przez profesjonalistów, 30-, 40-, a nawet 50-latków. Ale od czasów, gdy Paul zaczynał, zmieniło się niemal wszystko. Choć przewodnie hasło „Sex, drugs and techno” jest nadal aktualne. – To wszystko jest wciąż modne. Nie można zapominać, że w techno liczy się przede wszystkim dobra, niczym nieskrępowana zabawa – mówi „Newsweekowi” Kalkbrenner.

Film, w którym wystąpił, pokazuje, jak bardzo techno różni się od powszechnego wyobrażenia o nim. „Od techno można z nudów zdechnąć” – śpiewał Maciej Maleńczuk. Może gdyby obejrzał „Berlin Calling”, zorientowałby się, że jego słowa mijają się z prawdą. Techno to ostatni z wielkich gatunków muzycznych. Po nim były tylko czasowe mody. A to avant pop, a to postrock czy powrót do new romantic. Wszystkie wykreowane przez wielkie wytwórnie muzyczne.

Z techno sprawa miała się inaczej. Ten gatunek powstał w podziemiu, w oderwaniu od głównego rynku muzycznego. Dopiero później zawojował cały świat, ale i to na krótko. Także w Polsce techno w kanonicznej postaci okres rozkwitu przeżywało jedynie w latach 90. Jego niekwestionowaną stolicą został Berlin – miasto pełne klubów i specjalistycznych wytwórni.

W tym roku techno obchodzi wielkie święto. Kalkbrenner jest zbyt młody, by pamiętać wydarzenie sprzed 20 lat. A to właśnie 1 lipca 1989 roku pierwsza Love Parade ruszyła z Wittenbergplatz w centrum zachodniego Berlina.

Parada Miłości – kojarzona dziś wyłącznie z muzyką – miała wówczas zupełnie inny wydźwięk. Kilkaset osób postanowiło w tanecznym rytmie poprzeć ideę zjednoczenia Niemiec. Impreza była nawet oficjalnie zarejestrowana jako manifestacja polityczna. A jej hasłem stało się zdanie: „Friede, Freude, Eierkuchen”, czyli: pokój, radość, naleśniki. Żart? Nie do końca. Tymi słowami Niemcy określają sytuację, w której niby wszystko gra, ale brakuje tego, co najważniejsze. Niby jest radość, niby jest pokój, pozory są zachowane, lecz warunków do życia nie ma – trudno wyżyć na samych naleśnikach.

Zdaniem Maren Sextro, współautorki nakręconego w zeszłym roku dokumentu „We Call It Techno” o początkach niemieckiej sceny techno, w Niemczech scena ta rozrosła się do tak niezwykłych rozmiarów właśnie z powodu politycznych przeobrażeń, jakim podlegał kraj. Była ich efektem ubocznym, ale też je wspierała. – Panowała euforia, ludzie chcieli świętować, imprezować, dla wielu z nich kultura i muzyka techno były symbolem wolności, postępu i nowego początku – mówi Sextro.

Nie przez przypadek pierwsza Love Parade po upadku muru berlińskiego odbyła się pod hasłem: „Przyszłość należy do nas”, a kolejna: „Mój dom jest twoim domem, twój dom jest moim”. W tym – jubileuszowym – roku parady jednak nie będzie. Już dawno zamieniła się w komercyjną imprezę, która służy wyłącznie zabawie. I to niekoniecznie przy techno, lecz także przy wielu innych, pokrewnych gatunkach elektronicznych brzmień. Zazwyczaj mało ambitnych.

Pierwszą paradę nieprzypadkowo dobrze pamięta 49-letni Matthias Roeingh. Facet w komicznych i zdecydowanie zbyt dużych okularach. Ale to właśnie zdjęciami z nim chwalą się dziś fani techno na całym świecie. Dla nich Roeingh jest Doctorem Motte, człowiekiem, który wymyślił Love Parade. Żywą legendą. – Techno to była demokratyczna muzyka. Nagle się okazało, że nie trzeba umieć grać na instrumentach. Wystarczy kupić gramofon, płyty i miksować na żywo – tłumaczy „Newsweekowi” Dr Motte.

