/

Marek Falenta – życiorys

Nazywam się Marek Falenta. Parafrazując klasyka, urodziłem się w Legnicy w 1975 roku we wrześniu. Znaczy, w połowie września. Właściwie w drugiej połowie września. Dokładnie 26 września.
Do niedawna w ponad 30 spółkach, w których miałem udziały, zatrudniałem ok. 2000 osób a spod mojej ręki wyszło kilkudziesięciu milionerów. W międzyczasie zwiedziłem prawie cały świat. Do czasu wybuchu afery podsłuchowej omijałem media szerokim łukiem, stąd wiele osób zupełnie nie wiedziało kim jestem. Teraz się to zmieniło. Chcąc walczyć o swoje dobre imię muszę rozmawiać z dziennikarzami, chociaż każdorazowo świadomość ta wywołuje u mnie zimne poty. Na szczęście wszystkie swoje działania w biznesie opierałem na przyjacielskich relacjach, które teraz procentują. W całej swojej dotychczasowej karierze poznałem wielu wartościowych ludzi, relacje z którymi cenię sobie ponad wszystko. Wiele z tych osób pomaga mi teraz bezinteresownie w tych trudnych chwilach. To tylko utrzymuje mnie w przekonaniu, że najważniejszy kapitał, jaki posiadam to przyjaciele.

Moim guru w biznesie był i jest George Soros. To jego historia dała mi impuls do działania na własny rachunek. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję się z nim spotkać.

Swoją karierę zawodową rozpocząłem mając 22 lata. Rozpocząłem wtedy pracę w spółkach KGHM. To była niezła szkoła. Życie prywatne całkowicie zeszło na drugi plan. Miałem ambicję jak najszybciej dowiedzieć się jak najwięcej. Po trzech latach, będąc już specjalistą ds. majątku trwałego, jak każdy w gorącej wodzie kąpany młokos, podjąłem decyzję o założeniu własnej firmy. W kieszeni miałem wtedy około 2 tys. zł. Razem ze swoimi przyjaciółmi zaczęliśmy poszukiwać niszy rynkowej, w której moglibyśmy dużo zwojować. Postanowiliśmy wejść w branżę handlu wierzytelnościami. Tak w 2000 r. powstał Electus. Najtrudniej było z pozyskaniem finansowania. Mozolnie zaczęliśmy jednak budować firmę, która finansowała zadłużenie sektora służby zdrowia, jednostek budżetowych Skarbu Państwa oraz ich kontrahentów. Biznes nie był łatwy. Z każdej strony budził wiele emocji. Budzi je zresztą do dzisiaj. W przeciągu sześciu lat udało nam się jednak stworzyć firmę o kapitale 160 mln zł. W 2006 roku postanowiłem sprzedać Electusa Domowi Maklerskiemu IDMSA. Wartość transakcji to 470 mln zł. Zależało mi, aby pozostać w zarządzie Electusa, dlatego wszedłem w akcjonariat IDMSA i dalej byłem prezesem mojej pierwszej firmy. W 2010 r. stworzyłem Falenta Investments. Postanowiłem bowiem zająć się projektami inwestycyjnymi i innowacyjnymi. W ten sposób postawiłem na HAWE, spółkę, która w dalszym ciągu ma przed sobą nomen omen świetlaną przyszłość. Nie ma jednak nic za darmo. Musiałem wyjść z IDMSA. Tak zaczęła się moja trwająca już kilka ładnych lat przygoda z telekomunikacją. Po drodze nabyłem jeszcze udziały w innych spółkach. Ostatnią były te w składywęgla.pl. Miałem wielkie plany wejścia z nią na GPW. Chciałem, aby została „Biedronką” na rynku handlu węglem a Polacy mieli gdzie kupować opał w najniższej cenie na rynku. Teraz jest to co najwyżej kamieni kupa.

Jak podsumowałem swój dotychczasowy dorobek, wyszło całkiem przyzwoicie. Mam wspaniałego syna. W 28 września urodziła mi się przepiękna córka, Ola. Cały czas zwlekam z posadzeniem drzewa, ale wszystko jeszcze przede mną. Jeżeli chodzi o sprawy zawodowe nie udało mi się jeszcze co prawda zrealizować marzenia i, tak jak Richard Branson, zaangażować się w tysiąc firm, ale awansowałem na tłustego misia. Do tej pory nie wiem jednak, czy mam się z tego powodu cieszyć czy płakać. Wiem natomiast, że każdemu, kto zechce kiedykolwiek zainwestować w branżę strategiczną dla Państwa, doradzam BARDZO DUŻĄ OSTROŻNOŚĆ. Polecam też mój ulubiony cytat
z Harlana Cobena: Zwycięzca nigdy się nie poddaje, poddający się nigdy nie będzie zwycięzcą. Sam nie mam zamiaru poddać się i nie chodzi tu już o pieniądze. Są ważne, ale nie najważniejsze. Zakładam, że uda mi się jeszcze odrobić straty będące efektem wplątania mnie w aferę podsłuchową. Tu chodzi o moje nazwisko i zasady, te w biznesie również.