Techno stało się muzyką tworzoną dla ludu i przez lud. Przez lata jego twórcy dołożyli do melodii z gramofonów klawisze na żywo, potem komputery. Techno jako pierwsze dało muzykom zupełną swobodę, gwarantowało samowystarczalność. Muzyk stał się własnym producentem, a jego dom – studiem nagraniowym.

Nie potrzeba już było drogich, skomplikowanych sprzętów. Wystarczało odpowiednie oprogramowanie, trochę wyobraźni i muzycznego słuchu. – Byle tylko powstał miks emocjonującego, bardzo energetycznego grania z syntetycznym brzmieniem i rytmem pracującej maszyny – mówi Motte. Dodajmy: rytmem 120–130 uderzeń na minutę. Mocnym jak w muzyce punkowej.

To zresztą nie przypadek, że z niej wyrosło wielu twórców techno, w tym sam założyciel Love Parade. Przez niemal całe lata 80. grywał w amatorskiej kapeli Tote Piloten. Gdy tylko miał wolne – a pracował wtedy jako murarz. Pierwszy raz zagrał techno w 1988 roku. Chwilę po tym, jak w sklepie płytowym trafił na pochodzący z Detroit krążek z czymś, co nazywane było na okładce właśnie mianem techno.

Paradoksalnie to nie w Niemczech, ale właśnie w Ameryce powstał ten gatunek. Muzycy z chicagowskich klubów i twórcy należący do prężnie działającej sceny elektronicznej w Detroit szybko przyswoili sobie syntetyczne rytmy. Już w pierwszej połowie lat 80. toporne metrum generowane przez maszyny i automaty perkusyjne Roland połączone z elementami klasycznego disco zawojowało klubowe parkiety. Tak narodził się acid house – muzyka, z której wyewoluowało mniej melodyjne techno.

Jej prorokami stali się trzej czarnoskórzy kumple z Detroit: Juan Atkins, Derrick May i Kevin Saunderson. W 1984 roku Atkins nagrał „Techno City” – jeden ze swoich największych hitów. Cztery lata później techno stało się oficjalną nazwą nowego gatunku muzycznego.

Ale – znów paradoks – Amerykanie inspirowali się dokonaniami niemieckiej grupy Kraftwerk. – Karlheinz Stockhausen i Kraftwerk to prekursorzy techno. Oni wyznaczyli szlaki i pokazali, że elektroniczne brzmienia są genialne – mówi „Newsweekowi” Thomas Andrezak, znany lepiej jako DJ Tanith.

Andrezak to jedna z trzech najważniejszych postaci niemieckiego techno. Wraz z Dr. Motte i Svenem Vathem stworzył wersję techno, którą uznaje się dziś za kanoniczną. Zanim w 1987 roku Tanith zjawił się w Berlinie, organizował pierwsze imprezy taneczne w Wiesbaden. Jako twórca techno debiutował rok później. Szybko dorobił się miana króla hałasu i najostrzejszego didżeja świata. Dziś 47-latek w niemodnej skórzanej kurtce nie wygląda na gwiazdora klubowej sceny. I już nim nie jest. Robi remiksy dla innych artystów, ale sam nagrał tylko jeden krążek, gdy był u szczytu popularności. – Nadal grywam na imprezach, ale częściej zajmuję się produkowaniem płyt i pracą dziennikarza, krytyka sceny techno – mówi Tanith.

Spośród trzech ojców założycieli niemieckiego techno największy komercyjny sukces osiągnął Sven Vath. Były ślusarz z Frankfurtu ma dzisiaj 45 lat. W rodzinnym mieście zbudował prawdziwe imperium – Cocoon. To zarazem agencja koncertowa, najważniejsza dziś wytwórnia płytowa gatunku, a także Cocooon Festival na Ibizie. Sam Vath słynie z niezwykłych, całodobowych występów. Oczywiście we własnym klubie, który także nazywa się Cocoon.

Imperium Vatha to dziś nie tylko techno. To stajnia skupiająca gwiazdy szeroko pojętej muzyki elektronicznej. W tym Jacka Sienkiewicza, jedynego Polaka, który zdobył popularność na hermetycznej niemieckiej scenie, choć nad Wisłą wciąż nie jest zbyt znany.

Przez lata techno dorobiło się złej sławy. Hedonizm, seks, narkotyki – z tym je kojarzono. I przed takim obliczem techno nie ucieka w swoim filmie Hannes Stoehr. Speed, extasy, LSD – to napędza Ikarusa. Bierze ile może, przepuszcza całe oszczędności, aż wytwórnia nie chce wydać jego nowej płyty, bo jest po prostu słaba.

– Extasy, szalony taniec, niekończąca się impreza to styl fanów techno – mówi Stoehr. – Jednak trzeba też dostrzec pozytywy. Techno to kultura tolerancji. Nie jest tajemnicą, że to imprezy techno, pierwsze Love Parade, pomogły w emancypacji homoseksualistów w Niemczech.

Miłośnicy techno uważali się za współczesnych hipisów. Na sztandarach nieśli obok wolności hasła tolerancji i wolnej miłości. Pacyfkę zastąpili symbolem serca. Kwieciste ubrania – kolorowymi, rzucającymi się w oczy strojami. Byle były charakterystyczne, bo techno to subkultura indywidualności. Swego czasu jej członków można było poznać po oryginalnych białych rękawiczkach. Ale te czasy minęły. Wystarczy zajrzeć do słynnego berlińskiego klubu Tresor – kultowego, istniejącego od 1988 r. lokalu przy Potsdamer Platz w Berlinie – aby zauważyć, jak dużo się zmieniło.

Nie spotkamy tam już wielu freaków z kolorowymi fryzurami. Fana techno trudno dziś odróżnić od innych. Przemija ideologia czy specyficzna subkultura towarzysząca techno. Muzyka przestaje być masowa, staje się bardziej elitarna. Po tłustych latach 90., gdy była wszędzie, w telewizji i radiostacjach, nastąpił przesyt. Techno się po prostu przejadło. Zaczęło powrót do swoich muzycznych korzeni. I dzięki temu ocalało.

Postać Ikarusa z „Berlin Calling” to metafora historii niemieckiego techno. Tak jak taneczna elektronika Ikarus stanął na nogi po czasach słabości. Nie gra już dla dzieciaków, które wciąż wolą komercyjną sieczkę z cyklu popularnych imprez pod szyldem Mayday, lecz dla bardziej wyrobionych słuchaczy. Wydał w końcu nowy krążek, a jego muzyka, dojrzalsza i bardziej ambitna, znów przyciąga do klubów tłumy.

– Z techno jest dziś trochę tak jak kiedyś z rock and rollem. Ludzie mówili, że kiedy Elvis Presley zmarł, rock and roll się skończył – twierdzi reżyser „Berlin Calling”. – Ale po „Królu” przyszli jego następcy. Tak jest z muzyką i całą kulturą, która wokół techno się wytworzyła. Od czasu kiedy powstała, ulega ciągłej transformacji. Zmieniają się style, mody, ale klasyczne techno wciąż ma się dobrze. I mało prawdopodobne, by nagle o nim zapomniano.

Komentarz
Komentarze: Wszystkie | Popularne | Data: Rosnąco | Malejąco
  • ZWIŃ
    0 0
    Zofia RRM Toruń, 10-09-2011 17:48 RADZE ZAZNAJOMIC SIĘ ZE ŚWIADECTWEM LECHA DOKOWICZA

    I DOWIEDZIEĆ SIĘ CZYM JEST TO SZATAŃSKIE TECHNO.

    Zgłoś Odpowiedz
Komentarze: Wszystkie | Popularne | Data: Rosnąco | Malejąco